platforma blogowa portalu
kurier poranny

Hey, czy nie wiecie

Dziś zaczął się festiwal Inny Wymiar. Idą jest przypominanie białostoczanom kultury narodowości, które onegdaj zamieszkiwały w Białymstoku. W zeszłym roku była to retrospekcja Rosjan, w tym roku Niemców, głównie  przez pryzmat rodzin fabrykantów niemieckich, które odegrały ważną rolę w historii miasta związanej z włókiennictwem

Festiwal potrwa do  9 września. Zapewne dla zainteresowanych i chcących łyknąć trochę historii miasta  i dawnej kultury, na pewno zapowiada się interesująco. Tym bardziej dziwne jest, że zakończy go koncert zespołu Hey. Nie mam nic przeciwko tej kapeli, ale tak samo  pasuje ona do zwieńczenia tego festiwalu, jak występ grupy buszmenów na koniec fesiwalu igloo organizowanego przez Eskimosów.
Organizatorzy białostockiego festiwalu sami przyznali, że mają świadmość, że koncert grupy Hey nijak ma się do idei festiwalu. Jednak zrobili to, by tym samym uczcić 35-lecie BOK-u.
A przecież nic nie stało na przeszkodzie by festiwal zakończyć oficjalnie 9 września, a dzień poźniej już bez żadnego podczepiania się pod Inny Wymiar zorganizować oddzielny koncert na urodziny BOK-u.

Już przy okazji podsumowania tegorocznych dni miasta wspomniałem, że takie podpinanie wszelkich innych imprez na siłę  pod jedną główną, odbija się czkawką. Może pora  najwyższa zakończyć tę dość niedobrę manierą (np.włączone do Innego Wymiaru równolegle trwające II Dni Kultury Żydowskiej).

Bo efekt jest taki, że to marszałek województwa na finał promocji Podlasia zakontraktował na Rynku Kościuszki występ niemieckiej kapeli, podczas gdy na Innym Wymiarze żaden zespół, nawiazujący choćby narodowością do narodowości będącej idę tegorocznej edycji, nie wystąpi.

I znowu marszałek ograł prezydenta

Rzecz jasna w promocji. Bo nie da się ukryć, że na tym polu trwa niepisany wyścig między samorządami. Ten wojewódzki czasowo pozostaje trochę z tyłu, bo później zaczął promocje Podlasia. Ale za to pomny doświadczeń, które były dziełem samorządu białostockiego, tak na dobrą sprawę jest trzy kroki przed nim w promocji. Bo z logo, a zwłaszcza filmem promującym Podlasie, poszło mu znacznie lepiej niż Białemustokowi z tymi samymi atrybutami.

Także i wewnętrzna kampania promocyjna, której finał miał miejsce w niedzielę na Rynku Kościuszki, była znacznie lepiej pomyślana niż ta wewnętrzna Białegostoku sprzed już ponad dwóch lat. I co ważne, bez specjalnego markowania promocji.

I to, co najważniejsze po niedzielnym pikniku: mimo deszczowej i kapryśnej aury w niedzielę na rynku czuć było klimat rynku, jako miejsca i idei. Po raz pierwszy od pamiętnego 7 sierpnia 2009 roku.

Historio, historio, tania z ciebie dziewka

Utarło się przekonanie, że na historii potrafią zarobić wszyscy, tylko nie Polacy. Bo niejednokrotnie przy ważnych wydarzeniach zamiast zarabiać i zbijać kapitał na wizerunku, kłóciliśmy się. W gruncie rzeczy o błahe sprawy. A przecież w naszej przeszłości roi się momentów skłaniających innych do podziwu i szacunku. To z kolei powinno nam dawać satysfakcję i siłę. Co więcej, nie ma powodów, żeby sobie tego odmawiać. A wtedy duma, odwaga, walka o wolność być może przełoży się na strategiczne interesy Polski. To, co wydarzyło się wczoraj w Gdyni podczas 30. rocznicy porozumień sierpniowych, dobitnie pokazuje jak Polacy potrafią wszystko spartolić.

Spór o przeszłość politycy zawłaszczyli na amen. Żonglując interpretacjami potrafili naginać fakty do budowy własnego image. W Gdyni byliśmy świadkami nie tyle partyzantki podjazdowej, a wręcz zaczepnych działań bojowych. W myśl zasady, kto panuje nad przeszłości, ten panuje nad przyszłością. Ale w końcu jak pisała Agnieszka Osiecka:

Historio, historio,
tyle w tobie marzeń,
bywa, że cię piszą
kłamcy i gówniarze.

 Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

W Białymstoku PiS i SLD czekają na Godota

„Czekając na Godota,” jeden z najbardziej wstrząsających dramatów ubiegłego wieku, przywołałem w tytule z premedytacją. Przy pustej drodze niekończący się dialog prowadzą Estragon i Vladimir, dwaj bezdomni włóczędzy. Jedyną nadzieję wiążą z nadejściem Godota. Nie wiedzą, kim jest i po co na niego czekają. Godot się jednak nie zjawia.

Po katastrofie pod Smoleńskiem białostockie PiS straciło “nominalnego” lidera. Kilka tygodni temu pisałem, że wybór jego następcy powinien być nie tylko prostym aktem głosowania, a swoistym symbolem, poprzedzonym refleksją. Taką swoistą ucieczką do przodu, a nie powrotem do przeszłości. Bez tej odnowy, otwarcia się na nowe  miejskie środowiska i wyborców (a przypominam, że znacznie więcej ich zostaje w domu, niż idzie głosować) białostockie PiS może porzucić nadzieje o wygraniu nie tylko miejskich wyborów prezydenckich, ale i parlamentarnych na Podlasiu. Nominacja na szefa podlaskich struktur PiS Krzysztofa Jurgiela jasno pokazuje, że tak na dobrą sprawę partia ta powinna wywiesić przed listopadowymi wyborami na prezydenta Białegostoku białą flagę.
Podobnie, jak białostocki SLD. I nie zmieni tego spektakularny sukces Grzegorza Napieralskiego w kraju. Jeśli spojrzymy na Podlasie, to wcale nie jest to taki dobry wynik (przykładem porażka szefa SLD w powiecie hajnowskim). A nawet jeśli byłby znacznie lepszy niż średnia krajowa, to i tak nie miałby przełożenia na lewą, przygaszoną stronę podlaskiej sceny politycznej.  No chyba, że pojawi się na niej ktoś na miarę znacznie lepszego wyniku od osiągnięcia Grzegorza Napieralskiego. Na razie to, zdaje się, pobożne życzenie.

I dlatego przed wyborami samorządowymi położenie białostockiego PiS i SLD przypomina bohaterów Becketta : czekają na coś, co nie tylko może nie nadejść, ale i być może w ogóle nigdy nie istniało.

Jaga zagrożona

Bynajmniej nie niską lokatą w tabeli. Bo po czterech kolejkach jest wiceliderem. A dzisiaj odprawiła z kwitkiem do Poznania Kolejorza. Ale jak tak dalej będzie to trener Smuda nie będzie miał wyjścia i powoła do narodowej jedenastki znacznie więcej Jagiellończyków ( na razie jest tylko w niej bramkarz Grzegorz Sandomierski). Może wtedy kadra Smudy w końcu wygra jakiś mecz.

Z ostatnich wydarzeń w naszej piłce, zapamiętałem dwie migawki telewizyjne. Pierwsza to niezrozumiała radość w czwartek piłkarzy Lecha po wyeliminowaniu ukraińskiego Dniepro. I bynajmniej nie dlatego, że dzień poźniej piłkarze z Wielkopolski trafili do grupy w Lidze Europejskiej, do której nawet w najczarniejszych myślach by sobie nie wyobrazili. Nie rozumiem tej radości, skoro kilka tygodni wcześniej Lech skompromitował się w pojedynkach z praską Spartą. Jest to doprawdy nielogiczne.

I druga migawka, tym razem ze stadioniu Legii i puste krzesełka na trybunach na nowoczesnym stadionie. Te w  koncu jakimś cudem pobudujemy. Gorzej, że nie ma kto na nich grać. W perspektywie EURO, pisałęm o tym wielokrotnie, prognoza to zaiste porażająca. I bardzo logiczna.

Misjonarze i kasiarze

Jeśli polityk mówi o misji państwa w mediach publicznych, to od razu przypomina mi się piosenka Tomka Lipińskiego i Tiltu „Nie wierzę politykom”. I choć powstała jeszcze w  jedynie słusznej epoce, to swoją uniwersalnością odzwierciedla czasy nam współczesne. Zarówno wtedy, gdy słyszymy, że trzeba media publiczne raz na zawsze odpolitycznić. Ale także wtedy, gdy w obronie przeciwko temu odpolitycznieniu politycy zapewniają nas, że na wszelki radykalizm nie będzie przyzwolenia.

Moja niewiara  bierze się stąd, że przemawia przez polityków interes partyjny, a nie społeczny. Jedni marzą o przejęciu sterów, inni o powrocie do steru, a jeszcze inni o utrzymaniu steru. A prawda jest oczywista: oni wszyscy nigdy z mediów nie zrezygnują. To pewne jak amen w pacierzu. Istota batalii sprowadza się wyłącznie do tego, czy następcy przejmą nad nimi kontrolę w sposób mniej barbarzyński niż poprzednicy. Ale interes jest constans. Wszelakie zapewniania, że tak nie jest, to tylko rzucanie słów na wiatr.

To taki mój stały komentarz, który pisze po kolejnym przejęciu telewizji przez daną opcję. Teraz znowu wiodą w niej prym osoby związane ponoć z lewicą. W tym miejscu przypomnę to, co napisałem kilka tygodni temu, gdy było wiadomo, że grzeszny żywot Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (jeszcze z nadania PiS, LPR i Samoobrony) dobiegała końca:

“KRRiT, mająca umocowanie konstytucyjne, miała stać na straży ładu medialnego w Polsce. Tymczasem sama go nieraz poniewierała. A permanentnie czynili to politycy. Nie ma w zasadzie w kraju partii, która nie odcisnęła swojego piętna na tym bezładzie. Nawet stosując daleko idące porównanie można powiedzieć, że i Polska Partia Przyjaciół Piwa nawarzyła w tej beczce piwa. Wszak w jej szeregach zaczął poselską karierę, późniejszy członek KRRiT (wtedy już rekomendowany przez SLD, autor słynnego SMS-a o chwale naszych chłopaków, siepactwie i tak dalej ) .
Dlatego jeśli na dniach rada odpowiedzialna za nieład (w szczególności w mediach publicznych) dokona żywota nie będę po niej płakał. Ale też nie mam cienia wątpliwości, że to, co powstanie na jej gruzach, będzie choć odrobinę lepsze.  Wszak ten włada masami, kto włada mediami telewizyjnymi (zwłaszcza publicznymi).  I dlatego naiwnością byłoby sądzić, że narodzi nam się nowy, zdrowy ład.  Także, dlatego, że owe masy (widzowie, społeczeństwo, opinia publiczna, publiczność, audytorium czy tam, jakiej innej nazwy użyjemy) nie chcą takowego ładu. A przecież to one trzymają klucz do tego ładu, a raczej pilot. Wystarczyłoby, żeby przez miesiąc, a może i przez tydzień, nie używały go. Ład zrodziłby się wtedy sam”.

Jesień idzie, nie ma na to rady

W czasach, gdy dominowała tylko jedna słuszna telewizja, pod koniec wakacji  emitowany był w niej film “Koniec wakacji”. Nie wiem, czy jeszcze którakolwiek ze stacji telewizyjnych w epoce “High School Musical, “Klanu”, “M jak miłość” czy “Mody na sukces” puszcza ten obraz.

A szkoda, bo w tych 86 minut na taśmie zawarte jest kilka tygodni wakacji, dla 14-letniego bohatera okres przyspieszonego dojrzewania. Przeżywa pierwszą miłość i pierwszy poważny dramat spowodowany rozpadem małżeństwa rodziców. Pierwszy raz świadomie przeciwstawia się agresji w swoim środowisku i po raz pierwszy w życiu czuje się odpowiedzialny za drugiego człowieka, ciężko chorego starego nauczyciela. W trudnych, konfliktowych sytuacjach musi samodzielnie oceniać rzeczywistość i dokonywać własnych wyborów. Tak staje się dojrzałym, krytycznie myślącym człowiekiem.

W zasadzie historia, sprzed ponad 30 lat, wydaje się jakże współcześnie bliska, zwłaszcza w epoce nie tylko eurosierot. Zwłaszcza przed kolejnym początkiem roku szkolnego. I końcem lata.

Wspominam o tym trochę nostalgicznie, bo koniec wakacji to jakby koniec lata. Dobitnym dowodem tego weekendowa aura, która przed nami. Jasno  zwiastuje, że jesień idzie. I nie ma na to rady. Jak w wierszu niezapomnianego Andrzeja Waligórskiego.

Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: – Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!

I podreptał do chaty po dróżce,
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
Swojej żonie, tak samo staruszce:
- Jesień idzie, nie ma rady na to!

A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema:
- Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
Jesień idzie, rady na to nie ma!

Może zrobić się chłodno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!

A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.

Ale cóż, oni żyli najdłużej.
Mieli swoje staruszkowie zasady
I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.

Bez pompy, bez klapy

Jedną z większych pretensji, jaka obserwatorzy białostockiego życia publicznego wysyłali pod adresem prezydenta było to, że pomimo jego licznych wyjazdów zagranicznych tak naprawdę nie udało się ściągnąć do Białegostoku inwestora przez duże I. Prezydent wielokrotnie zapewniał, że potrzeba na to czasu. Kończy się kadencja i co? I nic

 Ale tak z drugiej strony, to prezydent  może odetchnąć z ulgą, że nie było wielkiego otwarcia inwestycji. Bo to oznacza, że nie udało się uniknąć  równie spektakularnego zamknięcia nowej inwestycji.

Zamiast grozić prezesom OFE, premier powinien pożyczyć im lub w formie dać zapomogi

Premier Donald Tusk w świetle kamer zganił szefów Otwartych Funduszy Emerytalnych. Prezesom dostało się za to, że nie dbają o emerytury a jedynie “bałamucą” reklamami i zależy im tylko na powiększaniu zysków kierownictwa funduszy. 

Połajanka ta dziwi, bo jest nielogiczna. I jako żywo przypomina rwetes, jaki się rozegrał jesienią zeszłego roku po słowach Roberta Benmosche’a, ówczesnego szefa AIG. Był on  piątym w ciągu półtora roku szefem firmy, która przyjęła pomoc rządu USA w wysokości 182,3 mld dol. W zamian m.in. ograniczono pułap wynagrodzeń dla kadry kierowniczej do 500 tys. dolarów rocznie. Z tego powodu sfrustowany Benmosche zapowiedział, że będzie walczył z departamentem skarbu USA o poluzowanie ograniczeń.

Jeszcze głośniej było o szefie Goldman Sachs, Lloydzie Blankfein, który w wywiadzie dla „Sunday Times” bronił wysokich premii dla swoich pracowników. Powiedział też, że jego zdaniem banki spełniają ważną misję społeczną i krzewią „dzieło Boże“.

W opozycji do tych słów był przykład z innego końca (pół)światka finansowego. Jak podawała wtedy „Gazeta Prawna” coraz więcej firm nad Wisłą domagało się wysokich odszkodowań od zwalnianych menedżerów – m.in. za nieodpowiedzialne przyznawanie wysokich odpraw i za podejmowane przez nich decyzje.

Na pierwszy rzut oka to, co pletli zachodni bankierzy wydawało się herezją. Tym bardziej, że od dawna byli na cenzurowanych  wielu rządów i opinii publicznej. Z kolei żądania naszych firm wydawały się na ten sam pierwszy rzut oka rozsądne.

Przez całe dwie ostatnie dekady w mawiano nam, że bankierzy i inni muszą być dobrze opłaci. I że bez tego żaden finanse i biznes nie będzie się kręcił. Ukuto paradygmat, w który  świat od Kamczatkę po Hawaje nie tylko akceptował i tolerował, ale uczynił  nową religię. Tak to już nie była nauka, a wiara. Do tego stopnia , że świat nie dostrzegł, jak ta elitarna sekta kradnie. W skrajnej postaci przykład Bernarda Madoffa, z drugiej strony łatwość dawania astronomicznych kontraktów, gwiazd, a raczej gwiazdeczek wszelkiej maści.

I dlatego to słowa Blankfeina i Benmosche, mimo że wydają się bluźnierstwem, są w  samej rzeczy logiczne. Bo zgodne z DNA owej filozofii przyzwolenia. Z kolei żądania naszych firm, mimo że wydają się słuszne, to całkiem nielogiczne. Wszak to one są DNA owej filozofii przyzwolenia. 

I tak jest z tą połajanką  premiera Tuska. Spektakularną, co nielogiczną (zwłaszcza, zę wypowiedział ja zwolennik liberalnego nurtu).  W tym przypadku logika nakazywałaby, by państwo (parafrazując słynnego onegdaj satyryka) pożyczyło jeszcze prezesom OFE lub w formie dać zapomogi.  

A co do emerytur z OFE, to ich czar prysnął gdy ponad rok temu światło dzienne ujrzała kwota 23 złotych.  Tyle wynosiła pierwsza emerytura wypłacona z otwartego funduszu emerytalnego. Od razu zaczęły się dywagacje, dlaczego tak mało. Autorzy reformy sprzed 10 lat bronili swoich racji.

Ale też pamiętam jak dekadę temu indoktrynowano nasi, że w końcu polskich emerytów będzie na starość stać na taki styl życia jak emerytowanych Japończyków czy Europejczyków zachodnich: podróżowanie. Niekoniecznie na antypody, ale przynajmniej do tych najbliższych sąsiadów.

A teraz aż strach pomyśleć, na co biedna emerytka może wydać te 23 złote. Prawdziwe szaleństwo. Żyć, nie umierać. A raczej nie żyć, a umierać.

Jakiekolwiek by nie były przyczyny tak niskiej emerytury, 23 złote na zawsze pozostanie symbolem drugiego filaru. Bardziej wymownym niż połajanka premiera.

Gdzieś na ulicy Fabrycznej spotkać nam się wypadnie

Śpiewała przed laty Kobranocka. Moje spotkania z białostocka ulicą o tej nazwie trwają codziennie. Jest to bowiem jedyna droga, którą w całości przemierzam w drodze do centrumi. Ostatnio na rowerze, często pieszo.

O paradoksie tej ulicy pisałem na blogu wielokrotnie. W różnych konwencjach i odcieniach. Ostatnio bodajże zimą, gdy nie sposób rano było przejechać nią.

Tamten wpis kończyłem tak: „W zasadzie na omawianym przeze mnie odcinku Fabrycznej ruch też powinien być jednokierunkowy. Od stracony ulicy Jagienki. I to jest tzw. rozwiązanie optymalne. Ale zdaję sobie, że mało realne. Minimalnym byłby zakaz parkowania w godzinach 7.30-8.30 przy parkanie szpitalnym, naprzeciwko budynku szkoły. Wtedy ci skręcający do szpitala (a nie są to kolumny transportu sanitarnego, bo dla tych wjazd na izbę przyjęć jest z innej strony) staliby i zgodnie z prawem o ruchu drogowym czekali, aż przejadą  (po pasie wolnym od zaparkowanych aut) samochody jadące od Jagienki w stronę Ogrodowej. Pomarzyć warto,  stojąc o poranku w absurdalnym korku.
Gdyby ktoś zapytał: no dobrze, ale gdzieś jest policja, to już odpowiadam: tuż obok. Wszak te sceny dzieją się na tyłach komendy wojewódzkiej. Tylko na tyłach.

Od kilku dni przecieram oczy ze zdumienia, bo drogowcy w końcu wprowadzili ruch jednokierunkowy. Póki co jest na ulicy trochę luzu. Mimo że samochody wjeżdżające na parking do szpitala MSWiA potrafią nadal ją zakorkować. Jeszcze trudniej będzie pewnie przejechać nią od września, gdy przed pobliską szkoła zaczną parkować rodzice odwożący dzieci. Ale przynajmniej nie ma już fikcji, bo tak naprawdę przed zmianą organizacji ruchu Fabryczna na tym odcinku była de facto jednokierunkową.

Kierowcy nie przyzwyczaili się jeszcze do zmiany i wjeżdżają z Ogrodowej pod prąd. Dzisiaj zwróciłem uwagę pani, która przyjechała z Zambrowa. Uśmiechnęła się, powiedziała: wiem i pojechała dalej pod prąd.

O Fabrycznej pisałem też w kontekście minibazaru, który rozrasta się u skrzyżowania z Jurowiecką. Targowiska, które jest solą w oku miasta. Z jednej strony szpeci wizerunek centrum (czyż nie był to jeden z argumentów, którym władza się posługiwała likwidując handel po drugiej stronie ulicy). Z drugiej strony jest dowodem, jak prawo miejscowe może zablokować możliwość zmiany otoczenia.

Pisałem o Fabrycznej też wtedy, gdy miasto wyłączyło ją na stałe z ruchu. I to wtedy, gdy trwał remont Sienkiewicza. Fabryczna, która mogła być alternatywą dla zakorkowanej arterii, została zamknięta. Wtedy był to kolejny dowód, że miasto nie radzi sobie z partnerstwem samorządowo-obywatelskim. O tym, że można pogodzić interesy właścicieli i przechodniów udowodnił w ostatnim czasie nowy dzierżawca wieczysty Placu Inwalidów. Tak ogrodził teren, że zostawił przechodniom przejście z Fabrycznej na Piłsudskiego. A przecież nie musiał tego robić.

Czesław Niemen

 Gdy był żył, skończył by dzisiaj 70. lat. Ponoć nie ma ludzi nie zastąpionych, ale patrząc na dzisiejszych artystów aspirujących do miana wykonawcy piosenki dla Europy, można powiedzieć, że chyba jednak jak bardzo Niemena polskiej muzyce. A przecież to dzięki jego utworom wielu uwierzyło, że polski artysta jest w muzyce współczesnej i rozrywkowej konkurować z zachodnimi kolegami. Może nie pod względem popularności, ale warsztatu, poziomu, horyzontów muzycznych, eksperymentów, jakości.

W jednym z odcinków “Boso przez świat” Wojciech Cejrowski zawitał do Meksyku. w stolicy kraju pytał z czym kojarzy im się Polska?. Pytanie wydawało się w zasadzie retoryczne, bo w zasadzie możliwości były trzy: papież Jan Paweł II, Lech Wałęsa lub Grzegorz Lato (grał onegdaj w meksykańskiej Atlancie). A tu pierwszy napotkany przez Cejrowskiego Meksykanin rzekł: Polska? Z Niemenem, mam jego płytę „Enigmatic”.

Podejrzewam, że wielu Polaków nigdy nie słyszało tej nazwy. Ale to tylko dowodzi jakim uniwersalnym i wybitnym, idącym pod prąd trendom muzycznym, był Czesław Niemen.
Na szczęście zostawił nam swoją muzykę.

YouTube Preview Image

Marszałek na bocznym torze

Radni Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek o odwołanie marszałka Dworzzańskiego. Pod wnioskiem podpisało się 9 radnych. W ciągu miesiącach muszą przekonać jeszcze kolejnych 9. Według radnyc urząd marszałkowski jest źle zarządzany, a marszałek opóźnia podpisywanie dokumentów umożliwiających wykorzystanie funduszy unijnych.

I jeśli dla wielu wniosek mogł być, jak mawia Jarosław Dworzański, polityczną armatą z kapiszonami, to po wczorajszych wydarzeniach sprawa nabiera innego wymiaru. A wydarzenia te rozegrały się nie w biurowcu przy Wyszyńskiego, lecz na torach za Szepietowem.

Współczuję białostoczanom, którzy wczoraj spóźnili się do pracy w stolicy, na uczelnie czy samolot. Przed laty co tydzień w poniedziałek o 5.50  jeździłem pociągiem do stolicy i szlak mnie trafił, gdy spóźniał się on na Centralny. I to zazwyczaj bez powodu. A wczoraj takowy był.

O tym jak bardzo zdesperowani są mieszkańcy pogranicza podlaskiego i mazowieckiego, wiadomo było od dawna. Co władze województwa zrobiły, by nie dopuścić do zatrzymania pociągów? Dlaczego o komunikacji zastępczej zaczęto myśleć, gdy pojawiły się ogniska na torach. Dlaczego, jej uruchomienie trwa tydzień? Co zrobiły władze województwa nadzorujące transport w poprzednim tygodniu? Przecież już wtedy powinny pojawić się autobusy zastępcze? Wszak  zakończyły się ferie i dzieci wróciły do szkół?

Odpowiedź na to pytanie należy się mieszkańcom pogranicza, ale także wszystkim, którzy utkwili wczoraj na kilka godzin pod Szepietowem. Samo zwalanie winy na samorząd mazowiecki, to za mało. Bo słowa marszałka Ignacego Jasionowskiego, nadzorującego w zarządzie województwa transport, że „być może takie protesty wpłyną na postawę sejmiku mazowieckiego”, brzmią kuriozalnie.

Jeszcze raz powtórzę: było wystarczająco dużo czasu, by sprawę załatwić tak, aby białostoczanie bez problemu mogli wczoraj dostać się do stolicy.

I dowodem na to, że na swój sposób wniosek PiS nie jest bynajmniej strzelaniem kapiszonami z armaty. W poniedziałek na bocznym torze byli białostoczanie, za miesiąc może być marszałek. A od wczoraj powinien tam być jego zastępca odpowiedzialny za przewozy.

Rocznice białostockie

Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę. Pierwsza z nich dzisiaj.

Dla białsotoczan ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma takiej samej wymowy jak dla poznananiaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązakówich trzy powstania.

Bo też  łączy je to samo: powrót do macierzy.

Białystoku, powiedz przecie, czy to logo nie jest najpiękniejsze w świecie?

Znamy firmę, która przeprowadzi sondaż wśród mieszkańców w sprawie żółto-czerwonego słoneczka. OBOP zapyta tysiąc białostoczan. W badaniach opinii publicznej jest to grupa reprezentatywna. Ale w przypadku strategii promocyjnej, a logo jest jej najwyrazistszym symbolem, nie o reprezentatywność chodzi.

Rzecz w tym, by każdy pełnoletni mieszkaniec Białegostoku miał możliwość wypowiedzenia się w tej sprawie. Pisałem o tym już w listopadzie zanim radni zaakceptowali logo jako oficjalny symbol wizerunkowy miasta i strategię. I zanim wybuchła afera wigilijna z podobieństwem do znaczka nowojorskiej organizacji.

Od samego początku koncepcja zaprezentowana przez Eskadrę budziła negatywne odczucia wśród białostoczan. I im bliżej było efektu finalnego, tym tych negatywnych odczuć przybywało. Wystarczyło wejść na pierwsze z brzegu miejskie forum internetowe. Użytkownicy nie pozostawiali suchej nitki na promocji. Czy ich opinie były na tyle reprezentatywne, by liczył się z nimi magistrat? Przypominam to jeszcze raz: pisałem o tym w listopadzie.

Już po wybuchu afery prezydent wielokrotnie powtarzał, że anonimowe wypowiedzi na forach internetowych nie są dla niego żadnym argumentem, wszak były przecież konsultacje społeczne i można na nich było wyrazić swoje wątpliwości?
Problem w tym, że nie miały one żadnego znaczenia, bo władze traktowały opracowaną strategię na zasadzie: “Eskadra albo śmierć”. Wielokrotnie też podkreślałem konsekwencje, z jaką prezydent zamierzał wdrażać strategię. Nie ma bowiem nic gorsze nic robienie czegoś, do czego nie ma się przekonania. Tylko dlaczego białostoczanie mieli promować się symbolami, z których nie rozumieli i z którymi się nie utożsamiali. Właśnie na tym polegał paradoks całej strategii. Afera grudniowa zasłoniła go całkowicie.

I już w listopadzie zadałem pytanie: Czy zatem prezydent nie powinien zapytać bezpośrednio białostoczan, a nie tylko radnych: czy im się podoba strategia i jej symbole? Czy też władztwo do podejmowania decyzji w tej sprawie wynikające z legitymizacji, jaką otrzymał dwa lata temu jest też niemal absolutne?
Skoro teraz, w lutym, pyta już nie tylko radnych, to czyż w pewnym sensie nie uznaje opinii  internetowych za liczący się głos w debacie? A może potrzebne jest alibi, które uwolni od wspomnianej powyżej konsekwencji?

Skoro tak na dobrą sprawę to magistrat i radni naważyli w listopadzie( powtarzam to jeszcze raz w listopadzie) piwa, nie pytając mieszkańców o zdanie, to teraz powinni stworzyć możliwość wypowiedzenia się wszystkim pełnoletnim białostoczanom. Nie tysiącu, a wszystkim pełnoletnim. Bo też nie chodzi o reprezentatywność, a w końcu potraktowanie serio białostoczan.
Już w listopadzie pisałem, że w sprawie promocji najlepszym sposobem wyrażenia woli jest referendum. Ale nie takie umocowane w polskim prawie (gdzie musi być przekroczony odpowiedni próg, by było ważne). Chodzi mi bardziej o akt możliwości każdemu do symbolicznego wyrażenie woli. W listopadzie napisałem, że najlepiej przy okazji wyborów do europarlamentu. Afera grudniowa skróciła horyzont czasowy.

Ktoś może powiedzieć: po, co brnąć w koszty? Po pierwsze: nie sądzę były one większe niż te, które pochłonęła nieudana promocja placu Inwalidów.  Po drugie: byłby to ułamek tego, co miasto ma w budżecie na promocję. Po trzecie: nie ma takiej ceny, która jest warta dalszych niedomówień, posądzeń, wątpliwości, paradoksów, wstydu. A te zapewne od razu się pojawią bez względu jak zakończy się sondaż OBOP.

Jest jeszcze coś: jeśli w referendum białostoczanie powiedzieliby „tak”, prezydent będzie miał legitymizację absolutną. A jeśli powiedzieliby „nie”? Wtedy wynik miałby znamiona plebiscytu ze znacznie poważniejszymi  konsekwencjami dla magistratu niż ponowne rozpoczęcie od podstaw prac nad strategią. Sondaż OBOP takiej mocy mieć nie będzie.

I już na koniec. W jednej z ostatnich reklamówek prezydent reklamuje białostocką podstrefę suwalskiej specjalnej strefy ekonomicznej mając za plecami herb Białegostoku. I niech by tak zastało już na amen.

Polityczna reaktywacja Łazarza

Tym bowiem jest pojawienie się zarówno Pawła Piskorskiego na czele Stronnictwa Demokratycznego,  jak i związana z tym reaktywacja partii.

Na swojej stronie internetowej stronnictwo przedstawia się jako realna alternatywa dla PO i PiS ( tam też przedstawia swój rys historyczny, ale z mocnym akcentem na te lepsze momenty, a gdzie te mniej chlubne). Przez lata na marginesie wielkiej polityki w III RP (choć kilka osób wywodzących się z tej partii i z nią związanych piastowało w innych barwach wysokie funkcje państwowe –  choćby Hanna Suchocka) teraz chce pokazać, nie tylko samorządową, twarz. I ochoczo wrócić na scenę ogólnopolską. –  Wielkiej polityce SD musi dać się poznać na nowo. Dla Polaków to będzie ważna i owocna znajomość – uważa burmistrz Chojny (przedstawiany jako esdowiec z pokolenia na pokolenie..

Tyle, że działacze stronnictwa zaczęli najgorzej jak mogli. Zdecydowali się na lidera, który był w Kongresie Liberalno-Demokratycznym, Unii Wolności, Platformie Obywatelskiej. Czy polityk po tylu przejściach może być jeszcze atrakcyjny dla większej rzeszy wyborców. Nie lepiej było postawić na swoich działaczy. I nic to, że niemedialni, ale być może bardziej wiarygodni. Tym bardziej, że wolta ta następuje tuż przed wyborami do europarlamentu, którego deputowanym jest Paweł Piskorski.
PS
W historii SD jest wątek białostocki.  Jaki?

Suwerenność utracona

Wszystkich rozpala sprawa Marcinkiewicza i pytanie: jak on, były premier, może pracować dla banku, który na spekulacji na złotym zarobił 8 proc. (co dziwne nikt szacunkowo nawet nie chce określić od jakiej podstawy należy liczyć te 8 proc.)

Ale to jest spłycanie sprawy. Bo nie Marcinkiewicz (z punktu widzenia państwa) jest tu ważny, a fakt, że w ostatnich dniach Polska przestała być suwerenna. Przynajmniej w wymiarze finansowym. Jednym z atrybutów suwerenności jest dysponowanie, obrona i realne oddziaływanie na własną walutę. A to w ostatnich dniach Polska utraciła.

I jeszcze niektórzy eksperci twierdzą, że nic nie jesteśmy w stanie zrobić, ze jeszcze nikt nie oparł się atakowi spekulacyjnemu, nawet Wielka Brytania. Idąc tym rozumowaniem to godzimy się na utratę suwerenności i dostanie się pod sferę wpływów już nie politycznych, a finansowych ( oczywiście inna sytuacja jest wtedy, gdy godzimy się zrezygnować z własnej waluty na skutek przyjęcia innej).

Na domiar złego wyskoczyła jeszcze sprawa euroobligacji.
Czy całe to zawirowanie kursowe nie jest podobne do szantażu energetycznego ze strony Rosji? Tyle, że w przypadku energetyki podnosiliśmy larum do zwierania szyków i szukania alternatyw, niemal na zasadzie: droższy gaz skądkolwiek, byle nie od Rosjan. A teraz poddaliśmy się determinizmowi spekulacyjnemu. Ale też trzeba przyznać, ze bankierzy  uderzyli w czułe punkty, wiedząc, że w Polsce nie ma zgody między głównymi ośrodkami władzy. Aż strach pomyśleć co bbyłob, gdy władza musiała ogłaszać mobilizację?

A wracając do Marcinkiewicz. Dwa lata temu napisałem dwa komentarze, w odstępie czasowym jeden po drugim: “Nieznośna lekkość premierostwa”  i „List do (byłego) premiera”.  I tyle co mam dopowiedzenia na temat Marcinkiewicza.
Chociaż na osłodę dorzucił by jeszcze to:
„Gdyby Kazik żył w Gorzowie,
trochę dłużej o te kilka lat,
to by nadał uczył w szkole,
nie zmarnowałby się tak”.

Rycerze wiosny

Tak określano onegdaj piłkarzy łódzkiego ŁKS. Zwłaszcza w czasach gdy trenował ich śp. Leszek Jezierski. Jego podopieczni mieli taką przypadłość, że niewiadomo czemu, właśnie w rundzie rewanżowej, wznosili się na wyżyny swoich umiejętności  i grali jak z nut. Z czasem wszystkie ekipy grające lepiej po przerwie zimowej mianowano rycerzami wiosny. Czy będą nimi w tym roku piłkarze Jagiellonii?

Michał Probierz zapewnia, że w okresie przygotowawczym zrobili wszystko, by tak się stało. Skoro trener tak mówi, to trzeba wierzyć.

Ale ciarki mnie przechodzą na myśl o ubiegłorocznej wiośnie Wtedy też wszyscy z centrali przy Jurowieckiej zapewniali, że piłkarze byli dobrze przygotowani, że nie powinno być kłopotów z utrzymaniem. A wszyscy pamiętają, jak się skończyło: spadliśmy do baraży (których ostatecznie nie było).

Tym razem już na starcie sytuacji jest jasna. Decyzją centrali sami jesteśmy zdegradowani. Powtórka z poprzedniej wiosny nie wchodzi grę. Od pierwszego gwizdka do ostatniego nie może być taryfy ulgowej. Za tem Panowie pokażcie, że i Wy zasługujecie na miano Rycerzy Wiosny.

Na stadionie imienia …

Rozpoczęliśmy dzisiaj w „Porannym” debatę o patronie nowego stadionu miejskiego. Za wcześnie? Bynajmniej.

Mimo, że ma być gotowy za dwa lata, już teraz warto pomyśleć, kto mu będzie patronował. Po pierwsze dlatego: że co nagle, to po diable. Lepiej zawsze mieć margines czasowy, by decyzja była świadoma i opierała się na konsultacjach społecznych. Tym bardziej i to po drugie – ze trwa moda na nazwy od sponsorów. A nie daj Boże, że nadejdzie też na polityków.

Ale za nim białostoczanie wybiorą imię dla nowego stadionu, warto nadać je obiektowi, który już mamy. Mam tu na myśli stadion lekkoatletyczny w Zwierzyńcu. Trochę niedoceniany, większości mieszkańców kojarzący się z wystawą psów, a przecież   goszczący kilka razy w roku lekkoatletów z całej Polski. Zwłaszcza tych z młodszych kategorii wiekowych.

Kto mógłby być patronem bieżni na Zwierzyńcu? Dla mnie tylko Waldemar Kikolski.

Czy w Białymstoku jest opozycja?

Wydawać by się mogło, że obecny czas jest wręcz wymarzony dla lewicy. Na jasne, proste, akceptowalne programy, na nowych liderów. Na swoisty powiew świeżości. A tymczasem obserwujemy targowicę o namaszczenie na europosłów.
 
Tak, ta stara lewica biurokratyczna usilnie próbuje podtrzymać swój byt. A on – jak mawiał klasyk – określa świadomość. Tylko czyją? Bynajmniej nie potencjalnego elektoratu. Lewica marnuje dziś wielką szanse. Nie tylko ta posteseldowska, ale także ten nurt, który sam siebie określa nieskażonym i przyszłościowym. No, bo kto by dzisiaj chciał słuchać o seksualności? Choćby w Białymstoku.

W ogóle jeśli chodzi o Białystok, to zasadne jest pytanie: Czy w naszym mieście jest opozycja?
Lewica zupełnie nie istnieje. Ogranicza się zazwyczaj do trzech radnych, ale czy mogą oni być atrakcyjni dla innych wyborców?

Podobnie jest z PiS, który w naszym mieście ma twarz …..tak nie bardzo wiadomo. Marny to zadatek, by dały się na niego skusić ludzie spoza PiS.

Obie te siły wegetują w naszym mieście (aktywność ogranicza się do organizowanych co jakiś czas konferencji prasowych i i interpelacji).

Co ma Olsztyn do Gabonu? Bo do Białegostoku dużo.

 

 

 

 

Co ma Olsztyn do Gabonu? Bo do Białegostoku dużo. 

Co ma Olsztyn do Gabonu? Nic, poza jednym: nagle miasto na Łyną i afrykańskie państwo znad Atlantyku znalazły się na ustach polityków wszelkich maści. Z lubością i ze smakiem takim samym jak w sprawie euro, krzeseł, tarczy, owi eksperci od wyborów i od świata orzekają, że coś  się stanie…

Ale do Białegostoku, Olsztyn to ma całkiem sporo. Na przykład: jeden ze szczebli prokuratury, agencje mienia wojskowego, apetyt na Via Balticę, brak drużyny piłkarskiej w Ekstraklasie. I casus PSL. Bo też w naszym sejmiku od postawy tej partii wiele zależy. O zakulisowych grach koalicyjnych czy też antykoalicyjnych pisze na swoim blogu radny Jacek Cylwik.

Na ile są one bardziej realne niż wirtualne? Póki, co  marszałek musi być pewny swego, skoro urlopuje się na nartach.  Czy tylko póki, co?

“Zabić księdza”

To tytuł pierwszego filmu o ks. Jerzym Popiełuszce, zrealizowanego w 1988 roku przez Agnieszkę Holland. Od tygodnia możemy na ekran polskich kin  podziwiać rodzimą produkcję” Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Pewnie nieraz będą oba filmy zestawiane, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na inne porównanie  – zabić księdza.

Wydawałoby się, że te dwa słowa są wyłącznie desygnatem nieludzkich reżimów. Bo też one tolerowały, czy wręcz zachęcały do zabicia księży, którzy upominali się o sprawiedliwość.

Salwadorskie szwadrony śmierci niemiały żadnych oporów, by zastrzelić w katedrze w San Salwador arcybiskupa Romero, a nasza esbecja zakatować księdza Popiełuszkę. Decydowały się instytucjonalnie, ale też indywidualistycznie (bo przecież ktoś te mordy wykonywał) na świętokradztwo. Świętokradztwo, bo podniesienie ręki na człowieka w sutannie ludzie odbierali jako najcięższą zbrodnię. Zbrodnię przeciwko nim samym. I wydawałoby się, że wraz z upadkiem systemu totalitarnego nikt więcej nie pozbawi kapłana życia. No bo przecież to mogli tylko zrobić ludzie bezpieki, a tej już nie ma. A ponadto, kto w wolnym kraju, takie straszne zbrodnie?

I dlatego jakże trudno zrozumieć to, co stało się w Miłkowicach-Maćkach? Oczywiście można powiedzieć, że alkohol, że opieszałość organów porządku publicznego (podejrzany od kilku dni powinien odsiadywać inny wyrok), że żądza pieniądza, patologia. Pierwiastki zła. Ale z drugiej strony ministrant, sąsiad, mąż i ojciec, sąsiad? Pierwiastki dobra. Rozum tego nie ogarnia, a przecież to kolejny taki przypadek w kraju?

Gdy umierał ks. Popiełuszko 23-letniego nożownika nie było jeszcze na świecie. Gdy upadał stary porządek miał trzy lata. Cały jego system wartości  był kształtowany przez wolną Polskę. I tu dochodzi do  największej sprzeczności, której na zdrowy rozum nie sposób ogarnąć: dzieci wolnej Polski pozbawiają życia tych,  którym ta Polska zawdzięcza wiele. Dlaczego?

Biskup drohiczyński Antoni Dydycz, żegnając wczoraj zamordowanego kapłana, w bardzo ostrych słowach oskarżył o to propagandę zła i nienawiści, która zalewa nas każdego – Możemy bowiem żalić się na środki przekazu społecznego, które deprawujące zachowania i mody wciąż pokazują; możemy obserwować nasilające się antyklerykalne postawy. Ale kto to wszystko opłaca, kto kupuje, kto czyta, kto słucha i kto ogląda – mówił bp Dydycz mówił w homilii. Apelował o opór wobec zła i nawrócenie się.

Bp Dydycz wskazał także na potrzebę odpowiedniego wychowania dzieci i młodzieży. ,,Zróbmy wszystko, aby polskie dzieci i polską młodzież chronić przed wpływami zła. Nie tłumaczmy się, że są już dorośli. Dorosłymi staną się wtedy, kiedy zauważymy, że potrafią odróżniać dobro od zła. Dajmy tę szanse kolejnym pokoleniom, nauczmy ich, nie żałujmy trudu, nie lękajmy się szczerej i chętnej współpracy z Kościołem i szkołą, bądźmy czujni na to wszystko, co sieje zło” – mówił.

W tym roku obchodzimy 20 rocznicę narodzin  wolnej Polski. W bilansie zysków i strat dominują sprawy demokracji, wolnego rynku, prywatyzacji, wolności podróżowania po Europie i tak dalej. Ale gdzieś umyka nam, że coś niedobrego stało się z „tkanką ludzką”.

Jakże łatwo w ciągu tych dwudziestu lat przychodziło ludziom  zabić drugiego człowieka. Także księdza. Gdzieś w wymiarze szerszym została zatracono zdolność rozpoznawania dobra i czynienia dobra. Przecież po każdej wstrząsającej zbrodni pytaniu: jak do tego doszło?, nawet nie zawsze zadajemy sobie pytanie: co zrobić, by podobne rzeczy się nie wydarzyły. Bo wydaje się nam, że nic gorszego się już wydarzyć nie może. A potem słyszymy, że dziecko zostało żywcem w rzucone do Wisły, młodzi ludzie wyrzucili studentkę z przedziału pociągu, trener udusił swojego ucznia i tak dalej. Gdzieś w tej naszej zbiorowej wolności zostało zatracone człowieczeństwo. I to jest najczarniejsza plama na tych dwudziestu latach. Chyba już nie do zmazania.

Jak też i tego, że życie nie jest wartością najwyższą. Bo gdyby było, czyż ten, który się na nią targnął, czy zapłacić ceny takiej samej. Było to słychać w głosach mieszkańców Miłkowic-Maćki, którzy chcieli zlinczować podczas wizji podejrzanego. Sąsiada.

Słowa nic przecież nie znaczą

Zamiast komentarza obraz, słowa i dźwięki. Ku przypomnieniu, przestrodze i zastanowieniu.

Wicepremierowi,

YouTube Preview Image

 

białostockim radnym

YouTube Preview Image

 

i całej klasie politycznej za to, co zrobili, robią i jeszcze będą robić.

 

YouTube Preview Image

 

Cuda i cudeńka

Nasze władze (wojewoda, marszałek, starosta hajnowski wójt Białowieży, szef parku narodowego, dyrektor Lasów Państwowych) zwarły szyki i powołały komitet  specjalny komitet „Puszcza Białowieska Cudem Natury” a wszystko po to, by pomóc puszczy  w ogólnoświatowym konkursie, który organizuje szwajcarska fundacja „New 7 Wonders”. Teraz w kategorii E: lasy, rezerwaty i parki narodowe nasza puszcza zajmuje piąte miejsce. Ale to może się zmienić. Może być pierwsze miejsce! Wystarczy wziąć udział w internetowym głosowaniu.

Czy można jednak lobbować bez przedstawicieli strony białoruskiej. Przecież puszcza leży po obu stronach granicy. Czy w przypadku Wielkich Jezior w Amerykańskich i wodospadu Niagara możliwa jest szarża USA bez Kanady lub Kanady bez USA? Naturalnym jest, że promocja obszarów transgranicznych w pojedynkę, to swoiste zawracanie Wisły kijem.

I druga rzecz: tak jak bez strony białoruskiej nie da się lobbować za puszczą, tak samo nie jest to możliwe bez ekologów. A jakość nie mogę się dopatrzeć ich w składzie komitetu wspierającego siódmy cud świata. Czy dlatego, że zieloni są niemal w stałym konflikcie władzami okołopuszczańskich gmin i domagają się rozszerzenia parku narodowego na cały obszar puszczy? Co gorsza może dojść do sytuacji, której ekolodzy będą przedstawiać jako hipokryzję naszych władz.

Mogą powiedzieć tak: z jednej strony mówicie o cudzie, to dlaczego nie robicie wszystkiego, by ten cud zachować dla potomności. I już jako praktyczny przykład wskazują sprawę Trywieży, w której austriacki koncern ma eksploatować złoża gliny. Zieloni podkreślają, że jest to najbardziej inwazyjna dla puszczy metoda. Z kolei władze dowodzą, że inwestycja ta ma być szansą dla regionu. Bez względu, kto ma racje, powstaje wrażenie, że na zewnątrz nie potrafimy mówić jednym głosem.

I to koniec moich zapisków na margines siedmiu nowych cudów świata. A tak swoją drogą: co z Puszczą Knyszyńską? Przecież przez wielu jest ona uważana za bardziej cenna niż Białowieska. Ze swym  symbolem sosną supraską.

Prędzej Pawlak odda tekę wicepremiera niż strażaków

Ilekroć słyszę o standardach w polityce, tylekroć staje mi przed oczyma (słynna zbitka posła Zycha)  scena z  jednego z odcinków „Stawki większej niż życie”. Kloss, by nie dać się zdemaskować przez polskiego agenta gestapo, najpierw spija go, a potem nokautuje. Na co pijący z nimi Bruner mówi: |”No nie mogę, nie mogę patrzeć na bitego człowieka”.
Co prawda scena to tylko filmowa, ale jakże zarazem trafne podsumowanie całej tej dyskusji o standardach,  trwaniu koalicji, Misiaku, Pawlaku, wszystkich świętych od nawozów i od świata, optymalnej koalicji.
A jeśli już przy niej jesteśmy to tak się składa, że kolejny sprawdzian bojowy przejdzie na Podlasiu. Wszak w poniedziałek próba sił w naszym sejmiku. I pytanie: jak po tych szturchańcach na szczeblu centralnym zachowają się podlascy ludowcy. Lojalnie czy po raz kolejny obrotowo?.

Jeszcze w ubiegłym tygodniu wydawało się, że w ten pierwszy sposób. Bo też w kategoriach dyscyplinujących naszych radnych można było odczytywać wizytę Pawlaka na Podlasiu. Tyle, że dwa dni później nastąpił swoisty wielki szlem dla PL-L. Także w wymiarze regionalnym.
Ten swoisty poker między dwoma koalicjantami zostanie sprawdzony właśnie u nas. Koniem z rzędem temu, kto dzisiaj przewidzi vista w tej rozgrywce.

Ale jedno jest pewne: prędzej Pawlak odda tekę wicepremiera niż strażaków. Czy poświęci też podlaską koalicję?

Dlaczego Tusk nie będzie mężem stanu?

Dwa i pół roku temu przez kraj naszych bratanków przetoczyła się ogromna fala protestów. Madziarzy zbuntowali się przeciwko wypowiedzi premiera Gyurscyany’ego, która ujrzała wtedy światło dzienne (została wypowiedziana kilka miesięcy wcześniej): „Spieprzyliśmy sprawę. Nie trochę, ale bardzo… Gdybyśmy mieli zdać relację krajowi z tego, co zrobiliśmy przez cztery lata, co powiemy?”.
I potem jeszcze dodał: „kłamaliśmy rano, w południe i w nocy” i przyznał, że podczas poprzednich rządów jego partii Węgry przetrwały dzięki „boskiej opatrzności, obfitości gotówki w gospodarce światowej i setkom sztuczek”.

Gyurcsany poczynił te krzepiąco szczere uwagi podczas zamkniętego spotkania. Ale ktoś je nagrał i zrobił przeciek. Po jego wypłynięciu premier twierdził, że chodziło mu o to, by w dobitny sposób przekonać swoich kolegów o pilnej potrzebie przeprowadzenia na Węgrzech radykalnych reform gospodarczych, przez które rozumie wyższe podatki (jego partia obiecała, że będą obniżone) oraz cięcia budżetowe (jego partia obiecywała, że ich praktycznie nie będzie). I trzymał się tego, niezbyt pewnie, ale jednak.

Ludzie tolerują wiele rzeczy jeśli są „wstydliwie” zmiatane pod dywan. Ale premier Gyurscany przyznał cynicznie, że kłamał i oszukiwał. Świadomie wprowadził ludzi w błąd i co więcej przyznał że nie ma pojęcia jak z tego dołka wyjść. 

Po tych słowach przetoczyły się przez Budapeszt krwawe zamieszki. Trwały kilka tygodni, ale premier przetrwał.

Ten, co oparł się społecznemu zadowoleniu z powodów obyczajów i przyzwoitości, teraz odchodzi pod ciężarem kryzysowych trudności ekonomicznych. Pod presją spodziewanej fali protestów  nie politycznych, ale socjalnych. Obfitość gotówki w gospodarce światowej się skończyła, opatrzność od Węgier odwróciła, arsenał sztuczek się wyczerpał.

Presja społeczna w całej Europie jest tym czynnikiem, który może zmieść każdy rząd. Dlatego Sarkozy zgodził się na przeniesienie fabryki samochodów ze Słowenii do Francji?

Na całym tym wzburzonym europejskim morzu Polska wydaje się samotną wyspą. I chyba jest jedynym krajem  w Europie, w którym władza prędzej zmieni się pod wpływem spraw i afer obyczajowo-koteryjnych niż socjalnych.

Stąd takie pryncypialne podejście Tuska do partyjnych posłów biznesmenów. Na przekór własnemu aktywowi. Bo wie, że o ile protesty ekonomiczne – jak na razie – nie zagrożą  jego szansom w wyborach prezydenckich, to brak reakcji na patologie na styku partia-biznes, może srogo go kosztować.

Ale premier zyskał by znacznie więcej, gdyby do sprawy podszedł z jeszcze większą ortodoksją. Zamiast zmuszać posłów do wyboru między Sejmem a biznesem, powinien im podziękować. Być może przez ten krok straciłby dużo przyjaciół, partię, koalicję i premierostwo. Ale już teraz prezydenturę miałby w kieszeni. By ją dobrze wypełniać nie potrzeba 230 głosów plus jeden. Wystarczy góra 50 ludzi. Tylu, w 38 milionowym kraju, spoza orbit partyjnych chyba by się znalazło. Dostrzeżenie tego namaszcza na męża stanu.

Białystok na zdrowie

Białystok ma zamiar przystąpić do stowarzyszenia polskich zdrowych miast. Skoro Podlasie należy do konferencji miast nadmorskich i peryferyjnych (z tym ostatnim członem to i  adekwatnie), to dlaczego Białystok nie miałby możliwości akcesji do związku zdrowych miast. Nawet jeśli zdrowym nie jest.

Zdrowie można rozpatrywać w dwóch znaczeniach: wąskim i szerokim. W tym drugim to ekologia, aktywność fizyczną mieszkańców, rozwój społeczny. Niby mamy masę krytyczną, ale biorąc pod uwagę, ile drzew w ciągu ostatniego roku zostało wyciętych i ile jeszcze zostanie, trudno mówić o zielonym Białymstoku.

I drugie znaczenie, węższe odnoszące się do problematyki czysto medycznej. Po ostatnim przypadku opisanym przez „Gazetę Współczesną” śmierci pacjentki w przychodni lekarza rodzinnego trudno mówić, że Białystok jest zdrowym miastem. Bo paradoksalnie w tym tragicznym przypadku wyszło na to, ze wszyscy zachowali się tak jak każe system, tylko pacjent tego nie przeżył. I co gorsze każdy z nas może być w takiej samej sytuacji. Być może gdyby pacjentka zadzwoniła od razu po karetkę –  a nie postępowała zgodnie z procedurami, które zarządzający naszą służbą zdrowia każą nam przestrzegać w biały dzień –  to może by żyła.

Skoro system w gruncie rzeczy okazał się tak zawodny (a tu się kładzie cieniem dostępność do lekarza), to może najpierw go zmienić i naprawić, a dopiero potem przystępować do zdrowych miast. Nawet najlepsze prgramy profilaktyczne nie poradzą, gdy system sie nie sprawdza. Ale wszystko to jest do nabrobienia, bo jak pisał poeta: (…)zdrowie. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił (…)”. Ze zdrowiem miasta jest podobnie.

Szeptem mówią o rewolucji

Dzisiaj ani słowa o białostockiej polityce, ani tym bardziej o krajowej. Ale o artystce, o której zamierzałem napisać co najmniej od 10 listopada. Wtedy wybrała się do Europy, by promować swój najnowszy album. Tak się składa, że  dzisiaj swiętuje  45 urodziny -  Tracy Chapman.

Przed laty okrzyknięta buntowniczką z Ohio. Dzisiaj  już nie tak wojownicza, ale nadal wierna swoim tekstom i muzyce. „Jasna przyszłość” – tytuł ostatniej płyty wymownie to podkreśla.

Moje spotkanie z Tracy Chapman zaczęło się przed dwie dekady temu. Nikomu nie znana dziewczyna wychodzi z pudłem na londyński Wembley i zaczyna grać i śpiewa słowa, które tu nad Wisłą, wydawały się wówczas abstrakcją. No bo jak to: szykujemy się do zrzucenia jarzma starego systemu i łykania wolności, a czarnoskóra wokalistka śpiewa o niesprawiedliwości, krzywdzie, rasizmie, miłości, bezrobociu, miłości, rewolucji.

Pamiętam jak dziś tłumaczenia jej tekstów, które prezentował w radiowej Trójce niezapomniany Tomasz Beksiński. Gdzieś jeszcze na starym magnetofonie szpulowym mam to nagranie.
1. Talkin’ ‘Bout a Revolution
2.Fast Car
3.Across the Lines
4.Behind the Wall
5.Baby Can I Hold You
6.Mountains O’ Things
7.She’s Got Her Ticket
8.Why?
9.For My Lover
10.If Not Now
11.For You

Kolejność utworów z tej płyty trudno zapomnieć. Bo też ten pierwszy krążek Tracy Chapman jest dla mnie płytą skończoną, absolutną. I też z tego powodu potem zapomniałem o Chapman. Choć wiedziałem, że nagrywa nowe płyty, jakoś po nie sięgałem. Wychodząc z założenia: Czy po tak absolutnej płycie można przekazać coś więcej?

I było to długie zapomnienie, bo aż 20 letnie. Dopiero jesienią ubiegłego roku, po informacji o europejskiej trasie koncertowej (szkoda, że do nas nie zawitała), coś mnie tknęło, by poznać ją na nowo.

Bo takie granie potrzebne jest światu jak tlen.  Zwłaszcza wtedy, gdy szeptem mówi się o rewolucji. Tak jak pojutrze w Londynie.

 Koniec tego mojego ględzenia. Pora na Don’t Dwell.

21.37

2  kwietnia 2005 roku. Godzina  21. 37 na zawsze zostanie w naszej pamięci. Ale nie wątpię, że dla przyszłych pokoleń Polaków to datą będzie 16 października., dzień wyboru Karola Wojtyły na stolicę Piotrową. Wszak wtedy się wszystko zaczęło. Tak jak dla Karola Wojtyły – i to Papież sam mówił – wszystko się zaczęło w Wadowicach, tak dla polskiej państwowości wszystko się zaczęło 16 października 1978 roku. Jak chrzest Mieszka I 14 kwietnia w 966 roku.

Być może, my współcześni Papieżowi nie jesteśmy w stanie tego dziś jeszcze pojąć. Bo podchodzimy uczuciowo i czcimy rocznicę żalu. Jesteśmy bardziej emocjonalni niż racjonalni.

Bardziej w pamięci mamy dzień śmierci papieża niż dzień jego wyboru.  Ale w badaniach prowadzonych w latach ubiegłych ponad połowa Polaków chciała by 2 kwietnia  został uznany za święto narodowe lub państwowe i był dniem wolnym. Przepraszam, ale mamy świętować że zmarł nam Papież? Czy też sposób jaki przeżywaliśmy jego odejście?
A 16 października miałby inną wymowę. Podwójną – jak powiedział kiedyś prof.Jerzy Kopania. Po pierwsze, symbolizowałby dzień, w którym Polska osiągnęła najwyższą godność w naszej cywilizacji. Po drugie, przypominałby, że ten rozwój cywilizacyjny i przynależność do krajów Zachodu zawdzięcza chrześcijaństwu.

I wcale nie musiałby być dniem wolnym od pracy. Wystarczy, że świętem państwowym. A w sumieniu doznaniem religijnym lub metafizycznym. By tak się stało, musi jeszcze wiele wody w Wiśle upłynąć. Być może przez kilka pokoleń.

Zieloni wyperswadują rządowi Białystok

Dokładnie to przebieg Via Bialtiki przez stolicę Podlasia. To dla nich teraz najważniejsza batalia w Polsce Północno-Wschodniej po wygraniu bitwy o Dolinę Rospudy- tak zapowiadali w rozmowie z dziennikarką Radia Białystok na kanwie koszenia łąk nad Rospudą. I nie będą chyba mieli z tym problemu, bo za przebiegiem drogi przez Łomżę, opowiedział się minister infrastruktury. A ponieważ nasz rząd nie jest skory do awantury z Komisja Europejską, sprawa wydaje się przesądzona.
Skuteczność lobbowania ekologów każe postawić  pytanie o skuteczność lobbowania białostockich sił politycznych z  różnych szczebli. Za pierwszego SLD skapnął nam uniwersytet i ośrodek telewizyjny. I później rządzący, zarówno spod szyldu AWS, jak i drugiego SLD, PiS i teraz PO, też pewnie dorzuciliby coś do worka z napisem: załatwione. 
Ale na drugiej szali są też sprawy, które mogą świadczyć o słabości tego lobby: zabranie policyjnego śmigłowca, zakopana budowa obwodnicy Augustowa, sprawa  cukrowni i ZNTK w Łapach. 

To jaki jest bilans tego lobbowania? Na plus, minus czy zero? Zapraszam do dyskusji.

“Tusek chytrusek”

Wyobraźmy sobie taką sytuację: po ostatnim gwizdku sędziego w meczu w Belfaście Polacy podchodzą do sędziego i proszę o powtórzenie meczu od chwili nieprawdopodobnego kiksu Boruca. Wszyscy przecież widzieli, że nasz bramkarz się pomylił. Chciał kopnąć piłkę, ale nie trafił i padł gol samobójczy. Niemal ekstra używając terminologii z „Piłkarskiego pokera”.
 
Taki scenariusz z powtórką wydaje się nie tylko nierealny, ale absurdalny aż do granic wszechświata. Ale nie w polskim Sejmie.

Posłowie zrobili taki sam kiks w sprawie obcięcia dotacji dla partii politycznych. I co? Zaraz go naprawili.  Po takim zachowaniu to powinni na jakiś czas – podobnie jak Boruc z kadry – zostać z Sejmu przepędzeniu na cztery wiatry. Ale to marzenie ściętej głowy.

Podczas wczorajszego cyrku było coś jeszcze.  Otóż Platforma znalazła chytry sposób na dopięcie tego, na czym jej zależało od samego początku: obcięcia całkowitego dotacji dla partii. Sprawy przybrały taki obrót: w czwartek wieczorem, po odrzuceniu projektu PO, Platforma dogaduje się z Lewicą i ludowcami, że bez żadnych poprawek wszystkie te trzy siły poprą projekt SLD o częściowym zmniejszeniu dotacji dla partii z budżetu. I tu zaczyna się poker.

Tercet ten sprawdził poseł  należący do Polski XXI . Zgłosił on poprawkę, która de facto znosiła całkowicie dotację. Za nią jest prawie cała obecna na sali Platforma, łącznie z premierem Tuskiem. Tym samym łamie ustalenia zawarte z SLD i PSL. Tłumaczy to później tak: nie mogliśmy tej poprawki nie poprzeć ze względu ideowych.
Las dwustu rąk posłów Platformy pociąga przy okazji za sobą kilka posłów PSL, którzy się ponoć zagapili. Zdezorientowany SLD przy głosowaniu całości projektu, głosuje przeciwko swojemu projektowi.  Ustawa upada, by popołudniu …..

Ale za nim nastało owo popołudnie, premier Tusk na konferencji przyznał, że jego ludzie popełnili błąd: „ Kiedy doszło do głosowania poprawki całkowicie znoszącej dotacje, posłowie PO zagłosowali automatycznie za wnioskiem najbliższym naszemu sercu i to był błąd. Przez wiele dni przygotowywałem scenariusz, który dawał szansę na osiągnięcie efektu, a nie tylko demonstracyjne głosowania. I biorę odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, i co się zdarzy”. Szef rządu odrzucił tym samym sugestie o sabotaż ze strony PSL. – Nie powiem o nikim niczego złego, bo mi zależy na tej sprawie – przyznał premier.

Zbyt długo obserwuję nie tylko polską scenę polityczną, by uwierzyć w słowa premiera. Niby tak synchronicznie jak jeden dzwon zabiły serca prawie 200 posłom? Taki efekt to się osiąga na zasadzie dyscypliny partyjnej i to wcale nie formalnej, a właściwie rozumianej.
A dyscyplina się rodzi, gdy rodzi się szansa na osiągnięcie celu.  W zwłaszcza w zamieszaniu, jakim jest samo głosowanie, gdy posłowie zamiast się w słuchać i rozumieć to nad czym głosują, patrzą jakie sygnały puszcza im lider ich klubu lub poseł prowadzący projekt ustawy. I niewiele brakowało, a Platforma przechytrzyłaby wczoraj wszystkich.

Dwa tygodnie temu napisałem na blogu, dlaczego Donald Tusk nie będzie mężem stanu. W między czasie doszło kilka wydarzeń (niefortunna wypowiedź o finansowaniu książki Zyzaka przez IPN, wysłanej speckomisji akredytacyjnej na UJ, sprawa finansowania kampanii posła Palikota), po których Platforma będzie tracić w sondażach.  Ale niech PiS nie zaciera ręce, bo nie ma, po czym. To nie będzie strata na tyle duża, by zrównać szanse obu partii. Spadek będzie kilku procentowy, ale wystarczająco duży, by pozbawić Platformę złudzeń, że w przyszłej kadencji mogą rządzić samodzielnie.
Bo to było głównym celem Platformy od początku tej kadencji. Zacisnąć zęby przy PSL – u i przetrwać cztery lata z notowaniami powyżej 50 proc. Ale to się Platformie rozmywa. I to na własne życzenie.

Ale nie zamierzam się nad nią rozwodzić. Także, dlatego, że premier znalazł wczoraj czas by gadać jakieś  farmazony o bliskości serca, a nie znalazł choćby cala z tej bliskości dla protestujących przed jego kancelarią robotników z Łap.

Ciekawe, ile z tych zaoszczędzonych wczoraj pieniędzy trafi właśnie do Łap w postaci zamówień na remonty wagonów. Czy nie zasługują na odrobinę solidarności, której braku zarzucali przeciwnikom zmniejszenia dotacji zwolennicy jej ograniczenia?

Sędzia kalosz

To najłagodniejsze określenie arbitra piłkarskiego. Ukute w zamierzchłych czasach jeszcze sporadycznie funkcjonuje w kibicowskiej świadomości. Z biegiem czasu zostałe wyparte przez słowa ze wszech miar niecenzuralne.

Te,  zrodzone w latach tzw. braci robotniczej, która dominowała na sportowych arenach, bardzo szybko przyjęło się i zostało afirmowane przez kolejne generacje. Kto by dzisiaj chciał krzyczeć sędzia kalosz, gdy z taką łatwością wyrywa się z gardeł: „sędzia ch…..„

Wspominam o tym nie bez kozery. Podczas wczorajszego meczu Jagiellonii z ŁKS sędzia nie uznał trzech goli strzelonych przez białostoczan. Za każdym razem pod adresem arbitra poleciała wiązanka takich przekleństw, że musiałem wyłączyć radio, by dzieciaki tego nie słuchały.

Tyle mówi się i uczy najmłodszych sympatyków żółto-czerwonych kibicowania z klasą.  Zapewne wielu z nich było na niedzielnym meczu. I przy usłyszanych tam wzorcach nie mam wątpliwości, że ta nauka z kibicowania z klasą jest pracą syzyfową. Za parę lat kolejnemu pokoleniu łatwiej będzie krzyknąć: „Sędzia z Lublina to kawał sk….” niż sędzia kalosz.

A przecież można by tak w zamian: „Wybaczmy mu, wybaczmy mu, bo nie wie, co czyni”. Nie tylko dlatego, że wczoraj była Niedziela Palmowa.

Flip i Flap

Barack Obama pyta się swoich doradców: “Za chwilę spotkam się  z Polską delegacją? Jak mam się zachować.”
Na to eksperci: „Tak jakby oglądał Pan Flipa i Flapa“.

 Bo też ten dowcip najpełniej oddaje to, co zgotowali nam nasi rządzący w ostatni weekend. Do tego, że się nawzajem nie znoszą i zabierają sobie stołki, zdołaliśmy się przyzwyczaić. Pewnie politycy, zwłaszcza europejscy, też. Ale nie spodziewałem się, że nasze gwiazdy posuną się do takiego blamażu. – Żeby swojego –  to byłoby jeszcze pół biedy.  Ale tym razem ośmieszyli Polskę na całego. I to kto? Najwyżsi jej przedstawiciele.
Nie chce wchodzić w szczegóły, jak to z tą instrukcją było. I dywagować: kto śpi mocnym snem, a kto się jeszcze o godz. 1 nieźle  się bawi ( być może o tym innym razem, jak i innym razem o praskim wystąpieniu Obamy, który przeniósł nas wstecz o 30 lat do czasów  Cartera).

 Zasada pierwsza powinna być taka: nic złego o Polsce poza granicami kraju. Zasada druga: Nic nie wypływa na światło dzienne,  póki najwyżsi przedstawiciele państwa nie zakończą zagranicznych wojaży. Jak wrócą do kraju, to niech się wtedy nawet za łby wezmą.

Tymczasem prezydent RP skrytykował w Strasburgu rząd,  a ten w odwecie ujawnia słowa zawarte w “instrukcji”, które przed rozmową z Barckiem Obamą stawiają nas w niekorzystnym świetle.

Panowie, zacytuję klasyka, kończcie, wstydu oszczędźcie. Ale to naiwne życzenia. Także dlatego, że miłościwie nam panujący nie czują respektu i oddechu za plecami społeczeństwa. Polska to nie Włochy, w których na ulicę wychodzi 2, 5 miliona ludzi.

A wracając do starej, dobrej burleski: nigdy nie mogłem zapamiętać, który jest Flip, a który Flap. W polskiej wersji komedii i parodii w jednym, rozwiązanie tego dylematu wydaje się być retoryczne.

Jagiellonia wypromuje Białystok. Za 750 tys. złotych.

Tyle do końca czerwca 2009 roku otrzyma klub za promocję Miasta Białegostoku poprzez organizowanie widowisk sportowych, kulturalnych lub rekreacyjnych oraz udział zespołu w rozgrywkach najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. 

Wspieranie sportu przez miasto to nic nowego. Na przykład ostatnio władze Olsztyna dotowały kwotą  pół miliona. Także sama Jagiellonia w przeszłości była wspierana w podobny sposób. Choćby w zeszłym roku, chociaż wtedy ze względu na słabą grę naszych piłkarzy i formę promocji tuż przez zakończeniem sezonu,  ta dotacje wzbudzała wiele kontrowersji.
Ale w tym roku nasi grają zupełnie inaczej. I co więcej, za wszelką cenę chcą udowodnić na boisku, że na degradację za niepopełnione przez siebie grzechy nie zasługują.

Nie chcę rozpisywać się czy te 750 tys. to dobry pomysł czy nie. Czy to za mało lub za dużo (zapraszam do dyskusji na blogu).

Mnie w tej promocji zafrasowało co innego: jej forma. Otóż została ogłoszona w formie przetargu, ze specyfikacja, która mogła tylko spełnić Jagiellonia. Tak jakby miasto nie mogło bez tych procedur przekazać pieniędzy. A ma związane ręce, bo zgodnie z prawem tego inaczej nie może zrobić. Przecież to podpada pod schizofrenię paranoidalną.

To ja się pytam gdzie jest poseł Palikot i jego komisja Przyjazne Państwo. Czy nie najwyższa pora zakończyć ową fikcję. Po co tworzyć jakieś parawany, że dopełniono wszystkich procedur prawnych, skoro prawo to można uprościć do minimum.

Białystok, miasto szczęśliwe

Takie można odnieść wrażenie po poniedziałkowej publikacji „Wprost”.  W rankingu tygodnika Białystok okazał się najtańszym miastem pod względem wszelakiej maści opłat komunalnych.

Muszę przyznać, że jestem sceptycznie nastawiony do takich rankingów.  Bo też często sprowadzają nas na manowce.  Przecież gdyby zapytać białostoczan czy odczuwają, że w mieście jest tanio w opłatach komunalnych, to nie mam wątpliwości, że odpowiedzi byłyby odwrotnie proporcjonalne do pozycji Białegostoku w rankingu. Także dlatego, że dane tam zawarte już niebawem będą nieaktualne. Bo za chwilę czeka nas podwyżka za wodę, ciepło, czynsze w lokalach komunalnych. 

 Mój dystans wynika także stąd, że w takim rankingu dość łatwo o nieścisłości. Woda w Białymstoku nie kosztuje dzisiaj 2, 38 złotego, ale jest o 10 groszy droższa. Od czerwca, jak już wspomniałem jeszcze, podskoczy w górę.

Nasze władze dostały w postaci rankingu wymarzone narzędzie do uzasadnienia wszelakich podwyżek. Co prawda zastrzegają, że u nas zarobki są mniejsze niż w innych częściach kraju, ale ileż już razy używały argumentu uzasadniając kolejne podwyżki opłat: „Przecież u nas jest i tak najtaniej”.

Ot i takie są manowce wszelakich rankingów. Zamiast okupowania pierwszych miejsc w mniej lub bardziej subiektywnych lub obiektywnych plebiscytach, wolałbym aby o naszym mieście mówili, że jako pierwsze w kraju wprowadziło …..
No właśnie, co? Darmową komunikację, baseny przy każdej szkole, 10- osobowe klasy w szkołach? Czekam na propozycję i zapraszam do dyskusji.

Przemeblowanie w białostockim magistracie

Ogłoszono bowiem przetarg na remont pomieszczeń, które onegdaj na parterze budynku przy Słonimskiej zajmował bank.  Teraz mają zostać zaadaptowane do potrzeb osbługi mieszkańców. Przy okazji front robot zahaczy o czwarte i piąte piętro, czyli tzw.  kwaterę dowodzenia.

Do remontu pójdzie gabinet prezydent, sekretarza miasta, sekretariatu, korytarz do owej kwatery prowadzacy i mniej wiecej to samo kondygnację wyżej, a tam gabinety dwóch wiceprezydentów. Zniknie boazeria, wymieniona zostanie instalacja elektryczna i informatyczna.

Jeśli chodzi o szczegóły prac odsyłam na bip, gdzie opublikowano szczegółowe warunki modernizacji. Może koneserzy prac budowlanych i architekci wnętrz znajdą tam interesujące ciekawostki i inspiracje. Także obrazkowe.

Przeglądając zakres prac i nie tylko pomyślałem, że remont pokoi jest po trochu szykowany też  z myślą o następnych (wybory już w przyszłym roku)  ich lokatorach. Ciekawe, ilu z obecnych ponownie nimi będzie?.

Alleluja, Bez Jacka i Ukolebavka

 Alleluja. A najlepsze  jakie słyszałem, to ballada Leonarda Cohena w wykonaniu Macieja Zembatego.

YouTube Preview Image

 

Czas zmartwychwstania.  Arcydzieło grupy Bez Jacka.

 

12 kwietnia. Dzień urodzin Karela Kryla. W 1944 roku. Na wspominkę jego wiersz “Ukolebavka” (Kołysanka) w tłumaczeniu Renaty Putzlacher.

Zaśnij, syneczku, śpij,
pod powiekami skryj
niebieskie swe źrenice.
Kiedyś zwiędną jak mech,
gdy ci życie i pech
obrócą świat na nice.

Zaspokoją twą chęć
dwie dziewczyny lub pięć,
bo można tak bez końca.
Któraś powie ci “nie”,
rany zabliźnią się
i pójdziesz w ślady ojca.

Śpij nam, syneczku, śpij,
mleka starczy,więc pij,
bo jesteś grzecznym synkiem.
Kiedyś wyrośniesz nam,
w barze usiądziesz sam
nad zgoła innym drinkiem.

Szybko upłynie czas,
wstąpisz do armii raz,
broń błyśnie zamiast słońca.
Wódka na chwile złe,
cofać nauczysz się
i pójdziesz w ślady ojca.

Śpisz już, syneczku, śpisz,
bieda piszczy jak mysz,
a strach ma dyżur nocny.
Zimny żłobek dzień w dzień,
mama podrzuci cię
na wychowanie obcym.

Przepis jak kłamać masz
rzucą ci prosto w twarz,
zysk każdy to twa strata.
Kompromisy, by żyć,
cel – samotność jak nić…
I będziesz niczym tata.

Po czesku śpiewa  ją Jaromir Nohavica.

YouTube Preview Image

Rosja, kontynuatorka ZSRR, odpowiedzialna za Katyń

Dziś Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. To właśnie 13 kwietnia 1943 roku świat usłyszał o straszliwej zbrodni dokonanej na 22 tysiącach polskich oficerów.

13 kwietnia 1943 roku niemieckie radio poinformowało o odkryciu w Lesie Katyńskim koło Smoleńska grobów polskich oficerów, rozstrzelanych przez władze ZSRR

13 kwietnia 1990 roku ukazał się komunikat agencji TASS, potwierdzający odpowiedzialność NKWD za ten mord i określający go mianem jednej z największych zbrodni stalinizmu.

13 kwietnia, od 2008 roku,  obchodzony jest jako Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej.

W przeddzień tej rocznicy w Moskwie zorganizowano debatę. Pokazano na niej film dokumentalny, który przekonywał że rozstrzelanie Polaków było dziełem nie NKWD, a Niemców. Znani publicyści próbowali udowodnić ( tak jak podtrzymywano to w PRL), że do zbrodni doszło nie w 1940 roku, a rok później – gdy hitlerowcy wkroczyli na te tereny.
Jurij Muchin autor filmu 35-minutowego „Katyńska podłość”, który pokazano podczas debaty, przekonywał że podpisana przez Stalina i innych członków Politbiura KC WKP(b) uchwała z 5 marca 1940 roku, skazująca polskich jeńców na śmierć, podobnie jak inne dokumenty, potwierdzające odpowiedzialność ZSRR za zbrodnię katyńską, zostały sfałszowane przez KGB.
Jego zdaniem, stało się pod koniec lat 80. na polecenie ówczesnego sekretarza generalnego KC KPZR Michaiła Gorbaczowa, a uczyniono to, aby rozbić Układ Warszawski, a jego wschodnioeuropejskich członków wciągnąć do NATO.
Muchin zarzucił też władzom Federacji Rosyjskiej, że te bez rozpatrzenia sprawy przez sąd uznały winę Rosji, jako spadkobierczyni ZSRR, za zbrodnię katyńską (prawdopodobnie chodzi mu tu o gest Jelcyna z 1993 roku, który przywiózł do Warszawy dokumenty, że to Sowieci stoją za to zbrodnią).

Muchin nie ma racji powołując się na brak procesów sądów. Przyznanie się przywódców politycznych Związku Radzieckiego w dniu 13 kwietnia 1990 roku i później słowa przywódcy Rosji Borysa Jelcyna wypowiedziane podczas jego wizyty w Warszawie, są wystarczającym, nieodwołalnym  i jednoznacznym przyznaniem się Rosji  do odpowiedzialności za Zbrodnię Katyńską. I nie zmieni tego obecny oportunizm panujący współcześnie w tej sprawie w Rosji. A wszystko dlatego, że Rosja nie jest sukcesorką, a kontynuatorką Związku Radzieckiego. Bo ten w istocie nigdy nie upadł, on przekształcił się w Rosję.

By wyjaśnić ten dysonans musimy odróżnić płaszczyznę polityczną od prawnej. W sensie geopolitycznym oczywistym jest, że takiego bytu jak Związek Sowiecki nie ma od 18 lat. Ale w sensie prawnym niekoniecznie.

W tym miejscu musimy wrócić do okresu, w którym byłe republiki radzieckie wybijały się na niepodległość. Aktem to potwierdzającym było ogłoszenie  przez każdą z nich deklaracji niepodległości. Dopiero to było ostatnim aktem konstytutywnym, który ustanawiał ich podmiotowość w stosunkach międzynarodowych i prawie międzynarodowym. Zrobiły tak wszystkie, poza jedną – Federacją Rosyjską.

I tu drobna uwaga. Jeszcze w czasach istnienia układu dwubiegunowego w stosunkach międzynardowwych takie pojęcia jak Związek Radziecki, Rosja, Federacja Rosyjska, były w potocznym rozumieniu tożsame. Także politycy zachodni częstą używali ich zamiennie. Z tego powodu w znaczeniu semantycznym sukcesja po ZSRR była naturalnie przypisana do Rosji czy też jeśli użyje się bardziej formalnego terminu Federacji Rosyjskiej. Chociażby w uznanym przez wszystkich wyłącznym prawie Kremla do przejęcia całego potencjału nuklearnego po byłym ZSRR (Białoruś i Ukraina musiały oddać Rosji stacjonujące u nich garnizony nuklearne). Ale też zgodzie byłych republik radzieckich na przejęcie przez Federację Rosyjską wszystkich placówek dyplomatycznych ZSRR oraz zajęcie przez nią jego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Powyższe przykłady świadczą o sukcesji wymiarze politycznym. I tylko politycznym. Do prawnej nie ma podstaw, bo Rosja jest kontynuatorką ZSRR. A wszystko dlatego, że – jak już wspomniałem – jako jedyna nie ogłosiła deklaracji niepodległości, a jedynie suwerenności państwowej. Oczywiście możemy dyskutować o tym, jakie motywy w 1991 roku pchnęły Borysa Jelcyna  do takiego kroku, ale to nie jest ważne dla naszych rozważań. A dla nich istotne  jest to, że taka decyzja parlamentu Federacji Rosyjskiej spowodowała, że jest ona kontynuatorką ZSRR. Bo on nie upadł w sensie prawnym (w politycznym tak), a przekształcił się w Rosję.

A skoro tak, to oświadczenia z 13 kwietnia 1990 roku i późniejsze słowa Jelcyna podczas wizyty w Warszawie, są wystarczającymi przesłankami, które obnażają i demaskują argumenty Muchina i spółki. I jasno określają poprzez ciągłość odpowiedzialność Rosji postsowieckiej, postputinowskiej i kogokolwiek by jeszcze ona nie była,  za Katyń.

13 kwietnia to także rocznica innej zbrodni dokonanej przez ZSRR na ludności polskiej. 69. rocznica drugiej  deprtacji Polaków do Kazachstanu.

Tragedia w Kamieniu i politycy

Czy po tragedii w Kamieniu Pomorskim prezydent powinnien ogłosić żałobę narodową? Głosy są podzielone. Wiesław Gałązka na portalu Money.pl dowodzi, że poniedziałkowy pożar, mimo liczby ofiar, miał charakter lokalny i w zupełności wystarczające byłoby skontrolowanie sztabu kryzysowego przez wojewodę i marszałka województwa. Wyposażonych w ewentualne gwarancje rządowe dotyczące możliwości zwiększenia pomocy.
Wystarczające byłoby również ogłoszenie żałoby w województwie, gdyż częstotliwość ogłaszania żałoby narodowej w ciągu ostatnich lat zaczyna dewaluować jej znaczenie. Zwłaszcza z historycznego punktu widzenia.

Prezydent Kaczyński podczas swej kadencji  ogłaszał żałobę czterokrotnie: po zawaleniu hali w Katowicach, po katastrofie pod Grenoble, po wybuchu metanu w kopalni Halemba, po katastrofie Cesny. Można dyskutować czy w każdym tym przypadku słusznie. Ale jeśli już tak uczynił, to nie widzę powodów dlaczego nie miałby tego samego zrobić po tragedii w Kamieniu Pomorskim.

A gdyby tego teraz nie zrobił? Od razu zaczęłaby się licytacja, dlaczego wtedy, a nie teraz, że jedno tragicznie utracone życie ceni bardziej, a inne mniej,  że teraz to tylko socjalni. Pewnie swoje dorzuciliby też politycy, którzy zapewne zwęszyliby okazję, by jeszcze bardziej  dołożyć przeciwnikowi. Wystarczy, że dali – i tu muszę zgodzić się z Wiesławem Gałązką – żenujacy pokaz wzajemnych docinków i zgryźlwiości. Obopólnie.

Czy premier nie mógł w ludzkim odruchu zadzwonić do prezydenta i ponformować, go o tragedii. Tak by ten ostatni nie musiał wspominać: że należy zastanawić się w podobnych sytuacjach o sposobach informowania najwyższych władz. Z drugiej strony czy w obliczu takiej tragedii prezydent nie zyskałby w oczach Polaków, gdyby deklarując pomoc darował sobie słowa o spowodowanej cięciami budżetowymi, złej sytuacji finansowej swojej kancelarii?.

Ma rację Gałazka, że pojawienie się przedstawicieli najważniejszych władz państwa wśród poszkodowanych bywa uzasadnione, to trudno uwierzyć, że ich obecność nie wynika przede wszystkim z pogoni za popularnością. Zwłaszcza, że często zdarza się, iż składane przez nich, w obecności kamer i mikrofonów, obietnice szybkiej pomocy, rozmijają się z rzeczywistością.
Pozostaje mieć nadzieję, że do końca kadencji limit ogólnonarodowych tragedii został już wyczerpany. I nie tylko tej prezydentury.

Tragedia w Kamieniu Pomorskim powinna  zmienić jedno: podejście do budownictwa socjalnego. Nie da się go wznosić tanio, szybko, zbiorowo, z gorszych materiałów. Bo bardzo szybko takie domy mogą stać się ogniową pułapką. I nad tym muszą zasatnowić się władze wielu polskich miast. Także Białegostoku.

Inspektor Platini

Komisarz Maigret, inspektor Lavardin, komisarz Valentin. To klasyka francuskiego filmu policyjnego. Przypomniałem sobie o nich na kanwie inspekcji szefa UEFA Michela Platiniego w Polsce i na Ukrainie. Główny inspektor europejskiej piłki sprawdzał stan przygotowań obu krajów do organizacji mistrzostw w 2012. Od razu też zaczęła się licytacja w ilu polskich, a w ilu ukraińskich miastach będą rozgrywane mecze. Platini był pod wrażeniem prac na stadionie narodowym w Warszawie. Ale niczego nie przesądzał. Wyraził nadzieję, że dzięki organizacji championatu nasz futbol zyska nie tylko komercyjnie, ale czysto piłkarsko. Co do tego  ostatniego to mam akurat odmienne zdanie.

Gdyby o przydziale miast, w których będą rozgrywane mecze decydowałaby postawa drużyn w europejskich rozgrywkach, to nam przypadłoby tylko gościć uczestników inauguracyjnego spotkania. Ukraińcy mają znacznie bogatsze tradycje, na dodatek wczoraj dwa ich kluby zakwalifikowały się do półfinału Pucharu UEFA (oba pokonały drużyny francuskie). Tak, piłkarsko to my możemy Ukraińcom, co najwyżej buty nosić. Co gorsza, nie  podzielam optymizmu Platiniego, i nie widzę najmniejszych szans by poziom naszego piłkarstwa po organizacji finałów poszybował nagle w górę.  A wszystko przez pieniądz, który przed laty  stworzył piłkę nożną. Dziś, tyle że o wiele większy, pieniądz niszczy piłkę nożną. Ale takich paradoksów jest znacznie więcej.

Dzisiaj coraz rzadziej Dawid wygrywa z Goliatem, bo ten drugi – chociażby z powodu przynależności do klubu najbogatszych już na początku stoi na lepszej pozycji. Mimo to, futbol będzie nadal popularny. Ludzie kina estrady, teatru będą pokazywać się na stadionach we własnym dobrze pojętym interesie. Podobnie politycy, którzy jeszcze nie jeden raz wjadą na futbolu do parlamentu. Bo jak – mówił Ryszard Kapuściński – piłka nożna lepiej niż inne dziedziny sportu sprawdza się w epoce dyscyplin masowych.
Zarazem jest sportem bardzo demokratycznym. Można go uprawiać nie mając żadnych środków. Wystarczy zwykła szmacianka i kawałek łąki.

Na takich to podwórkach Budapesztu Ferenc Puskas razem z innymi kolegami ze “złotej jedenastki” zrzucał marynarkę i uganiał się za piłką razem z chłopcami z placu broni. Na takich favelach Rio dorosły już Garrincha, zanim wypatrzył go łowca talentów, uganiał się za szmacianką razem z brazylijskimi sierotami. Na takich śląskich hałdach za szmacianką ganiał Gererd Cieślik. Tak rodzą się autorytety dla młodzieży, nawet jeśli tylko sportowe. Dziś jeśli już gwiazda zdecyduję się na taki pokaz, to przyjedzie na niego samochodem z nie z tej ziemi i przyciągnie za sobą setki dziennikarzy. Wiadomo, to reklama, a nie trening, czyni mistrza. Ale czy wzorzec dla młodych?

Gdzieś w tym wszystkim jest polska piłka nożna. W 1983 roku, wraz z transferem Dariusza Dziekanowskiego ze stołecznej Gwardii do łódzkiego Widzewa, z naszej piłki uszło powietrze. Okazało się, że także nad Wisłą nie trzeba już ją dobrze kopać, wystarczy dobrze się sprzedać. Ta mentalność jest piętnem każdej kolejnej generacji. I zapewne dosięgłaby też Miroslava Klose czy Lukasa Podolskiego, gdyby ich rodzice zostali w kraju urodzenia. Dopóki młodzi piłkarze (ale także trenerzy i działacze) będą myśleć o tym jak się ustawić, dopóty nadal będziemy w piłkarskim zaścianku.

Wątek korupcyjny pominąłem, bo nie jest on główną przyczyną kryzysu naszego piłkarstwa. Jak pokazują doświadczenia innych krajów można z nim skutecznie walczyć przy pomocy aparatu państwowego. A u nas? Dwustu odwiedziło Wrocław, prezes w geście rocznicowym z okazji 90-lecia PZPN proponuje abolicję dla klubów uwikłanych w nieczyste interesy. Przypomina to przypadki innego inspektora. Tyle, że z angielskiego filmu,  o różowej panterze.

Alkohol, pieniądze i troska

Kolejne zwarcie między ciemną i antyciemną stroną mocy naszej polityki, przy której wysiada nawet słynna pomroczność jasna. Kto jest tą ciemną, a kto jasną? To już zostawiam Państwu do oceny.
Dla mnie w całej tej awanturze o miniaturki wysokoprocentowe ważniejsze jest coś innego. Gdy w ubiegłym tygodniu prezydent zawitał do Kamienia Pomorskiego powiedział, że znajdzie środki na pomoc poszkodowanym w pożarze, mimo złej sytuacji finansowej swojej kancelarii.

 Już wtedy pisałem, że nie powinnien wypowiadać takiego uzasadnienia. Bo też miało ono podtekst polityczny (na zasadzie retorsji), którego nie powinno być na zgliszczach wielkanocnej tragedii. Tym bardziej, że jak ujawniło Radio Zet, kondycja finansowa kancelarii chyba nie jest w końcu taka zła,  skoro znalazła pieniądze na “małpki” alkoholowe?.

Koncertowo. Podwójnie

Za sprawą białostockich artystów. I to z jakże przeciwległych biegunów muzyki. Ale też z łączonych nicią profesjonalizmu i promowaniem naszego miasta.

Kasach Chorych już przeszło od trzydziestu lat sławi Białystok na bluesowych scenach kraju. 10 krotnie mniejszy staż ma  Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej. Artyści pod kierunkiem Violetty Bieleckiej został uhonorowany w kategorii: fonograficzny debiut roku, za album „Pieśni Kurpiowskie: Górecki, Moryto, Szymanowki”. Bluesmeni za album “Koncertowo”.

 Jak powiedział podczas gali maestro Krzysztof Penderecki (nagroda za całokształt twórczości) Fryderyki w krótki czasie stały się prestiżową nagrodą w kraju.

Ich laureatów uczyniły najlepszymi ambasadorami swoich miast. Bo udowodniły, że nie tylko takie centra jak Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław czy Gdańsk liczą się na mapie kulturalnej kraju.

Jest to szczególnie ważne u nas, w Białymstoku. Bo po raz kolejny dostaliśmy dowód, że o marce miasta, jego promocji nie decydują biurokratyczne maniery, strategie, pseudoinicjatywy, a ludzie w nim mieszkający.  To pod prąd modzie lansowanej przez nasze władze, które z uporem  maniaka chcą przedstawić Białystok jako swoisty produkt: marketingowy, ekonomiczny.

I nie trzeba odwoływać się do doświadczeń sprzed kilku miesięcy. Wystarczyło posłuchać wypowiedzi naszego rzecznika magistratu dla TVN na kanwie strategii promocyjnej miasta czy wiceprezydenta Arłukowicza w Radio Białystok o zakończonej rejestracji do białostockich przedszkoli. W obu tych wypowiedziach pojęcie produktu było nad wyraz dobitnie uwypuklone.

Co takiego musiałoby stać się udziałem białostoczan, jaki ich sukces, by nasze władze odeszły od kanonów i dogmatów podręcznikowych i pozwoliły samym mieszkańcom  promować miasto. Bez żadnego rozdzielnika.

Wracając do wczorajszych nagród. Być może przyznanie nagrody dla chóru zmieni wśród niektórych zapatrywanie na kolosa, który powstaje za teatrem lalek. Na pewno już teraz pokazały Polsce, że Białystok to kulturalnie nie tylko zagłębie taneczne, ale też chóralne.

Co do Kasy Chorych, to już w czerwcu ubiegłego roku pisałem, przy okazji jubileuszu 30-lecia jej istnienia, że powinna otrzymać tytuł honorowego obywatela Białegostoku.

Po prostu koncertowo. I to podwójnie.

Przeciek, czyli test na zdrowy rozum

Wyciekł egzamin gimnazjalny z części humanistycznej. Wieczorem we wtorek miał się pojawić arkusz z odpowiedziami na jednym z portali zagranicznych chętnie odwiedzanym przez polskich internutów. Bardziej dobitnego dowodu na słabość państwa trudno już sobie wyobrazić.  I to w XX lecie jego odrodzenia.

Wychodzi na to, że cała armia urzędników nie jest w stanie przypilnować tak w gruncie rzeczy prostej banalnej sprawy jak tajność testu na koniec gimnazjum. Aż strach pomyśleć, co się dzieje z tymi poważniejszymi, choćby z kręgu szeroko pojętego bezpieczeństwa.

Konsekwencją przecieku powinno być – na zdrowy rozum – anulowanie testu. Inaczej  – jak słusznie zauważył jeden z internatów – być nie może, jak egzamin powtórzony, skoro cała Polska, a nawet świat, mogła się zapoznać z zadaniami dzień przed. Faktycznie jest to przykre i wiem, że gimnazjalistom do śmiechu nie będzie – poniosą konsekwencje za błędy dorosłych, którzy nie dochowali tajemnicy.

Podpowiada to zdrowy rozum, ale polska rzeczywistość z myśleniem zdroworozsądkowym niewiel ma wspólneho. Już zaczęła się spychologia.

I tu dochodzimy do sedna konsekwencji przecieku. Czyż  przy dymisji ministra Ćwiąkalskiego premier Tusk nie mówił, że jest coś takiego jak odpowiedzialność polityczna? A tym razem jak będzie?

Cimoszewicz utarł nosa SLD

Były premier przeszedł casting i znalazł się w decydującej rozgrywce o fotel szefa Rady Europy. Jego przeciwnikiem będzie były premier Norwegii. Bez względu jak się zakończy ta walka, to przejście Cimoszewicza do drugiego etapu już jest jego sukcesem i Polski.

Gdy kilka tygodni temu rząd zgłosił go do objęcia tej funkcji niewielu dawało mu szansę na cokolwiek. A już zwłaszcza politycy SLD, którzy mowili, że to za póżno, że inni kandydaci już znacznie wcześniej prowadzili kampanię, że tak naprawdę jest cios wymierzony przez PO w SLD. No i okazało się, że Cimoszewicz najbardziej utarł nosa swoim byłym towarzyszom.

Stojąc w korku

O remontach białostockich ulic pisałem wielokrotnie. I tyle razy samo wskazywałem na ograniczenia, które powodują, że podczas tych modernizacji miasto korkuje się ponad miarę.

Najpierw powinna być wyremontowana Legionowa, a dopiero później wyprowadzony ruch (skoro w planach był rynek) z Rynku Kościuszki. Nadal nie rozumiem dlaczego miasto zlikwidowało przejazd z Fabrycznej na Piłsudskiego, skoro żadne znaki na nie i ziemi nie wskazują, że plac Inwalidów zostanie sprzedany (no chyba, że upomni się o działkę jej sąsiad).

W przypadku zamknięcia Antoniuka Fabrycznego cieniem kładzie brak przeprawy z centrum przez Białostoczek na Antoniuk.  Ale takich wąskich gardeł jest więcej jak choćby Wasilkowsk/27Lipca, rondo Jurowiecka,  czy wyjazd na Augustów, zwłaszcza w piątek gdy ustawia się kolejka bałtyckich tirów (wszystkie po zachodniej strony).
 Aż strach pomyśleć, co się będzie działo w poniedziałek, gdy wyłączone zostaną światła na skrzyżowaniu Skłodowska-Legionowa. Czy policjanci dadzą sobie na nim radę?

Czołg odjechał, cokół pozostał

Wjechał do Białegostoku czołg. Pierwszy, którzy wykurzał Niemców. Sowiecki. I utknął na pagórku przy obecnym wiadukcie na Sienkiewicza. Stanął, bo się zepsuł. Tak mówiła czerwona legenda. Do tego stopni, że w połowie lat 70. przyjechał do Białegostoku ten, co kierował tym czołgiem (T34 podarowało na uroczystość LWP). Czerwonoarmista odsłonił pamiątkową tablicę, która w 1989 roku znikła z czołgu.

Kilka lat temu T34 odjechał do muzeum. Pozostał postument. Po co? Bo nijak nie pasuje do otoczenia. Czyżby czekał na kolejną „rzeźbę”. wątpliwe jednak by wylądawało na nim F-16, bateria Patriotów czy Rosomak.

A może ten cokół czego na innego gospodarza? W zasadzie to dobre miejsce na Hyde Parke polityczny zwłaszcza przez wyborami do europarlamentu. Ogłuszający ryk tirów zjeżdżających z wiaduktu tłumiłby wszelkie słowa, ale zarazem ciężarówki rozniosłyby przesłanie naszych kandydatów po całej Europy.

Oko Moskwy

26 kwietnia 1986 roku, godzina   01:24:20 sekund dochodzi do pierwszej eksplozji w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Tak rozpoczęła się   największa katastrofa w historii  i jedna z największych  XX wieku (chociaż jej geneza była wcześniejsza i tkwiła w niedopracowanej technologii i błędach ludzkich). Co było potem, dzisiaj już wiemy dokładnie. Ale wtedy Kreml w nieświadomości utrzymywał nie tylko swoich obywateli ale świat.

Cztery kilometry od bloku, który eksplodował, leży miasto Prypeć. To było wtedy całkiem zwykłe miasto  jakich tysiące  na wschodzie Europy. Niektórzy z jego mieszkańców jeszcze rano z trampy kolejowej obserwowali, to dzieje się w elektrowni. Później wszyscy dostali kilka godzin na spakowanie. Opornych wyłapywało wojsko.  Powiedziano im, że wyjeżdżają tylko na kilka dni, że wrócą. Od 23 lat Prypeć jest opuszczonym miastem. Są w nim miejsca, do który boją się wchodzić nawet naukowcy  w kombinezonach. Ktoś nazwał kiedyś je miasto duchów. Trwa upiorna cisza, którą na swoich zdjęciach oddał ją Wojciech Sawicki (zamieściliśmy je w magazynie, galeria jest na stronie internetowej). Optymistyczne prognozy mówią, że ludzie wrócą do niego najwcześniej za 300 lat.

Wśród setek zdjęć zrobionych przez Wojciech Sawickiego jedno zwróciło moje uwagę. To jakby rozłożysta trakcja elektryczna, tyle że w poziomie. Długie pręty wygięte na końcu w charakterystyczny sposób. To rada stacji obrony.  Zbyt potężny, by był na usługach zwykłej bazy przeciwlotniczej. Czyżby już wtedy Sowieci pracowali na własną wersją tarczy antyrakietowej?

Wybuch w elektrowni zatrzymał też budowę stacji. Po rozpadzie ZSRR granica między Ukrainą a Białorusią przedzieliła stację na pół. Ale i tak się nikt tam (z powodu radioaktywności) nie zapuszcza. Stoi kupa żelastwa. O złowrogiej nazwie Oko Moskwy.

Oko Moskwy

Oko Moskwy

Jeźdźcy Apokalipsy

A jeśli dwóch już wyruszyło? I jeżeli jeden to głód (kryzys), a drugi to zaraza (świńska grypa)? Kto zatem ten trzeci i czwarty? Kto wojną, kto śmiercią? I kiedy wyruszą? A może już są w drodze? Tylko tego jeszcze nie wiemy, jeszcze tego nie widać, nie słychać, nie czuć. 

I jeśli nawet ten trzeci podążać będzie w podobnym tempie jak dwaj pierwsi, to może ten czwarty już niekoniecznie. Wszak nie na próżno mówią o nim jako tym  naważniejszym z  jeźdźców. Wszak  tylko on wlecze za sobą towarzyszkę - otchłań.

I znów księżniczka Anna spadła z konia

Była z niej całkiem niezła dżokejka. Po upadku od razu znalazła się na czołówkach prasy brytyjskiej. Zresztą nie tylko. Nawet Agnieszka Osiecka poświęciła jej jedną ze swych piosenek. 

Wspominam o tym wydarzeniu sprzed górą już trzydziestu lat, bo zupełnie nie rozumiem oburzenia polityków PiS, którzy nie pozostawiają suchej nitki na mediach za to, że te wzięły sobie na języki minister Annę Fotygę po jej wystąpieniu przed komisją sejmową. Czyż i ona nie  spadała z czarnego,  oenzetowskiego, konia?. 

Gdy minister Fotyga obejmowała resort po Stefanie Mellerze (odszedł on na znak protestu przeciwko włączeniu do rządu Andrzeja Leppera) wyraziłem obawę, że nie udźwignie jej powierzonej teki.
I z tych samych powodów uważam, że nie powinna ona obejmować urzędu ambasadora przy ONZ. Powiem więcej: to, że jest byłym ministrem wcale nie oznacza, że nadaje się na dyplomatę. Bo minister – wiadomo – profesja  polityczna, a dyplomacja zawodowa ( W dawnym systemie wysyłano zasłużonych, zmęczonych, odstawionych na boczny tor towarzyszy na placówki do bratnich krajów, ale w odrodzonej RP tak być nie powinno. Tyle, że nie jest. I to jest jedna z wielu patologii, które kładą się cieniem na bilans XX lecia.).

Tym bardziej nie rozumiem logiki jaką kierował się minister Sikorski proponując fotel ambasadora Annie Fotydze. Przecież od samego początku miał świadomość, że minister będzie reprezentować linię prezydenta. I w ogóle nie rozumiem tego targu w duchu kompromisu: jeden fotel ambasadorski za sześć innych. A także tego, dlaczego przewodniczący Lisek dopuścił, by komisja w ogóle głosowała nad sprawą Anny Fotygi? Jeśli z powodów tego „targu” to dowiódł, że nie tylko nie powinien być szefem sejmowej komisji spraw zagranicznych, ale też europosłem. Po co nam taki deputowany, który ma partyjną dyscyplinę ponad wszystko? Nam, bo startuje z naszego regionu.
Platforma sama sobie jest winna. Gdyby kierowała się profesjonalizmem, którym tak retorycznie często szasta na prawo i lewo, nie byłoby tego całego zwarcia.

A tak swoją drogą: jakże piękny i trafny tekst napisała ponad trzydzieści lat temu Agnieszka Osiecka. Nie stracił nic ze swojej aktualności. A opisany powyżej upadek odzwierciedla w każdym calu: Anna, Maj, kaczy puch, nowe ptaszki, ….

I znów księżniczka Anna spadła z konia.
To znak, że przybył nasz kolega Maj.
Pozieleniały włosy drzew i wieczorami słychać
śpiew, i w zimnych graniach już cieplejsza krąży
krew.

I znów księżniczka Anna spadła z konia.
W powietrzu się unosi kaczy puch, w
Pedetach ciągle maj i kobiety naj- naj- naj-.
Niestety u poety także maj.

I znów księżniczka Anna spadła z konia,
i znów ironia opuściła nas.
Jak pawi ogon serce drży, w Technikolorze śnią
się sny.
To nowe ptaszki, nowe łaszki, nowi my.

I znów księżniczka Anna spadła z konia
i słychać, jak się żaby śmieją z nas.
Wypadków co dzień moc, niebezpieczna każda noc.
Znów kogoś ktoś pokochał, znów kogoś ktoś
pokochał.
Ach kiedy, kiedy do mnie mrugnie los…

Duchy przeszłości

W dawnych czasach, dla nas małolatów, 1 maja najważniejszy był sprawy przyziemne. Tego dnia zaczynał się bowiem sezon na lody. Może to dziś zabrzmi dziwnie, gdy są one dostępne przez cały czas, ale wtedy zawsze w granicach godz. 15 na naszym osiedlu swoje podwoje otwierała „Jublilatka”. W dawnej nomenklaturze to była klubokawiarnia, przez ścianę sąsiadująca z biblioteką. Smak tych lodów i czasów, w którym zaczynało się je smakować, pozostał na zawsze.

Klimat dawnych lat przypomniał mi się na kanwie wydarzeń w Warszawie, gdzie obradował zjazd Europejskiej Partii Ludowej. Bo na jego kanwie poczułem swoisty powrót do przeszłości.

Klasyk dawnego systemu mawiał, że historia lubi się powtarzać za pierwszym razem jako farsa, za drugim jako tragedia. Gdy w 1971 roku Edward Gierek mówił do stoczniowców słynne: Pomożecie, jednym z tych, którzy odpowiedzieli był Lech wałęsa. Co było potem, wszyscy dobrze wiemy.

Dziś sam Wałęsa na  EPL błagał: Pomóżcie stoczni, nie zostawiajcie jej. Na zakończenie wystąpienia Wałęsy (mówił nie tylko o stoczni) były oklaski, owacja na stojąco, ale słów” Pomożemy” jakoś zabrakło.

Logika podpowiada, że ich raczej nie będzie. A stoczniowcy będą musieli obejść się ze smakiem. Bynajmniej nie lodów, a goryczy.

1 maja

Przez centrum Białegostoku przeszły dwie manifestacje. Tradycyjny pochód z organizowany przez …lewicę i po raz pierwszy parada Schumana, którą zorganizowali młodzi sympatycy integracji europejskiej.

Co do pierwszej manifestacji, to z każdym rokiem jest coraz mniej liczna. I coraz bardziej bezpłciowa ideowo. Nie chodzi mi, by wzorem państw zachodniej Europy nagle powstały barykady i dochodziło do starć z policją. Oczekiwałbym raczej, że nasi lewicowcy zamiast maszerować przez centrum, tego dnia byliby w Łapach i jakoś wsparli zwalnianych robotników. I żadne afisze i transparenty niesione wczoraj przez uczestników pochodu tego nie zmienią, skoro niektórzy z jego uczestników mieli garnitur droższy niż ostatnia pensja zwalnianych z Łap robotników.

Co do parady Schumana, to nie rozumiem logiki, która legła u podstaw tego przemarszu. Czy Brytyjczycy kiedykolwiek świętowali rocznicę swojego przystąpienia do Wspólnoty Europejskiej?. Ktoś może powiedzieć, że za kilka lat i nam przejdzie ochota na fetowanie? Skoro tak, to po co stwarzać dzisiaj pozory.

Czerwoni i niebiescy. Oba te odcienie starały się udowodnić niegdysiejsze hasło: “Niech się święci 1 Maja”. A jak się naprawdę go świętuje, można było się przekonać na rozlewiskach Biebrzy i Narwi, Suwalszczyźnie, w Białowieży. Tam oprócz białostockich rejestracji (były w mniejszości) sznur samochodów z Warszawy, Gdańska, Śląska.

2 maja

bezc2a0tytulu

Powyższy fragment o Antoniuku pochodzi z “Dziennika Białostockiego” z 2 maja 1919 roku. I obok przygotowań do świętowania rocznicy uchwalenia Konstytycji 3 Maja, był główną informacją miejską tego dnia w gazecie.

 P0 90 . latach o Antoniuku znowu głośno. Tym razem nie za sprawą egipskich ciemności, a remontu mostu na Białej.

3 maja

W te trzy dni majowe patriotyzm odmieniany, był i jeszcze jest,  przez niemal wszystkie przypadki i w różnych konotacjach. Niektóre stacje radiowe, by być trendy grają tylko po polsku (pomijam jedną warszawską, już nie odbieraną w Białymstoku, a która na co dzień gra tylko po  polsku).

Przez lata takie granie kojarzyło się nie tyle z Opolem, co Kołobrzegiem. Najlepiej zakręcenie minionej epoki na tej pięciolinii oddał Stanisław Bareja w “Misiu”, gdy dwaj milicjanci układają tekst piosenki na branżowy festiwal.

Ale w drugiej połowie lat 80. Powstawały utwory, które alternatywnie przedstawiały motyw patriotyzmu. I chyba nadal zachowały aktualność. Kult ze swoją “Polską”, ale też “Hej czy nie wiecie” czy opartą na podziale Berlina  “Arahją”, czy też “Spotkanie z…” Sztywnego Pala Azji, a jego  pytanie “Dokąd pójdziemy Polsko? - nadal jest otwarte. I  w latach 90. i w obecnej dekadzie,kiedy motywy patriotyczne pojawiały się na zamówienie przy odzyskanych rocznicach (jak rap, hip hoop, czy wersje Leo Che przy rocznicy Powstania Warszawskiego). 

A dla tych, którzy chcą głębiej sięgnąć do przeszłości, historyjka. Mój znajomy pilnował swojego ośmiomiesięcznego siostrzeńca. Malec wpadł w taki płacz, że opiekun dla uspokojenia jego, ale chyba głównie siebie, zaczął śpiewać mu wszystkie pieśni patriotyczne. “Bogurodzicę”, “Pierwszą Brygadę”, “Z młodej piersi się wyrwało”. I nic. Dopiero, gdy rozpoczął skandować “Warszawiankę”, chłopiec przestał płakać. Zaczął zwrotką tej z 1931 roku, po czym przeplatał ją tą z roku 1905.
 
I jak tu nie wierzyć, że muzyka łagodzi obyczaje. Nawet te o skrajnie odmiennej tradycji.

Topolany, Topolany

W końcu odwiedziłem to mityczne miejsce. I muszę przyznać, że ma w sobie potencjał. Nie na jakieś tam lotnisko regionalne, ale co najmniej na kosmodrom.  Bo też bezkres ocean pól i łąk wydaje się nieskończony. Jak na „Stepach akermańskich” Mickiewicza (maturzystom połamania piór na dzisiejszym egzaminie).  A ile korzyści cywilizacyjnych  byłoby nam dane przeskoczyć przez budowę takiego drugiego Bajkonuru lub Cap Canareval.

Przede wszystkim moglibyśmy na orbitę wysyłać śmiecie. Zamiast płacić za wywóz do Mławy sami byśmy pobierali opłaty nie tylko od podmiotów z kraju. Po drugie turystyka orbitalna. Biznes przyszłości. Zysk murowany. Na świecie nie brak próżnych krezusów, którzy ziemskich uciech mają dość. A tak po, co mają płacić Rosjanom, skoro mogą fortuny zostawiać na Podlasiu.

Tyle, że wcześniej trzeba było by ich jakość do tych Topolan dostarczyć.   Na przykład zrzucić na spadochronie. Za nim powstanie droga. Bo też chyba łatwiej przyszłoby nam wybudować ten kosmodron (nie lotnisko) niż kawałek porządnej asfaltówki.

Żeby Polska, żeby Polska była Polską

YouTube Preview Image

Śpiewał przed laty Jan Pietrzak. I wydawało się, że po 4 czerwca 1989 roku nigdy więcej nie będzie trzeba cytować tego protestsongu. Tymczasem patrząc na to, co dzieje się wokół obchodów rocznicy 4 czerwca, słowa te same cisną się na ustach.
Kilka tygodni temu napisałem, dlaczego Donald Tusk nie będzie mężem stanu. Decyzja o przeniesieniu obchodów z Gdańska pod Wawel tylko to potwierdza. Powodem przeniesienia politycznych uroczystości z Gdańska do Krakowa jest zapowiadana przez związkowców manifestacja pod pomnikiem poległych stoczniowców.
W ocenie Tuska, nie ma takiej możliwości, aby w Gdańsku na placu Solidarności między bramą a krzyżami równocześnie odbywała się manifestacja organizowana przez „największych zadymiarzy ostatnich lat” oraz spotkanie z młodymi ludźmi i premierami innych rządów. – Obchody powinny być promocją wysiłku Polski. Nie chcę, żeby 4 czerwca wyglądał tak, że związkowcy z flagami „Solidarności” biją policjantów i na odwrót – stwierdził dziś Donald Tusk. „Wszyscy tracimy na tych obchodach”.

Co więcej przeciwko niej jest, jak pokazuje sondaż dla TVN 68 proc. Polaków. A także Janusz Palikot. Dla mnie słowa Tuska świadczą o bynajmniej nie o jego racjonalności czy strachliwości, ale bezradności, która szefowi rządu nie przystoi.
Ale też nie podobają mi się zdania wypowiadane przez drugą stronę barykady. O świętowaniu pod Wawelem przez ZOMO, że nie bardzo wiadomo, co mamy świętować. o chemicznym Donaldzie.

A tak swoją drogą ciekawe, którą 20. rocznicę 4 czerwca światowe media będą bardziej odnotowywać: wybory w Polsce czy stłumienie powstania studentów na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie?

08.05.1945.

Połowie Europy wolność, drugiej nowe zniewolenie. Zrodzone w Jałcie. I dlatego jak pisał Jacek Kaczmarski:

Świat wolny święcił potem tryumf
Opustoszały nagle fronty
W kwiatach już prezydenta grób
A tam transporty i transporty
Czerwony świt się z nocy budzi
Z woli wyborców odszedł Churchill
A tam transporty żywych ludzi
A tam obozy długiej śmierci

Dla świata miała być nadzieja na czas bez wojen. Była zimna i nie tylko. Bo jak pisze Leonard Cohen:

Kiedy Franklin Roosevelt konał, usłyszałem jego głos
rzekł: – Z tej wojny zjednoczony wyjdzie świat -
Stary dureń!
Czy Rosjanin, czy Wuj Sam
każdy z nas jest taki sam.

I tyle o końcu wojny na płaszczyźnie politycznej i historycznej. A teraz tylko na płaszczyźnie artystycznej. Z innej epoki. Jak Wam się podoba po latach  oratorium (jego fragment) Katarzyny Gaertner i Ernesta Brylla. No i wykonawcy.

YouTube Preview Image

12 maja 1926

Dla jednych ten dzień to klasyczny zamach stanu. Niektórzy,neutralizujac to, co się wtedy działo na ulicach Warszawy, wolą mówic tylko o wypadkach majowych. Inni z otwartą przyłbicą  i dumą mówią o narodzinach sanacji. A ich skrajni przeciwnicy  o krwawym narodzinach autorytaryzmu.

Wydawałoby się, że po 83 latach tamte wydarzenia nie będą tak bardzo oddziaływać na współcześcność. PSL, jak zadra w sercu,kłuje proces brzeski. Lewica otwarcie przywołuje Berezę Kartuską.
Tadeusz Iwiński z SLD tłumaczy, że w dobie kryzysu pojawiają się pomysły, by wprowadzić rządy autorytarne. – Zamach majowy był ciemną kartą polskiej historii. Obalono legalne władze i wprowadzono dyktatorskie – tłumaczy.
Według Stanisława Żeligowskiego z PSL należy uczcić ofiary z 1926 r. i przybliżyć wydarzenia młodym pokoleniom.
- SLD nie ma moralnego prawa do oceny tamtych wydarzeń. To późne wnuki sytemu komunistycznego, który odpowiada za ogromną liczbę ofiar. A jeśli chodzi o PSL, chciałbym zobaczyć projekt uchwały, w którym ludowcy pokajają się za to, że wykończyli politycznie Stanisława Mikołajczyka – mówi Zbigniew Girzyński z PiS.

Nie wdając się w bijatykę historyczną zastanówmy się, jak by potoczyły się losy bez wydarzeń z 12 maja 1926. Czy kraj zachował by integralność? Czy uniknął by września i tego co, nastąpiło potem?
Zapraszam do dyskusji.

Narodowy sport absurdalny

Każda okazja jest dobra do kolejnej wojny polsko-polskiej. Dziś pretekst dała UEFA wskazując miasta, w których na bank zostaną rozegrane mecz podczas finałów za trzy lata. I od razu rozpoczęła się kanonada wzajemnych oskarżeń. I o ile mogą zrozumieć żale włodarzy miast, które definitywnie straciły szanse, a którym być może nadaremnie robiono złudzenia, to nie bardzo zgadzam się z lamentem PiS  o politycznym podłożu tego, co się stało dzisiaj w Bukareszcie. Poza jednym: wymiarem zewnętrznym decyzji UEFA.

Jeśli faktycznie tak było, że Polska rywalizowała z Ukrainą zamiast współpracować, to źle się stało. Przecież to nasza wspólna impreza. Oba kraje powinny się wspierać, a nie patrzeć na siebie spod łba. Zresztą gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że gdyby o organizacji mistrzostw decydowały tylko względy piłkarskie, to polskie stadiony mogłyby co najwyżej służyć za bazę treningową. Pamiętajmy też o tym, że bez Ukrainy w ogóle byśmy nie otrzymali prawa organizowania tych mistrzostw. Jeśli więc były jakieś niesnaski, pora zakopać wojenny topór.
O wiele gorzej będzie to uczynić na krajowym poletku. Już grzmią działa, że Warszawa, Poznań, Gdańsk i Wrocław wygrały ze względów politycznych. Bo to mocne mateczniki Platformy. W takim razie, co z tym najmłodszym, ale jakże błyskotliwie wschodzącym – czyli Białymstokiem?
Przecież u nas ma być stadion  na rok przed finałami. I to spełniający wszelkie normy UEFA (poza prawem do finału rozgrywek europejskich). Co prawda dróg u nas jak na lekarstwo, ale i tak zapowiadane dwa lata temu autostrady na zachodzie i w centrum kraju ślimaczą się wolniej niż piłka, w którą nie trafił Boruc w meczu z Irlandią Północną.
Zresztą nie byłoby tak źle. Obwodnica Wyszkowa zrobiona, Radzymina i Ostrowi jest od dawna, ponoć i na odcinku od Zambrowa do Białegostoku coś jeszcze do tego czasu ma się ruszyć. Hoteli też trochę na przybyło, zresztą wokół Białegostoku pełno kwater agroturystycznych. Najgorzej wypadamy jeśli chodzi o lotnisko. Bo żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, by powstało. Nie tylko  do 2012 czy 2015 roku, ale w ogóle. Ale i z tym problemem dalibyśmy sobie radę. Jak? Przez survival dla kibica.

Wystarczyłoby postawić na Okęciu i innych lotniskach. tzw sportowe taksówki powietrzne lub chociażby flotę kukuruźników. I wcale nie musiałyby one lądować na Krywlanach. Wystarczyłoby by zrzucały kibiców na spadochronach w rejonach Czarnej Białostockiej. Tam zrzut przejmowaliby „leśni” racząc gości nie byle czym (w końcu  ma u nas powstać muzeum tego trunku). Czy kibicom nie chodzi głównie oto, by przyjechać, skosztować, zobaczyć mecz, skosztować jeszcze raz i pojechać dalej?.
Spod Czarnej Białostockiej flota, tym razem minibusów, dowoziłaby kibiców (mieliby czas na „doprowadzenie się” do takiego stanu, by wejść na stadion) na Słoneczną. A po meczu jedni z radości, inni z płaczu, topiliby się w naszych fontannach. Nazujtrz kolejna flota minbusów odstawiałaby brać europejską nawet na przejście w Medyce. Wszak pod nosem mamy Via Karpatię?.

To było żartem, a teraz serio. Jutro do Białegostoku ponoć mają przyjechać  wszyscy święci w rządzie od futbolu i nie tylko. By otworzyć  Orlika. Ponoć ma być premier, minister sportu. Może przetną wstęgę, kopną piłkę, być może nawet podadzą do kandydata do europarlamentu. Bo chwilę wcześniej kandydujący wiceprezydent odpowiedzialny za edukację i sport, będzie mówił o miejskich inwestycjach sportowych. Nie chcę wdawać się w dyskusję czy ta zbieżność jest przypadkowa i niezamierzona ( o tym może innym razem). Bardziej przestrzegałbym przed triumfalizmem, który w takich sytuacjach jest nieprzypadkowy i zamierzony.

Bo Orlik w mieście wiosny nie czyni. Tak jak na jednym z boisk na Nowym Mieście,  o którym pisaliśmy w Porannym jesienią zeszłego roku. A ile jest takich zapomnianych klepisk w mieście, na które premier z ministrem nie zawitają, a wiceprezydent nie zwoła briefingu prasowego. Ile sal gimnastycznych, gdzie parkiet przypomina ruchome piaski? Szkół, które marzą o własnych basenach?

Tak, teorie sPiSkowe klęski i propagandy POstępu to  nasz narodowy sport absurdalny. Zaiste, bylibyśmy w tym nie tylko mistrzami Europy. Tylko że oprócz nas, nikt na świecie  nie chce w to grać.

Trędowaci

Na ulicach Białegostoku pojawiły się billboardy z kandydatami do europarlamentu. Nie będę wymieniał ich z imienia i nazwiska, by nie zostać posądzony o agitację. Ani też przytaczał haseł, którymi reklamują się kandydaci. Jeśli jednak takimi sloganami zachęcają wyborców do głosowania, to niech się później nie lamentują na frekwencję. Bo slogany te są tak samo atrakcyjne, jak logo Białegostoku po liftingu.

Im bliżej wyborów, tym coraz bardziej jesteśmy poddawani indoktrynacji. Nie tylko partyjnej, ale tej niby obywatelskiej. Kiedyś jeden z polityków rzucił tekst o przypadkowym społeczeństwie. Dzisiaj o tych,  co zostaną w domu mówi się, że są nieczyści, dotknięci, trędowaci. Czy aby na pewno?

Według mnie – jeśli nie pójdą oni do urn –  udowodnią, że wybory to nie ślepy obowiązek, ale przede wszystkim prawo. Prawo do oddania głosu. Możemy  z niego skorzystać, ale  nie musimy. Dlaczego niby mamy głosować, skoro uważamy, że żaden z kandydatów nam nie odpowiada?

Statystycznie rzecz ujmując ponoć w całej masie kandydatów nie ma takiej możliwości, by nie znalazł się choć jeden kompetentny. Czyżby? Klasa polityczna wielokrotnie udowodniła, że jest przykładem tego, co w ciągu ostatnich dwóch dekad zupełnie nam się nie wyszło.

Jeśli jednak znajdziemy się już za kotarą, to warto mieć oczy szeroko zamknięte. A wtedy być może uda się wybrać, tego kompetentnego. To nic, że na chybił trafił. Przynajmniej kac powyborczy będzie mniejszy. W dużo gorszej jednak sytuacji będą ci, którzy zagłosują świadomie. Gdy dopadnie ich kac powyborczy, nie powinni leczyć go żadnym klinem. Czyż bowiem nie wiedzieli, komu zaufali?

Na koniec powtórzę to jeszcze raz: głosowanie to nasze prawo. Możemy z niego skorzystać, ale nie musimy. Czasy Frontu Jedności Narodu skończyły się dawno, dawno temu.

5 sekund

Tyle miejsca poświęcono Polsce w spocie przygotowanym przez Komisję Europejską w rocznicę 1989 roku. Można powiedzieć, że tylko tyle i aż tyle. Tylko tyle, bo Europa zawsze wykazywała się indolencją podszytą Alzheimerem jeśli chodzi o przeszłość.

Nie dziwmy się prze to, że w klipie więcej miejsca zajmują burzenie Muru Berlińskiego czy powstanie rumuńskie.  I że Polskę reprezentują migawki ze stanu wojennego. Oczywiście możemy protestować, ale będzie to łabędzi śpiew. Także dlatego, że sobie na to solidnie zapracowaliśmy.Przez kłótnie i swary wokół rocznicy 4 czerwca. Skoro Polacy się kłócą między sobą, to nic dziwnego że Zachodnia Europa znowu z nas zadrwiła i o nas nie pamięta. W tym kontekście te pięć sekunad to aż pięć sekund.

Niebo nad Białymstokiem

Przez ostatnie dni było paskudne. Gdy jednak jest bezchmurne i błękitny lazur rozlewa się niczym leniwiec nad miastem, możemy obserwować ptaki. Te mechaniczne, wszak ponad naszymi głowami przebiega korytarz dla samolotów pasażerskich.

A zostawiają one niesamowite ślady w postaci smug kondensacyjnych. Przeważnie równoległych, ale niekiedy prostopadłych. Wtedy niebo nad Białymstokiem wygląda jak geometryczne granice w Afryce. Kto ma dobry obiektyw,  może zajrzeć niemal na pokład maszyny. 

samollo

Sąd nad bezdomnym menelem

Zawsze twierdziłem, że wyroków sądu się nie komentuje. Uzasadnienie – tak. Ale ponieważ w sprawie aresztu dla tych, którzy zaopiekowali się w piątkową noc małą Nicolą, uzasadnienie nie ujrzało światła dziennego,  parę słów o wyroku. Mądrość sądu wzięła górę nad nadgorliwością prokuratury.
 
I całe szczęście. Bo w przeciwnym wypadku w podobnym (oby go już nie było), będzie tak jak napisał na forum jeden z Internautów:  „A co by było gdyby menel olał temat i poszedł pić. Dziecko by spało w śmietniku? Dla tych gości to powinno się przynajmniej podziękować, że zajęli się, tak jak umieli dzieckiem. A nie ścigać sądami i policją. Innym razem wszyscy się wypną”.

Debatencja

Debatować to my potrafimy. W zasadzie jesteśmy tym dziedzicznie, jako naród, obciążeni. Czy całe liberum veto o i niechlubne tradycje wolności szlacheckiej nie były jednym wielkim debatowaniem ze skutkiem śmiertelnym (patrz końcówka XVIII wieku).

I dlatego nieprawdą jest, jakoby Amerykanie wymyślili debaty. Oni tylko zrobili to, co potrafią perfekcyjnie: dobrze je sprzedali. Zaczęło się od słynnej debaty telewizyjnej Nixona z Kennedym. Później wzorce te powędrowały przez ocean. Po upadku komunizmu zawędrowały do Europy Środkowa, w tym nad Wisłę. Słynna debata telewizyjna Kwaśniewskiego z Wałęsą (z równie słynnym: panu to ja mogę nogę podać) czy ta ostatnia w 2007 roku, w której Tusk przemaglował lidera PiS. I takie polityczne debaty, mimo wszystkich ich wad, bronią się same.
Ale jest też pewien krąg debat, który wyłamuje się ze schematów. Jak choćby słynny pojedynek pomiędzy Miodowiczem i Wałęsą czy też na swój sposób wybory z 4 czerwca. Bo też oba te wydarzenia były zaiste plebiscytami.

Swoistym rodzynkiem była też pamiętna debata Rakowskiego ze stoczniowcami w sali BHP. Ówczesnej władzy bardzo na niej zależało, więc puściła w telewizji. Chyba na żywo, jeśli pamiętać mnie nie myli. I stoczniowcy na Rakowskim nie zostawili suchej nitki, łącznie z tym słynnym krawatem. Być może w odwecie za tęgie lanie, które wtedy Rakowski zebrał, tak łatwo podjął decyzję o likwidacji stoczni.

Tusk wybrał w poniedziałek inny wariant. A przecież jego debata ze stoczniowcami mogła mieć całkiem inny skutek niż tamta z Rakowskim. Czasami warto zaryzykować.

Ale to nie koniec debat. Przed wyborami rosną jak grzyby po deszczu. A raczej muchomory. Chociaż tak naprawdę ta debatencja trwa już dwie dekady. I zmierza ku ….Jak za Polski szlacheckiej.

Nihil novi, czyli przypadłość majowa

Taki jest finał słynnego sporu o krzesło w Brukseli, który na jesieni rozgrzał do czerwoności scenę polityczną w kraju, a poza jego granicami nas ośmieszył. Trybunał Konstytucyjny zdecydował: prezydent może sam decydować o udziale w posiedzeniach Rady Europejskiej, ale musi na nich współdziałać z rządem.  Tym samym sędziowie utarli nosa premierowi, który kierując zapytanie, liczył na przyjazną sobie wykładnię. Ale też nie dał satysfakcji prezydentowi, bo z jego obecności na szczycie nie wynika, że przewodzi polskiej delegacji. A zatem kto?

Czyż Trybunał Konstytucyjny nie uciekł od głównego problemu? I nie dał tym samym oręża o ogromnej sile rażenia wszystkim tym, którzy podnosili, że najwyższy czas pisać nową konstytucję. Że ów słynny konflikt nie wynikał z cech charakteru (podnosiła to szeroko pojęta lewica), a rozdwojenia prawa? I jak to jest, że w tak skomplikowanej  materii jak ustawa lustracyjna zajął bardzo jasne stanowisko, a w tak błahym  zagadnieniu jakim jest spór kompetencyjny stanął okrakiem?

To nie pierwszy taki rozkrok organu państwowego odpowiedzialnego za wykładnię prawa. Kilka dni temu podobny szpagat zrobiła Państwowa Komisja Wyborcza w Białymstoku, która nie potrafiła jasno wyłożyć, czy rozwieszczone w szkole plakaty z życzeniami dla maturzystów od wiceprezydenta startującego w eurowyborach, były promocją kandydata czy faktycznie życzeniami. Komisja orzekła, że “mogły być”. Tyle że od organu odpowiadającego za wykładnię prawa oczekiwać należało jasnego werdyktu: były albo nie były. Orzeczenie: “mogły być” jest zaiste wyrokiem salomonowym.

Czyżby zatem jakaś przypadłość majowa dopadła owe dwa organy?

Górnicy dali łupnia

Tym razem nie w Warszawie, a w Stambule. I nie ci ze Śląska, a z Doniecka. Szachtiar nie dał szans Werderowi. Ale nie tylko Niemiecom dali łupnia. Utarli też nosa siedzącym na trybunach władzom UEFA, które dały Donieckowi czas do 30 listopada na podciągniecie się w przygotowaniach do organizacji Euro 2012. Czy nadal będą tacy srodzy po takim sukcesie piłkarzy? Wszak Szachtiar jest ostatnim zwycięzcą tych rozgrywek (za rok będzie Liga Europejska).

Sukces górników udawadnia też, komu zawdzięczamy organizację mistrzostw razem z Ukrainą. Pamiętajmy o tym i zamiast walczyć organizacyjnie z sąsiadem, wspierajmy go, by jak najlepiej się przygotował do imprezy. Bo piłkarsko to możemy co najwyżej za nim buty nosić.

Toi-toi. Smutny koniec placu miejskiego.

Otóż w czasach, kiedy wmawia się nam, że każdy z nas jest wyjątkowy, kiedy w każdej reklamie łechce się nas, przemawiając do naszego indywidualizmu, w czasach panów-zdobywców i pań jestem-tego-warta i w czasach, kiedy często słychać powtarzane ze śmiechem „ja to chyba nie jestem normalna”, bardzo łatwo dojść do wniosku, że JA, wspaniały, doskonały, jakże “inny od innych” byt, jestem ponadprzeciętny, a więc wszystko, co robię, jest również ponadprzeciętne. I tak dziś każdy może uważać się za artystę, przecież wystarczy usiąść w galerii i zająć się tym, co się umie najlepiej, na przykład obieraniem ziemniaków.

Powyższy cytat pochodzi z tekstu Joanny Krukowskiej, który ukazał się w Obserwatorze 26 kwietnia. Razem z autorką zastanawiałem się, czy nie powinien raczej ukazać się w przededniu Dni Sztuki Współczesnej. Bo choć w historii naszej, białostockiej, nie brak było wydarzeń, w których odwrócono role artysty i jego dzieła, to byliśmy przekonani, że nic nas już nie może zadziwić. Nawet podczas Dni Sztuki Współczesnej. Myliliśmy się.

Artyści z Poznania, specjalnie na Dni Sztuki Współczesnej, przywieźli ze sobą toi-toi… Ale nie jest to zwykły toi-toi. Co kryje w środku? Wnętrze oklejone jest wygłuszającym, szarym tworzywem. Fantazyjna deska klozetowa, czerwony dywanik i żaróweczka. Ale najważniejsze są komiksy – rozłożone na podłodze i na specjalnej półce. I to na komiksy twórcy instalacji położyli największy nacisk. Swoje dzieło nazwali też specyficznie: „Zaraz wracam”.

Czy to już sztuka, czy jeszcze nie? – takie pytanie zadawało sobie wielu, którzy  mijali toi-toi ustawionego na Placu Miejskim. Po odpowiedź jeszcze raz zapraszam do tekstu Joanny Krukowskiej.
I na koniec smutna dygresja.  Toi-toi  na placu miejskim.  Czyż może być bardziej wymowny symbol tego miejsca? Symbol rangi absolutu.

Lato z niemocą

Na zwycięstwo Jagielloni na wyjeździe przyjdzie nam poczekać do nowego sezonu. Ale ta niemoc w wygrywaniu meczów na boiskach przeciwników u naszych piłkarzy trwa znacznie dłużej. I źle wróży na przyszłość. Wystarczy, że dwa z trzech meczy w nowym sezonie (jeśli się nic nie zmieni rozpoczniemy go z kontem 10 punktów ujemnych) zagramy na wyjeździe, a w najlepszym razie przywieziemyod rywali dwa punkty. Pod warunkiem oczywiście, że ta indolencja do wygrywania poza Białymstokiem będzie trwała.

Mają więc o czym myśleć przez wakacje nasi piłkarze, trenerzy i działacze. Samo wygrywanie u siebie już nie wystarczy. A i z tym nie zawsze jest różowo.

Za tydzień koniec sezonu. Gdy sędzia odgwiżdże po raz ostatni, trzeba od razu rozpocząć przygotowania do nowego. O taryfie ulgowej nie może być mowy.

Pytanie retoryczne

Które z białostockich wydarzeń będzie miało większe audytorium: trwające przez dziesięć dni Dni Sztuki Współczesnej czy dzisiejszy, dwugodzinny, koncert Maryli Rodowicz?

Inne spojrzenie, czyli na dachu miasta

Roi się od masztów, anten, kamer. I nieźle na nich miasto zarabia. O dalszym losie w tym miejscu dwóch z nich, decydować będą dzisiaj radni. Czyż,  by całkowicie obiektywnie ocenić sprawę, nie powinni ją zbadać empirycznie? I stanąć, w towarzystwie władz wykonawczych,  na dachu miasta?  

Ale nie tylko dlatego powinni odbyć taką egzotyczną wycieczkę. Swoistą podróż życia. Bo z dachu czasami lepiej widać to, co być może,  na co dzień w życiu miasta się nie dostrzega: czy świtem powstaje czy w przedwieczornej ciszy kona.

Do Ciebie Mamo

 YouTube Preview Image

Władza pod ścianą

Muszę wrócić do poniedziałkowego wpisu. Napisałem, że radni i władze wykonawcze  powinni popatrzeć na Białystok z dachu magistratu. Być może wtedy dostrzegliby to, czego nie widać z ziemi. Pisząc te słowa nie przypuszczałem jednak, że jeszcze tego samego dnia zdarzy się coś, co pokaże jak bardzo taka wycieczka, a przede wszystkim  inne spojrzenie na życie miasta, jest naszym włodarzom potrzebne.

Mam tu na myśli sceny, które rozegrały się na sesji rady. Tak jak zapowiadali, zjawili się na niej komunalni. Być może władze nasze  zapowiedzi protestu nie doceniły, być może myślały, że jak to już bywało  poprzednio, nie dopuszczą na sesji białostoczan do głosu. Być może też liczyły, że zbyje się protestujących mglistymi obietnicami. Faktem jest, że radni, jak i władza wykonawcza nie tylko była zaskoczona skalą poniedziałkowych odwiedzin, ale tak na dobrą sprawę nie miała pomysłu na wyjście z tej sytuacji.

Zostawmy istotę sporu o podwyżkę czynszów. Pisałem o niej wielokrotnie. I pewnie jeszcze do niej przed 1 lipca powrócę. Dla mnie najbardziej frapujące z tego protestu było przemówienie przedstawiciela komunalnych Zbigniewa Górskiego (słuchałem go w relacji w Radiu Białystok). I dlatego nie wiem jak reagowały na nie władze, ale nie zdziwiłbym się jakby całej władzy od prawa do lewa synchronicznie, używając terminologii młodzieżowej, kopara opadła.

Takiej mowy w Białymstoku już dawno nie było. Pewnej siebie, ale bez buty. Racjonalnej, ale emocjonalnej. Rzeczowej, ale srogiej. To było naprawdę coś niesamowitego. Jak pierwszy wiosenny promyk słońca.

W zasadzie to białostoccy radni i władza wykonawcza mogłaby się uczyć od Zbigniewa Górskiego. Póki, co dostali obuchem po głowie. Czy to wystarczy, by inaczej spojrzeli na Białystok?

Si senor, si senor, Barcelona campeon!

Tym zapożyczonym od kibiców Atleico Madryt trzeba posumować wczorajszy triumf Barcelony w Lidze Mistrzów.To trzeci w historii Puchar Europy wywalczony przez pilkarzy ze stolicy Katalonii. Który był najważniejszy? Chyba ten pierwszy z 1992 roku, bo od tak dawna przez kibiców wyczekiwany. Bo wywalczony pod opieką legendy Barcy Joahana Cruyffa, bo wygrany po jakże piekielnie atomowym strzale innego Holendra – Ronalda Koemana. Bo grał w nim dzisiejszy trener Barcy Josep Guardiola. Bo obok niego grały legendy hiszpańskiej piłki (Bakero, Zubbizaretta, Alexanco, Julio Salina) i najmłodszy ze słynnego duńskiego Dynamitu – Michael Laudrup.

Po latach te trzy wywalczone puchary być może zbilansują niedosyt jaki był popierwszym finale z udziałem Barcelony, gdy bardzo dawno temu musiała ona uznać wyższość  lizbońskiej ekipy. A był to jeden z najlepszych finałów w historii europejskiej piłki. Ale od wczoraj przez co najmniej roku – si senor, si, Barcelona campeon. W potrójnej koronie.

Wyalienowa aktywność nadzwyczajna

Uderz w stół, a nożyce się odezwą – mówi stare porzekadło.  Bo też trzeba było dopiero ostrego spięcia na poniedziałkowej sesji, by władza wykonawcza i uchwałodawcza w Białymstoku zaczęła coś robić w sprawie oporu lokatorów z mieszkań komunalnych wobec podwyżki czynszów.

Przewodniczący Kusak zwołał konwet rady, w magistarcie pojawiły się pierwsze propozycje złagodzenia podwyżek, większą aktywność wykazały też kluby radnych. Czy rozładuje to konflikt na lini komunalni – władza?

Nie wiem, ale po raz kolejny okazało się, że władza idzie po rozum do głowy kiedy jest pod pręgierzem. Przecież te wszystkie propozycje można było wysunąć znacznie wcześniej, a nie okopywać się na z góry upatrzonych pozycjach.

 Jeszcze raz okazało się, że władza nie ma żadnej komunikacji z mieszkańcami, a parterstwo publiczno-prywatne (społeczne) nie istnieje. Rodzi sie dopiero, gdy ludzie podniosą raban.  

Tak było w przypadku osiedla kontenerowego, tak jest i teraz w sprawie komunalnych. Po co był ten twardogłowy upór przez wiele miesięcy, skoro teraz władza wycofuje się z niego okrakiem. Czy po  raz kolejny nie pokazała jak bardzo jest wyalienowana?

Grad w Białymstoku

Nie mam na myśli ministra skarbu (chociaż faktycznie polityków Platformy z wysokiego szczebla najechała dzisiaj na Białystok siła, jutro podobnie będzie z PiS, a zatem wyjdzie na zero). Chodzi mi o bliskie zjawisko atmosferyczne n-tego stopnia ,jakim było gradobicie.

Około 14. pociemniało, zakotłowało się i lunęło. A także spadło, bo na moim parapecie od razu pojawił się stos kulek gradowych. Ulice zamieniły się w potoki, studzienki jak zwykle w takich momentach momentalnie się zatkały. 

Zresztą to już tradycja w naszym mieście. Zawsze gdy krótkotrwale, ale intensywnie z nieba leje się ściana wody, nasze ulice przypominają Titanica. Tak onegdaj było z tunelem prowadzącym z Na i z  Zielone Wzgórza. Miał być niezatapialny, a w krótkich czasie samochody przypominały amfibie. Tak też było podczas lipcowych i sierpniowych nawałnic, kiedy zalało ledwo co otwarty budynek Caritasu.

Czy ta dzisiejsza, popołudniowa,  nawałnica była zapowiedzią takiego właśnie, burzliwego lata w tym roku?

Dzieci gorszego Boga

Dziś Międzynarodowy Dzień Dziecka. Dawna hipokryzja z lat zimnej wojny buńczucznie obchodzonego święta ustąpiła miejsca nowej. Spokoju sumienia nie da się ukoić obserwując chociażby poniższe zdjęcia na klipie:

YouTube Preview Image

Dzieci to nie tylko ofiary współczesnych konfliktów zbrojnych. Coraz częściej są narzędziami prowadzenia wojen. Jedne ustają, wybuchają kolejne. Dlatego gdy dzieci lepszego Boga będą dziś świętować, dzieci gorszego Boga znowu gdzieć chwycą za karabin.

Ta ostatnia niedziela

Na ostatnią prostą wchodzi kampania do europarlamentu. I całe szczęście, bo chyba wszyscy mają już dość codziennej, popisowej młocki. Dziś między młotem  a kowadłem znaleźli sie sołtysi. Ale też słuchając radiowych audycji wyborczych w ustawowo zagwarantowanym czasie antenowym odniosłem wrażenie, że są one skierowane nie do wyborców. A w zasadzie do samych startujących.

Ostatnią niedzielę przed głosowaniem partie wykorzystały nie tylko na samopromocję, ale też na prawybory. W Białymstoku ze względu na załamanie pogody się nie udały. Ale co przepędziło elektorat od zabawy we Wrześni i Opocznie (frekwencja 5, 7 proc. ) ? W potoku wyjaśnień, ilu znawców od pogody i od świata wskaże na mizerię wyborczą?.

10.07., 2 czerwca 1979 roku

Jeśli pojutrze ogarnie nas narodowy amok  świętowania to pamiętajmy, że nie byłoby 4 czerwcza 1989 roku,  gdyby nie wydarzenie o 10 lat wcześniejsze o. 2 czerwca 1979 roku o godz. 10.07 na płycie Okęcia wyladowął samolot z pielgrzymem w bieli.

W wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej kardynał Dziwisz tak wspominał tak wspominał moment przed lądowaniem:  Kiedy nasz samolot zbliżał się nad Wisłę, tłumy warszawiaków opalały się, jakby w ogóle nic się nie działo. Jednak dalej szło coraz lepiej, atmosfera rosła z każdą chwilą.
Po południu 2 czerwca na placu Zwycięstwa padły słowa, które odmieniły Polskę i świat: “Ja syn polskiej ziemi, a zarazem ja, Jan Paweł II, papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój!Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi!Tej ziemi! Amen.”

Dzień później w Gnieźnie padły słowa może mniej pamiętane, ale idące pod prąd historycznemu kompromisowi sprowadzał się do tego, że cały Zachód, w tym wielu ludzi Kościoła, widział marksizm jako niepodważalny element rozwoju historii. Wtedy w Gnieźnie Papież pytał: “Czy Duch Święty tego nie rozrządza, ażeby ten papież Polak, papież Słowianin, właśnie teraz odsłonił duchową jedność chrześcijańskiej Europy, na którą składają się tradycje Zachodu i Wschodu”.

Czyż po dwudziestu latach od budowania nowego świata, Polsce i Europie nie potrzeba podobnych słów?

Zagięłi parol na ZMK

Jak bardzo lokatorzy z mieszkań komunalnych nie ufają ZMK, skoro domagają się w czynszach wyodrębnienia osobnego funduszu remontowego? Mało tego. Chcą powołania ciała społecznego, które raz na kwartał będzie mogło zajrzeć w buchalterię czynszową. By przypilnować wydatków na remonty w poszczególnych blokach.

Nie wiem czy władze miasta przystaną na powyższe warunki ( o podwyżce nie wspominając), ale pojawienie się tych żądań świadczy jak operacja czynszowa była nie do końca przez władze miasta przemyślana.  I być może przyjdzie miastu płacić za nią wysoką cenę. Przy okazji – jak to w takich przypadkach bywa – znajdzie się kozioł ofiarny. Oby tylko nie na zasadzie: kowal zawinił, a cygana powiesili.

Zagięli parol na ZMK

Jak bardzo lokatorzy z mieszkań komunalnych nie ufają ZMK, skoro domagają się w czynszach wyodrębnienia osobnego funduszu remontowego? Mało tego. Chcą powołania ciała społecznego, które raz na kwartał będzie mogło zajrzeć w buchalterię czynszową. By przypilnować wydatków na remonty w poszczególnych blokach.

Nie wiem czy władze miasta przystaną na powyższe warunki ( o podwyżce nie wspominając), ale pojawienie się tych żądań świadczy jak operacja czynszowa była nie do końca przez władze miasta przemyślana.  I być może przyjdzie miastu płacić za nią wysoką cenę.

Przy okazji – jak to w takich przypadkach bywa – znajdzie się kozioł ofiarny. Oby tylko nie na zasadzie: kowal zawinił, a cygana powiesili.

Wy studentki uniwersytetu, Wy pracownice hipermarketu

YouTube Preview Image

A gdyby tak w piosence tej zastąpić słowa “Wy studentki uniwersytetu, Wy pracownice huty Warszawa” i “My studenci uniwersytetu, My robotnicy huty Warszawa” odpowiednio “Wy studentki uniwersytetu, Wy pracownice hipermarketu” i “My studenci uniwersytetu, My pracownice hipermarketu”, czy nie byłaby swoistym podsumowaniem ostatnich 2o lat?.

Albo inny protest song z lat 80.- “Pytania syna poety” Trzeciego Oddechu Kaczuchy.

Ja poeta i łachmyta             
Milczę kiedy syn mnie pyta  
Drogi ojcze ile trzeba          
Wydać na bochenek chleba      
I czy można proszę taty         
Taki chleb kupić na raty        
                               
Ja poeta i łachmyta
Milczę kiedy syn mnie pyta
Co jest lepsze w życiu tato
Skończyć studia, czy łopatą
Wrzucać węgiel do kopalni
Lub wyżymać mózgi w pralni

Ja poeta i łachmyta
Milczę kiedy syn mnie pyta
Czy to prawda mój ty stary
Że na przykład taki Paryż
Ma na każdym większym płocie
Rozlepione bezrobocie

Przestał pytać bo już nocka
Zamknij oczka, possij smoczka
Chcesz to zmienię ci pieluszkę
I pomodlę się nad łóżkiem
Za obrońców naszych granic
Za Rejtana i kochanie
Za najwyższą ludzką rację
Za umiłowaną patrię

 

Przecież w tym tekście, mimo upływu lat, nic nie tzreba zmieniać. No może płci dziecka, które mamy.

I na koniec inny protestsong z dawnej epoki – “Dorosłe Dzieci” Turbo

YouTube Preview Image

 Nauczyli nas regułek i dat,
Nawbijali nam mądrości do łba,
Powtarzali, co nam wolno, co nie,
Przekonali, co jest dobre, co złe.

Odmierzyli jedną miarą nasz dzień,
Wyznaczyli czas na pracę i sen.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.

Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.

Nauczyli nas, że przyjaźń to fałsz,
Okłamali, że na wszystko jest czas.
Powtarzali, że niw wierzyć to błąd,
Przekonali, że spokojny jest dom.

Odmierzyli każdy uśmiech i grosz.
Wyznaczyli niepozorny nasz los.
Nie zostało pominięte już nic,
Tylko jakoś wciąż nie wiemy jak żyć.

Dorosłe dzieci mają żal,
Za kiepski przepis na ten świat.
Dorosłe dzieci mają żal,
Że ktoś im tyle z życia skradł.

Tutaj to nic nie trzeba zmieniać. A trzy przytoczone powyżej przykłady to taka łyżeczka dziegciu w 4 czerwcowym miodzie

Klin

I po kampanii. Następna, jak się nic niespodziewanego wydarzy, za półtora roku. Póki, co w niedzielę musi dokonać się jeszcze akt końcowy obecnej.

Jak wielu już w poniedziałek dopadnie kac powyborczy, którego żadnym klinem nie da się uleczyć? I jak wielu będzie z tym bólem zmagać się przez kolejne lata.?

Szatańskie wersety

Ostro rosyjskie media zareagowały na artykuł pułkownika Siergieja N. Kowalowa, umieszczony na stronie ministerstwa obrony,  obarczający Polskę winą za rozpętanie II wojny światowej. Dziennik „Wiedomosti” określa publikację ministerstwa obrony jako „bluźnierstwo wobec narodu, który w latach wojny stracił 6 mln istnień ludzkich – 15 proc. przedwojennej ludności”. W podobnym tonie wypowiadają się inne media w Moskwie. Cieszy taka reakcja prasy rosyjskiej, że potrafiła właściwie ocenić tezy Kowaliowa.

Ten zaś mimo woli zrobił coś, z czego historiografii rosyjskiej trudno będzie się wycofać: wysuwając absurdalne zarzuty pod naszym adresem,  przyznał, że II wojna światowa zaczęło się 1 września 1939 roku, a nie 22 czerwca 1941.  A ta druga data jest swoistym kanonem pamięci historycznej Rosjan. Potwierdzał to podczas sesji naukowej pod koniec maja Aleksandra Chubariana z Instytutu Historii Powszechnej Rosyjskiej Akademii Nauk. Swój referat wygłosił w Warszawie na panelu „Geneza II wojny światowej’.

A tu jak Filip z konopii wyskakuje Kowalow, który swoimi dla nas absurdalnymi  tezami całą ideologię 22 czerwca obala. Jednym słowem strzela sobie i Rosji samobója ekstra (bo konsekwencją jego słów jest przyznanie się do odpowiedzialności za 17 września, Katyń, proces szesnastu). Czyż nie  to, a nie tylko reakcja prasy rosyjskiej, mogła być głównym powodem szybkiego zniknięcia tekstu ze strony ministerstwa obrony Rosji. Wszak dla kremlowskiej ideologii są to szatańskie wersety.

I dlatego doceniając wstawiennictwo rosyjskie prasy,  nie mam złudzeń, że udzielone przez nią wsparcie dla nas, nie odbije się szerokim echem wśród rosyjskiej opinii publicznej. Będzie tak dopóty, dopóki władze kremlowskie nie dadzą jasnego sygnału. We wrześniu do Polski ma przyjechać Władimir Putin. Może wtedy?  Czy usłyszymy: „Nasza wina, nasza bardzo wielka wina”?.

Naszym nie staje

Gdy nasi kopacze piłki szmacianej męczą się niemiłosiernie i wygrywają jednym golem, wszyscy w mawiają nam, że nieważny jest styl zwycięstwa. O nim za kilka dni i tak nikt pamiętać będzie. To, co istotne, to wynik. On zawsze zostaje w tabeli i annałach.

Krew mnie zalewa na taką argumenatację. Bo ona zamazuje rzeczywistość, pozwala tolerować fundamentalne braki w wyszkoleniu taktycznym, technicznym,  zmyśle boiskowym . Wszystko to, co świadczy o piłkarskim rzemiośle. Nie dość, że krótkowzroczna, to jeszcze tak na dobrą jest czymś w rodzaju gola samobójczego.

Czyż nie to samo powiedzą po sobotnim meczu sympatycy piłarzy Republiki Południowej Afryki. To nic, że marnie grali. Czyż nie liczy się wynik?

Skoro tak marnie grali i wygrali, to w takim razie jak kiepscy musieli być ich przeciwnicy. I dlaczego nasi znawcy piłkarskiego świata nagle zarzucają im, że źle grali. Przecież nie podnoszą tego argumentu, gdy nasi wygrywają po kiepskim meczu.

Czy i po sobotnum meczu nie powinni używać tej samej logiki. Czyż to nie wynik się liczy. On  zawsze pozostaje w annałach i statystykach.

Nasi zagrali fatalnie. I w gruncie trudno mieć pretensje do trenera. w sobotę to Gmoch do spółki z Engelem i Bóg tylko jeden wie  kim jeszcze , nic by nie wskórali. Stare porzekadło mówi, że tak krawiec kraje, jak mu materii staje. A cały problem w tym, że naszym nie staje. Marna to perspektywa przed EURO 2012

Kurka wodna

YouTube Preview Image

Kilka scen z kultowego  “Nie lubię poniedziałku”. Wśród nich zatarg z taksówkarzem i nieśmiertelne powiedzenie”Kurka wodna”. Film składa się z dość absurdalnych historyjek, których łączy jedno: wydarzyły się one wszystkie jednego dnia, w poniedziałek.  Dość dobrze oddających czasy wczesnego Gierka.

Od tamtej pory minęło prawie 40 lat, zmienił się system, mamy inną Polskę. Bez miejsca na takie opowieści. A jednak obserwując huśtawkę nastrojów związanych z podziałęm mandatów, miałem nieodparte wrażenie, że unoszą się nad nami opary absurdu rodem z poprzedniej epoki.

Rano jedni byli w raju, by w południe spaść do piekła. Inni cały dzień trwali w czyściu niepewni swego losu. Potem znowu wszystko się odwróciło nogami. Do tego stopnia, że bardzo wielu nie pozostaje nic innego jak tylko powiedzieć: “Jak ja nie lubię poniedziałku”.

Karawana idzie dalej

W poniedziałkowym „Porannym” napisałem, dlaczego nie stawiłem się przy urnie. W tekście odnosiłem się wyłącznie do podlaskiej sceny politycznej. Teraz parę słów o krajowej.

Tuż po zamknięciu lokali premier mówił, że rząd nie dostał żółtej kartki.  A mnie się wydaje, że jako przedstawiciel klasy politycznej, to razem z nią i owszem otrzymał. Tyle, że w gruncie rzeczy czerwoną. 75 proc. nie wzięło się z nikąd.

Lider SLD udowadniał, że jego ugrupowanie jest alternatywą dla partii prawicowych. Faktycznie, z siedmioma mandatami.

Lider głównej partii opozycyjnej dowodził, że wynik jego ugrupowania jest źródłem optymizmu i daje powody do przekonania, że przy kolejnych wyborach PiS może jeszcze umocnić swoją pozycję. To dziwne, bo ja zobaczyłem zupełnie inną perspektywę. Z każdym wyborami główny rywal jego partii zmierza do większości absolutnej. W sobotę uzyskał dokładnie połowę mandatów.

Inne partie w równym stopniu zakrzywiały rzeczywistość powyborczą. Jeśli pochyliły się nad pustkami przy urnach, to na krótko. Potem rozpoczęło się to, co zwykle. Triumfalizm, zadufanie, wzajemne łubu-dubu. A co tam,  a niech tam sobie ujadają, grunt by karawana szła dalej.

Dzień Podlasia

Został ogłoszony w 2006 na prośbę ordynariusza drohiczyńskiego bpa Antoniego Dydycza „…przez Sejmiki Wojewódzkie z Białegostoku, Lublina i Warszawy, dla upamiętnienia rocznicy pobytu Jana Pawła II wśród nas”. (bp A. Dydycz). Właśnie w historycznej stolicy Podlasia – Drohiczynie 10 czerwca 1999 r. odbyło się nabożeństwo ekumeniczne, które zgromadziło chrześcijan różnych wyznań i obrządków oraz przedstawicieli muzułmanów.  Dzisiaj 10. rocznicę tamtych dni i Dzień Podlasia  śwetowano w Drohiczynienie.

Rozumiem, że Suwalszczyzna czy Sejneńszczyzna, które podkreślają swoją odrębność od administracyjnego tworu jakim jest Podlasie w granicach województwa podlaskiego, były obojętne nastawione do tego święta. Ale żeby stolica administracyjna województwa nie pamiętała o stolicy historycznej Podlasia? Przed chwilą oglądałem Wrota Podlasia, serwis samorządu wojewódzkiego i urzędu marszałkowskiego. Ani słowa na nim o Dniu Podlasia. A przecież to na wniosek tego sejmiku owe święto ustanowiono. Wiem, że wtedy ster województwa dzierżyła inna opcja, ale przecież obowiązuje coś takiego jak ciągłość sejmiku. Czyżby urzędnikom urzędu tak bardzo spieszyło się na długi weekend (wszak w piątek, tradycyjnie po święcie,  nie pracują), że zapomnieli o Dni Podlasia.

Biała sukienka

To film o typowym polskim miasteczku, w którym trwają przygotowania do Bożego Ciała. A na ich tle, wiele większych i mniejszych tragedii: spalona sukienka dziewczynki, która miała sypać kwiatki, brak sprawnego mikrofonu w parafii i trochę wstawiony kościelny. Ale zamiarem reżysera było, moim zdaniem, nie ukazanie, że każde przygotowania w polskim Kościele kończą się tak, a nie inaczej, ale obrazu ludzi, którzy w tej sytuacji starają się pomóc i tych, którzy ciesząc się z cudzego nieszczęścia, „wietrzą” coś dla siebie.

Ten fragment recenzji przypomniałem nie bez powodu. Tradycyjna procesja mimo swej uniwersalności, jest w każdym mieście, parafii inna. Ma swoją własną specyfikę, klimat. jak choćby w Łowiczu.

I tak u jest u nas w Białymstoku. Przemarsz od kościoła do kościoła główną (do niedawna) ulicą miasta jest w gruncie rzeczy wyjątkowy. I wpisuje się w katalog, który określiłem terminem “Święta białostockie”. Wydarzenia, rocznice, które nas wyróżniają. Lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.

Gdzie to Opole, gdzie tamten świat?

 Taka parafraza przeboju Wojciecha Gąssowskiego przyszła mi na myśl po godzinie tegorocznego festiwalu polskiej piosenki. A przecież w te dni czerwcowe rodziło się tyle przebojów, które na zawsze stworzyły podwaliny pod legendę polskiej piosenki.
Lata 80. I koncert rockowe, z początku tej Samek dekady kabaretony, pierwszy triumf na festiwalu, który stał się dziełem Ewy Demarczyk, koncert wspomnieniowy Agnieszki Osieckiej, Kraina Łagodności, Psalm stojących w kolejce i tysiące niezapomnianych chwil, których nie sposób wymienić.
I z tymi dla mnie najważniejszymi utworami w historii polskiej piosenki (tak się składa, że wszystkie były wykonywane dosłownie rok po roku). Kto dziś potrafi tak jeszcze śpiewać?

YouTube Preview Image YouTube Preview Image 

 YouTube Preview Image

Nie do odwrócenia

Banalny egzamin maturalny z polskiego, fatalne wyniki testu gimnazjalnego, mizerne na koniec podstawówki. Z roku na rok odpowiedzialni za polską edukację wyrywają sobie włosy z głowy. Zamiast być coraz lepiej, to pogrążamy się w otchłani. Proces ten zaczął się na początku lata 90.

Równolegle do niego przebiegała antyspołeczna odpowiedzialność biznesu, brak szacunku do życia ludzkiego (podmiotowości jednostki w wymiarze nie politycznym, ale ludzkim), degrengolada klasy politycznej. I właśnie upadek oświaty w jej fundamentalnym wymiarze: uczenia się. Te cztery elementy złożyły się na ciemna stronę ostatniego 20-lecia. Plus piąty, który najlepiej widać na przykładzie Białegostoku, (ale o tym innym razem).

Przyczyn tego ogólnego otępienia młodych ludzi jest wiele. I bynajmniej nie wynikają one tylko z rewolucji technologicznej.   Swoje złe piętno odcisnęła zbyt łatwa dostępność do różnego szczebli edukacji. Dopóki trwał swoisty cenzus w dostępie do szkolnictwa, tym większy był jego poziom. A później, w miarę bogacenia się, nastąpiło jego totalne załamanie. Po co zdobywać wiedze, skoro można było ja nabyć tak jak każdy inny towar na rynku. Jej masowość musiała przynieść skutek uboczny. Do tego doszły jak zwykle reformy, z których więcej start niż korzyści. A przykładem są zwłaszcza gimnazja.

Nie chcę być złym prorokiem, ale sądzę, że tego trendu już nie odwrócimy.

Kierowca, największy wróg kierowcy

Tak jest po każdym weekendzie.  I nie tylko chodzi, że nieustająco nie zmniejsza się liczba szoferów na podwójnym gazie. 

 Mimo, że po każdym weekendzie policja podaje, ile zatrzymała kierowców w stanie wskazującym na spożycie, statystyka ta nie robi najmniejszego wrażenia na następcych amatorach jazdy po pijaku. I po kolejnym weekendzie pryska następna bariera wydawałoby się nie do pokonania. W końcu jednak nie bez kozery kiedyś wymyślono przyśpiewkę” Panie szofer gazu, panie szofer gazu, bo pół litra jest w garażu”. Ale to było w czasach, gdy samochód na naszych drogach było jak na lekarstwo w porównaniu z dniem dzisiejszym. A jednak tradycja przetrwała.

Miałem kiedyś nauczyciela od PO (skrót bynajmniej nie od partii, ale przysposobienia obronnego), który – jak to wojskowy i to rodem z kresów – mówił, że dać ludziom wódki i samochody, a od razu w kraju będzie spokój i porzadek. Iście to totalitarna wizja, ale niestety się spełnia. Jednak nie za sprawą podstępnej władzy, a ludzkiej głupoty. Nastały czasy gdy sięgnięcie równoczesne po kieliszek i samochód nie sprawia większej trudności. Czyż to nie jest forma totalitaryzmu w stosunku do innych obywateli? I dlaczego państwo nie broni tych obywateli, którzy przez ten totalitaryzm zagrożeni są eksterminacją drogową? Decydenci, tak groby kochacie? Leżcie w nich sami!.

Te mocne słowa odnoszą sie także do szerszego problemu jakim jest kultura jazdy po polskich drogach. A najlepszym przykładem, że nie jest z nią najlepiej i że państwo nie broni zagrożonych obywateli, jest sprawa 30 letniego białostoczanina, który mknął w zeszłą środę po “ósemce” z prędkością 202 km/h. Gdy wkońcu po szaleńczym pościgu dopadł go patrol drogówki, pirat został ukarany 500 zł. mandatem i kilkoma punktami karnymi. Na odchodne powiedział policjantom, że w Austrii, gdzie zdobył prawo jazdy, za taki drogowy wyczyn jak na trasie między Mężeninem a Jeżewem, na pół roku powędrowałby za kratki.

I chyba w tym tkwi cały problem terroryzmu drogowego w Polsce. Jest on bowiem nie tylko bezkarny, ale tolerowany. Jak długo jeszcze?

Werdykt

Zarzucenie kabla na szyję i zaciśnięcie, walenie rurka po głowie. Czy jest to, jak chce prokurator  rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia czy, jak wnioskuje pełnomocnik pokrzywdzonego, usiłowanie zabójstwa. Na to pytanie musi odpowiedzieć białostocki sąd w procesie dwóch młodych osób oskarżonych o napad na taksówkarza.
Na jednej szali jest walenie rurką i duszenie linką, na drugiej rozpaczliwa walka o życie. Na jednej szali jest rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, na drugiej usiłowanie zabójstwa. Co powinien zawyrokować sąd?  Wybór prosty czy trudny? Oczywisty czy zagmatwany? Sprawiedliwy czy krzywdzący?

Meteor nad Polską

16 czerwca 1965 wystrzelono pierwszą polską rakietę meteorologiczną Meteor. Tak jakoś mi się o tym przypomniało patrzac na to, co dzieje się za oknem. A raczej na prognozy, którymi raczą na synoptycy.

Teraz na tapecie są krótkoterminowe,  zawczaj na dzień, góra dwa. A już przed weekend meteorolodzy jakby nie chcieli nas denerwować. Chociaż musze przyznać, że podczas ostatniego przewidywania im się sprawdziły. Miało wyjść słońce w niedzielę poźnym popołudnie po trzech dniach lania, i wyszło. A jeśli taka lato czeka nas do końca lata?.

Nocna zmiana albo wypadek przy pracy

Lada chwila drogowcy wejdą na rondo Lussy. Do piątku będą frezować nawierzchnię. Tylko dlaczego nocą? Przecież u nas takie rzeczy robi się w biały dzień. W godzinach najwyższego szczytu. Skoro stoimy już w tylu korkach, to jeszcze jeden nie grałby roli.
Gdybyśmy mieli falę upałów, to pomyślałbym, że pierwszymi jej ofiarami są właśnie drogowcy. No bo przecież niemożlwie jest by, patrząc na dotychczasową praktykę, wpadli na taką Eurekę.. Ale aura jest pod psem (bez obrazy dla wszystkich czworonogów).
A skoro już doszło do tego, do czego na Lussy doszło, to może też da się i w innych miejscach? Chyba, że jest to wypadek przy pracy.

Dwunastu gniewnych ludzi

To jeden z najlepszych dzieł jakie spłodziło światowe kina. Film Sideya Lumeta opowiada historię ławy przysięgłych obradującej po procesie młodego Latynosa oskarżonego o morderstwo. Spośród dwunastu przysięgłych tylko jeden (grany przez Henry’ego Fondę) nie jest do końca przekonany o winie oskarżonego. Zasiana przez niego wątpliwość jest sednem całej historii. Przekonuje innych, zamkniętych z nim w sali posiedzeń ludzi, że okoliczności sprawy nie są tak do końca jasne, jak to wydawało się w sądzie.

Przypomniałem ten obraz na kanwie protestu wyborczego jaki do Sądu Najwyższego złożyli niewidomi i osoby niedowidzące. Domagają się oni unieważnienia wyborów. Nie mogły one podczas eurowyborów w sposób tajny oddać głosów. A właśnie tajność jest w pisana w ordynację wyborczą. Co więcej przy każdych wyborach jest podobnie, a władza wykonawcza tego nie zmienia.

Czy i tym razem usłyszymy, że choć wyborcy niewidomi mają rację (a moim zdaniem mają) to pewnie usłyszymy, że ich protest nie ma wpływu na wynik wyborów. Ze to tak ogólnie niska społeczna szkodliwość czynu. Przecież już mandaty rozdane, koalicje zbudowane, premier z prezydentem lecą na szczyt do Brukseli, Jerzy Buzek ma być szefem parlamentu, Janusz Lewandowski komisarzem, Napieralski został szefem klubu SLD, w PiS też partia z wodzem, a wódz z partią. Tak, tort już pokrojony.

Czy jego smakosze obejdą się ze smakiem?  Czy znajdzie w sądzie jeden gniewny człowiek, który zasieje wątpliwość, że takiej fuszerki prawnej nie można tolerować w nieskończoność?

Format niedościgły

Dzisiaj opublikowaliśmy wyniki plebiscytu na białostoczania wszech czasów. Taka nasza luźna zabawa z Czytelnikami. Kto chciał, mógł zgłaszć kogo tylko chciał. Bo historia naszego miasta, tak bardzo zagmatwana,  to przede wszystkim dzieje ludzi z nim związanych. Choćby tylko przez urodzenie, mieszkanie w nim przez całe życie czy migracją do niego z innych miejsc. A przez 260 lat od ponowienia praw miejskich Białegostoku takich postaci było bez liku.

Z jednej strony nie dziwi, że wygrał Zamenhof. Mocne lobby esperantystów w roku kongresu zwarło szyki i wzięło sobie za punkt honoru, by wygrał twórca ich języka. Z drugiej strony to dziwne, bo tak naprawdę esperanto w Białymstoku nie istnieje. I nie zmieni tego zbliżający się kongres.

A tak w ogóle cenimy historię. Być może tęsknimy za czymś, czego nie mamy. Doceniamy największy sukces białostockiej nauki i bardzo nie lubimy polityków. Poza prezydentem Ryszardem Kaczorowskim.
Ale jest to postać takiego formatu i takiej klasy, o których współcześni nam politycy mogą tylko pomarzyć. Do tego stopnia, że gdy będzie za kilkanaście lat przeprowadzany podobny plebiscyt, wątpię by nam współcześni decydenci (bez względu czy z prawicy, lewicy, czy też centrum) znaleźli się w pierwszej dziesiątce.

Najciemniej jest pod latarnią

Dzisiaj kilka scen podpatrzonych w  parku. Trudno go sobie wyobrazić bez stałych bywalców z przypałacowych stawów.

zdjecie008

Pojawiają się też całkiem niespodziewani goście (jak ta fretka)

zdjecie007

Albo też Brygady Tygrysa

zdjecie005

Czasami jednak gdy tak zapatrzeni potknięmy się o nierówności parkowych alejek, wtedy przed oczami staje nam taki obraz

zdjecie004

Zniszczona tabliczka udawadniająca, że wbrew swej nazwy jest to raczej bulwar ……. (broń Boże, ani słowa o promocji i o logo; ostatnie słowo na ten temat napisałem w poniedziałek). I także to, że najciemniej jest pod latarnią.

Jarmark udał się jak nigdy

Były grabie, styliska, sita, misy drewniane, kosy, koguciki na drucikach, blaszane zegraki, wata cukrowa . Kwas chlebowy lany z beczki, tradycyjne jadło z regionu i Litwy. I tłum białostoczan, którzy jak co roku, raz do roku, próbują posmakować tradycji. Ale w tym roku jarmark się udał jak nigdy.

 Nie padało, ale nie było też skwaru. Było więcej miejsca niż w latach ubiegłych. I oprawa też na wskroś jarmarczna. Kapele ludowe z regionu, ale też i Ukrainy, kataryniarz, co prawda warszawski, ale za to jaki. I jego niesamowita papuga. Uliczny teatr dla dzieciaków, rękodzielnicy i  jak to na jarmarku bywa: targ. A targowano się przednio. Można rzec białostockim targiem.

Tym jarmarcznym klimatem wrócił Białystok, choć na chwilę, do przeszłości.

Spalarnia na placu Inwalidów

Futurologia? Niekoniecznie. Skoro w Wiedniu czy Paryżu taka fabryka utylizowania śmieci mieści się w centrum (a taki argument, by przekonać białostoczan do idei budowy spalarni przywołują jej zwolennicy), to niby dlaczego ma nie powstać na tej ponoć najcenniejszej działce na wschód od Wisły.  Przecież spełniać ma wyśrubowane parametry  i tak ostre normy, że będzie zupełnie nieszkodliwa dla otoczenia.

Co wiecej, może tak szaremu i bezbarwnemu krajobrazowi, jaki jest nad Biała w tym miejscu, nadać swoistego kolorytu. Bo rzecz nie w tym ile zajmie miejsca, ale jaką formą architektoniczną nada się budowli. Wszak działka jest dość wąska i krótka. Nie pozostaje nic innego jak tylko budować do góry. A ponieważ mamy naprawdę zdolnych projektatntów i architektów, o wizualną stronę inwestycji można być spokojnym. Może w końcu dorobimy się drapacza chmur z prawdziwego zdarzenia.

Osobiście takie sąsiedztwo by mi nie przeszkadzało. Z jednej strony mam okna wychodzące na kominy elektrociepłowni, to z drugiej mogę się gapić na te ze spalarni. Naprawdę, warto zważyć ową lokalizację. Także dlatego, że cokolwiek by tam nie powstało, nawet taki modernistyczny śmietnik, będzie lepsze od tego, co mamy w tej chwili. Tym bardziej, że po wybudowaniu obok galerii i Jurowiecka zostanie zmodernizowana. I nie będą dla niej straszne te kilkanaście tirów dzienne, które wprost z obwodówki mogą ustawiać się w kolejce przed bramą fabryki.

Tak, spalarania na placu Inwalidów. Jak to dostojnie brzmi.

Zaloty i umizgi

Już się rozpoczęły, choć do preludium jeszcze szmat czasu. W zeszłym tygodniu wicepremier Schetyna wspomniał, że prezydent Tusk (po wygraniu wyborów) nadal może być szefem PO. Czym zresztą wprawił w osłupienie nawet najzagorzalszych przeciwników konstytucji. Czyżby nie było to bowiem pożegnanie z instytucją prezydenta wszystkich Polaków (a przecież wszyscy Polacy- jak śpiewał klasyk disco polo- to jedna rodzina)? Skoro tak, to wybory powszechne prezydenta nie są potrzebne. Wystarczy do tego większość parlamentarna.

Nie minęło kilka dni i strona przeciwna wrzuciła swoje pięć groszy. Lech Kaczyński wspomniał, że kadencja prezydenta powinna być wPolsce siedmioletnia. Bez prawa do reelekcji.  – Rozwiązanie takie prowadziłoby do wzrostu znaczenia roli prezydenckiego arbitrażu gwarantującego ciągłość i sprawność funkcjonowania instytucji ustrojowych państwa.” - uzasadniał prezydent w liście do uczestników Zjazdu Katedr i Zakładów Prawa Konstytucyjnego, który odbył się w weekend na Uniwersytecie Warszawskim. Czym w osłupienie wprowadził zarówno największych przeciwników, jak i zwolenników obecnej konstytucji.  Czyżby prezydent liczył, że po ewentualnej reelekcji w 2010 roku dostanie przyzwolenie do noweli konstytucyjnej przedłużającej jego bytność na scenie konstytucyjnej o dwa lata. Skoro tak, to do ukonstytuowanego w ten sposób prezydenta nie potrzeba głosowania powszechnego. Wystarczy większość parlamentarna (którą najpierw trzeba mieć). Ale czyżby nie było to najdobitniejsze potwierdzenie obecnego status quo, że obecny prezydent tak na dobrą sprawę nie jest prezydentem wszystkich Polaków?

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – mówi stare porzekadło. Tak by wynikało z opublikowanego wczoraj sondażu. Wynika z niego, że premierowi Tuskowi jest w stanie zagrozić Jolanta Kwaśniewska. Nie jest to pomysł nowy. Już grubo przed wyborami w 2005 roku lansowano hasło “Jolka za Olka”.  Teraz umizgi i zaloty znowu wracają. Kto jeszcze się da na nie nabrać?

I jeszcze jeden rok z głowy

To, co działo się dzisiejszej nocy zaprzeczało jej nazwie. Wszak to była noc świętojańska, czas poszukiwania kwiatu paproci, puszczania wianków, ogni sobótkowych. Przy jasnej, cieplej nocy czerwcowej. Tymczasem aura splatała nm figla i uraczyła scenami rodem z huraganów atlantyckich.

Noc z 23 na 24 czerwca to jeden z symboli europejskich. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości – obchodzone dawniej na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, bałtyjskie, germańskie i celtyckie. Także przez część narodów wywodzących się z ludów ugrofinskich np. Finów (w Finlandii noc świętojańska jest jednym z najważniejszych świąt w kalendarzu) i Estończyków. Noc świętojańska – Līgo na Łotwie jest świętem państwowym, a po odzyskaniu niepodległości 23 i 24 czerwca stały się dniami wolnymi od pracy. Również w Republice Litewskiej dzień 24 czerwca jest od 2005 roku wolny od pracy.

Bo też ten dzień był, za nim człowiek nie wymyślił kalendarza i sylwestra, swoistym Nowym Rokiem. Kończył sie stary, zaczynał kolejny. Wszak dni od tego momentu sa coraz krótsze. I za chwilę znowu zapadniemy w jesienno-zimowe ciemności. Cos znowu uleciało nam z życia.

Zdarzyło się 25 czerwca

YouTube Preview Image

Królowie nie żyją wiecznie, legendy tak

W tysiącach komentarzy po informacji o śmierci Michaela Jacksona uderzały wypowiedzi: ” Nie mogę w to uwierzyć”. W ustach Amerykanów wydają się one nieracjonalne.

Kto jak kto, ale oni powinni wiedzieć najlepiej, że królowie wiecznie nie żyją. Hendrix, Joplin, Morrison czy w końcu Presley. Wszyscy oni okrzyknięci władcami swoich dekad, odeszli o wiele zawcześnie. W porównaniu z nimi Jackson i tak dostał więcej. Żył najdłuzej.

Jego odejście przypomina to, co w dawnych czasach było czymś naturalnym, a co zamykało się w dewizie tak bardzo odrzucanej przez współczeność: “memento mori”. Tak odległe i tak bliskie. I chyba najbardziej globalny przejaw egalitaryzmu. Tu wszyscy są równi. Żebrak czy król. Z tą różnica, że legendy stworzone przez tych drugich żyją wiecznie.  O pierwszych nikt nie pamięta.

YouTube Preview Image

Abolicja, czyli bez łaski

 Działacze PZPN odrzucili projekt uchwały abolicyjnej przygotowany przez Grzegorza Latę. Miała ona zakończyć karanie klubów zamieszanych w aferę korupcyjną. Jagiellonia Białystok rozpoczęłaby sezon z czystym kontem, a Widzew Łódź nie zostałby zdegradowany o jedną klasę rozgrywkową. Mimo, że walne zgromadzenie odrzuciło projekt prezesa PZPN, to abolicja i tak będzie, tyle że ubiegłoroczna. Oznacza to, że kluby będą karane za korupcję, ale nie na zasadzie degradacji. Dlatego Jagiellonia nadal ma rozpocząć sezon z karą dziesięciu ujemnych punktów.

Pisałem już o tym wcześniej: czy w dając się w bijatykę prawną z PZPN nie straciła o wiele więcej? Czy nie lepiej było już po tym sezonie spaść o klasę niżej, by za rok w glorii chwały wywalczyć awans? W glorii chwały, bo niesłusznie skazana odradza się jak Feniks z popiołów z moralnym prawem do czegoś jeszcze. Bo, po rocznej karencji i ponownym awansie, dziękuję za PZPN za grę w ekstraklasie i przystępuje do tworzenia nowego związku piłkarskiego w Polsce. Z taką legitymizacją przyszłoby jej to bardzo łatwo. Być może w takiej nowej lidze na początku zagrałoby by dwie, trzy, cztery drużyny. Ale potem…

Powiem wprost: Jagiellonia powinna wypiąć się na PZPN i nie ronić łez  na  abolicją ubiegłoroczną i latowską, która nie przeszła. Bo też śmiesznie to brzmi: na 90-lecie abolicja. Najlepsze co związek może zrobić na 90-lecie to wyprowadzić sztandar i się rozwiązać. Bo to, co działo się przez ostatnie ćwierć wieku w polskim futbolu niweczy dorobek wcześniejszych 65 lat.

Ale związek takiego samobója sobie nie strzeli.  Siaty nie założą mu też organy państwa. Bo każda taka akcja, jak uczy historia, spotka się z reakcją europejskiej czy światowej centrali. Ale UEFA i FIFA nie zrobią nic, gdy taka inicjatywa wyjdzie z dołu. Od drużyn. Zwłaszcza tych, z tak mocną legitymizacją jaką jest odbycie tak srogiej kary za czyn nieadekwatny do jej wysokości. To mogłoby stanowić zaczyn do nowych struktur piłkarskich w Polsce.

Ktoś powie, że to nierealne, bo mistrzostwa Europy za pasem. I właśnie dlatego, że mamy EURO za trzy lata, coś takiego powinno nastąpić. Lepsza okazja nam się trawi. W przeciwnym razie nic się nie zmieni. Czy stać Jagiellonię na taki gol?

Oj, nieładnie, posłowie, nieładnie. Oj, nieładnie, posłowie, brzydko

Nareszcie, po tygodniach weekendów pod psem, w sobotę i w niedzielę w Białymstoku przygrzało. Łyknęliśmyy trochę lata. Ale patrząc na to, co dzieje się na południu kraju, marne to pocieszenie. Tam mieszkańcy po raz kolejny toczą nierówny bój z przyrodą.

A politycy na gruzach tego nieszczęście kłócą się i przekomarzają, kto i dlaczego skreślił bądź nie projekty zmierzajace do uregulowania gospdoarki wodnej na południu kraju.
 
Gdy tak w radio słuchałem dzisiaj Brudzińskiego i Szejnfelda, to aż się prosiło, by ta fala powodziowa dotarła do Warszawy. Ale tylko po to, by raz na zawsze porządnie zmyła główny gmach przy Wiejskiej. I to tak, by ze szlamu i błota nie było co zbierać.
I dlatego - cytując niemal dosłownie Andrzeja Poniedzielskiego -

Oj, nieładnie, posłowie, nieładnie,

oj, nieładnie, posłowie, brzydko ….

Opera, operetka

Kto widział film Wernera Herzoga “Fitzcarraldo” ten wie, do czego jest zdolny (w tym wypadku tytułowy bohater) maniak idei ogarnięty nią bez reszty. Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru.
I choć to film, to opera faktycznie powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli Amazońskiej.

W  podobnej sytuacji jest nasza opera.  Początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Zwłaszcza, jeśli dorzucimy do tego jej utrzymanie. Ale skoro się zaczęło… Wszak marzenia, tak jak w Manaus,   mogą być warte opery  nie tylko za trzy grosze.

Bo też źródła utrzymania opery są istotą sporu miedzy jej dyrektorem a zarządem województwa. Można by rzec: dobrze, że nareszcie sprawa ta wypłynęła na światło dzienne. W nawale odwoływanych i wznawianych przetargów na wykończenie okazałego gmachu, kwestia jego utrzymania gdzie umykała po drodze.

A jeśli opera ma być traktowana, jako dobro wspólne, to warto by obie strony sporu przedstawiły taka argumentację, która przekonałaby zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jaki tych z Łap i Hajnówki, że powinni łożyć na utrzymanie opery. Być może, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my w odróżnieniu od tych z Manaus kauczuku lub innego złotego runa nie mamy.

A to feler…

Ogórki kategorii “ekstra” i kategorii pierwszej muszą być “dobrze rozwinięte, dobrze wykształcone i praktycznie proste, o maksymalnej wysokości łuku: 10 mm na każde 10 cm długości ogórka”.

To rozporządzenie z rok 1988, jak wiele innych regulujących smuklą  sylwetkę i wygląd moreli, karczochów, szparagów, bakłażanów, awokado, fasoli, brukselki, marchwi, kalafiorów, czereśni, cukinii, ogórków, grzybów uprawnych, czosnku, orzechów laskowych w łupinie, kapusty, porów, melonów, cebuli, groszku, śliwek, selera naciowego, szpinaku, orzechów włoskich w łupinie, arbuzów oraz cykorii liściowej, przestają jutro obowiązywać.

Wszystkie krzywizny owocowo-warzywne i wszelakiej maści wybryki natury, a wraz z nimi ich plantatorzy, mogą odetchnąć z ulgą. Po wielu latach unijni urzędnicy przyznali, że o wiele lepiej będzie, jeśli pozostawią to podmiotom działającym na rynku. A w zasadzie rozkoszom podniebienia.

 Można z ulgą rzecz lepiej poźno niż wcale. Tylko po co były te wszystkie lata standaryzacji. Przecież każde dziecko wie, że w dzień targowy na bazarze takie słyszy sie rozmowy….

Całego wierszyka, klasyki literatury dziecięcej nie będę przytaczał. Powinni jak najszybciej poznać go eurokraci. Być może wtedy ulżyliby pozostałym. Bo surowe unijne standardy pozostaną w odniesieniu do jabłek, cytrusów, kiwi, sałaty, brzoskwiń i nektarynek, gruszek, truskawek, papryki, winogron deserowych i pomidorów.

Póki co paralityczny  ogórek i parchata marchewka nie muszą sie ukrywać.  

A to feler westchnął seler.

Ulica graniczna, czyli między sacrum i profanum

Powoli dobiega remont Sienkiewicza u zbiegu Rynku Kościuszki. W jego obrębie to jedyny fragment, z którego nie został wyłączony ruch kołowy. I swoista granica dzieląca Rynek Kościuszki na dwie części.

Pisał już o tym w “Porannym” Radosław Oryszczyszyn. Zachodnia część przeznaczana na rozrywkę wszelakiej maści. Tak jak niedzielny koncert Matta Duska na zakończenie dni miasta czy o tydzień wcześniejszy Jarmark na Jana. I część wschodnia, przeznaczona na uroczystości patriotyczno-religijne (po raz pierwszy w pełnej krasie 15 sierpnia). I mimo, że pomysłodawcy przebudowy centrum pewnie tego nie zamierzali, ale tak  jakoś im wyszło rykoszetem.

Sztuczny podział, chyba bez szans na jego ponowne scalenie. Bo też trudno sobie wyobrazić powrót do status quo sprzed tej rewolucji urbanistycznej. Z drugiej strony czy stać władze o całkowite wyłączenie ruchu z Sienkiewicza? I dlatego na tym odcinku będzie ulicą graniczną. Między sacrum i profanum.

Depresja poselska

Gdy naród do boju wystąpił z powodzią, posłowie w komisji se jaja robili
Gdy naród zawołał: utoniem lub zwyciężym, panowie posłowie radzili

I to jeszcze jak. O powodzi debatowali przy pustej sali sejmowej. Ale za to w komisji do spraw nacisków obrzucali się błotem i szlamem. Dziwne? Nie, o to Polska właśnie.

O, cześć wam panowie posłowie, za waszą głupotę nie małą….

A wracajac do tytułowej depresji. Troche mi głupio, bo gdy w ostatnią niedzielę maja aura przetrzebiła prawybory w Białymstoku, napisałem: czyżby była to zapowiedź burzliwego lata. No i wykrakałem. Woda zalewa nie tylko, tradycyjnie już południe kraju, ale też tereny niemal depresyjne. Jak Gdańsk, Łódź, Warszawę (jaka szkoda, że nie Sejm) czy nasz Białystok.No właśnie wystarczy kwadrans ściany deszczu, a nasza kanalizacja jest sparaliżowa.

Tylko posłów depresja nie tyka. Wszak oni mają immunitet.

Bez komentarza

Bo brak słów  na skandal przy ulicy Komunalnej. My też zostaliśmy nabici w butelkę, bo kilka razy zajawialiśmy tę imprezę na łamach “Porannego”. Kilka lat temu podbny był przypadek z Teatrem Bolszoj, teraz sytuacja się powtórzyła. Oj nieładnie organizatorzy, nieładnie, brzydko.

Autostrada do nieba 2009

Wyścig na niej właściwie trwa cały rok, tylko latem nabiera tempa. To dziwne, bo o tej porze roku warunki pogodowe są najlepsze. Dzień długi,  zjawiska ekstremalne tylko od czasu do czasu. A jednak …
Podczas pierwszej lipcowej soboty zginęło na polskich drogach 6 osób ( bilans ten jeszcze pewnie się zmieni). Jak wynika z policyjnych statystyk najczęstszymi przyczynami zdarzeń drogowych jest nadmierna prędkość, niedozwolone wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa i alkohol.
Zdjęcia zmiażdżonych samochodów dominują w gazetach, telewizji  i Internecie. Powinny przemawiać do wyobraźni. A jednak…
Jak choćby dzisiaj w  podsokólskiej Straży. Szkoda ofiar, chyba jechali na wakacje. Spod tirów rzadko, kto wychodzi cało…

W dziesięć dni temu wracałem z Warszawy. Po raz pierwszy miałem okazję przejechać zmodernizowany odcinek obwodnicy Wyszkowa. Dwa pasy w jedną stronę ciągną się od stolicy aż po ponad 60 kilometr tej części „ósemki”. Ciekawe ile jeszcze ofiar pochłonie ta droga śmierci zanim na podlaskim jej odcinku doczekamy się podobnego „cacka” jak pod Wyszkowem.

Niedaleko Białegostoku jechał przede mną  kawalkada wszelakiej maści koni mechanicznych.  Z prawej strony podwójna ciągła, bo za chwilę zacznie się wzniesienie. Z tyłu też tir, ale byłem spokojny. Do czasu, gdy usłyszałem trąbienie. Jadący za mną Litwin najwyraźniej poczuł w sobie przypływ mocy i zaczął wyprzedzać. A co mu tam? Całe szczęście, że  ze wzniesienia nikt nie zjeżdżał. W przeciwnym razie ze wszystkich zostałaby na asfalcie jedna czerwona plama.

Nie chce oskarżać wszystkich kierowców ciężarówek. Ale większość zachowuje się tak jakby pierwszeństwo na drodze dawała tylko masa samochodu. Zresztą właściciele osobówek też nie żałują gazu i to do dechy. Dla ilu będą to ostatnie wakacje?.
W środę znowu jadę do Warszawy. Pociągiem.

W Polskę idziemy…

Tak śpiewał w swoim słynnym songu Wiesław Gołas. A przypomniał mi się on na widok sznuru samochodów próbujących wydostać się przed południem na szosę augustowską. Korek ciągnął się aż do stacji Orlenu. W dzień powszedni to normalne, zwłaszcza odkąd jest to jedyna alternatywa, by dostać się na Antoniuk Fabryczny. Ale w niedzielę jest czymś wyjątkowym. W zasadzie spotykany tylko wtedy, gdy w Augustowie rozgrywane są zawody w pływaniu na byle czym. Ale do tegorocznych pozostał jeszcze prawie miesiąc.

Jedynym wytłumaczeniem takiej kawalkady samochodów było otwarcie muzeum bimbrownictwa w Jurowcach. Kto żyw, chciał zobaczyć jak to z destylacją ducha puszczy było. I zapewne wielu jego miłośników obeszło się ze smakiem. Właściwie, to dlaczego w muzeum nie można spróbować produktu głównej linii produkcyjnej?. Przecież takiego najazdu turystów nie tylko z kraju pozazdrościłby nam niejeden cud świata. Jak grzyby po deszczu powstałyby linie autobusowe, które dowoziłyby spragnionych do muzeum.  W trosce, by kultura zwiedzania nie ustąpiła ilości spożywanego samogonu, można by wprowadzić ceny zaporowe biletów wstępu. Bez smakowania cena normalna, smakowanie maksymalne – szklanka na głowę – 50 złotych.

I minister finansów byłby zadowolony, bo do budżetu płynęłaby rzeka podatków. Co prawda wysokoprocentowych, ale w czasach kryzysów żadnym źródłem się nie gardzi. Tym bardziej, że będzie odprowadzała je instytucja, bądź co bądź, kulturalna. Naprawdę cała Unia zazdrościła by nam tej kulinarnej destylacji. Zresztą paradoks polega na tym, że gdzie indziej destylacja domowa jest legalna, tylko nie u nas (wytknęła to TVN nadając relację z otwarcia białostockiej bimbrowni).
Ktoś może zapytać: no dobrze, ale co z dziećmi?. Sprawa wydaje się prosta: na czas zwiedzania przez ich opiekunów muzeum, one mogą robić to samo. Tyle, że w tym znajdującym się niedaleko – rezerwacie gadów z prehistorii dinozaurów.

Nasze lobby poselskie (jeśli takowe jest) powinno wspólnie zawalczyć by, przynajmniej dla turystów, stworzyć możliwość degustacji naturalnie destylowanego wyrobu sławiącego Białostocczyznę w stopniu nie mniejszym niż….. A może nawet w stopniu i większym.
Gdyby ktoś niepokoił się, że od ilości potencjalnych zwiedzających krucho byłoby z podażą to, ku pokrzepieniu serc, słowa ze wspomnianej piosenki Wiesława Gołasa:
„Jakby nam kiedyś tego zabrakło,
Nie… nie zabraknie…”

 

 

YouTube Preview Image

Po tysiąc dwieście złotych na głowę

46  miliardów, po tysiąc dwieście złotych na głowę,
I cóż nam z tego zostało, trudności podatkowe

I kto radzi właśnie teraz w telewizji prywatno-publicznej o deficycie? Kowal, Kalisz i Pitera ( no właśnie, dlaczego nie ma nikogo od ludowców). Znawcy od wszystkiego, od nawozów i od świata. Zaklinacze rzeczywistości.  Teraz solidarnie pewnie każą zaczekać nam (no, bo trudności podatkowe). A słowa zgody będą dławić nam głos.

I z pewnością zaczekamy na ów dzień, by móc rzec: nie, moi drodzy, to nie to. I nie tak.

Polsko-ruska madonna

Ponoć wakacje to sezon ogórkowy dla mediów.Ukyty onegdaj paradygmat coraz częściej nie moze oprzeć się czasowi. latoś na tapetę wskoczył bynajmniej nie Farfał i spór wokół TVP, czy łamania głowy ministra Rostowskiego. Do ataku przystąpili obrońcy wiary. I wytoczyli działa przeciwko koncertowi Madonnie 15 sierpnia w Warszawie.
Inicjatorem akcji protestacyjnej, która ma rozpocząć się 1 sierpnia, jest specjalnie powołany w tej sprawie Komitet Obrony Wiary i Tradycji Narodowych “Pro Polonia”. Jego przewodniczącym jest radny województwa mazowieckiego Marian Brudzyński.W poniedziałek wystosował on “list do kapłanów”, w którym zwrócił się o wsparcie. – Zrządzeniem Opatrzności zostajemy poddani w Warszawie w dniu 15 sierpnia – kiedy to obchodzimy Święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – sprawdzianowi z miłości do naszej Pani i Matki – napisał.

Protest gotowy jest poprzeć Lech Wałęsa. Ale jgo obiekcje nie dotyczą samej piosenkarki, ale daty jej koncertu, który zbiega się  ze świętem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Pewnie jeszcze niejednokrotnie usłyszymy, że ten spór osiągnie swoje apogeum. Im bliżej koncertu, tym będzie goręcej. Tak to już jest latem w sezonie ogórkowym nad Wisłą.
Mi w tym miejscu przypomina się inna madona, polsko ruska,z wiersza Tadeusza Kubiaka, w fenomenalnej interpretacji grupy Bez Jacka. 
 

Polsko-ruska madonna
Polsko-starocerkiewna
Z gorejącego złota
Z żywego drewna, srebra

Bizantyjsko-słowiańska 
W śnieżnobiałych sukienkach
Na nie bielonych płótnach
Na trumiennych, na trumiennych deskach

Nie bojarska, nie carska
Zasmucona, kamienna twarz
Nie bojarska, nie carska
Zasmucona, chłopska ikona

Jak to w Białymstoku jest?

Na postrzeganie miasta składają się rzeczy duże i małe. Te pierwsze to choćby remont ulic, promocja, szanse znalezienia pracy, inwestycje, komunikacja, układy i koterie itd. aż po wizję miasta. Na te drugie czyste lub brudne chodniki, wolność wypowiedzenia się w najbardziej reprezentatywnym miejscu bez obawy, że strażnicy miejscy zaraz się przyczepią, poczucie partnerstwa w relacjach w sferze publicznej i samorządowej. Jak z tym wszystkim jest w naszym kochanym Białymstoku? Zapraszam do dyskusji.

Brama

Archeolodzy odkopali przed Pałacykiem Gościnnym bramę z czasów Branickiego.  No i wszyscy święci od zabytków Białymstoku maja problem: co z tym fantem zrobić? Czy zakopać go na amen czy też w jakiś sposób przekazać dla potomności? 

Podobny dylemat był w przypadku wagi przy Ratuszu. Wtedy pomysł, by oszklić jej fragmenty upadł. Zamiast tego mamy na betonowych płytach obrys miejsca, w którym się znajdowała. Mamy być też ustawiona specjalna tablica. Ale trzeba przyznać, ze to znacznie mniej efektowne i atrakcyjne niż podświetlony pod nogami fragment za szkłem.
 
Czy to samo los czeka bramę? – Musimy się jeszcze zastanowić, co dalej. W przyszłym tygodniu planujemy zrobić zebranie, na które zaproszenie dostaną przedstawiciele miasta i archeolodzy – mówi Andrzej Nowakowski, wojewódzki konserwator zabytków. Nowakowski twierdzi, że ewentualne odtworzenie zabytku może się wiązać ze zmianą układu ulic, więc miasto ma tu dużo do powiedzenia.

Póki, co brama na razie została zasypana. Tak, bowiem nakazuje prawo. Przynajmniej do czasu podjęcia decyzji.. I coś czuję, że tak już pozostanie na wieki. Dziwne to, tym bardziej, że tak bardzo ostatnio się tęskni się za czymś, czego w porównaniu z innymi miastami mamy tak niewiele.

Chłopie, a czego ty chcesz – mówi mój znajomy białostoczanin z dziada pradziada. – Gdyby tak Białystok chciał wyeksponować te wszystkie archeologiczne znaleziska, to by musiał utracić prawa miejskie.

Pociąg przeznaczenia

Wjeżdżając pociągiem do Łap widok jest przygnębiający. Dworzec tętniący niegdyś życiem, dziś jest niemal opustoszały. Kilkunastu podróżnych wsiadających do pospiesznego. Im szybciej, tym lepiej. A jeszcze tak niedawno było inaczej….  Gwarno  na peronach, ale też po ich drugiej stronie. Tam gdzie robotnicy wylewali się z hal ZNTK. Dziś zostało po wszystkim wspomnieniem.

Obszar ten prawie wymarły. Czy za kilka lat to samo spotka całe miasto?

Przykład ZNTK odzwierciedla szerszy, i muszę przyznać dość trudny do zrozumienia i wytłumaczenia problem.  Otóż jak to jest możliwe, że wystarczyło 20 lat, by rozłożyć na amen firmę, która ma za sobą 147 lat tradycji.  Przecież w każdym kraju zachodnim historia z aksjomatu stawałaby się wysokoprocentowym kapitałem początkowym.

Łapski zakład na mapie kraju nie jest odosobniony. Wymownym przykładem jest region, który przed wojną był chlubą państwa – Centralny Okręg Przemysłowy. Wystarczy przejść się po Starachowicach, Ostrowcu, Stalowej Woli, Radomiu. W tym ostatnim po dawnej ulicy 1905 roku.

Stworzone przez II RP (czasem jeszcze wcześniej), zatracone zupełnie w ostatnich 20 latach. Dlaczego? Oczywiście można wskazać czynniki obiektywne takie jak globalizacja, rewolucja technologiczna, popiwek, plan Balcerowicza, kryzys po raz enty  i tysiące innych.

Czy jednak są to czynniki przesądzające?  A co z tymi subiektywnymi, związanymi ze stylem zarządzania, dobrem wspólnym, troską o przyszłość (na ile starczy jej “Solidarności”, gdy w stanie konfrontacji z rynkową rzeczywistością w zarządzaniu spółką mieszkań zakładowych).

I jak to możliwe, że gdzie indziej tabor kolejowy się opłaca, a u nas wędruje do piekła?.

Srebrenica. Hańba Europy

Dla Holendrów za to, że dopuścili do tej masakry.  I  Europy, bo nic nie zrobiła, aby sprawiedliwości stało się zadość.  Bo gdy wszyscy ekscytowali się najpierw procesem Slobodana Miloszevicia, a potem Saddama Husajna, dwaj najwięksi zbrodniarze Europy chodząc po wolności  jak pancerz uciskali sumienie Starego Kontynentu.

Tak pisałem przed rokiem. Bo tego dnia, 11 lipca, niesposób napisać o czym innym. Zadra tamtego lipcowego dnia na zawsze będzi tkwić w oczach Europy.

W porównaniu do zeszłorocznego wpisu sytuacji zmieniła się aż i tylko o 180 stopni. W rękach wymiaru sprawiedliwości jest Radovan Karadzić. Jakże w banalny sposób przez te wszystkie lata pozostał na wolności za parawanem długiej, bardzo długiej brody. Ale nadal na wolności jest Radko Mladić. Ostatnio europejskie media obiegło jego zdjecie, z którego wynikało, że w najlepsze używa sobie życia. Czy było autentyczne, kiedy zostało zrobione? O wiele jednak ważniejsze jest: kiedy stanie przed sądem?

Tylko ofiary Srebrenicy mogą odpuścić winy swoim winowajcom. Ale sprawiedliwość wymaga osądzenia katów. I to będzie miarą europejskości , a nie jakiś tam kolejny traktat.

Przykre skutki słuchania empetrójki

I wszelkich innych przenośnych urządzeń, które do odtworzenia tego, co mają zapisane w swojej pamięci wymagają słuchawek. Ale po kolei. Bo w rzeczy samej kolei się to wszystko tyczy.

Wracałem dzisiaj z centralnej Polski pociągiem pospiesznym “Niemen”. Na Centralnym tłok niczego sobie (chociaż jak sobie przypmnę dawne czasu, to nie ma o czym gadać). Do  mojego przedziału w pierwszym wagonie za lokomotywą wskoczył, młody, kudłaty dryblas.  Ze słuchawkami na uszach. Były nastawione na full i jeszcze na głośnik w odtwarzaczu, bo sączył się z niego ciężki metal. Powoli dosiadali się inni podróżni. Na Zachodniej był już nas komplet. Dryblas odtworzył okno, wyłączył głośnik i oddał się  audiorozkoszom.  Od czasu do czasu też i podniebienia, bo nie żałował wrzucać sobie co nieco na “ruszt”.

Pięć minut przed tłuszczem u wrót naszego przedziału stanął konduktor. Wszyscy wyciągnęli bileciki do kontroli, a przy tym od dryblasa rewizorowi coś nie grało. I krzyknął: – Panie, zdejmij Pan te nauszniki!
Lekko zaskoczony dryblas ściągnął je natychmiast.
A konduktor ciągnął dalej: – Dokąd Pan jedziesz?
- Do Lublina- odparł młodzieniec
.- To mam dla Pana przykrą wiadomość: pociąg ten jest do Białegostoku. W Tłuszczu musisz Pan zawrócić.

Przerażony amator zabijania pociągowego spleenu metalem szybko schował słuchawki do plecaka i wyskoczył z przedziału w ślad za konduktorem. Tyle że sam sobie jest winien. Bo gdyby nie wsiadał do pociągu ze słuchawkami na uszach, to pewnie by usłyszał to, co nie widnieje na afiszowym rozkładzie jazdy: pociąg Niemen z Bydgoszczy i Poznania prowadzi wagony do Suwałk i Lublina. Te zmierzające na północny-wschód zatrzymują się na Centralnym (1 peron) w pierwszym i drugim sektorze, a te na południowy-wschód w drugim i trzecim. A przecież z logiki wynika, że pierwszy wagon staje w pierwszym sektorze, czyli siłą rzeczy podąża do Białegostoku i Suwałk, a nie Lublina. Na Zachodniej wagony są rozłączane.

Gdy opuszczaliśmy Tłuszcz zbliżał się do niego pociąg z Białegostoku do Warszawy. Dryblas pewnie zdążył, ale nie sądzę by udało mu się kupić bilet w kasie kolejowej. A u konduktora przepłacił.  Doliczając do tego czas na dojazd do Warszawy i czekanie na kolejny pociąg do Lublina, niedzielę miał z głowy. Ale takie są przykre skutki słuchania empetrójki.  

Cóż, podróże kształcą.

Obława po Ostrej Bramie

13 lipca 1944 roku  pchor. Jerzy Jensch “Krepdeszyn” z częścią plutonu osłonowego zlikwidował na Górze Zamkowej gniazdo ciężkiego karabinu maszynowego i zawiesił biało-czerwoną flagę na wieży zamkowej w Wilnie.

Ale tak potoczyły się osy operacji Ostra Brama, że żołnierze AK musieli współdziałać z Armią Czerwoną.
Nazajutrz dowództwo sowieckie nakazało im wyjść z miasta. Płk Krzyżanowski “Wilk” rozkazał przeprowadzić oddziały na skraj Puszczy Rudnickiej a sam udał się do kwatery dowódcy 3 Frontu Białoruskiego gen. Czerniachowskiego i uzyskał od sowietów obietnicę, że ci dostarczą wyposażenie dla jednej dywizji piechoty i jednej brygady kawalerii, bez żadnych warunków politycznych. 16 lipca  “Wilk” został ponownie zaproszony “na spotkanie z gen. Czerniachowskim na podpisanie stosownego porozumienia. Na spotkanie pojechał z szefem sztabu mjr. Teodorem Cetysem. Z tego spotkania oficerowie nie wrócili do oddziałów. Inna grupa oficerów, omawiająca z oficerami sowieckim w miejscowości Bogusze szczegóły wyposażenia dywizji, również została aresztowana i osadzona w więzieniu w Wilnie. Został także aresztowany delegat rządu na okręg wileński i pracownicy delegatury.

I rozpoczęła się obława na polskich żołnierzy, internowania, wiezienia.

YouTube Preview Image

 

Dokładnie rok poźniej trwała inna obława -augustowska. Losy jej ofiar nieznane są do dziś.

Dwa nagie miecze

Mieczy ci u nas ich dostatek, ale i te przyjmiemy jako wróżbę zwycięstwa – słowa te tak bardzo wryły się w pamięć Polakom. I tak bardzo oddziaływały na ich tożsamość i świadomość narodową, mitologię. Utwierdzaną przez obraz Jana Matejski, powieść Henryka Sienkiewicza czy film Aleksandra Forda. 500 rocznica zwycięstwa pod Grunwaldem stała się wielką manifestacją Polskości. Zrozumiałą, wszak byliśmy wtedy pod zaborami.

Czy w XXi wieku wydarzenie to jest w stanie jeszcze tak bardzo oddziaływać na naszą współczesność? Czy za rok, gdy przypadnie 600 rocznica wygranej, może stać się orężem walki politycznej? Wszak będziemy mieli wybory prezydenckie, a ostatnie lata pokazały, że nasi politycy lubia grać na nucie resentymentów niemieckich? Urszula Zimnoch zadała te pytania historykowi, politykowi, reżyserowi, badaczowi literatury i artyście-plastykowi. Zapraszam do piątkowego ‘Obserwatora”

Zjazd pierwszy. I ostatni

Paradą starych koni mechanicznych i nie tylko rozpoczął sie przed chwilą festiwal Filmvisage. Powinniśmy podziękować losowi, że taka impreza nam sie trafiła. Dla Łodzi, Gdyni czy Wrocławia byłaby czymś naturalnych. Białystok, którego wkład w rozwój polskiego filaru X Muzy jest o wiele, o wiele, o wiele skromniejszy, naprawdę przez cztery dni może czuć się farciarzem. Tylu gwiazd polskiego filmu jeszcze u nas nie było. Nic dziwnego, że już tydzień temu władze miasta o nim  trąbiły na prawo i lewo.

Podobnie jak o Tour de Pologne. Do białostockiego finiszu drugiego etapu tegorcznej pętli jeszcze 18 dni, a już teraz władze miasta chwalą się jego organizacją (informują też o  utrudnieniach 3 sierpnia). I słusznie, bo to kolejna okazaja jakich u nas mało.

Dlaczego o tym wspominam? Bo do innej, niezwykle istotnej i prestiżowej imprezy, ba wręcz wydarzenia, chyba jakiego do tej pory w naszym mieście nie było (poza wizytą Jana Pawła II), pozostał raptem tydzień. A tu cichosza. I to paraliżująca.

Gdzie bowiem widać w mieście, że za kilka dni zjadą do niego esperantyści z całego świata?.  Nigdzie. Jedyną zajawką jest afisz w gablotach stojących na peronach białostockiego dworca. Ale tak skromny, że wręcz ginący między rozkładami przyjazdów i odjazdów.

Dlaczego w sprawie zjazdu esperantystów władze są tak pasywne?  Pisaliśmy o tym w “Porannym” wielokrotnie. W piątkowym “Obserwatorze” wraca do niej Mirosław Miniszewski.Przecież druga taka okazja, by Białystok był na ustach całego swiata, zdarzy sie za… No, właśnie. Za pięć, dziesięć, trzydzieści lat? A może nigdy?.

Mądry człowiek

Po prostu. Człowiek mądry. Nie żaden tam duchowy mistrz libealnej inteligencji. Po prostu mądry człowiek. I nawet nie mędrzec, ale człowiek mądry. Który umiał pytać jak nikt.  I dostrzegać coś, co także inni widzieli, ale nie potrafili tego wyartykułować, nazwać. Bądź nie mieli śmiałości tego zrobić.  Leszkowi Kołakowskiemu przychodziło to nadzwyczaj łatwo. Ale bez cienia triumfalizmu, pychy, wyższości.

Kiedyś profesor  rzekł:  Ile razy czytałem Księgę Hioba, to miałem uczucie takiego zadziwienia, jak to możliwe, że ludzie tak dawno byli tacy mądrzy?. 

I on też.

Suwałki pobiły Białystok

Cała Polska jedzie w połowie lipca do Suwałk i nikt w Białymstoku się nie zatrzymuje – napisałem kilka miesięcy temu. I faktycznie tak było. Na festiwal bluesowy na polski biegun zimna (dzisiaj to chyba był to przeciwległy biegun) zjechało się tysiące ludzi. Ciągnęli ze wszystkich zakątków kraju i nie tylko.  Bo Suwałki dorobiły się przy skromniejszych pieniądzach, a przede wszystkim mniejszej logistyce w porównaniu z tym, co ma Białystok, imprezy, o  której my tu nad Białą możemy tylko pomarzyć.

Ale i u nas mimo wszystko coś się działo. Mamy festiwal zawodów filmowych i telewizyjnych. Ciekawa impreza, bo białostoczanie w sztuce filmowej mają mniej do powiedzenia niż łodzianie, wrocławianie czy warszawiacy. I choćby, dlatego warto było wpaść przed teatr, by poznać arkana sztuki filmowej. A późnym popołudniem na spotkanie z gwiazdami sztuki filmowej wybrali się nieliczni. Czyżby innych odstraszyła aura i woleli do zmroku pluskać się na Dojlidach. A może wszyscy uciekli do Suwałk?

Było jednak miejsce w centrum, które jeszcze bardzie świeciło jeszcze większymi pustkami.  Plac, który lada chwila ukaże się w całej okazałości.
Dzisiaj przypominał Saharę. Fontanna, choć realna, bardziej przypominała fatamorganę oazy, która ukojenia dać w żaden sposób nie mogła. W przeciwieństwie do drzew i liści, których w centrum brak. A te są na Plantach.   Bo jak pisał poeta tylko one w żar epoki użyczą wam chłodu, a nie żaden schron czy beton.

Ciemna strona księżyca

YouTube Preview Image

Czterdzieści lat temu człowiek stanął na Srebrnym Globie.  Do dzisiaj nie brak watpiących, którzy uważają wydarzenia z 20 lipca za film rodem z Hollywood. O wiele ważniejsze wydaje się pytanie,  czy są jakieś racjonalne powody, by powrócić na Księżyc.

A takie plany za czasów Busha miała NASA (Obama na razie na ten temat milczy). Lądowanie na księżycu miałoby być trampoliną do skoku na Marsa? – Jedyny powód, dla którego sami chcemy tam polecieć, to nasza duma. Udział ludzi rozpala wyobraźnię, ma wartość propagandową dla polityków, astronauci stają się bohaterami narodowymi i symbolami ludzkiej współpracy – powiedział w wywiadzie dla “Polityki”  prof. David A. Mindell z Massachusetts Institute of Technology . Według niego tak jak wtedy, tak jak teraz ,  nie było i nie ma potrzeby wysyłania człowieka na Ksieżyc.

Nie lepiej zatem zająć się na serio trzecią planetą od słońca niż jej satelitą? Bo jak wygląda z jednej strony to możemy obserwować każdej niemal nocy. Ta druga zawsze jest ciemna.

Uzurpacja na równoważni z wolnością

Ten rok obfituje w rocznice. I to okrągłe. Nie tak dawno obchodziliśmy 2 i 4 czerwca. Za chwilę 1 sierpnia, miesiąc później 1 września. Po drodze była 90. rocznica powrotu Białegostoku do macierzy. I tak można bez liku mnożyć tą historyczną układankę. Na przykład 40  lat od  najważniejszego festiwalu muzycznego - Woodstock 69. 

Do niektórych z rocznic wracamy nadając im patetyczny (w więszości słusznie) ton. Ale są takie, które przemiją bez echa, bo dziś nie budzą już takich emocji (jak wybór jednym głosem przez Zgromadzenie Narodowe gen. Jaruzelskiego na prezydenta w dniu 20 lipca 1989 roku- bardziej niż to wydarzenie na porządku dnia dzisiejszego były przypadki ministra Kownackiego). Są też rocznice z kręgu tych wstydliwych. Takich, o których im mniej, tym lepiej. Gdzie geopolityka bierze górę nad rachunkiem sumienia.

Jedna z takich rocznic przypada właśnie dzisiaj. 20 lipca 1999 roku na Białorusi skończyła się demokracja, a zaczęła uzurpacja. To wtedy dobiegła końca pierwsza kadencja Łukaszenki. Już znacznie wcześniej przed jej upływem miński car dała jasno do zrozumienia, że raz zdobytej władzy nie odda. Ale to właśnie dokładnie 10 lat temu dogorywała krótka historia demokratycznej Białorusi. Do tego czasu wszystko odbywało się na mocy legitymizacji, jaką 10 lipca 1994 roku otrzymał Łukaszenka (to, że ją wierołomnie i wieolkrotnie w miedzy czasie sponiewierał, to – jak wspomniałem inna sprawa). Dopiero sekundę po północy można ogłosić, że na wschód od nas jest dyktatura.

Po dziesięciu lat  grzech zaniechania Europy ustąpił miejsca utopijnej wizji roli Łukaszenki jako libertadora spod skrzydeł Kremla. Złudzeniu, przechodzącemu niemal w poprawność polityczną, które zrównuje  i legitymizuje uzurpację z demokracją. I tym samym pozwala rozgrzeszać  z niepamięci.

−89,6°C w lipcu

Tak, to nie pomyłka. A rekordowy spadek  słupka rteći poniżej zera jaki zanotowano nie tylko w tego miesiaca, ale kiedykolwie na ziemi. Pomiaru dokonano 21 lipca 1983 roku na stacji badawczej na Antarktydzie. Zbudowali ją Sowieci w 1957 roku. No bo kto inny, jak nie oni mogli wpaść na tak mrożący krew w żyłach pomysł, by wdrapywać sie tam, gdzie pingwinom pod ognem zamarza co nieco. W końcu 3488 m n.p.m ma swoją wymowę.

Nie tylko na Ligę Mistrzów nie zasługuje Polska

Wielkie oburzenie wśród piłkarskiego (pół)światka nad Wisłą wywołał ranking opublikowany przez jedną z organizacji zajmujących się statystyka futbolową, w którym Polska znalazła znalazła się na 79 miejscu. Przed nami zaś Uzbekistan, Zambia i kraje, o których właściwie nad Wisłą mało, kto słyszał. Właśnie ci z oburzeni z (pół)światka podnosili, że nie należy zbyt poważnie podchodzić do tego rankingu, że został opracowany na podstawie jakiś hochsztaplerskiej metodologii, że u nas jest wszystko ok. Nie trzeba było długo czekać, by samo życie go zweryfikowało.

Wisła Kraków przegrała eliminacje do Ligi Mistrzów z mistrzem Estonii. Na portalach internetowych bucha od wykrzykników: Skandal, kompromitacja.
 
Otóż, nie znawcy futbolu szerokiej maści. Skandalem i kompromitacją jest to, że używacie takich słów. Że przez całe lata przymykaliście oko na wyczyny naszych futbolistów. Stwarzaliście iluzje wielkości naszej piłki, rozdętymi do granic absurdu złudzenia. Tak, bowiem narodził się ów (pół)światek, na który z jednej strony składa się jego mafijność i korupcyjność, a drugiej degrengolada piłkarskiego fachu. Pojęcia o futbolu i jego przełożenia na praktykę. Przecież jak się ogląda grę polskich drużyn futbolowych, to człowieka nie tylko krew zalewa, ale też przerażenie jak wielką krzywdę polskie piłkarstwo robi dla rozwoju tej dyscypliny na świecie. A w skrócie chodzi mi o analfabetyzm piłkarski. 

Pisałem o tym na blogu wielokrotnie. Dlatego porażka Wisły jest dla mnie potwierdzeniem tej prawidłowości. I wystarczającym powodem, by UEFA odebrała nam mistrzostwa Europy. Nie z powodów organizacyjnych, (chociaż i z tym nie jest najlepiej), ale czysto sportowych. My po prostu nie zasługujemy by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy. Ba, nawet nie zasługujemy by im buty nosić.

Jest już za późno…

Dziś mija 30. rocznica śmierci Edwarda Stachury. Poety niepokornego, wagabundy, który stał się legendą dopiero po tym, jak nie starczyło dla niego miejsca pod wielkim dachem nieba. Legendą środowiska studenckiego lat 80.

Ale nie byłoby tej legendy, gdyby nie jej krzewiciele, a przede wszystkim Stare Dobre Małżeństwo, śpiewał stachura sam swoje piosenki, śpiewali je Tadeusz Woźniak, Jan Kondrak, Marek Gałązka. Leszek Długosz, Anna Chodakowska i wielu innych, ale to właśnie SDM zrobił z nich coś, co zapewniło Stachurze nieśmiertelność.

YouTube Preview Image

.

I święty Krzysztof nie pomoże, gdy gangsterstwo na drodze

Po kolejowych „eskapadach” przyszedł czas na samochodową. Krótką. Jednego dnia wyjazd, następnego powrót. Wystarczającą jednak, by porównać to, co dzieje się na drogach w Polsce Centralnej i Wschodniej.

Szosa ze stolicy na południe. Krajowa „siódemka”. Pierwsze sto kilometrów. Były one zmorą kierowców. I ten przeklęty zakręt w Białobrzegach. Ileż tam zostało wraków i łez. Dzisiaj w tym miejscu są po dwie jezdnie w obu kierunkach rozdzielone pasem zieleni. Na ostatnim fragmencie tej pierwszej setki na południe trwają już tylko prace kosmetyczne. Równanie terenu, sadzenie trawy na poboczach, i takie tam pierdoły. Za miesiąc, góra dwa, i ten odcinek zostanie oddany do użytku. A wtedy wspomniane powyżej sto kilometrów pokona się w godzinę.

Jakże żal, że nie ma takiej samej drogi na całym odcinku od Białegostoku do Warszawy. Mamy jeszcze świeżo oddaną obwodówkę Wyszkowa, ale kiedy doczekamy się kolejnych?. Bo póki co, najlepsze jej fragmenty przypadają na Mazowieckie (wspomniany Wyszków, Radzymin, Ostrów Mazowiecka). Nawet obecnie widać, że coś dzieje się na odcinku od Wyszkowa do Ostrowi. A na Podlaskich cisza jak makiem zasiał. Ponoć drogowcy mają rozpisany Zambrów, Jeżewo na jak przysłowiowej dłoni, ale – niczym  niewierny Tomasz –   jak nie pojadę, to nie uwierzę.

Czy jednak po tej „rewolucji” będzie na niech bezpiecznie? Dwa pasy w jednym kierunku, bezkolizyjne  skrzyżowania. Niby powinno być lepiej. Ale patrząc dzisiaj na kulturę jazdy kierowców poruszających się tym samym pasem, mam wątpliwości. Styl jazdy przypomina wolną  amerykankę. A gdy swoje w strugach ulewnego deszczu dołożyli jeszcze kierowcy wielkotonowców, to na szosie powiało gangsterstwem.

Drogę można  w końcu zbudować, na zmianę kulturę jazdy na wschód od Bugu i lat świetlnych pewnie nie starczy.

Dodatkowa opłata za autopomoc nic nie warta

Reminiscencji z sobotniej podróży samochodowej ciąg dalszy.  A tak się do tej pory składało, że wiekowy mój kangur (jedenasta mu jesień idzie) nigdy do tej pory na trasie nie nawalił. W Białymstoku to i owszem. Zdarzyło mu się to i owo, ale w drodze sprawował się bez zarzutu. Mimo to pamiętając słynne zdanie premiera Cimoszewicza o ubezpieczeniu się, a może jeszcze wcześniejszy slogan z lat dziecinnych „przezorny zawsze ubezpieczony”, podczas wykupowania polisy OC kilka tygodni temu za dodatkową opłatą nabyłem usługę pomocy ze strony ubezpieczyciela. Polegała ona na tym, że w przypadku zdarzenia, awarii, braku paliwa ponad 25 kilometrów od Białegostoku, dostanę bezpłatną pomoc.

Jakże się z tej usługi cieszyłem w sobotnie popołudnie. Za Wyszkowem zaczęły się kłopoty z gazem. Ni stąd, ni zowąd nagle, nie było go. Dociskam pedał do podłogi i nic. Prędkość ani drgnie. Aż tu nagle jak dostanie kangur doładowania i wyrwie do przodu. Dobrze, że nikogo nie było przede mną blisko. Stłuczka byłaby murowana. A już najgorzej było podczas hamowania. Za każdym razem obroty spadały. Silnik gasł, ale przekręceniu kluczyka w stacyjce jakoś zaskakiwał.
I tak to trwało aż do Zambrowa. Tam podczas hamowania przed pierwszymi światłami znowu zgasł. Musiałem zjechać na parking (skręcałem już tylko siłą bezwładności kangura). Ale tam już silnik ani drgnął.

Pomyślałem: nic to, przecież mamy ubezpieczenie. Dzwonię to centrum pomocy, a tam komunikat: proszę wybrać jedną z opcji. Wybieram i : wszystkie stanowiska są w tej chwili zajęte. Możesz czekać na zgłoszenie operatora lub wcisnąć krzyżyk, abyśmy do Ciebie odzwonili. Za pierwszym razem wybrałem opcję numero uno, za drugim wcisnąłem krzyżyk. Automat przecyfrował mój numer i zapowiedział, że konsultant najszybciej jak to możliwe się kontaktuje.
Pomyślałem: poczekam. Co prawda podróżowały ze mną dzieciaki, ale właśnie zaczął lać tak rzęsisty deszcz, że lepiej stać na tym parkingu i czekać na telefon.

Problem w tym, że ten telefon nie zadzwonił do dzisiaj. Na szczęście po dwugodzinnej przerwie kangur odpalił a ja tylko modliłem się, abym nie musiał zbyt często hamować. I w taki sposób udało mi się doczołgać do Białegostoku.
Tylko po cholerę zapłaciłem za dodatkowe ubezpieczenie, skoro do tej pory nikt z centrum do mnie nie oddzwonił. Przecież gdyby kangur nie odpalił tkwił bym w Zambrowie do tej pory. Wychodzi na to, że taki wykupiony dodatkowy anioł stróż to swoisty pic na wodę fotomontaż. Nic nie warta oferta pomocy.

27 lipca

Gdyby zapytać białostoczan, z czym kojarzy im się ten dzień, wszyscy odpowiedzieliby, że z ulicą o tej nazwie. Ale gdyby tak jeszcze podrążyć i zapytać, co tego dnia takiego ważnego się wydarzyło, to zapewne niewielu by wiedziało.  A  to tego dnia właśnie żołnierze sowieccy wyparli hitlerowców z Białegostoku (faktycznie było to wieczorem 26 lipca, a dnia następnego zainstalowali się w Białymstoku delegaci rządu lubelskiego) . Dziś przypada 65. rocznica tamtego wydarzenia. Dzień wyzwolenia, dzień   zniewolenia. No, ale taki los nam zgotowali w Jałcie sojusznicy.

To było trzecie wejście sowietów do Białegostoku. Pierwszy raz w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Wtedy to w Pałacu Branickich zainstalował się rząd tymczasowo rewolucyjny z Dzierżyńskim i Marchlewskim na czele. Na krótko. 

Drugi raz sowieci weszli do naszego miasta we wrześniu  1939 roku na mocy paktu Mołotow- Ribentrop. Sojusz gwaizdy, sierpa,  hakenkreuz i młota z przetrwal dwa lata. Niezwycieżony miód Hitlera przeganiał nieprzeliczone dzieci Soso. Trzy lata później sytuacja się odwróciła.

27 lipca 1944 roku Sowieci weszli po raz trzeci do Białegostoku. Władza ludowa zrobił z tego czerwona legendę, po której pozostał dziś tylko cokół po czołgu w parku na wiadukcie przy Sienkiewicza. Jak wjechali na nim, tak zostali do 1993 roku (ostatni żołnierz sowiecki opuścił wtedy Polskę).

Dwa lata temu powstał niezły ambaras na wieść, że na rocznicę wybiera się do Białegostoku ambasador rosyjski. Ostatecznie dyplomata nie przyjechał, ale nasi miejscy urzędnicy wpadli w niezły popłoch. Tym bardziej, ze znikła z obelisku na cmentarzu tablica upamiętniająca poległych żołnierzy.

Ale już niedługo po 27 Lipca nawet i ulica nie zostanie. Będzie ona częścią Trasy Generalskiej. Trudno bowiem przypuszczać, by pośród takich generałów była wyrwa historyczna. Bo jak to miałoby być: Kleeberga, Maczka, Andersa, 27 lipca, Sulika. A tak będzie Kleeberga, Maczka, Andersa, Sulika.

  

Dwóch tenorów i vacat

Na zakończenie Podlaskiej Oktawy Kultur było powszechnie. Wyjście w tym roku do ludzi ożywiło samą imprezę, jak i miejsce, w którym się rozgrywała w Białymstoku. Rynek się zaludnił, jak na Jarmarku na Jana czy Dniach Miasta.

rynt

Było też odlotowo (po drugiej stronie Ratusza)

balon

I całkiem przyziemnie

dwo

I tylko jedna rzecz była dla mnie zgrzytem. Jak na samym poczatku marszałek dziękował prezydentowi, a prezydent marszałkowi. Zresztą na banerze reklamującym Oktawę pod napisem sponsor główny widniał: urząd marszałkowski, a pod napisem “dofinansowanie” białostocki magistrat. Gdyby byli to sponsorzy prywatni to na ową treść i układ wcale bym nie zwrócił uwagi. Ale są to instytucje publiczne i ich obowiązkiem było wsparcie tej imprezy wzamian za … nic. Dokładnie za nic. Za zero wspomnienia, że to zrobili. I dlatego ich na tym afiszu wcale być nie powinno. Podobnie jak wspomnianych powyżej podziękowań.

Ps.

A tak swoją drogą…k

…. dwóch tenorów już mamy. Przydałby się jeszcze ten trzeci. Do otwarcia opery jeszcze dwa lata. Na pewno ktoś się znajdzie.

Hołd lenny na Rynku Kościuszki

W znakomitym serialu „Dom” jest scena, gdy na wiecu zwołanym w FSO i transmitowanym na kraj przez telewizję  po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie, inżynier Talar potępia warcholstwo  robotników. Gdy wieczorem wystąpienie oglądają  jego synowie nie mogą uwierzyć w to, co słyszą i widzą. Ale nie wiedzą, że ojciec został zmuszony do tego przez swojego szefa (dawnego kolegę ze studiów).  Złamał się, bo tylko w ten sposób uzyskał zgodę na wyjazd żony chorej na raka na leczenie do  Szwecji. Tym samym przedłużył jej życie o cztery lata. Cztery bezcenne lata.
 
Nie tłumaczył się przed nikim z tego, co zrobił. Wiedział, że nie miał wyjścia, że nie mógł inaczej. 
Ale też tysiące osób w podobnych sytuacjach w świecie realnym zarówno wtedy, jak i teraz, nie otrzymali i nie otrzymają podobnej szansy. Ba, nie mogli i nie mogą na nią liczyć, nawet pomarzyć. Czyż jednak inni nie postąpiliby w podobnej sytuacji tak samo? Nie daliby się zwieźć na pokuszenie, by ratować, to co dla ich bezcenne?

Opisany powyżej przypadek, to sytuacja ekstremalna. Ale są przecież sprawy nie tylko z pogranicza życia i śmierci, które wymagają w gruncie rzeczy takiej samej determinacji. I wyboru. Bo od tej uległości, wasalizmu zależy, przyszłość czegoś, co warte jest trwania.

Z kolei w innym znakomitym filmie „Miś” kultowa scena, gdy trener Jarząbek wpada do pokoju prezesa i krzyczy do szafy słynną kwestię ”Łu-bu-du-bu, łu-bu-du-bu….”. Schowany pod stołem kierownik produkcji, który nie takie sceny kręcił na planie filmowym, nie mógł uwierzyć w to, co słyszał i widział. Chwilę później prezes Ochódzki wyjaśnił mu meandry całej sytuacji, która tak naprawdę odzwierciedlała charakterystyczną dla dawnego systemu podległość, wasal izm. Przekonanie prawdziwe, że tego się oczekuje, że jak się tego nie zrobi, to można stracić wszystko.

Dobrze widać to w innym serialu z tamtej epoki – „Czterdziestolatku”. W jednym z ostatnich odcinków nowym wiceministrem zostaje działacz z terenu bogatego w zasoby leśne, zamiłowany myśliwy.  Przełożony inżyniera Karwowskiego (wtedy już dyrektora), Mietek Powroźny, wyniuchał jak ich zjednoczenie, wyprzedzając inne, może podpiąć się pod nowego „starego”: biesiady łowieckie. I dyrektorzy, którzy wcześniej pod innym ministrem łowili ryby, gremialnie ogołocili warszawską Jedność Łowiecką, udając zapalonych myśliwych z dziada pradziada. Bo było przekonanie (i to słuszne), że jak się tego nie zrobi, to się jest na cenzurowanym.

Ktoś powie to dawne czasy i dlaczego o tym przypominam? Bo wbrew temu, że z dawnym system pożegnaliśmy się dwie dekady temu, to tak naprawdę niewiele się zmieniło. Dowód wczorajsze zamknięcie Oktawy na Rynku Kościuszki. Za nim marszałek z prezydentem wzajemnie sobie dziękowali (zapraszam do wczorajszego komentarza), to wcześniej szef WOAK podziękował marszałkowi.. 

Gdy słuchałem słów dyrektora WOAK-u odniosłem wrażenie, że słuchałem Talara, trenera Jarząbka i inżyniera Karwowskiego w jednocześnie. Taka synteza: trzy w jednym.

Gdyby adresatem tych podziękowań był osoba reprezentująca sponsora prywatnego, wszystko byłoby ok. Ale przecież był nią samorząd wojewódzki i jego przedstawiciel, których obowiązkiem jest wspierać wydarzenia kulturalne podległych sobie instytucji. Łożenia na nie. Bez nadziei oczekiwania na cokolwiek. W postaci werbalnej czy też miejsca na banerze.

Nawet chłopi czując bluesa dołączyli na Ursusach

Tak śpiewał przed laty Krzysztof Daukszewicz w swej „Leniwej niedzieli” I jak ulał cytat ten pasuje ten swoistego letargu, w jaki popadła podlaska polityka. I bynajmniej nie mam tutaj na demonstracji protestu rolników spod Tykocina, którzy na swoich maszynach najechali dzisiaj na miasteczko. Protestowali przeciwko lokalizacji lotniska w okolicach Sanik. Budowa portu lotniczego oznaczałaby dla nich koniec ojcowizny. A wielu z nich w ostatnich latach zainwestowało w nie mało, biorąc kredyty.

Cytując Daukszewicza miałem na myśli awangardę farmerską spod szyldu podlaskiej zielonej koniczyny. Po miesiącach wegetacji postanowiła w końcu dojrzeć. I przerywa letarg, w jakim trwała zabierając głos w sprawie lotniska przed godz. 16. (wtedy będzie radzić nad nim zarząd wojewódzki). Co powiedzą pięć godzin wcześniej wicewojewoda, dwóch członków zarządu województwa? Prawdę mówiąc mało mnie to obchodzi zważywszy, że dotąd milczeli.

Czyżby jednak to nagłe przebudzenie nie było pokłosiem zamieszania, jakie wystąpiło na linii PSL-PO na szczeblu centralnym po słynnym wywiadzie wicepremiera Pawlaka dla „Newsweeka”?  Cóż, poczuć bluesa można nie tylko na Ursusach. Także za biurkiem.

1 sierpnia

65 lat temu, godz. 17. Od pięciu  dni w Białymstoku są Sowieci, od czterch delagaci PKWN. 200 kilometrów na południowy zachód rozpoczyna się zryw wojskowy i cywilny, bodaj czy nie najważniejszy w historii Polski, a już na pewno Warszawy.

Dziś w potoku powracjących pytań o sens, o postawę aliantów, o cynizm Sowietów, o martyrologię, o ciągłość państwa, o mitologię, o krótkozwroczność dowódców wydajacych rozkaz do powstania i ich w gruncie rzeczy – jak twierdzi zmarły niedawno prof. jan Wieczorkiewicz – zbrodniczych decyzji,  niebywałego bohaterstwa Powstańców i poświecenia ludności cywilnej -w ogóle o wszystko, prostych odpowiedzi nie otrzymamy. I pewnie przyszłe pokolenia też ich nie uzyskają. I jednej wspołnej oceny też.

W serialu “Jan Serce” pada takie zdanie: dla każdego warszawiaka  najważnieje sa trzy daty: dzień urodzień, dzień rozgrywania wielkiej warszawskiej i dzień wybuchu powstania warszawskiego.

 Bez względu na to, jak wielką ingerencję politycy poczynią w kalendarzu świąt państwowych, to i tak nie zmienią istoty tego, że dla warszawiaków dzień ten  jest czymś więcej niż dla reszty kraju.

I być może  warszawiacy nie potrzebują żadnej prawnej solidarności od reszty kraju. Może powinni sami decydować jak upamiętnić  63 dni walki. Bo – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – tylko ofiary się nie mylą. I tak rozumieć trzeba 1 sierpnia.

Celebryci bez celibatu

W jednym z odcinków “Czterdziestolatka” jest scena jak inżynier Karwowski wraz synem wybrał się na otwarcie Trasy Łazienkowskiej, która sam zresztą (do spółki z Maliniakiem i resztą ferajny) budował. Arterię, jak to w dawnych czasach bywało otwarto z wielką pompą. Bodaj na 22 lipca. “Czterdziestolatek” z tej okazji dostał medal, a całą imprezę zakończył na posterunku milicji. Pobił się z jakimś postronnym obserwatorem uroczystości, który wygłaszał uwagi – skadinąd słuszne – pod adresem drogowców.
 
Od tamtych czasów minęło prawie 35 lat. Zmienił się system, wydawałoby się, że podobnych historii życie nie będzie dostarczać nie tylko filmowcom. A tymczasem w sobotę w Białymstoku rozgerały się sceny, które jako żywo przypominały kadry z serialu Jerzego Gruzy.

Rzecz się działa podczas otwarcia ostatniego odcinka obwodnicy środmiejskie tzw. Trasy Kopernikowskiej. I tutaj muszę zrobić zastrzeżenie: nie kwestionuję istosty jego budowy. Ulica ta była potrzebna śródmieściu jak tlen nurkom pod wodą. Brak przejazdu z Wiejskiej przez Mickiwicza na Piasta był zmorą i utrapieniem kierowców.  Zwłaszcza wtedy, gdy tworzyły się komunikacyjne wąskie gardła w innych cześciach miasta.

I dlatego jeszcze raz powtórzę: draga ta była koniecznością. Po co tylko ten cały szynk z jej otwarciem? I dla kogo? Z ilości osób, które na nią przybyły wychodzi, że tylko urzędnikom. Bo kierowcom wystarczyłoby, że mogą się nią przejechać. Bez narzekania,  że i tym razem o czymś zapomniano.

A było jak w dawnym stylu. Co prawda wstęgę  tym razem przerwał autobus komunikacji miejskiej, a asfalt pokropił ksiądz z pobliskiej parafii,  ale atmosfera, klimat jako żywo przypominał sceny z Trasy Łazienkowskiej. Tym bardziej, że doszło do scysji między włodarzami a mieszkanką Białegostoku.

Miała ona za złe urzędnikom, że organizują sobie otwarcie, podczas gdy ścieżki rowerowe wokół  trasy nie są gotowe. Atmosfera zrobiła się na tyle gorąca ( i to nie ze względu na temperaturę), że o mały włos nie skończyłoby się, tak jak w “Czterdziestolatku”.

Oczywiście można się zżymać, że to rowerowy ortodoksa, ale jak zauważył jeden z Internautów na forum Porannego  ”Szkoda tylko że nie zostało dopięte wszystko do końca. Jadąc ul. Miłosza skręcając w stronę Krywlan oznaczenia poziome zostały nie zmienione. Natomiast sygnalizacja świetlna i czujniki zmian są przestawione. I tak pas skrajny lewy jest wyłączony z ruchu, wszyscy jadą po staremu.  Czujnik nie wykrywa, że ktoś chce skręcać i prawie nie włącza zielonego na lewoskręt i cała masa ludzi jedzie na czerwonym w lewo ( jedni z niecierpliwości, inni pewnie nawet nie patrząc że tam gdzie była strzałka jest teraz dla jadących prost)”.

Jeszcze w niedzielę rano część kierowców była zdezoorientowana. Nic dziwnego, chociażby dlatego, że od strony galerii Białej nadal stała – jak podczas – remontu – tabilca informująca o objeździe.

Można powiedzieć, że przy skali inwestycji są to pierdoły. Jednak lepiej było poświęcić czas na ich usunięcie niż na organizowanie fety.    

Naszym władzom bardzo zależało na medialnym błyśnięciu. Wszak to pierwsza taka droga w mieście. Ba, jak mówiono, nawet w kraju. Tyle, że jak to w takich sytuacjach bywa, wyszło i jak wyszło: i śmiesznie, i strasznie.

I zupełnie nie potrzebnie. Bo  miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest celibat od wszelkich takich pomp, a nie ich celebrowanie. Nawet jak się ma powód do dumy.  

A już w piątek czeka nas kolejna pompa. Na Rynku Kościuszki. A tak było ( co utrwalił swoim obiektywem Wojciech Oksztol)  w samo południe w sobotę na otwarciu ostatniego odcinka obwodnicy śródmiejskiej zwanym też Trasą Kopernikowską 

obwodnica

Sabotaż na Poleskiej

zdjecie033

To zdjęcie zrobiłem na Poleskiej dzisiaj przed godz. 12. Wczoraj gdy jechałem tą ulicą słupków nie było. Ich postawienie zwiastuje remont  i pojawienie się drogowców. I nie byłoby w tym nic dziwnego (w końcu do remontów w Białymstoku się już przyzwykliśmy), gdyby nie dzień, w którym się pojawiły.

Przecież dzisiaj miasto zostanie zakorkowane przez kolarzy. To potężna operacja logistyczna i organizacyjna i jak pokazuje ubiegłoroczne doświadczenie bez poważnych utrudnień się nie obejdzie. I białostoczanie to rozumią, bo impreza jest przedniej marki i warto zadać sobie sporo trudu, by cykliści odwiedzili nasze miasto. A przy tym pocierpieć.

I dlatego tak bardzo ważne jest, by w tych rejonach gdzie nie będzie kolarzy, a które są kluczowe dla poruszania się po mieście, nie było żadnych utrudnień. A taką niewątpliwie rolę przejmie na siebie Poleska, po której będzie odbywał się ruch, gdy zostanie zakorkowane Piłsudskiego i Sienkiewicza. Nie powinno być na niej żadnych dodatkowych utrudnień. A ustawienie tych słupków je spowoduje. A przecież można poczekać dzień i postawić je we wtorek rano.

Zrobienie tego w dniu wyścigu nie tylko dowodzi, że nie tyle nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, co pachnie wręcz sabotażem. Bo działa na szkodę tego miasta i jego mieszkańców.

Przed godz. 15 coś mnie tknłęło: a może jest zbyt surowy w ocenie. Może ustawienie słupków miało jednak sens? Może w ten sposób mimo wszystko nie zapowiadano remontu, a chciano ułatwić życie kierowcom? Z jednej strony się zwęży, z drugiej poszerzy.

Nurtowany wątpliwościami ryszyłem z buta. W końcu ode mnie to nie daleko. Idąc Poleską w stronę Jurowieckiej korek już był niełży. W przeciwną stronę jeszcze nie. Na rondzie Jurowiecka Poleska stoi wóz policyjny M 219. – O co chodzi z tymi słupkami – pytam? – Na pewno nie ustawiała tego policja – zapewnia pani palicjantka. – Ktoś od nas interweniował, by je usunąć.

Podchodzę dwie metrów wyżej. A tam to, co widać na zdjęciu.

zdjecie034

 Wyłaczony lewy pas od Włókienniczej do co najmniej Czystej (bo taki mam horyzont przed sobą). Ruch odbywa się jednym pasem, przez co korki są jeszcze większe. Podchodzę do kolejnego policjanta. Mówię, ze jestem z Porannego i zachodzę w głowę, o co chodzi z wyłączeniem tego pasa.

 - Policja tego nie zrobiła – zastrzega posterunkowy. – Może chodziło, by kierowcy nie skręcali w Czystą?.

I z przekąsem dodaje: Ale “dzięki” temu mamy korek.

Ale czy aby nie skręcać w Czystą, trzeba od razu wyłączać cały pas? – No, nie – zgodziliśmy się.

Pomyślałem: nic tu po mnie. Pora wracać do domu i zabrać córki na wyścig. Pieszo.

W końcu obojętnie czy te słupki ustawiono ku przeszkodzie czy pomocy, wyszło na to samo.

Czy Wałęsa pogodzi się z Kaczyńskim?

Do symbolicznego pojednania miałoby dojść za rok. Podczas 30. rocznicy Sierpnia 80. Trzeba przyznać, że data ta zobowiązuje. – Mam nadzieję, że będziemy wspólnie ją świętować, razem z Lechem Wałęsą – powiedział w wywiadzie dla “Wprost” Lech Kaczyński.
-  Dawno na to czekałem – doparł dziennikarzom z innych mediów Lech Wałęsa.  

Czy jednak będzie to pojednanie bez warunków wstępnych, drugiego dna, o czystych intencjach? Po tych wszystkich słowach, które padły (także drukiem)?

A może na zasadzie “Kargul, podejdź do płota, bo i ja podchodzę?.-  A no podchodzę, tylko nie wiem, czy mnie czymś Kazmierz, nie poczęstujesz”?

Już teraz były prezydent mówi o wyborczej grze obecnego prezydenta (wszak za rok wybory).  I dodaje: – Jeśli prezydent miałby czyste intencje zaproponowałby mi wspólne świętowanie już w tym roku.

Ostatecznie Pawlak z Kargulem się pogodzili. No, ale oni byli rodacy zza Buga?

A dwaj gdańszczanie?

Straż miejska w Białymstoku do likwidacji

Z takim pomysłem wyskoczył lider podlaskiej Unii Polityki Realnej. Piotr Noniewicz twierdzi, że strażnicy to zbędny wydatek. “Ta niezwykle kosztowna formacja nie spełnia podstawowych wymogów stawianych służbom odpowiedzialnym za porządek i bezpieczeństwo publiczne. Efekty działania Straży Miejskiej są w naszej ocenie żenujące- funkcjonariusze zajmują się jedynie wypisywaniem mandatów za złe parkowanie i przeganianie ulicznych handlarzy”
Dowód dane zawarte w sprawozdaniu rocznym z działalności straży miejskiej. Od stycznia 2008 r. do końca maja tego roku wynagrodzenia strażników i pracowników biura wyniosły prawie 6 milionów złotych. Natomiast wpływy do kasy miejskiej z nałożonych mandatów wyniosły blisko 800 tysięcy złotych. W związku z tym przedstawiciele partii zwrócili się do prezydenta Białegostoku Tadeusza Truskolaskiego o zlikwidowanie Straży Miejskiej. Uważają, że w zamian lepiej dofinansować policję”.

Argumentacja Noniewicza jest sprzeczna logiczna (z jednej strony zarzuca bowiem strażnikom, że tylko wystawiają mandaty, z drugiej, że wystawiają ich za mało), ale nie od dziś strażnicy miejscy nie mają dobrej passy wśród białostoczan. Są drugą grupą publiczno-zawodową (obok kontrolerów biletów), która zbiera największe cięgi od białostoczan. Wystarczy wejść na pierwsze z brzegu forum internetowe. Te negatywne opinie nasilają się zwłaszcza po każdym nieudanym “polowaniu” na łosia, dzika, sarne. Obrazu tego nie zmieniają sukcesy, które od czasu do czasu padają łupem strażników.
 
To, co z tą strażą począć? 

Osobiście w bliższy full-kontakt ze strażnikami miejskimi nie wszedłem. Ale  byłem świadkiem sceny w sklepie “Ratuszowy”  jak jeden ze strażników przez służbowy sprzęt zwany potocznie krótkofalówką konsultował się z innym,  jaką bułkę słodką ma mu kupić, bo tą, o której marzył, właśnie się skończyły.

A Państwa odczcucia z kontaktu ze strażnikami? Zapraszam do dyskusji (strażników też).

O, rynku!

Pod takim tytułem w jutrzejszym “Porannym” ukażą się moje refleksje o wielkiej przestrzeni w centrum, którą miasto oficjalnie jutro  otwiera z równie wielką fetą. Ponieważ papier, wbrew powiedzeniu jednak wszystkiego nie zniesie,  poniżej kilka refleksji, które z powodu braku miejsca nie znalazły się w druku.

Po pierwsze: kontrowersje wokół prymatu betonu nad zielenią. Najbardziej odzwiercidla je sytuacja z pierwszego poniedziałku maja, gdy rynek opanowali maturzyści. Nic dziwnego. Skoro nie mogli oblać egzaminu, ze względu na stopień łatwości pisemnej matury z języka polskiego, to oblewali go w ogródkach piwnych ustawionych w centrum. Na ławkach, w cieniu wielkich parasoli. Wystarczyło, że zamówili piwo, a mieli komfort w postaci ochłody od skwaru i żaru lejącego się na tę część miasta. 
Jakże kontrastowało to z widokiem po drugiej stronie ogródków. Na ławkach, na otwartej przestrzeni, w żarze topili się inni białostoczanie. I nawet  nie szukali rozpaczliwie cienia wokół siebie, bo go w tym miejscu nie ma. Jedynym ratunkiem było zamówienie piwa pod parasolem. Tyle że nie każdemu to w smak. Zresztą czyż nie byłby to swoisty podatek cieniowy? I tak wszyscy trwali na nagrzanych słońcem ławkach.
Niemniej zmiany w centrum Białegostoku są już nie odwracalne. Musimy się z tym pogodzić. Co najwyżej, swoje niezadowolenie, można okazać za rok przy urnie wyborczej. Jednak tęskniąc za drzewami, musimy nauczyć się żyć z betonem pod nogami.  Nie będzie to takie proste, bo łatwiej jest coś przebudować, niż potem w to „coś” tknąć życie.

Po drugie: Dlaczego nie organizaować na rynku historycznych widowisk, i to nie tylko z okazji świąt państwowych czy narodowych, ale też tych typowo białostockich wydarzeń z przeszłosci.  No, bo w końcu gdzie młodzież ma poznawać historię miasta. W szkole nie ma na to czasu ani miejsca, media też nie wypełnia do końca tej roli.
A jeśli już historyczne, to także współczesne happeningi, które pozwalałyby na szerszą integrację spacerowiczów i przechodniów. Najlepiej było to widać podczas Oktawy. Impreza była super (jeśli są plany powrotu jej do filharmonii, to powinny spalić na panewce), ale aż prosiło się  o coś wiecej: zejscie artystów ze sceny do publiczności. I wspólną zabawę.

Po trzecie: Nie tylko społecznie, ale i urbanistyczne rynek jest rozhermetyzowany. Mimo, że pomysłodawcy przebudowy centrum pewnie tego nie zamierzali, ale tak  jakoś im wyszło rykoszetem, że podzieli rynek na dwie zony.  Zachodnia nastawiona na rozrywkę wszelakiej maści (koncert

Matta Duska na zakończenie dni miasta, Jarmark na Jana, Oktawa). I część wschodnia, przeznaczona na uroczystości patriotyczno-religijne (po raz pierwszy w pełnej krasie 15 sierpnia).. Przez co Sienkiewicza stała się ulicą graniczną między – jak pisał Radosław Oryszczyszyn – sacrum i profanum. 
Skoro jednak można dzisiaj wyłączyć ten odcinek z ruchu kołowego na cztery godziny, to, dlaczego nie stałe? Nie uciekniemy o dyskusji na ten temat.  Może jeszcze nie teraz, ale za kilka lat problem powróci.

Po czwarte: najgorzej byłoby, gdyby władza poszła na skróty. Dość łatwo bowiem wydać pieniądze i ściągnąć gwiazdę na koncert, postawić scenę, a potem ją zwinąć. Jakże jednak trudno w słuchać sie w głos ludzi… Zapraszam do jutrzejszego Magazynu.

Kto oświeci Białystok?

I to za niebagatelną sumę, bo w ogłoszonym przetargu na dostawę prądu do kompleksu budynków urzędu miejskiego  szacunkowo wymienia się ponad 1, 713 mln złotych bez Vat. A kto jest największym pożeraczem energii? Oczywiście magistrat na Słonimskiej. W wieżowcu tym zużywa się  613638 kWh rocznie, a w pozostałych pięciu budynkach, o których mowa w ogłoszeniu około 255 tys. kw/h. A zatem energetycy mają o co się bić.

Pobnie jak sam Białystok, który zamierza ubiegać się o miano kulturalnej eurostolicy 2016. Pomysł na wskroś ekstrawagancki, co  idealistyczny, jak też…

Po pierwsze  dlatego, że  Białystok równie dobrze mógłby się ubiegać o organizację zimowych mistrzostw świata (chociaż kiedyś  były już  unas mistrzostwa Polski w narciarskie  klasycznym w nazwie, bo w realu działy się w górach).

Idealistycznie, bo myśląc realnie o takiej imprezie, już dziś powinniśmy gościć jako miasto w Wilnie, które w tym roku do spółki z austriackim Linzem, jest takową stolicą. Tym bardziej, że związki Białegostoku ze stolicą Litwy są przeogromne.  Samo wskazywanie na filię UwB jako depozytariusza tej tradycji, to o wiele za mało.

Nie chcę przekreślać pomysłu już na starcie. Jeśli już jednak zdecydujemy się stanąć w szranki z innymi miastami, to bynajmniej nie na zasadzie, że “nawet jeśli się nie wygra w rankingu, to już sam start  powinnien być osiągnięciem”.   Do walki staje się bowiem z wiarą, że ją się wygra. Tak jak w Jokohamie.

Może warto – tak jak proponuje Andrzej Lechowski – wejść w kooperację z innymi miastami w bliskim sąsiedztwie Białegostoku. By stworzyć taki swoisty metropolitarny obszar kulturalny, zwiększający nasz potencjał.

Jedno nie ulega wątpliwości: rzucony wczoraj pomysł na eurostolicę oznacza, że czeka nas siedem lat swoistego “oświecenia” kulturalnego. I z tego należy się cieszyć. Kultury nigdy za mało.

Sen nocy letniej

dsc_4866

Takiego poruszenia już dawno nie było (przynajmniej tego świeckiego, bo religijne od czasu do czasu jest znacznie większe). Rynek zamienił się w morze ludzkich głów. Skoro prezydent zapraszał, to nic dziwnego, że białostoczanie tak gremialnie odpowiedzieli na to zaproszenie. Nie tylko do tortu.

dsc_4875

 Od Sienkiewicza na drugą stronę Ratusza przeciskałem się kwadrans. A tam też było ciekawie, przynajmniej do czasu rozpoczęcia koncertu. Może grą na klarnecie Robert Panek da zaczyn, by także inni artyści wyciągnęli z szafy swoje sprzęty, rezonansy i inne instrumenta. By dudnić i grać. Grać, ile się da.
Może wtedy kamienie drgną i polecą jak lawina przez noc…
 
Z  tą nadzieją wróciłem do domu zapadając w sen. Mimochodem gdzieś po głowie tłukło mi się „Żal mi tamtych nocy i dni”, „Do lata, do lata …”,  “A ja mam lato za pasem“. A ten Babczyszyn, co do diabła robi w mojej głowie- pomyślałem. – Przecież on nie z Bajmu.

Czyżby to nieuchronny znak, że jesień idzie?

Piraci w galerii

„Autostrada do nieba”, „I święty Krzysztof nie pomoże, gdy gangsterstwo na drodze” – to tylko  dwa komentarze na blogu w ostatnim czasie poświęcone temu, co dzieje się na polskich drogach. A dzieje się bandytyzm. Nie ma dnia, by karawan nie wyjeżdżał w trasę. Giną rodziny, dzieci, doświadczeni kierowcy i młodzi furiaci. W większości w sytuacjach, w których tak na dobrą sprawę wypadek nie miał prawa się wydarzyć. A jednak żniwo tegorocznego lata na drogach będzie przeogromne.

I jeśli znowu wracam do tego tematu, to bynajmniej nie za sprawą kampanii społecznej przygotowanej przez policję. Jej adresatami są przede wszystkim młodzi ludzie, którzy zaraz po zdaniu egzaminu dosiedli  konia mechanicznego niczym rumaka i dalej w drogę z kopyta. Zapominając, że to nie czasy bezkresnych stepów.

Bo ta kampania tak na dobra sprawę nic nie da. Nastały czasy gdy samochód stał się na tyle powszechny i łatwo dostępny, co butelka wódki czy beczka piwa. Mieszanka tych dwóch gazów daje iście zabójcze skutki. Wystarczy spojrzeć na policyjne statystyki w niedzielę rano, po powrotach z sobotnich dyskotek. Ile cierpień, ile łez. Nie policzy tego nikt.

A wracam do tej problematyki po tym, co wczoraj około godz. 16 doświadczyłem w garażu podziemnym jednej z białostockich galerii handlowych. Grupka około sześciu szczyli urządziła sobie wyścigi na swoich skuterach. I tak zrobili kilka kółek , zagłuszając wszystko do koła. Pomyślałem: matoły, skoro urządzacie sobie takie harce w tym miejscu, to prawdopodobieństwo tego, że kiedyś nie wrócicie  nie tylko z takiej jazdy, jest niemal absolutne. Jeśli nie na tym skuterze, to na samochodzie, na który zapewne za trzy lata się przesiądzie. Pół biedy, jeśli tylko Wy. Gorzej, gdy przez Was także inni.

Nie powinnście nigdy otrzymać żadnego papieru na jazdę jakimkolwiek pojazdem, który ma kółka. Rowerem też.  A jeśli go macie, to powinniście go stracić dożywotnio.  Bo kara musi być sprawiedliwa.

Tak samo jak dla kierowców, którzy pod wpływem alkoholu albo jadący z absurdalną prędkością spowodują wypadek, w którym będą ofiary śmiertelne. W tych przypadkach za pozbawienie życia powinno być dożywocie ( najwyższa kara). I to jest powinnością ze strony systemu prawnego dla rodzin ofiar. Reszta zadośćuczynienia to sprawa między e ofiar i rodzinami a ich winowajcami. Bo tylko ofiary mogą odpuścić winy swoim winowajcom. Chociaż wątpię, by w tych przypadkach chciały. Wszak niewinnie zabrano im coś najcenniejszego…

Własność prywatna kontra interes społeczny

Saniki. Rolnicy zaciekle bronią swojej własności, jaką jest ziemia, na której ma powstać lotnisko regionalne. I dlatego radni Tykocina (w większości rolnicy) nie zgodzili się na uchwalenie planu zagospodarowania przestrzennego, który pozwalał by na budowe portu. Czy ich upór nie jest w sprzeczności z interesem społecznym, wynikającym z aspiracji i oczekiwań mieszkańców Białegostoku i regionu, którzy nie mogą się doczekać lotniska? Czy powinni uznać ciężaru tych oczekiwań i pod tym ciężarem wyzbyć się prawa do własności. Uznać prymat interesu publicznego nad własnym? Tak jak to bywało w poprzednim systemie?

Bo też własność i prawa jednostki były  wartościami zaciekle zwalczanymi w minionej epoce. I to nie tylko na poziomie ideologicznym, ale tym przyziemnym. Władza postanowiła i na nic był upór właściciela, w szerszym kontekście jednostki. Najlepiej chyba to widać w filmie Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca” gdzie upór emerytowanego górnika, chcącego dożyć swoich dni we własnym domu,  wstrzymywał budowę wielkiego blokowiska osiedlowego. Habryka nie zgadza się na wysiedlenie i postanawił walczyć o swój dom. A że był człowiekiem upartym spowodował wielkie zamieszenie. Na swojej kopalni, w komitecie wojewodzkim, w rodzinie między synami.  Ileż w tym filmie symbolicznych scen (palenie mebli, żegnania się z sąsiadami, kłótni z synami). I te ostanie gdy habryka umiera zaraz po przeprowadzce, a na jego grobie umiera wierny pies.  Film wręcz obowiązkowy.

Po zmianie systemu własność prywatna, prawa jednostki stały fundamentem, paradygmatem.  Podniesiono ją do rangi absolutu. I to ona dzierży prymat nad interesem społecznym w konstytucji. W ustawie zasadniczej wskazano, że podstawową ustroju gospodarczego jest społeczna gospodarka rynkowa oparta na: wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej. Co do tego ostatniego to dopuszcza wywłaszczenie byleby było ono dokonywane na cele publiczne, a poza tym ograniczenie własności dopuszczalne jest “w zakresie, w jakim nie narusza ona (czyli ustawa ograniczająca własność) istotę prawa własności”.

No, jeśli ograniczenie własności nie narusza istoty tego prawa to pojawia się pytanie, od kiedy będziemy mieli do czynienia z naruszeniem istoty prawa własności?

I tu drugi przykład. Augustów, spór od Dom Turka. W kamienicy tej rodowity Turek miał przed wojną cukiernię. Po wkroczeniu sowietów w budynku tym zainstalowało się NKWD i bezpieka. Co było w jego piwnicach i kazamatach, łatwo się domyśleć. Do dzisiaj żyją ludzie, którzy przeszli przez to piekło.

Obecnie dom jest własnością augustowskiego biznesmena, który nabył go od spadkobierców przedwojennych właścicieli (ci o trzymali go na mocy decyzji MSWiA). I ten przedsiębiorca zamierza zrobić w nim galerię handlową (w zgodzie z planem zagospodarowania przestrzennego), czym wprawił w oburzenie wszystkie środowiska patriotyczno-kombatancko-historyczno-samorządowe, które uważają, że miejsce kaźni to nie miejsce na centrum handlowe. Ich zdaniem powinno tu być muzeum.
Czy właściciel aksjologicznie powinien poddać się temu historycznemu rozumowaniu i uznać jego prymat nad swoim prawem własności?

Władze miasta próbują od niego kupić kamienicę, ale na razie na przeszkodzie stanęła cena. A ta jest pretekstem do dalszych rozważań: czy czując za sobą oddech oczekiwań środowisk historycznych nie powinien się odwołać to wartości wyższych i suścić z ceny za budynek? I z drugiej strony: skoro władze mając za sobą takie poparcie, będąc przekonane o słuszności interesu społecznego w tej sprawie nad prawem jednostki do własności, czyż nie powinny przystać na  każdą cenę?
I czy władze województwa też nie powinny zgodzić się na każdą cenę jaką zaproponują rolnicy, bez szafowania specustawą lotniskową?

I ostatni przykład. Porosły i sprawa skupowania ziemi przez Ikei. Tutaj sprawa mimo, że rozgrywa się na linii mały prywatny właściciel- duży prywatny właściciel. Bo też skupowanie ziemi przez szwedzki koncert chcąc nie chcąc jest spełnieniem oczekiwań i nadzie białostoczan nie tylko na jeszcze jedno miejsce pracy, co bardziej prestiżowe: wreszcze mamy sklep, nie musimy jeździć do Janek czy na Targówek. A zatem w jakimś stopniu spełnieniem interesu społecznego.
Gdy negocjacje utknęły w martwym punkcie, to jakby w Białymstoku słychać było swoisty jęk zawodu. Bo w gruncie jedna rodzina blokuje oczekiwania 300 tysiecy białostoczan. Broniąc swej własności w sprzeczności z interesem społecznym (choć realizowanym przez innego właściela). Tak jak wspomiany Habryka u Kutza.

W tych trzech przypadkach pojawia się zasadnicza sprawa: Czy wolno wykorzystywać własność prywatną przeciwko cudzej wolności w tym także wolności, która urzeczywistnia się w interesie społecznym?  A jeśli nie, to czyż w istocie nie oznaczałoby to bankructwa przekonania, tak fundamentalnego dla ostatniego dwudziestolecia, że nic nie przekona ludzi do tego, że własność prywatna jest wiele warta, jeśli sami nie zakosztują jej atrakcji. I że jeśli jak najszerzej upowszechnimy własność prywatną wśród polskich obywateli, to wtedy znikną uprzedzenia, zahamowania. A miliony właścicieli będą funkcjonować także inaczej jako obywatele.

O jeden most za daleko

Tylko dwa i aż dwa. Tyle dni planowały na początku roku przeznaczyć władze Białegostoku na kampanię brytyjską. Bo wśród milionowej rzeszy emigrantów na Wyspach nie brakowało oczywiście białostoczan. Dlatego magistrat postanowił zachęcić ich do powrotu. Dołączyliśmy do 11 innych polskich miast, które miały prezentować się w Londynie, przekonując Polaków, by wracali do kraju. Pomysłodawcą projektu było Stowarzyszenie Młodej Polonii w Wielkiej Brytanii “Poland Street”.

Tak było w styczniu. Planowano powstanie specjalnego zespołu, który w czerwcu miał wyprawić się za kanał La Manche. Pierwszy wieczór miał pokazać nas od strony kulturalnej i rozrywkowej. Drugi to otwarte spotkanie dla około 300 osób. To na nim Białystok będzie zachęcał emigrantów do powrotu

Ale już wtedy eksperci wskazywali na słabe punkty tego planu. Jednym z nich to przekonanie, że po kilku latach spędzonych na Zachodzie, Białystok dla powracających może być za ciasny. I że tak na dobrą sprawę liczą się w mieście inwestycje i nowe miejsca pracy, a z tym krucho.
Minął czerwiec i cisza. Żadnych wieści o kampanii brytyjskiej. Aż tu, tak trochę mimochodem, okazało się, że  przesunięto ją na grudzień. Jednak wyjazd może w ogóle nie dojść do skutku.
– Obserwujemy sytuację innych miast i ich wrażenia po takich spotkaniach. Nie są najlepsze – uważa Małgorzata Piekarska, zastępca dyrektora departamentu promocji i rozwoju gospodarczego. Dodatkowo takie spotkania wiążą się ze sporymi wydatkami, bo odbywają się za granicą. Zdaniem magistratu, w obecnej sytuacji gospodarczej to niekoniecznie trafiony pomysł.
Ale o tym wiadomo było już na jesieni zeszłego roku, kiedy ten pomysł zaczał kiełkować I nie trzeba było być jasnowidzem, by to przewidzieć.  W tym momencie nie tylko Grzegorz Halama wyrapowałby swoje słynne „ja wiedziałem, że tak będzie

O jeden most za daleko to tytuł klasycznego dramatu wojennego. Rekonstrukcja słynnej militarnej operacji “Market-Garden”, trwającej 9 dni września 1944 roku. Powietrznodesantową i lądową akcję, której celem było otwarcie pozycji do ataku na Zagłębie Ruhry i Berlin, wymyślił marszałek Montgomery, który stojąc na czele 21. Grupy Armii prowadził wyścig z dowódcą 3. Armii (am.) gen. Pattonem o to, kto pierwszy dotrze do zagłębi przemysłowych III Rzeszy. Słynny Monty przekonał do tej operacji gen. Eisenhowera mimo wielkiego ryzyka jej przeprowadzenia. Przez 9 dni operacja odnosiła sukcesy, lecz ostatecznie skończyła się porażką sił alianckich.
Wspominam o tym wydarzeniu nie bez kozery. Jest to bodaj najlepszy przykład na to, czym może zakończyć się operacje źle przygotowana, a w gruncie rzeczy niepotrzebna, bo wynikająca z nieracjonalnych przesłanek.

I podobnie byłoby z białostocka kampanią brytyjską.  Nie ma najmniejszych szans na powodzenie, prze to dajmy sobie spokój z desantowaniem za kanał La Manche. Czy  w styczniu, czy w czerwcu lub grudniu, operacja dałaby te same  efekty.  Lepiej się z niej wycofać niż znaleźć się o jeden most za daleko. I to jak najszybciej.

Szwajcaria na Oceanie Indyjskim

I nastał w końcu ten czas, raz do roku, gdy na kilkanaście dni opuściłem gród nad Białą, by oddać się letniej kanikule W drodze na miejsce odpoocznyku mijałem jakże znamienne dla podlaskich klimatów miejscowości. Katrynkę, gdzie drogowcy prą niczym walec do przodu. Augustów, który na słynnym rondzie Marconiego wita przejeżdżających transparentem: „Żądamy kontynuowania budowy obwodnicy Augustowa”. Marzenie, które wbrew kolejnym deklaracjom kolejnych polityków pozostanie chyba tylko marzeniem. I w końcu Suwałki, które od mojej ostatniej wizyty tak na dobrą sprawę niewiele się zmieniły.

W tym roku zmieniłem miejsce kwaterowania. Z południowej Suwalszczyzny przeniosłem się na północ. I muszę przyznać, że od razu urzekły mnie te wzniesienia, zagłębienia. Zupełnie jak na południu kraju. A między nimi jeziora.

Tuż obok mojej kwatery gniazdo uwiła sobie para bocianów. Lada chwila będą szykować się do odlotu. Póki, co ich „młode” zaparcie przygotowują się do wędrówki. Z drugiej strony domu rozciąga się jedna z licznych atrakcji, jakich w tym rejonie nie brakuje, a mianowicie Góra…. Jest ich tu kilka w tym rejonie. Nie będę jednak zdradzał swojej lokalizacji.

Właśnie słyszę jak włodarze chwalą się w radio ile, to dróg lokalnych zostanie w naszym województwie wyremontowanych. Nie sądzę, by tyczyło się to drogi, przy której stoi moja kwatera. To jedna z tych, o których drogowcy chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Kręta, wąska, ze stromymi zjazdami.

Vis-a-vis kwatery przystanek autobusowy. Na rozkładzie widnieją tylko dwa kursy dziennie. Pierwszy przed godz. 7., drugi kilka minut po 15. Oba oznaczone literką „s”. Znak ten to swoiste odcięcie od świata wszystkich tych, którzy są zmuszeni skorzystać z publicznego środka transportu. „S” czyli tylko w czasie roku szkolnego.
Żadna komórkowa sieć w kwaterze nie ma zasięgu. Zupełnie nic. Połacie pustyni telekomunikacyjnej. By  złapać zasięg trzeba wdrapać na jakieś wzniesienie. Tej głuszy nie może nadziwić się mój współbiesiadnik.
- Jak to jest – zastanawia się. – Tydzień temu rozmawiałem przez skype z córką, która siedziała po środku Oceanu Indyjskiego, a tu w środku Europy nie tylko o Internecie można pomarzyć, ale i o komórce.
– No i jak Pan wpiszesz tego bloga? – pyta. – Albo wspinaczka na szczyt góry, albo przejażdżka do miasta. 

I w zasadzie musiałbym mu przyznać racje, gdybym przez lornetkę nie wypatrzył u sąsiada anteny satelitarnej, a na niej napis „Internet”. Jeśli Państwo czytacie ten wpis, to dzięki życzliwości sąsiada, któremu dało się pogodzić dwa światy: krzątające się w obejściu kozy, domy kryte strzechą, skansenowską atmosferę z dostępem do świata.
I wcale nie trzeba znaleźć się po środku Oceanu Indyjskiego, by czuć się jak na końcu świata. Wystarczy lekko zboczyć na lewo od Szwajcarii. Podsuwalskiej.
A tak w ogóle to cudownie jest, powietrze jest, bociany w gnieździe dwa, konie pochodzące do  ogrodzenia. Słońce przebija się przez chmury….

Via na pobocze

Wielkie poruszenie w sprawie podlaskich dróg. A w zasadzie korytarzy transportowych. Mamy mieć dwa umownie zwanymi: Via Carpatia i Via  Baltica.  Swoiste terminy wytrychy, które z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, rokiem przybliżają się do mitu. Pisałem na blogu o nich wielokrotnie

Kilka tygodni temu apel w sprawie Via Baltiki wystosował szef białostockich radnych, dwa tygodnie temu list do premiera wysłał marszałek województwa. Bo nagle okazało się, że gdzieś tam kiełkuje pomysł, by Via Baltikę całkowicie wyprowadzić z Podlaskiego (poza małym fragmentem od granicy z warmińsko-mazurskim do Budziska, niedaleko miejsca gdzie teraz siedzę i stukam w klawiaturę). Z kolei Via Carpatia nie zaczynałaby się w owych Budziskach i dalej w dół przez Augustów, Białystok, Bielsk i tak dalej na południe, a jedynie w zasadzie pokrywała z dzisiejszą drogą nr 19, czyli od Kuźnicy przez Białystok i dalej na południe aż za Rzeszów.

Widać z tego, że wspólnym łącznikiem dla obu Via jest to, że nie będą prowadzić przez odcinek Suwałki- Białystok. Jakże drażliwy z punktu widzenia polskiej racji stanu. A jej istotą jest – co pokazała awantura o Rospudę – nie wchodzenie z Komisją Europejską  w konflikty o inwestycje na terenach cennych przyrodniczo.

I jeśli gdzieś w głowach decydentów kiełkują pomysły, by wyprowadzić Via z Podlaskiego, to właśnie dlatego, że nasze województwo jest swoistym zakładnikiem polskiej racji stanu. I na nic zdają się listy pisane do premiera, zapewnienia wojewody, że na razie wszystko jest po staremu. Nasze podlaskie lobby jest za słabe na lobby ekologiczne. To tak jak w refrenie piosenki Rudiego Schuberta: “Proszę nie drażnić rekina, proszę nie drażnić rekina. A nie mówiłem.” Reasumując: zostaniemy złożeniu na ołtarzu polskiej racji stanu. Z mottem “Via na pobocze”. I tylko ofiary się nie mylą.

Oprócz transportu drogowego jest jeszcze ten kolejowy. I tu też toczy się bój o przebieg innej Balitki, Rail. Z Trakiszek, przez Suwałki i Augustów do Białegostoku czy z Trakiszek, przez Suwałki i Ełk do Białegostoku.

Wielokrotnie pisałem, że pominięcie Augustowa tak na dobrą sprawę z miejsca spali na panewce pomysły budowy uzdrowiska (powstanie centrum uzdrowiskowo-konferencyjne jako swoiste zadośćuczynienie za obwodnicę przez Raczki) z prawdziwego zdarzenia. Co, to bowiem za kurort bez dobrego połączenia kolejowego (i drogowego) z resztą kraju. Tym bardziej, że tak na dobrą sprawę z każdym nowym rozkładem jest coraz mniej połączeń przez Podlaskie. Niemniej po ostatnich moich przypadkach kolejowych uważam, że powinniśmy się wypiąć na kolejowego przewoźnika.

Jak już pisałem wczoraj siedzę w podsuwalskiej głuszy. Jak się wdrapię na górę, to widać zarys stacji radarowej. Wczoraj dołączyła do mnie reszta rodziny. Podróżowała koleją, bo musiała przewieźć rowery. W zasadzie tylko trzy składy kolejowe jeżdżące do Suwałk to umożliwiają: poranny- kilka minut po godz. 7, następny – chwila po 10., i ostatni, bodajże e około godz. 18.30. Wszystkie pospieszne.   Wsiadajcie w ten o dziesiątej – zachęcałem rodzinę poprzedniego dnia. – Za rowery zapłacicie tylko po 5 złotych od sztuki (takiej treści plakat wisi na stacji w Suwałkach). Wszystko razem będzie taniej niż miałbym jechać do Białegostoku samochodem i z powrotem.
 
Szczęka mi opadła, gdy dziewczyny wysiadły na dworcu w Suwałkach z bilecikiem cenowym na kwotę 80 złotych. Okazało się, że skład o godz. 10 jest pociągiem międzynarodowym,  jeździ pod szyldem Intercity, a bilety na rowery kosztują 9 złotych od dwóch kółek. I może bym przełknął jeszcze tę cenę, gdyby nie trzy rzeczy.
Po pierwsze: komfort jazdy w tym pociągu nijak ma się do tego w szynobusie.
Po drugie: pociąg międzynarodowy jedzie z Białegostoku o wiele dłużej do Suwałk niż szynobus (a przecież ten z kolei zatrzymuje na każdej stacji).
I po trzecie: z Suwałk do granicy odjechał w zasadzie pusty. Czyli pasażerowie podróżujący od Białegostoku do Suwałk płacąc za bilet o wiele więcej niż w pociągu osobowym i jadąc znacznie dłużej, w zasadzie utrzymują puste połączenie do Szestokai.

Czyż zatem nie są złożeni na ołtarzu „racji stanu” przewoźnika kolejowego. „Racji stanu” wątpliwej natury, bo w gruncie rzeczy kryjącej się pod szyldem „nieopłacalności”.
A w zamian stworzyć coś na kształt Kolei Podlaskich opartych na szynobusach (z miejsce na rower). Kupić ich jeszcze kilka (Unia dołoży, skoro dotuje głupoty, to dlaczego nie coś poważnego). I przedłużyć linię od Czeremchy przez Białystok do Grajewa, a być może w wyjątkowych sytuacjach nawet do Ełku. I druga z Suwałk do Szepietowa, a nawet do Małkini.

Tylko stworzenie takiej  konkurencji  sprawi, że centrala   kolejowa w Warszawie zacznie nas traktować poważnie. I jeśli chce jeździć do nas, to niech się stara. A wtedy na pewno ostatni pociąg z Warszawy do Białegostoku nie będzie odjeżdżał przed 20.

Białostockocentryzm albo inny punkt widzenia

Asfalt kończy się,
piach zaczyna się,
dawnych Prusów czas
przypomina cmentarz zarośnięty mchem,

Ile wspomnień, ile łez
za zdartymi literami kryje się
świeczka jednak pali się,
ktoś pamiętać chce

W rzucam pierwszy bieg,
kangur mój pod górę ciągnie się,
wszędzie tylko piach,
ludzi trochę brak,
góry ciągną się,
kangur ledwie zipie tchem

Nagle człowiek zjawia się
Panie – pytam – jak tu jest?
– Nie jest źle – odpowiada mi.
– Sąsiada spotkam raz na tydzień, pogadamy se.

Stromy podjazd, droga kręta jest,
wrzucam pierwszy bieg, kangur ani drgnie,
Gdzieś na zboczach konie pasą się, stara cerkiew wita mnie
obrzędowych wspomnień czar, kryją dawne drzwi

Jeszcze kilka chwil, podjazd jeden, dwa,
piach pożegna mnie, asfalt zacznie się

Powyższy obrazek powstał na kanwie wycieczki, na którą z rodziną wybraliśmy się naszym mocno zdezelowanym kangurem wokół naszej kwatery. I muszę przyznać, że zostaliśmy zaskoczeni nie tylko pięknem krajobrazu i ścieżkami, które są w sam raz stworzone na auta terenowe, ale przede wszystkim swoistym zatrzymaniem czasu. Tu bowiem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatają się ze sobą. I tworzą swoistą triadę.
Tu życie jest  proste aż do bólu. Wszystko dzieje się naturalnie, jakby zawieszone w próżni. Białystok z tego miejsca wydaje się odległą galaktyką. Tu dzieją się rzeczy banalne, a zarazem ważne dla ludzkiej egzystencji. Tu życie ze śmiercią jest za pan brat (bo lekarz z księdzem i tak by nie zdążyli dojechać). Tak jak przed wiekami.
I mimo wszystko przyciąga kolejnych osadników. Coś w tym swoistym powrocie jest magicznego, a zarazem mistycznego. Coś, co białostockocentryzm nie pozwala dostrzec.

Pogranicze w ogniu

Tak było przez wieki w miejscu, w którym się teraz  znajduje. Najpierw Krzyżacy wybili Prusów, potem Jaćwingów. Być może gdyby Jagiełło po triumfie pod Grunwaldem dobił Rycerzy Zakonnych, losy tych ziem potoczyłyby się inaczej. Gdyby po hołdzie pruskim Polacy ich sobie nie odpuścili, być może przyszłość byłaby odmienna od tej, którą znamy z historii.

Miecz i krew na stałe wpisały się w krajobraz tych terenów. A ich najbardziej okrutne dziedzictwo przypadło na lata dwóch wojen światowych ubiegłego stulecia. Wszak wielokrotnie przebiegała tu linia frontu między Niemcami i Rosjanami. Ostatnim namacalnym spadkiem logiki dziejów jest obwód kaliningradzki, który w takim kształcie jak obecnie, będzie zarzewiem potencjalnych konfliktów. Tak to już bowiem jest z takimi oderwanymi od reszty kraju terytoriami. I tylko patrzeć jak za jakiś czas powróci sprawa korytarza tranzytowego.

W latach 90. tak od niechcenia rzucili ją Rosjanie. I choć od tamtej chwili o niej przycichło, to nie mam wątpliwości, że w sprzyjających dla siebie okolicznościach Kreml do niej powróci. I jeśli dziś proponuje krajom ościennym udział w budowie elektrowni atomowej, to bynajmniej dla Europy  potencjalne zyski z tej inwestycji nie powinny przesłaniać realnych zagrożeń. I to nie tylko tych ekologicznych, ale geopolitycznych i geostrategicznych.

Żywotną racją stanu Europy, i to nie tylko tej nadbałtyckiej, jest przejęcie nadzoru nad obwodem kaliningradzkim. Oczywiście nie na drodze militarnej, bo trudno sobie to w tej chwili wyobrazić (także ze względu na potencjał wojskowy Unii). Ale skoro Amerykanie odkupili Alaskę od Rosjan, to dlaczego tego samego Europa nie powinna zrobić z Obwodem Kaliningradzkim? Transakcja ta warta jest każdych pieniędzy. O wiele bardziej niż jakieś absurdalne pomysły lotu na księżyc czy jeszcze dalej. Póki, co Rosjanie oczywiście się na nią nie zgodzą, ale kto wie, jak się potoczy przyszłość. Już teraz jednak warto, by Europa odkładała na to pieniądze. Alaska niech będzie tu wymownym przykład. Co, by bowiem było, gdyby Amerykanie jej nie odkupili i zainstalowali się na niej bolszewicy. Losy świata potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Wspominam o tym dzisiaj nie bez kozery. Siedząc tu, nieopodal granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Bo, co prawda cuda w tej części  Europy zdarzają się raz na jakiś czas, także w geopolityce, to lepiej być zawczasu zapobiegliwym i nie liczyć na nie.

A jeśli już jesteśmy przy cudach. Gdyby nie ten sprzed 89 lat, to Marchlewskim z Dzierżyńskim na stałe zadomowiliby się już wtedy w Pałacu Branickim. I dlatego wspominając ofiary sierpnia 1920 roku, także te rozstrzelane przez bolszewików w pobliżu dzisiejszego wiaduktu na obwodówce w Białymtoku, pamiętajmy, że dały one nam i Europie, 20 lat. To, co nastąpiło potem, to już inna opowieść. Na 1 września.

Ostatni jarmark nad Wigrami

Ilekroć w połowie sierpnia znajduję się w okolicach Wigier, tylekroć powtarzam sobie, że klasztor w dniach jarmarku będę omijał szerokim łukiem. Po jakiego diabła pchać gdzie tłumy ludzi. I co roku jednak w postanowieniu tym nie jest w stanie wytrwać. Podobnie było w sobotę.
W tym roku odpust był wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że trwa dwa dni.

Jak co roku okoliczne rżyska pachnące jeszcze świeżym pokosem zaroiły się od samochodów. Dla mieszkańców takie polne parkingi tego dnia to prawdziwa żyła złota. Jest ich kilkanaście, na każdym po setka samochodów, po pięć złotych od każdego. I co rusz podjeżdżają nowe, bo korek wije się  daleko od Magdalenowa.
Pojawili się też wozacy, jak w drodze nad Morskie Oko. Ale czy dla dwóch kilometrów marszu, warto męczyć konie?
Sam jarmark jak to jarmark. w zasadzie niczym nie różni się od tego białostockiego na Jana czy też innych, których w naszym regionie bez liku. Znajome twarze wystawców, podobne produkty, nawet niektórzy przyjechali z drugiego końca Polski.

A jednak w sobotę (a pewnie i tak byłoby dzisiaj) miałem nieodparte wrażenie, że to ostatni taki jarmark. Wszak – jak to napisał w swoim czasie w „Obserwatorze” prof. Adam Dobroński – dobro zmienia właściciela. Bo też od wieków posiadłości na tym półwyspie nad Wigrami zwane były dobrami. I teraz dobro to wraca do jurysdykcję kościelną. Lekko ręką oddane przez władze państwowe. Może były zbyt daleko od Warszawy, by warto było na nie łożyć? Może….. Ile tych może byśmy tu nie przytoczyli, to jednak żal, że Wigry, przez lata swoista Mekka artystów, zamyka przed nimi swoje drzwi. Czy podobnie będzie z jarmarkiem?

A może władze województwa powinny podjąć inicjatywę, by jednak zachować to miejsce dla wszystkich. Wiem, że to trudne bo pierwsze: Wigry znajdują się pod jurysdykcją kościelną diecezji ełckiej, nie będącej w granicach administracyjnej województwa Podlaskiego.
 Po drugie: wymagałoby to swoistego minikonkordatu między władzą świecką i kościelną.
Po trzecie: przekonania biskupów innych diecezji wchodzących w skałda województwa podlaskiego do wsparcia tej inicjatywy.
Po czwarte: wymyślenia sposobu na utrzymanie placówki. Ale skoro stać nas na budowę i utrzymanie opery czy świecącego pustkami przez pół roku ośrodka narciarskiego u podnóża Góry Jesionowej, to pewnie znalazłyby się pieniądze i na to. W ostateczności Unia by dała.
Po piąte: A może w ramach innej formy zarządzania, poprzez spółkę czy fundusz, w którym władze świeckie i kościelne miałyby równe udziały.
Po szóste: ta ekonomiczna kohabitacja wymagałaby swoistej rady programowej, by nie dochodziło do scysji na gruncie artystycznym. Granicy między sacrum i profanum.
Po siódme: od władz świeckich udział w takim przedsięwzięciu wymagałby nie traktowania go na zasadzie łupu wyborczego.

Spełniając powyższe warunki, Wigry mogą być nadal dobrem wspólnym. Czy jednak stać na to wszystkich?

Pusto, głucho wszędzie. Co to będzie na Szelmencie, co to będzie?

Szelment. Jakże smutne centrum turystyki w północnej części Suwalszczyzny. To, że świecić będzie pustakami w sezonie letnim było wiadomo nie od dziś. A jednak cisza, która tam zastałem była porażająca. Zero żywego ducha. A przecież miejsce to powinno tętnić życiem przez cały rok. Nie tylko w sezonie zimowym. Tym bardziej, że nad jeziorem jest drugi ośrodek o tej samej nazwie z pomostem i plażą. A jednak i tu też było cicho, jakby, kto makiem zasiadł.

W piątek, gdy była to oczywista oczywistość. Pogoda tego dnia jak pod psem. W niedzielę słońce przygrzało. I to nieźle, ale kapiących tyle, co kot na płakał.  A przecież to miejsce, jak jedyne na Suwalszczyźnie, ma zadatki na turystykę całoroczną. Z przepięknymi krajobrazami ze szczytu góry Jesionowej, aż po śmiganie jak nie na śniegu, to na wodzie. Oba wspomniane powyżej ośrodki są  skazane na siebie. I wzajemnym dopełnieniem. Czy sprostają wyzwaniom współzależności? Warto, bo jest o co się bić. Wczoraj spotkałem turystów, którzy wybierali się na spływ zagubioną rzeką Jaćwingów. – Przez trzydzieści lat gościliśmy na Mazury. – I nie żałujemy, że w tym roku zmieniliśmy miejsce wczasowania.

Bo też uroki tej części Suwalszczyzny są niezaprzeczalne. Ale sama przyroda nie wystarczy. Bo te wszystkie góry, pagórki, rzeki i jeziora wymagają infrastruktury. Podobnej jak na Szelmencie. Nie postuluję, by wyciąg był na każdym wzgórzu, ale jeśli turystyka ma być w przyszłości źródłem życia na tym terenie ( a nie wydaje mi się, że mogłoby być coś innego), to wymaga potraktowania serio. Swoistego kontraktu dla tej części województwa, z którego korzystać mogą także inne regiony. Ludzie nie muszą  jeździć na narty do Zakopanego czy Szczyrku (pewne znajdą się i tacy, którym i Alpy to za mało). Swobodnie mogą przyjechać na Suwalszczyznę. I co więcej także latem. Będzie tak pod warunkiem, że pozbędziemy się takich paradoksów jak ten w Szelmencie (ale jak już wspomniałem zbiegim czasu i on zniknie). To wymaga czegoś znacznie więcej niż tylko swoistego wytrychu jakim jest zrównoważony rozwój.
 
Bo kontrastów jest znacznie więcej. Są stylizowane gościńce, które serwowanymi potrawami wręcz zachęcając do powrotu. Ale też setki gospodarstw, w których w odróżnieniu od tych z innych części województwa, na podwórku nie stoi traktor z klimatyzacją i telewizorem, a stary, zdezolowany Ursus. Gdzie na pytanie w wiejskim sklepie ekspedientka odpowiada: Panie,  u nas najczęściej schodzi chleb i gorzka. I takich skrajności są pewnie całe połacie. Turystyka może je zniwelować, ale mądra turystyka.

Wracając jeszcze na koniec do Szelmentu, tego wojewódzkiego. Skoro już poszły na niego miliony euro, to warto było wydać jeszcze kilkadziesiąt tysięcy i zrobić porządny łącznik od głównej szosy do tej u podnóża góry. Te dwieście metrów po płytach betonowych aż kole w oczy przy gładkim jak masło, unijnym asfaltem.

Dlaczego biali czarnym tylko pięty oglądają?

Po fenomenalnym rekordzie Usaina Bolta rozgorzała dyskusja gdzie tkwią źródła tego nieprawdopodobnego wyczynu. Specjaliści wszelakiej maści mówili o łasce od Boga, która spłynęła na Jamajczyka, jego niesamowitej walorach anatomicznych i motorycznych, wreszcie o wyższości rasy czarnej predysponowanej do takich a nie innych dyscyplin sportu.

Na potwierdzenie tego ostatniego argumentu podawano, że w finałowym biegu wystartowali sami czarnoskórzy sprinterzy.  Przy okazji przypominano, że ostatnim białym, który wygrywał, przynajmniej na kontynencie europejskim z koalicją czarnoskórych biegaczy, był Marian Woronin.
To ja na tej kanwie dorzucę jeszcze Walerego Borzowa, dwukrotnego mistrza olimpijskiego w sprincie. A przed nim i po nim też byli inni biali szybkościowcy.  Choćby słynny Włoch Pietro Menea. Co jakiś czas zdarzały się wyjątki od tej reguły. Jak choćby Jessy Owens, który swoim zwycięstwem w Berlinie do furii doprowadził Hitlera czy sprinterzy, którzy swoim gestem zaciśniętej pięści do furii z kolei doprowadzili szefostwo amerykańskiej ekipy olimpijskiej skazując się na wieczne potępienie.

Wszystko to zaczęło się zmieniać gdzieś w połowie lat 80. Wtedy doszedł tak zwany  czynnik społeczny. To zaistnienia w sporcie dawało tysiącom biedoty z przedmieść nie tylko amerykańskich, ale też Kingston i innym rejonów zachodniej i południowej półkuli, dało szansę na życie (podobnie było w innych dziedzinach showbiznesu). Pisałem już o tym podczas ubiegłorocznego triumfu Bolta w Pekinie. Równocześnie nastąpił odwrotny proces wśród białych: zbytku i próżności. Nie opłacało się wysilać (i to nie tylko w sporcie), skoro łatwiej było zatrudnić Azjatę, Latynosa, Afrykańczyka i jeszcze na nich zarobić. Co dziś zostało ze wspaniałej, brytyjskiej szkoły biegaczy średniodystansowych. Gdzie następcy Sebastiana Coe, Steve Creama i innych?

Podobna erozja nastąpiła w bloku wschodnim. Póki sport był najszybszą i najbardziej masową ścieżką awansu społecznego, póty opłacało się pot i łzy wyciskać, by coś  zaistnieć. Wspomniany Woronin, Borzow, czy Bronisław Malinowski, którego pogoń za Tanzańczykiem Bayem była zaprzeczeniem, że biali oglądają tylko pięty czarnoskórym biegaczom. Po upadku socjalizmu i nastaniu wolnego rynku i w tej części świata znalazły się łatwiejsze sposoby na nieprzemęczanie się. Reasumując: czarni by wyrwać się ze slumsów, faveli i czy afrykańskiego buszu  nie mają innego wyjścia, jak tylko rwać do przodu. Biali…. swój czas mają już poza sobą.

Jaga, trenerzy magicy i Katar Grada

Ja wam mówię dobrze jest, ale nie najgorzej jest – śpiewa Andrzej Grabowski. Słowa jego piosenki jak ulał pasują do sytuacji Jagiellonii. Bo na swoim koncie ma już tylko debet trzypunktowy, a przecież w najgorszej sytuacji mogło być minus 19. I wtedy to już żadna kuracja, by nie jej nie uratowała przed game over. A tak nie najgorzej jest, jeszcze raz mówię wam.

Nie mogą tego samego powiedzieć niektórzy trenerzy. Ledwie sezon się zaczął a karuzela z posadami rozbujała się na dobre. W zasadzie to się dziwię jakie licho kusi tych, którzy przychodzą w miejsce zwolnionych. Przecież za kilka kolejek, a w najgorszym razie już po pierwszej, mogą znaleźć się w podobnej sytuacji.
Dostając angaż muszą w zamian coś obiecać. Ale jak można obiecywać, skoro gołym okiem widać, że w naszej ekstraklasie to i Salomon by nie nalał. Bo czego,  z pustego?. Jeśli przesłanką do wskakiwania na karuzelę jest chęć utrzymania się w fotelu za wszelką cenę do pierwszego zakrętu (tu się kłania scena z Dyzmy, który zszokowany po ofercie Kunickiego marzył by na posadzie utrzymać się choćby miesiąc, dopóty nie wyda się, że on nie ma pojęcia o zarządzania majątkiem), to w ogóle nie powinni parać się tym rzemiosłem. Cóż, nie od dziś wiadomo, że nasza piłka jest chora.

Za to bardzo łatwo zdiagnozować przypadłość, której nabawił się minister skarbu. Aleksandra Grada dopadł bowiem Katar. Przysłowiowy trwa siedem dni, ale ten za ministrem ciągnie się od kilku tygodni dni. Całkowicie miał zniknąć już w poniedziałek tuż przed północą, a tymczasem zanosi się na nowe objawy. I na zwykłym przeziębieniu się jednak nie skończy. A nie leczony musi może skończyć się powikłaniami. I wtedy minister będzie musiał odejść ze względu na zły stan zdrowia. A wydawało się, że wraz z upadkiem dawnego systemu (20-lecie świętowaliśmy w czerwcu), do lamusa przeszedł taki właśnie sposób kończenia z polityką?

Prawo talionu dla zwyrodnialców

„Po każdej odrażającej zbrodni łudzimy się, że już nic równie potwornego człowiek nie może zgotować bliźniemu. Zapominany, że tak samo myśleliśmy, gdy wrzucono 4-letniego Michałka do Wisły. I wtedy, gdy w Czarnej Białostockiej nauczycielka zabiła w szkole ucznia. I gdy dwóch młodych ludzi wyrzuciło z pociągu dziewczynę jadącą z Kołobrzegu do Łodzi na egzamin. I gdy trener karate w Boguszowie-Gorcach zamordował w lesie 9-letniego Sebastian, swojego ucznia.
Każda kolejny taki mord odgrzewa dyskusję o karze śmierci, ale też obala sztandarową tezę współczesnej cywilizacji, że życie jest najwyższą wartością. Bo jeżeli jest, to, dlaczego ludzie tak często się na nią targają? Może dlatego, że wiedzą, iż za naruszenie tej świętości nie spotka ich sprawiedliwa kara. Czyż popełniający to świętokradztwo nie powinien odkupić je tym samym. Skoro w tym przypadku tej sprawiedliwości nie może stać się zadość, to mówienie, że życie jest największą wartości brzmi równie barbarzyńsko, jak czyn popełniony przez trenera karate.
Stąd zamiar tłumu do linczu na zabójcy Sebastiana. Tyle, że nie byłby to sprawiedliwości, a zemsty. Prawa talionu, proporcjonalności w wymierzeniu kary, nie można jednak stosować w każdym przypadku. Są różne zabójstwa, jak na przykład na skutek wypadku drogowego czy innych zdarzeń losowych. Co zatem jest tą nieodwracalną granicą?  – Chcieliśmy tego dnia koniecznie kogoś zabić – mówili przed sądem oprawcy maturzystki z Kołobrzegu. A zatem tą granicą jest zło czynione dla samego zła, realizowane bez żadnych hamulców.
Kiełkuje ono, gdy nie odróżnia się dobra i zła. I nie ma intencji czynienia dobra. Tego, co polski filozof Henryk Elzenberg, określił istotą człowieczeństwa. I którego zabrakło nie tylko w pociągu jadącym do Łodzi czy w Gorcach, ale i w Auschwitz, Katyniu, w Kambodży, na Bałkanach. I zapewne jeszcze nieraz  zabraknie”.

Ten napisany niegdyś felieton przypominam po każdej nowej ohydnej zbrodni. Ta spod Zambrowa gdzie zwyrodnialcy porąbali siekierą i spalili 21-letnią Anię takową jest. I znowu zadajemy sobie pytanie: jak coś tak potwornego mogło się wydarzyć, ile trzeba mieć w sobie zła, by coś takiego zrobić. W końcu jak na przyszłość zapobiec takim czynom.

I dlaczego, wbrew deklaracjom wszystkich świętych w naszym kraju, życie w Polsce nie jest wartością największą. A byłoby nią, gdyby oprawcy Ani ponieśli karę sprawiedliwą: za zabranie wartości najwyższej zapłacili taką samą wartością. Najwyższą dla siebie. Swoim życiem.
I to jest powinność i obowiązek polskiego systemu prawnego. A resztę zostawmy ofierze i jej rodzinie. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczać sowim winowajcom. Amen.

Droga do domu

Po dziesięciu dniach spędzonych   na północnej Suwalszczyźnie pora wracać do głównego miasta województwa. Tego zwrotu użyłem nie bez kozery, bo mieszkańcy Suwalszczyzny cholernie podkreślają swoją odrębność od tworu administracyjnego, jakim jest województwo podlaskie. A to z kolei pokazuje na jakże fałszywych przesłankach oparli swoją reformę politycy spod szyldu rządu szefa europarlamentu. Na siłę połączyli w homogeniczny organizm obszary, które nigdy takowym się nie staną.

Co ciekawego można obejrzeć na tej północnej Suwalszczyźnie? Do wszystkich miejsc nie dotarłem, ale obowiązkowo trzeba zaliczyć Góry Cisową, Zamkową i oczywiście Jesionową. W Udziejku niesamowity gościniec, a raczej skansen, w którym na chwilę powrócimy do przeszłości tych ziem (a specjalnością goscińca są pierogi wszelakiej maści i najlepszy w tej części świata torcik makowy). Warto wybrać się na spływ Szeszupą czy pieszą wycieczką do Smolnik. Tam w punkcie widokowym rozciąga się znajomy obraz na trzy jeziora (możemy go podziwiać w scenie batalistycznej w filmie Andrzeja Wajdy „Pan Tadeusz„). Warto zajrzeć do sklepu, przypominającego dawny GS, w którym chleb z gorzką za pan brat.
No i oczywiście skoczyć nad najgłębsze jezioro – Hańczę. Widok na nie, jak ten rozciągający się ze skarpy w Mierkieniach, jest drugą pod względem atrakcyjności panoramą na Suwalszczyźnie (palmę pierwszeństwa jak dla mnie dzierży ten rozciągający się zza zakrętu w Tobołowie). I jak się uda zasaunować  w starej, ruskiej bani, a potem z niej wprost do jeziora. 
I już na koniec: przepiękne wzgórza nad jeziorem Kamenduł, gdzie cisza, spokój i stada koni. Gdzie nikt z mieszczuchów prawie nie zagląda.

Opuszczałem te tereny dzień przed dniami Suwałk. Miasto jak miasto, nic się od mojej ostatniej wizyty w nim nie zmieniło. Ale za rok… Jak grzyby po deszczu rośnie galeria handlowa, jeśli do tego  dołożymy planowany aquapark, to już wiadomo dokąd – zamiast do Druskiennik – będą jeździć nie tylko białostoczanie.
Ale do tego i do rozwoju turystyki potrzebne są inwestycje komunikacyjne, a z tym na razie krucho. Bez porządnych dróg turysta tu nie zajrzy.

Na razie straszą go krzyże przy „ósemce”. Ciągną się od Suwałk aż do Suchowoli. Nierzadko ze zdjęciami ofiar drogi śmierci. Dlatego nie dziwi złość mieszkańców Augustowa, dla których budowa kładki na ulicy 29-Listopada to marne pocieszenie i zadośćuczynienie. Rośnie jak na drożdżach (odwrotnie proporcjonalnie do obwodnicy miasta). Tyle, że tak pasuje do otoczenia jak słoń do składu porcelany. A co będzie jeśli, któregoś razu nie zmieści się pod nią tir?. Drogowcy od razu się oburzą, bo przecież wszystko wyliczyli i nie ma prawa coś takiego się stać. Ale przecież już raz ponoć wszystko też dobrze policzyli, a potem musieli poprawiać rondo na rogatkach Augustowa, bo tiry się na nim nie mieściły. A skoro już jestem przy tym rondzie: jakże wymowna jest odchodząca od niego na północ, gładka jak masło, zamknięta dla ruchu droga. Niedoszła obwodnica miasta.

Przede mną na rondzie w stronę Białegostoku skręciły trzy tiry. Nawet nie chciało mi się ich wyprzedzać, bo i tak wiedziałem, że wszystkich złapię za Katrynką. Tutaj trzeba przyznać, że w odróżnieniu od tego, co dzieje się często na białostockich ulicach, drogowcy pracują do późnego wieczora. Tak przynajmniej było, gdy wracałem do Białegostoku. Tyle, że bez dokończenia obwodnicy, tym razem Wasilkowa, węzeł Jurowce -Katrynka będzie niespełniony.

Gdy na rogatkach miasta powitały mnie dwa kominy elektrociepłowni zastanowiłem się przez moment: co zmieniło się w Białymstoku przez te dziesięć dni? Ale to już temat na inną opowieść.

Jaga wyszła na zero

Miałem rację pisząc w środę, że dobrze jest, ale nie najgorzej jest. Po czterech kolejkach Jagiellonia pozbyła się balastu ujemnych punktów, którymi została ukarana przez piłkarską centralę za grzeszki korupcyjne swojego byłego prezesa. Gdyby nie to Jaga, byłaby w czubie tabeli.
Oby tylko chłopaki nie zatracili tej passy. Z każdym meczem będzie jednak coraz trudniej. Bo więcej gier na boiskach przeciwników (a z wyjazdu nie pamiętam już kiedy żółto-czerwoni przywieźli komplet punktów). Po drugie: czekają nas mocniejsi rywale.

Ale jeszcze raz to napiszę: ja wam mówię dobrze jest, ale nie najgorzej jest.

Hakenkreuz, sierp i młot

Ten zbrodniczy sojusz zrodził się 70 lat temu. 23 sierpnia na Kremlu podpisano pakt Mołotow- Ribentrop z tajnym protokołem. Choć przez lata pozostawał on w czeluściach archiwum, to tak na dobrą sprawę światło dzienne ujrzał tuż po 17 września 1939 roku. I to w Białymstoku. No bo jak inaczej określić uściski żołnierzy Wehrmachtu  i czerwonoarmistów na dziedzińcu Pałacu Branickich. – Dzieci Soso i miot Hitlera – jak pisał w „Balladzie wrześniowej” Jacek Kaczmarski. Diabelski sojusz zrodzony przez antychrysta. Ależ czyż hitleryzm i stalinizm nie były w swej naturze szatańskimi dziełami.

Łatwiej z tą czarcią spuścizną pogodzić się dzisiejszym Niemcom niż współczesnej Rosji. Bo też w sobotę kanclerz Merkel jasno przypomniała wypędzonym, że winę za ich tragedię (lub raczej ich rodziców i dziadków ) ponoszą Niemcy, kraj, który 70 lat temu rozpętał zbrodniczą wojnę.
Tymczasem Kreml uparcie powtarza, że zmowy Stalina z Hitlerem nie było. Ta linia obrony nie dziwi, wszak to samo powtarzał ZSRR. A przecież on istnieje dalej, przekształcony w Rosję (wyjaśniam to na przykładzie kłamstwa katyńskiego podtrzymywanego przez Rosjan). Logicznie więc, że ona nie może negować tego, co było fundamentem ZSRR. A że opartym na klamstwie? Cóż, ten kraj już tak ma…

I nie wiem jak bardzo by trwał przy swoim, to tamtych dni sierpniowych przed 70 laty – jak pisał Jacek Kaczmarski – „Historia nie zapomni, gdy stary ląd w zdumieniu zastygł. I święcić będą nam potomni, po pierwszym września – siedemnasty”.

Wodzenie na POkuszenie

Czy Białystok zmienił się podczas mojej kilkudniowej nieobecności wakacyjnej – zastanawiałem się wjeżdżając  w zmierzch wielkiego miasta z odległej Suwalszczyzny. Przystąpiłem więc do zaległych remanentów. Od razu jednak moją uwagę przykuły dwa wywiady z prezydentem. Pierwszy w ‘Porannym” na kanwie wyroku, jaki zapadł w ubiegłym tygodniu w białostockim sądzie w sprawie oczyszczalni odcieków w Hryniewiczach.

Tak na dobrą sprawę prezydent nie był w nim za bardzo rozmowny. I ja się zresztą temu nie dziwię. Jednak nie z tych powodów, o których w co drugim zdaniu wspominał prezydent (że, wyrok jest nieprawomocny itd.). Dla tej sprawy o wiele ważniejsze jest postawa jaką przed sądem zaprezentował magistrat. Co skrupulatnie obecnym władzom wytknął na procesie biegły nie mogąc zrozumieć dlaczego władze miasta wydały opinie, w której napisały, że oczyszczalnia została oddana w terminie umownym. Bo coż z tego stwierdzenia wynika?

Dla mnie prostego człeka, który co prawda nie zna się na skomplikowanej technologii oczyszczania odcieków, takowy osąd oznacza ni mniej ni więcej, że oczyszczalnia działa bez zarzutów.  Przecież na zdrowy chłopski rozum nie można odebrać coś, co nie działa. Prawda? Problem jednak w tym, że przecież wszyscy, nie tylko w mieście nad Białą, doskonale wiedzą, że nie działa.
Co zatem miasto chciało osiągnąć reprezentując takie stanowisko? A może pytanie powinno brzmieć: dlaczego magistrat postąpił tak, a nie inaczej? I po co w takim razie były te wszystkie szopki z audytem w „Lechu” okresie kampanii wyborczej, skoro w tak sztandarowej sprawie jaką pilotowały poprzednie władze „Lecha” i miasta, obecne władze nie widzą żadnych nieprawidłowości. Bo przecież inwestycja została odebrana w terminie umownym.

I w tym miejscu przejdę do drugiego wywiadu, jaki ukazał się z prezydentem, tym razem w  białostockim dodatku „Gazety Wyborczej“. Wynika z niego, że doszło do mniej lub bardziej wyimaginowanego konfliktu prezydenta z jego bezpośrednim zapleczem politycznym. Przykładem rozbieżności zdań miałaby być różnica pomiędzy prezydentem a radnymi PO w sprawie patrona niedawno oddanego odcinka Trasy Kopernikowskiej (prezydent optuje za ks. Twardowskim, radni chcą ojca Pio). Innym argumentem miałoby być forowanie przez struktury Platformy Tadeusza Arłukowicza jako tego, który na kanwie sukcesu w wyborach do europarlamentu może być kandydatem Platformy na następcę Truskolaskiego.

W ogóle wywiad ten tak nieśmiało uchyla rąbka partyjno-towarszyskiej kuchni w magistracie. Nie znam kulisów jego genezy, mogę się jedynie domyślać, że powstał na kanwie ubiegłoponiedziałkowego tekstu w „GW”, w którym autor  (ten sam co przeprowadził wywiad) napisał, że „do pełni szczęścia podlaskiej Platformie brakuje stanowiska prezydenta Białegostoku. Obecny, chociaż z partią blisko związany, ociąga się z wstąpieniem w jej szeregi. To może przekreślić jego szanse na reelekcję“.
Otóż, nic bardziej mylnego.
Zaraz po wygraniu przez prezydenta Truskaloskiego wyborów napisałem, że miarą jego sukcesu będzie nie to, ile razy wstęgę przetnie na inwestycjach, ale czy i na ile uzależni się od dotychczasowego zaplecza partyjnego. Bo tylko w ten sposób może być atrakcyjny nie tylko dla dotychczasowych przeciwników, ale też i tych nie zdecydowanych. Bez zdawania się na umizgi i anse koterii partyjnej. Przytoczyłem wówczas przykłady prezydentów Katowic, Gdyni, Wrocławia.
Czy po trzech latach sprawowania władzy prezydent Truskolaski jest w stanie wybić się na taką niezależność? Ocenę pozostawiam Państwu (i liczę na komentarze). Chociaż przypominając sobie jak szybko w objęcia tej samej partii wpadła obecna minister szkolnictwa, to prezydent i tak opiera się długo.

Tyle, że nie ma to najmniejszego znaczenia. Jeśli prezydent zdecyduje się ubiegać o reelekcję, i tak zwycięstwo ma w kieszeni. Bezwzględu czy wystartuje w szeregach Platformy czy po rozwodzie z nią. Wszystko bowiem przez mizerię jego potencjalnych przeciwników politycznych i kontrkandydatów. Lewica w Białymstoku nie istnieje (co pokazały eurowybory), PiS? Darujcie Państwo, kto niby ma być jego twarzą w Białymstoku? Wszelkiego rodzaju inicjatywy niezależne z góry są skazane na niepowodzenie. Nie da się bowiem wygrać wyborów nie prowadząc aktywnej polityki od momentu zakończenia poprzedniej elekcji.

I dlatego Platforma nie jest potrzebna Truskolaskiemu, ale Truskolaski jest potrzebny Platformie. Jeśli zdecyduje się zagrać o większą stawkę niż główny fotel przy Słonimskiej. Mam tu na myśli wybory parlamentarne. Jeśli bowiem Platforma chce w końcu na Podlasiu pokonać PiS, to musi znaleźć nie lokomotywę wyborczą, a swoisty TGV, by niczym na poduszce magnetycznej wjechać na Wiejską. Bez tego dość skostniały podlaski PiS nadal będzie nie do pokonania.  Wymownie pokazały to poprzednie kampanie wyborcze (odsyłam do tekstu na Wschodzie bez zmian). Z maszynistą Truskolaskim może tego dokonać. Czy Platforma i prezydent zdecydują się na to?

Kij ma jednak dwa końce. Albowiem ceną może być utrata władzy przez PO w Białymstoku. Ktoś powie: zaraz, zaraz, ale przecież w odwodzie ma wiceprezydenta Arłukowicza. Tyle, że samo namaszczenie przez lidera regionalnego to za mało, by przekonać wyborców. Tych spoza koterii partyjnej. A wtedy miezerna przy Truskolaskim opozycja przy innym kandydacie Platformy wcale takową może nie być.

Bo problem z wiceprezydentem Arłukowiczem polega na tym, że wbrew temu, co usiłuje się nam w mówić,  nic wyborczego ponad region nie wygrał (wystarczy przypomnieć rok 2007). A już na pewno nie eurowyborów. Co to bowiem za sukces, skoro nie dość, że nie przekonał do siebie tych, co nie poszli na wybory, to jeszcze dał się ograć Olsztynowi. Mało tego. Gdyby Cimoszewicz wystartował w eurowyborach, to o wyniku Arłukowicza nikt vy się nie zajęknął.

Ktoś może powiedzieć: do trzech razy sztuka. Nie udało się w 2007 roku, nie udało się w obecnym, to pewnie za rok. Być może, ale mnie bardziej w tym momencie przypomina mi się sytuacja z meczu w austriackiej, bodajże drugiej, lidze futbolowej. Niechlubnym bohaterem owego spotkania był obrońca gospodarzy, który strzelił  trzy bramki samobójcze.
 Na konferencji prasowej dziennikarze pytają się trenera gospodarzy, dlaczego po pierwszej bramce nie zdjął pechowca z boiska. – Myślałem, że jak to często bywa w podobnych sytuacjach zawodnik się zrehabilituje – odparł selekcjoner.
– No dobrze – dociekają dziennikarze. – To dlaczego nie zdjął go pan po drugim samobójczym golu.
– Myślałem, przyznał z rozbrajającą szczerością trener, że nic gorszego już się zdarzyć nie może.

I to samo grozi Platformie. Dostrzeżenie tego wymaga zaprzestania wodzenia na POkuszenie. Ale to już nie mój problem.

Bubel na basenie przy Włókienniczej, czyli zatopiona rewolucja

Tydzień temu Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji obwieścił, że dokonał epokowej rewolucji w dziejach Białegostoku. Konkretnie zaś w sprawie zapisów na pływalnię przy Włókienniczej.
O wyjątkowości tego basenu wśród nielicznych pozostałych białostockich pływalni pisałem równo rok temu. W tekście „Psalm stojących w kolejce” jasno wyjaśniłem z czego wynika tasiemiec białostoczan kłębiących w przed drzwiami MOSiR-u noc pod koniec sierpnia (sam byłem jednym z nich). Odsyłam do tego tekstu (w skrócie przypomnę, że rzecz się tyczy ilości pływalni w mieście, ale przede wszystkim osoby Lecha Grodzkiego, który stał się żywą legendą białostoczan).

By ukrócić te kolejki władze MOSiR-u postanowiły w tym roku wprowadzić elektroniczną rekrutację przez Internet. W ubiegły wtorek spece od promocji w MOSiR-ze odtrąbili sukces. – Po trzech godzinach wszystkie karnety rozeszły się na pniu. Co więcej, obyło się bez kolejki jak w poprzednich latach – napisał do redakcji specjalista odpowiedzialny w MOSiR za kontakt z mediami.
Podobnej treści wisi wpis jest stronie interenetowej MOSiR. Tyle, że po tygodniu całą tę rewolucję zmiotło tsunami stojących w kolejce.
Bo ta wczoraj popołudniu znowu ustawiła się w budynku  przy Włókienniczej. Ludzie stali godzinami, by zapłacić za dokonaną w ubiegły wtorek rezerwację. I przeklinali,  nierzadko odchodząc z kwitkiem od okienka, które w końcu nieradząca sobie z sytuacją kasjerka zamknęła im przed nosem.
A wszystko dlatego, że elektroniczne zapisy niczego nie rozwiązały, bo i nie mogły. Białostoczanie musieli bowiem ustawić się w kolejkę, by po pierwsze zapłacić za rezerwację, po drugie – odebrać karnety. I ta procedura ciągnęła się w nieskończoność. Moi znajomi trzy razy podchodzili wczoraj do tej kolejki. W końcu sobie odpuścili. Po trzech godzinach.
Na Włókienniczą wpadłem wczoraj po godz. 18. I muszę przyznać, że zawiedzione twarze białostoczan robiły piorunujące wrażenie.  Było w gruncie rzeczy podobnie jak w latach ubiegłych, a w zasadzie jeszcze gorzej, bo stworzono białostoczanom iluzję nowoczesności i tego, że może być w końcu normalnie. Wyszło jak zawsze.

A przecież można było trochę pomyśleć. Posadzić kilku pracowników do obsługi klientów, wydłużyć godziny otwarcia kasy, częściowo zrezygnować z terminu 25 sierpnia jako ostatecznego, po którym brak opłaty za kurs przekreśla cała rezerwację elektroniczną. Rozumiem, że termin ten jest niezbędny w przypadku pierwszego kursu (wrzesień-październik), ale dla pozostałych (od listopada do czerwca) już niekoniecznie. W ten sposób można zaoszczędzić na czasie. Wypisywanie karnetów na odległe miesiące, wertowanie stron w biblii-zeszycie zapisów ( mimo rekrutacji elektronicznej okazał się nie zastąpiony), grzebanie w komputerze, wydłużyło kolejkę w nieskończoność. Ponadto MOSiR mógłby poskromić swoją pazerność i nie żądać za wszystkie kursy opłaty z góry (za pierwszy kurs tak). To nie tylko także dodatkowo wydłuża czas oczekiwania w kolejce, ale nijak ma się do społecznej odpowiedzialności władz miasta w stosunku do białostoczan. Zwłaszcza w perspektywie zbliżającego się roku szkolnego i wydatków z tym związanych.

Dzisiaj sam ustawiłem się w kolejce. Na dwa rzuty. Pierwszy raz o godz. 6. Tak, to nie przewidzenie, bo po wczorajszym zamieszeniu władze pływalni postanowiły kasę odtworzyć rano. Ba, posadziły drugą osobę do pomocy kasjerce. Nie na wiele się to jednak zdało, bo od okienka (byłęm piąty w kolejce) odszedłem po półtorej godzinie. Po raz drugi ustawiłem się w niej godzinę później (przerwa była mi potrzebna by wypłacić z bankomatu pieniądze na karnety dla drugiej córki). I tym razem od okienka (też piąty w kolejce) odszedłem po półtorej godziny. W międzyczasie w korytarzu pojawiła się kartka, że można płacić na konto. Tyle, że na niewiele by się to zdało. Bo termin płatności wyznaczono do dzisiaj, a po drugie i tak z potwierdzeniem wpłaty trzeba ustawić się dzisiaj w kolejce, by odebrać karnet.

Reasumując: w poniedziałek znajomi stali parwie cztery godziny. Ja sam dzisiaj trzy. Razem siedem, czyli mnie więcej tyle, co w ubiegłym roku. A przecież miało być inaczej.

Przed pływalnią na Włókienniczej jest dmuchany banner reklamowy MOSiR. Spoglądając na niego po odejśćiu od kasy stwierdziłem:  przydałoby się mniej lansu i blichtru, a trochę więcej pomyślunku. I bez chwalenia dnia przed zachodem słońca. Bo ten nie skończył się w ubiegły wtorek wraz z rezerwacją ostatniego karnetu, ale dzisiaj po odejściu od kasy ostatniego klienta.

PS. Przed godz. 12, tak z ciekawości i dziennikarskiej rzetelności, zajechałem na Włokienniczą jeszcze raz. W kolejce stało 15 osób. I jak Państwo sądzicie, co myśleli o elektronicznej rekrutacji.

Lewoskręt

Od kilku dni korciło mnie wykonać manewr niedozwolony. Przynajmniej takim był przed remontem ulicy Sienkiewicza. Chodzi o skręt, jadąc od Piłsudskiego,  w lewo w Ogrodowa. Przed modernizacją wisiał znak zakazujący tego.
Przez ostatnich kilka dni obserwowałem, jak inni kierowcy nieśmiało, tak jakby ukradkiem, skłaniali się taki lewoskręt zrobić. Ale nikt nie miał odwagi, chociaż żadnych znaków zabraniających tego na skrzyżowaniu nie było. – W takim razie spróbuję przy najbliższej nadarzającej się okazji – pomyślałem. – Raz kozie śmierć.
A w zasadzie drugi raz, bo już podobny incydent miałem na swoim koncie, wczasach kiedy Rynek Kościuszki był jeszcze otwarty dla ruchu. Byłem święcie przekonany, że skręcając z Sienkiewicza w Rynek Kościuszki można dokonać błyskawicznego lewoskrętu w Suraską. Utwierdzały mnie w tym liczne przykłady kierowców, którzy tak właśnie robili. – Skoro to czynią, to wiedzą, co robią. Przecież tak nagminnie zakazu nie łamaliby – pomyślałem pewnego lutowego wieczoru i zrobiłem to samo. Za chwilę okazało się, w jakim byłem błędzie.

Po przejechaniu kilku metrów Suraską nagle przed szybą mignęła mi lizakiem policjantka. – Skąd u licha ona się tu wzięła – zastanawiałem się dając po hamulcach.
Po chwili okazało się, że z zaparkowanego poloneza ukrytego za ośnieżonymi krzakami osłaniającymi wówczas fontannę.
– Czy Pan wie, dlaczego Pana zatrzymała – wali tak do mnie bezpretensjonalnie prosto z mostu policjantka.
A ja na to szczerze:  – Nie mam bladego pojęcia.
– No to pięć punktów karnych i sto złoty mandatu – kasuje mnie z wyraźną ironią i zadowoleniem.

Nie mam pewności, ale podejrzewam, że byłem jedynym, który w ten sposób zapłacił karę za ten lewoskręt (znak zakazu wisiał przed empikiem, ale zupełnie nie rzucił mi się w oczy). Tym bardziej, że kilka tygodni później, ze względu na przebudowę rynku, na taki manewr pozwolono.

Pomny tamtej historii miałem opory, by podobnego lewoskrętu dokonać w Ogrodowa, ale tu faktycznie żadnych znaków nie było. Sprawdzałem przez trzy kolejne dni. Zupełnie pusto. I dzisiaj skręcając z Piłsudskiego w Sienkiewicza specjalnie ustawiłem się za wczasu na pasie, który umożliwiał taki manewr.
Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy dojeżdżając do punktu „zero” wyrosły, dosłownie jak grzyby po deszczu, znaki zakazujące nie tylko tego manewru. A przysiągłbym, że ich dnia poprzedniego nie było.

W gruncie rzeczy jednak – pomyślałem  – drogowcy uratowali mi kieszeń. Bo nie miałem pewności,  że po lewoskręcie na parkingu przy „odzieżówce” nie czai się patrol drogówki (już nie w polonezie, bo tych policja się pozbyła), a w nim kolejny anioł stróż w spódnicy. Na dodatek pamiętliwy, że owego lewoskrętu nie można czynić. Nawet jeśli znaków nie ma.

Ugór zarasta chaszczami, a po przeciwnej stronie Jurowieckiej handel kwitnie

Uliczkę znam w Białymstoku, w uliczkę wyskoczy… straż miejska – ta parafraza dawnego szlagieru przyszła mi do głowy na widok scen z zamkniętego odcinka ulicy Fabrycznej, przy placu Inwalidów. Mimo że teren wystawiony jest na sprzedaż, straż miejska przymrużała oko na handel pietruszką, rzodkiewką i inną drobnicą. Do tego stopnia, że z każdym dniem te kilkadziesiąt metrów przed mostkiem coraz bardziej przypominało minibazarek. Ale wczoraj z rana opustoszało! Na asfalcie stał tylko charakterystyczny „kangur” strażników miejskich.
 Być może był to jedyny sposób, by pozbyć się handlarzy alkoholu czy papierosów bez akcyzy. A może, w związku z zapowiedzią kolejnego przetargu na plac Inwalidów, miasto postanowiło w końcu tak przygotować tę ponoć najdroższą na wschód od Wisły działkę, by i dla oka była atrakcyjna.
Przeto prawe oko na plac Inwalidów, lewe na… drugą stronę Jurowieckiej. Bo tam, pod były dom pogrzebowy, przeniósł się cały ów nowalijkowy minibazarek. I pewnie z każdym dniem – w końcu nastał na nie sezon – będzie się rozrastał. Bo, parafrazując z kolei inne słynne zdanie, tak jak życie znajdzie sposób, tak i handel nowe miejsce. Na przekór zakazom.  

Powyższy felieton napisał na początku maja, a przypomniałem sobie o nim idąc dzisiaj piechotą Fabryczną przecinając Jurowiecką i dalej Malmeda. Bo też owy handel rozrósł się pokaźnie. Nie jest on oczywiście na miarę tego, jaki kwitł na placu Inwalidów i sąsiedniej działce (bo i czas inny i mniej miejsca), ale sięga już prawie biurowca na rogu Jurowieckiej i Sienkiewicza, a z drugiej strony podchodzi pod budynek inspekcji pracy. I z każdym dniem rośnie asortyment sprzedawanych tam towarów.
Pewnie późną jesienią i zimą handel zaniknie, ale nie mam wątpliwości, że wiosną się ponownie się odrodzi. I nadal będzie solą w oku władz miasta. Czyż bowiem jednym z powodów zlikwidowania bazaru na placu Inwalidów nie było przekonanie, że taki ferment w środku miasta nie przystoi. A tymczasem dzisiaj po drugiej stronie ulicy jest taki sam. Z tą różnicą, że miasto w tym przypadku jest bezradne i same sobie winne. Ale w końcu handel, tak jak życie, znajdzie zawsze jakiś sposób. Chociaż patrząc na coraz bardziej zarastający chaszczami ugór tam gdzie niegdyś stały budy i szczęki można mieć wątpliwości.

Westerplatte, Putin i wuj Sam

Czy były sekretarz obrony William Perry, dziś szacowny emeryt w gronie establishmentu amerykańskiego po stronie Demokratów, jest odpowiednim rangą wysłannikiem administracji amerykańskiej do Polski na uroczystości upamiętniające wybuch II wojny światowej?

Być może odpowiedź na „tak lub nie” jest ważne dla naszych polityków. Do tego stopnia, by wywołać kolejny spór. Dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia. O wiele ważniejsze jest bowiem to, że na Westerplatte obecni będą „spadkobiercy” dwóch narodów, które nas wtedy, we wrześniu 1939 roku, zaatakowały: kanclerz Niemiec i premier Rosji. I jeśli nawet by milczeli, to ich obecność będzie miała wymiar nie tylko symboliczny. Zwłaszcza Putina.

O ile Niemcy wiedzą, że II wojna światowa rozpoczęła się 1 września, to Rosjanie, nadal żyją w przekonaniu, że 22 czerwca 1941 roku. Tymczasem wizyta Putina podważa ten stereotyp. Oczywiście najlepiej, byłoby gdyby przejechał on 17 września, i to na nasze ziemie wschodnie, i powiedział: Nasza wina, nasza bardzo wielka wina.
Póki, co jedno i drugie, jest nierealne. Zwłaszcza jak się patrzy na to, co rosyjska propaganda czyni w ostatnich dniach.

I tu mały wtręt. W pierwszym odcinku “Czterech pancernych i psa” (serial ten pokazujące wojnę zgodnie z wytycznymi propagandy PRL) jest scena, jak Janek Kos bije się z Gruzinem Sakaszwilim o to, kiedy wybuchła. Na harde pytanie i zarazem stwierdzenia Kosa: “A kto bił się pierwszy z Hitlerem na Westerplatte„, Gruzin sowiecki odpowiada: “Westerplatte? Trudno wymówić, a poza tym to was w dwa tygodnie pobili”.

W tym miejscu podkreślę jeszcze raz: obecność 1 września szefa rosyjskiego rządu, może przełamać wśród Rosjan ową amnezję. Bo usłyszą o Westerplatte (tyle razy, że nazwa nie będzie dla nich już taka trudna), zapewne też o 17 września i jak to z tymi dwoma tygodniami naprawdę było, może o Katyniu (nie wyobrażam sobie by wspomniane terminy nie padły z naszej strony). Być może zaczną potem zadawać sobie pytania, mieć wątpliwości. I tego propaganda rosyjska już nie cofnie i nam nie zabierze. Więc nie licytujmy się kogo na rocznicę podsyła nam wuj Sam.

A skoro już jesteśmy przy Aliantach. To chciałbym z ust wysłanników rządów Francji i Wielkiej Brytanii (bez znaczenia na ich rangę) też usłyszeć: przepraszam. Za 3 września, za wypowiedzenie wojny na papierze. Być może gdyby nie ich tamta bierność, wszystko potoczyłoby się inaczej…

Obietnica po białostocku

Stał w Białymstoku niegdyś dom. Dla niektórych niemal wschodzącego słońca. Lokatorzy zmieniali się w nim codziennie. Bo poranki nie należały do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza gdy bólowi głowy towarzyszył brzęk opróżnianych kieszeni.

W owym czasie dom ten nie różnił się od innych stojących w sąsiedztwie. W większości odrapanych, zniszczonych, chylących się ku upadkowi. Na ulicy, która ponoć uchodzi do dzisiaj za jedną z najpiękniejszych w mieście. Mimo tych wszystkich ułomności ów upadający przytułek miał  w sobie  walor klasy zerowej (jak na realia białostockie).

Do czasu. Bowiem nastał w historii miasta moment wyjątkowy. Wydarzenie jakiego nigdy nie było, i pewnie już nie będzie. By nic nie utrudniało jego przebiegu, dom wschodzącego słońca rozebrano, lokatorów przeniesiono w inne miejsce. Nikt nie protestował. Bo wszyscy byli zgodni, że wymaga tego powaga tamtej chwili. Zresztą obiecano, że dom zostanie odbudowany. Tyle, że do dziś przyrzeczenia tego nie spełniono. A od tamtej chwili minęły już dekady niemal ….

– Gdy składano ową obietnicę, nie mieszkałem jeszcze w Białymstoku  – odpowiadam tym, którzy z kolei mnie pytają, jak to jest z prawem, przyrzeczeniami i obietnicami publicznymi. Bo czyż nie powinno być tak, że pacta sund servanta mimo rebus sic stantibus. Bez względu na to, kto jest ich suwerenem.

I chcąc nie chcąc muszę przyznać rację wszystkim pamiętającym tamtą obietnicę. Także dlatego, że gdyby jej dotrzymano (bez powrotu lokatorów, bo oni znaleźli już na dobre inne miejsce), to dzisiaj nie byłoby tyle hałasu o następcę, który wyrasta w miejsce rozebranego przed laty domu wschodzącego słońca.

Jagiellonia Wisły nie przeszła, ale ma już ją za sobą

Z każdym meczem będzie coraz trudniej. Bo więcej gier na boiskach przeciwników (a z wyjazdu nie pamiętam już kiedy żółto-czerwoni przywieźli komplet punktów). Po drugie: czekają nas mocniejsi rywale.

I po tygodniu słowa te się sprawdziły. Nie ma co rozdzierać szat po porażce z Wisłą. Wszystko jeszcze przed nami. Oby tylko chłopaki na tych wyjazdach z taką bojaźnią nie wychodzili na boisku gospodarza. A z relacji radiowej Jarosława Kułakowskiego wynikało, że od początku ustawiła ona przebieg gry.

Ale ogólnie nie najgorzej jest.

Idiota pod publicznym pręgierzem

Nikt nie wmówi mi, że oszołomiony hormonami, pryszczaty od trądziku młodzieńczego siedemnastolatek może być faszystą albo nazistą, bo do tego też potrzebna jest jakaś ilość intelektualnej refleksji, której ci młodzieńcy w sobie raczej nie są w stanie wskrzesić, zważywszy chociażby na kontekst ich zachowań, które należy raczej rozpatrywać w kategoriach psycho- i socjopatologii – pisał w tekście „Honor miasta w rękach idiotów” Mirosław Miniszewski.

I jak by na potwierdzenie tych słów zdarzenie z ostatnich dni. Policja zatrzymała młodzieńca, który w przeddzień zakończenia kongresu esperanto oblał farbą pomnik Zamenhofa. Zważywszy na czas, kontekst tego czynu nasuwał się sam: pomnik nie został zniszczony dlatego, że Zamenhof wymyślił esperanto, ale dlatego, że był Żydem.  I że to kolejny elementem ciągu ekscesów o nastawieniu nazistowskim, których doświadczył Białystok w ostatnim czasie.

Jaka kara powinna zatem spotkać sprawcę czynów o takim podłożu? Instyktownie czujemy, że na pewno zadośćuczynienie materialne za szkody, ale też osobiste w postaci kary pozbawienia wolności. Wszak w prawie wystąpienia podszyte treściami gloryfikującymi nienawiść etniczną, narodową czy rasową są zakazane.
Ale jak ukarać 17-latka, który  niszczy pomnik i nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyć?.

Miniszewski w takim wypadku proponuje, by w mediach zamiast podpisywać fotografie: “Oto młody nazista”, napisać po prostu: „Zobacz, jak wygląda idiota”:  Nic gorszego nie można uczynić, niż ujawnić ograniczonym intelektualnie ludziom możliwość ideologicznego podłoża ich działań, tak, że naprawdę uwierzą w to, że są, dajmy na to, faszystami. Przecież te dzieci pierwszy raz swastykę widziały albo na ścianie swego bloku, albo też w gazetowej fotografii uwieczniającej wybryk któregoś z im podobnych wandali, a o Adolfie Hitlerze wiedzą tyle, że nosił oryginalnego, jak na współczesny gust, wąsa”.

Jak jednak prawo ma potraktować takiego idiotę? Czy zadośćuczynienie materialne za zniszczenie pomnika i ewentualna kara pozbawienia wolności będzie współmierna do poziomu intelektu tego siedemnastoletniego wandala?
A może powinien postąpić tak, jak żona pewnego niewiernego Amerykanina, która za popełnione przez niego grzeszne sprawki, wymierzyła mu srogą, dotkliwa, a przy tym pozamałżeńską karę.  William Taylor z Centreville (Virginia, USA) zdradzał żonę. Żeby ją przeprosić, oznajmił to całemu miastu, a po paru godzinach wiedział już niemal cały świat. Taylor stał na poboczu bardzo ruchliwej drogi i ze skruszoną miną oznajmiał wszystkim, którzy go mijali, za pomocą tablicy zawieszonej na szyi: „Zdradzałem żonę a to jest moja kara”.

Być może gdyby taki 17-latek, który w Białymstoku zniszczył obelisk,  stanął na skwerze przy pomniku Zamenhofa z tablica u szyi i z napisem: „ Jestem idiotą, a to jest moja kara”,  to może zdobędzie się  jak pisze Miniszewski – na odrobinę autorefleksji. Wszak dopóki człowiek żyje, może zmienić swoje życie – wystarczy tylko trochę nad sobą pomyśleć.

“A więc wojna…”

„A więc wojna…” – te słowa spikera polskiego radia z 1 IX 1939 r. wydaje się, żna zawsze brzmią w uszach. Podobnie jak słynna mowa Józefa Becka, słowa Jana Pawła II wypowiedziane na placu Zwycięstwa podczas pierwszej pielgrzymki do Polski czy Wałęsy, który 31 sierpnia 1980 ogłaszał:  “mamy niezależne, samorządne, związki zawodowe. 

“A więc wojna…”
Gdy padały pierwsze strzały na Westerplatte jego obrońcy wierzyli, że musżą wytrwać kilka godzin. Walczyli siedem dni. Gdy 3 września Angla i Francja wypowiadały wojnę Niemcom, mieszkańcy bombardowanych polskich miast ufali, że wkrótce wojna się skończy. Tymczasem broniliśmy ponad miesiąc, zanim pod Kockiem zakończyły się regularne działania zbrojne w kampanii wrześniowej. Od 17 września walcząc na dwa fronty z dwoma najeźdcami.

 ”A więc wojna…”
Jak współcześnie ogarnąć skalę tamtego zrywu obronnego, nie tylko regularnej armii, ale całego społeczeństwa? I ile trwałby zryw pokolenia hołubiującemu jakże przeciwstawnym wartościom niż te, które pozwoliły wytrwać w walce ich przodkom 36 dni, a poźniej przetrwać wojnę. Pokolenia wychowanego na łatwości życia, frywolności, bezstresowości, nie na mleku, ale narkotykach, seksie, rozpuście, telenowelach, paradygmatem sobotniej dyskoteki,  itd. (listę można mnożyć  w nieskonczoność). Czy w ogóle byłoby one, owe współczesne lub przyszłe pokolenia,  do tego zdolne?
Nie chcę być fałszywym prorokiem, ale myślę, że wszystko skończyłoby się, znacznie szybciej niż 70 lat temu  (i bynajmniej nie mam na uwadze trwałości dzisiejszych sojuszy obronnych ani potencjału militarnego naszej armii, zresztą zachowując odpowiednie proporcje czasowe i techniczne, to we wrześniu byliśmy lepiej uzbrojeni niż teraz). Chodzi mi oto swoiste lepiszcze budujące tkankę wyznaczającą jestestwo wspólnoty zamieszkującej terytorium określane na mapach terminem: “Na zachód od Bugu, na wschód od Odry. Na południe od Bałtyku, na północ od Tatr”.

Ja takiego lepiszcza nie dostrzegam. “A więc…”, po ilu dniach nad tym obszarem zatrzepotałaby biała flaga?

Rosja uznała swoje winy, choć nigdy tego nie powie

Co będziemy za rok wspominać 1 września? 71. rocznicę wybuchu wojny czy może 1. rocznicę wizyty w Polsce  Władimira Putina?  O swoich oczekiwaniach związanych z uroczystościami w Gdańsku napisałem w tekście „Westerplatte, Putin i wuj sam”. I muszę powiedzieć, że to, co wczoraj się tam wydarzyło, potwierdza zawarte w nim tezy.

W prawie międzynarodowym funkcjonuje termin: uznanie. W gruncie rzeczy bardziej jest kategorią polityczną niż jurystyczną, ale niemniej umocowanie w prawie ma. Odnosi się ona zazwyczaj do uznania jakiegoś rządu (państwa mniej, bo ono samo z siebie nie wymaga uznania, chociaż państwo nieuznawane na arenie międzynarodowej ma zazwyczaj na niej poważne kłopoty- przykład dawnego NRD czy Chin Ludowych przed wizytą Nixona w Pekinie, a po niej Tajwanu, lub też RPA w czasach apartheidu).
Są różne formy owego uznania. Między innymi uznanie milczące. Następuje ono nie w sposób jawny na mocy deklaracji podmiotu uznającego, ale na podstawie zaistnienia pewnych faktów, z których domyślamy się, że w rzeczywistości  podmiot uznający uznał inny podmiot za pęłnoprawnego członka społeczności międzynarodowej.  Następuje ono zazwyczaj wtedy, gdy państwo uznające z pewnych względów prestiżowych lub historycznych nie może sobie pozwolić na taką deklarację. I tak jest ze współczesną Rosją. Nie doczekamy się nigdy  z ust jej przedstawicieli tego, na co tak bardzo liczymy, ale na podstawie zdarzeń, możemy de facto uznać, że w zasadzie to się już dokonało.

Po pierwsze: jeszcze zjazd deputowanych ludowych ZSRR w końcówce jego żywota potępił pakt Ribentrop Mołotow. Po drugie: 13 kwietnia 1990 roku ukazał się komunikat agencji TASS, potwierdzający odpowiedzialność NKWD za ten mord i określający go mianem jednej z największych zbrodni stalinizmu. Przyznanie się przywódców politycznych Związku Radzieckiego w dniu 13 kwietnia 1990 roku i później słowa przywódcy Rosji Borysa Jelcyna wypowiedziane podczas jego wizyty w Warszawie, są wystarczającym, nieodwołalnym  i jednoznacznym przyznaniem się Rosji  do odpowiedzialności za Zbrodnię Katyńską.
Po trzecie: symboliczny gest Putina kilka lat temu pod pomnikiem Powstania Warszawskiego, przy którym oddał hołd jego bohaterom. Czyż nie jest to najbardziej wymowne przyznanie się do tego, że stanie bezczynne sowietów na drugim brzegu było zbrodnią.
Po czwarte: dzisiejsza wizyta na Westerplatte. Akt ostateczny, dopełnienie całego procesu, bo choć niewypowiedziane , to jakże wymowne  – obecnością tego dnia i w tym miejscu – przyznanie się do agresji na Polskę.

Powyższe cztery fakty-symbole świadczą jednoznacznie, choć jeszcze raz powtórzę, nigdy jawnie tego z ust przedstawiciela Kremla nie usłyszymy, że współczesna Rosja, jako kontynuatorka Związku Radzieckiego, poczuwa się do swojej winy i odpowiedzialności za niegodziwości wyrządzone Polsce w okresie II wojny światowej. 
I dlatego możemy spokojnie stosować metodę faktów dokonanych. I od wczoraj pisać i mówić opierając się na prawie i zwyczaju międzynarodowym, że Rosja uznała swoje winy wobec Polski. Milcząco, ale jednak. Nawet, jeśli Kreml ustami swojej propagandy bedzie szedł w zaparte.

Religia w szkole – tak daleko od Boga, tak blisko polityka

Młodzież wypełniająca ogródki na Rynku Kościuszki to już tradycja. Tak było podczas matur czy po zakończenia roku szkolnego, tak też było i we wtorek. Zdziwiło mnie jednak, co innego. 
Na moim osiedlu widziałem jak młodzież do pobliskiego gimnazjum podążała skuterami. Mogą zrozumieć taką wyprawę (choć z bardzo dużymi zastrzeżeniami) tych, którzy mieszkają na drugim końcu miasta. Aczkolwiek powinni skorzystać ze środków publicznego transport bądź prosić rodziców o podwiezienie. Ale młokosy mające do szkoły o przysłowiowy rzut beretem, a podjeżdżają pod nią skuterami? By się pokazać, błysnąć przed kolegami? 
Czyż nie przypomina to parafian, którzy mieszkają obok kościoła i podjeżdżają pod niego samochodami? I w ten sposób pośrednio przechodzę do drugiego obrazka z rozpoczęcia roku szkolnego, jakim była demonstracja Młodych Socjalistów. Rozdawali oni przed liceami i technikami ulotki, w których domagali się, by szkoła była świecka. Jeden z nich dziwił się, że w technikum elektrycznym jest tyle samo godzin religii, co matematyki.
A mnie nie dziwi. Co więcej kwestionują zasadność religii w szkołach tak na dobra sprawę, kwestionują coś jeszcze. I strzelają sobie samobója logicznego, co prawdziwemu socjaliście nie przystoi. Ale jak się jest socjalistą salonowym
Religia powinna być w szkołach. Wyjaśnię to w oparciu o tekst (napisałem go dwa lata temu), w którym uzasadniałem, dlaczego religia powinna być zdawana na maturze, (co jest skutkiem uczenia jej w szkole). Nie będę podawał linku, a przytoczę tekst w całości.

“Teoretycznie powinno być tak: matura tylko z przedmiotów ścisłych. Dlaczego? Bo tylko ją da się ocenić w sposób niebudzący jakichkolwiek wątpliwości.
A po drugie, i to jest najważniejsze, politycy raz na zawsze odczepiliby się od oświaty. Chyba, że kazaliby na maturze obliczyć prawdopodobieństwo dostania się partii rządzącej do kolejnego parlamentu.
Największym problemem naszej edukacji, obok braku pieniędzy, jest jej upolitycznienie. Tak było ponad dekadę temu, gdy ministrem edukacji został Jerzy Wiatr, główny architekt socjologii marksistowsko-leninowskiej w PRL. Nic dziwnego, że na znak sprzeciwu przez kraj przetoczyły się protesty organizowane przez partyjne prawicowe młodzieżówki pod hasłem “Uczniowi zawsze Wiatr w oczy”. Protestowała też Solidarność i Kościół katolicki. Zwłaszcza wtedy, gdy minister Wiatr zapowiedział powołanie seksuologa Zbigniewa Lwa Starowicza na stanowisko ministerialnego eksperta ds. wychowania seksualnego. I gdy zwrócił się do dyrektorów szkół, żeby w klasach, gdzie nie wszyscy uczniowie chodzą na religię, umieszczać katechezę na pierwszej albo ostatniej lekcji. Zaprotestował sekretarz episkopatu, bp Tadeusz Pieronek: – To wyraz nietolerancji wobec uczniów i powrót do PRL.
Oliwy do ognia dolewał sam Wiatr, oświadczając, że wychowaniem w szkole zajmuje się nauczyciel, nie rodzice. – Żadne gremium rodzicielskie nie będzie cenzurować nauczyciela.
Po tej wypowiedzi przyszła cała fala krytyki. Jan Łopuszański (ZChN) mówił: – Minister edukacji Jerzy Wiatr swoją działalnością przyczynia się do rozwoju zdziczenia. To skandaliczne, że odmawia rodzicom prawa wpływania na rodzaj edukacji, którą dziecko pobiera w szkole.
Wiatr na zarzuty odpowiadał: – W demokracji jest jeden bardzo prosty, wypróbowany sposób zmiany ministrów. Polega na wygraniu wyborów. Koniec!
O wydarzeniach sprzed dziesięciu lat wspomniałem, dlatego, że przypominają to, czego doświadczyliśmy w epoce giertychowskiej. Te same zarzuty, lecz w innej retoryce (zamiast haseł o fanatyku marksistowskim, słyszeliśmy głosy o fanatyku skrajnie narodowym). Każdego dnia uczniowie, rodzice, nauczyciele i opinia publiczna zarzucana była coraz to nowymi, sprzecznymi wewnętrznie pomysłami na polską szkołę. I nawet, jeśli niektóre miały sens, to problem Giertycha polegał na tym, że nie potrafił on przekonać opinii publicznej, iż wynikają one z racjonalności, a nie ideologicznego fundamentalizmu. A jednym z pomysłów, który podchwyciła minister Katarzynę Hall i za który została skarcona przez Donalda Tuska, był egzamin dojrzałości z religii.
Od razu przypomniała mi się moja matura z religii. Zaliczyłem ją tylko na ocenę dobrą, bo miałem zbyt inny punkt widzenia na rolę kościołów i zakonów we współczesnym świecie niż ksiądz egzaminator. Nikt mnie do niej nie zmuszał. Była zgodna z tradycją, w której się wychowałem, jak też chęcią zdobycia wiedzy religijnej. Ale też zdawałem ją w czasach, gdy religia nie była przedmiotem nauczanym w szkołach. A opozycja wobec systemu komunistycznego uczyniła z katechezy parafialnej swoistą wartość.
Gdy odbywała się w salkach parafialnych, była czymś poza szkolną rutyną, czymś niestandardowym, z własną tożsamością. Służyła integracji wiernych. Dawała poczucie bezpieczeństwa, bo ufaliśmy, że członkowie tej wspólnoty przyjdą z pomocą, gdy znajdziemy się w trudnej sytuacji.
I choć później moje związki z Kościołem układały się różnie (teraz znowu bliżej niż dalej), to nie mam złudzeń, że we współczesnej polskiej szkole katecheza nigdy nie będzie tak ważna, jak matematyka, angielski, polski, historia (i inne przedmioty, z których trzeba zdać maturę, by myśleć o wymarzonych studiach). Nic dziwnego, że jest traktowana, jako okazja do odrobienia zadania domowego czy przygotowania się do kartkówki. I nie zmienią tego żadne decyzje administracyjne.
Poza tym “bycie na świadectwie” to żaden gwarant uczniowskiego szacunku. Piątka z WF ma taki sam wpływ na średnią, jak piątka z matematyki, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że większość uczniów (a zwłaszcza większość rodziców) zdecydowanie bardziej ceni tę drugą ocenę.
Mimo tych wszystkich ułomności uważam, że religia powinna być przedmiotem maturalnym. Skoro młodzież się jej uczy, dlaczego nie miałaby mieć możliwości uwzględnienia tego także na świadectwie maturalnym? Czyż nie byłoby to sprawiedliwe?
Ale jest inny, w gruncie rzeczy jedyny i bynajmniej pozaideologiczny argument. Bo skoro od 1990 roku religia gości w szkołach, to powinna być traktowana tak, jak każdy inny przedmiot. W przeciwnym razie musielibyśmy wrócić do czasów sprzed 17 lat.”

Ten tekst napisałem prawie dwa lata temu.  Ale istota problemu nauczania religii się nie zmieniła. Wyrzucenie religii ze szkoły oznaczałoby powrót do czasów sprzed 20 lat. Czyżby Młodzi Socjaliści, którzy rozdawali ulotki w garniturach nierzadko droższych nie pensja niejednego pracownika w tej części kraju, ta bardzo zatęsknili za socjalizmem realnym? Jak bardzo nadbudowa oddaliła się od swojej bazy, że nie dostrzega o wiele ważniejszych problemów, które trapią dziś ludzi w kraju niż świeckość szkoły? Dlaczego socjaliści 1 września nie stanęli u bram ZNTK w Łapach i powiedzieli zwolnionym tam pracownikom, jaki mają pomysł na ich przyszłość? Dlaczego zamiast kwestii socjalnych młodzi gniewni uciekają w tematy światopoglądowe? Czyżby w tej pierwszej sprawie nie mieli nic do powiedzenia? 

Co więcej, w interesie samych socjalistów jest, by religia nadal była nauczana w szkołach. W ten sposób być może mają szansę na wygranie kiedyś (no właśnie kiedy?) wyborów. A jak je wygrają, jak mówił minister Wiatr, wtedy mogą robić wszystko. Powrót religii do sal katechetycznych tę perspektywę oddala w nieskończoność, bo – jak pokazały doświadczenie PRL-u – zyskuje ona znacznie więcej na wartości niż gdyby pozostała w szkole. A przecież, powtórzę to jeszcze raz, Młodzi Socjaliści nie chcą chyba powrotu do realnego socjalizmu? Wszak modny garnitur trzeba byłoby wtedy zamienić na drelich roboczy?

I jeszcze jedno: jakoś dziwnie ukszatłtował się naukowy pogląd na świat Młodych Socjalistów, skoro nie dostrzegają w oparciu o naukę na czym polega dla zjednoczonej Europy wartość chrześcijaństwa (a zatem i religii)?.

Powiedziało się i posypało

52 miliardy złotych – tyle ma wynieść przyszłoroczny deficyt. Tak w „Gazecie Wyborczej” obwieścił minister finansów. Statystycznie rzecz ujmując to na głowę każdego Polaka po 1360 złotych.
Wyobraźmy sobie, że każdy z nas, od noworodków po tych, którzy u kresu życia, wyjmuje z kieszeni i daje rządowi po owe 1360 złotych. Przy takim geście i hojności, każda akcja dobroczynna i charytatywna zbladłaby. Do tego stopnia, że Jurek Owsiak  chyba nie grałby do końca świata i jeszcze dłużej. Póki, co może spokojnie szykować do kolejne świątecznego grania. Rząd bowiem nie może liczy od społeczeństwa na taką zapomogę.

Ekonomiści już wieszczą czarne chmury (spadek wartości złotówki, wzrost podatków, kłopoty z ograniczeniem sztywnych wydatków państw). I postulują na gwałt reformę finansów publicznych.
W całym tym rwetesie ważny jest polityczny kontekst słów ministra finansów. Ów deficyt dotyczy bowiem roku wyborczego. Przecież za rok na jesieni czeka na batalia prezydencka. Każda wypowiedź cokolwiek zmniejszająca szansę kandydata byłaby samobójem (wystarczy przypomnieć słynne słowa Marka Belki przed wyborami w 2001 roku, które przekreśliły szanse SLD na samodzielny rząd). A niewątpliwie wypowiedź ministra takim strzałem jest. Logika nakazuje w czasie (przed)wyborczym nie tylko milczeć w tak delikatnej materii, ale mieć szeroki gest. W myśl zasady zastaw się, a postaw się. Ledwie dwa dni temu premier Tusk obiecał nauczycielom od września 2010 roku  7 proc. podwyżkę. Słowa ministra finansów w zasadzie ją przekreślają.

Zatem albo ministrowi w ferworze rozmowy z dziennikarzami się wymknęło (trudno w to uwierzyć, bo zapewne była ona autoryzowana), albo w rządzie panuje przekonanie, że nie ma takiej czarnej dziury, która pochłonęłaby premiera w drodze do Pałacu Prezydenckiego.
Oby tylko się wizjonerzy nie przeliczyli, bo na kroku udowadniają, że z buchalterią to mają poważne kłopoty. Jeśli zabawy z liczbami okażą się prognozą zgubną  dla premiera, to pół biedy. Znacznie gorzej, gdy uderzy nas wszystkich po kieszeni i wyssie z niej znacznie więcej niż  1360 złotych.

Historio, historio, tania z ciebie dziewka

Utarło się przekonanie, że na historii potrafią zarobić wszyscy, tylko nie Polacy. Bo niejednokrotnie przy ważnych wydarzeniach zamiast zarabiać i zbijać kapitał na wizerunku, kłóciliśmy się. W gruncie rzeczy o błahe sprawy. A przecież w naszej przeszłości roi się momentów skłaniających innych do podziwu i szacunku. To z kolei powinno nam dawać satysfakcję i siłę. Co więcej, jak napisał niedawno w „Porannym” Tadeusz Jacewicz, nie ma powodów, żeby sobie tego odmawiać. A wtedy duma, odwaga, walka o wolność być może przełoży się na strategiczne interesy Polski.

Do niedawna spór o przeszłość był domeną polityków. Zawłaszczyli go na amen. Żonglując interpretacjami potrafili naginać fakty do budowy własnego image. I o ile podczas uroczystości w Gdańsku za bardzo między sobą szablą nie wymachiwali, to już następnego dnia rozpoczęła się nie tyle partyzantka podjazdowa, ale zaczepne działania bojowe. W myśl zasady, kto panuje nad przeszłości, ten panuje nad przyszłością.
Tak na dobrą sprawę głównym polem polsko-polskiej bitwy marketingowej będą przyszłoroczne obchody 600. rocznicy bitwy pod Grunwaldem, przypadające w roku wyborów prezydenckich. Ciekawe, kto komu z naszych polityków podeśle dwa nagie miecze, a kto pod kim wilcze doły wykopie.

W ostatnim czasie jednak nastąpiło coś jeszcze. I to bynajmniej nie za sprawą polityków, a szeroko pojętego kręgu  racjonalizatorów historii. – Jak można bowiem obchodzić coś, co było klęska – grzmią apologeci tego nurtu. Równolegle pojawią się prace historyczne, które może nie są swoistym rewizjonizmem w polskiej historiografii i zbiorowej świadomości, co raczej odmitologizują pewne wydarzenia. Takim ma być w myśl zapowiedzi praca białostockiego historyka  Tomasza Wesołowskiego, który wziął się za bary z mitem polskich Termopil uosabianym przez  postawę kapitana Raginisa.

To, że z punktu wojskowego kampania wrześniowa była klęską, nie trzeba ani udowadniać, ani przypominać. Polacy byli świadomi tego już we wrześniu 1939 roku. Zarówno ci, którzy jeszcze walczyli wtedy kraju, jak i ci, którym udało się przedostać na Zachód. Rozrachunków z klęską było wiele ( niekiedy pełne niegodziwości i ideologiczne zacietrzewienia jak we wczesnym PRL-u). Dla mnie najpełniej podsumował je  w swoim wierszu „Pożegnanie września” Zbigniew Herbert.

Dnie były amarantowe
błyszczące jak lanca ułańska

śpiewano w megafonach
anachroniczną piosenkę
o Polakach i bagnetach

tenor ciął jak szpicrutą
i po każdej zwrotce
ogłaszano listę żywych torped

które notabene
przez sześć lat wojny
szmuglowały słoninę
żałosne niewypały

wódz podnosił brwi
jak buławy
skandował: ani guzika

śmiały się guziki:

nie damy nie damy chłopców
płasko przyszytych do wrzosowisk.

I w zasadzie na tym mógłbym zakończyć, ale tak trochę na przekór się zapytam: czy za dwa lata Amerykanie będą świętować klęskę w Pearl Harbor, przystąpienie do II wojny światowej czy pamięć o ofiarach poniesionych w jej trakcie? Nie ulega wątpliwości, że to trzecie. Ale oni mają to we krwi, od czasów Alamo. Wszak wtedy w uznaniu dla bohaterstwa obrońców misji było powstałe niemal natychmiast po tych wydarzeniach, zawołanie „Pamiętajcie o Alamo!”. „Pamiętajcie o Pearl Harbor”, „Pamiętajcie….” o wielu innych miejscach, zdarzeniach, ludziach.

„Pamiętajcie o wrześniu” proszą głosy sprzed 70 lat. Nic więcej. To tak mało, a zarazem tak dużo. I to powinno być uwypuklone w publicznej debacie, a nie to, że czy świętujemy klęskę czy też licytujemy się o postawy.
Pamiętajcie o wrześniu…

Chichotem historii nazywa doktor Daniel Boćkowski fakt, że pieśń o wydarzeniach spod Wizny przed 70-laty śpiewa i jest za to nagradzany zespół, który w swoim repertuarze ma utwory wychwalające męstwo Wehrmachtu. Chichot historii polega jednak na czym innym. Potrzeba było aż szwedzkiej kapeli metalowej, by świat usłyszał o wydarzeniach w Strękowej Górze. Co tam świat, Polacy. Bo tak naprawdę, to Sabaton, (szkoda, że żadna z polskich kapel, tak sama z siebie bez żadnego zlecenia od urzędników czy bliskości okrągłej rocznicy), przywrócił polskiej opinii publicznej słowa: Raginis, Wizna, schrony.
Oczywiście w naszym regionie pamięć o tym, żyje. Ale tylko wśród zainteresowanych. Gdyby tak zapytać na Rynku Kościuszki przechodniów: „pierwsze skojarzenie na hasło: Raginis”, to nie mam wątpliwości, że większość wskazałaby na ulicę, przy której jest cmentarz farny. A gdyby tak podrążyć głębiej i zapytać: dlaczego ją tak nazwano, to niewielu z tej większości, by wiedziało. Przy braku wiedzy pytanie i w pewnym sensie licytacja o postawę Raginisa  (męstwo czy szaleństwo), nie ma sensu. Ale w końcu jak pisała Agnieszka Osiecka
Historio, historio,
cóżeś ty za pani,
że przez ciebie giną,
że przez ciebie giną
chłopcy malowani.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
czarna dyskoteko,
nie pozwalasz wytchnąć
ludziom ani wiekom.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
cóżeś ty za matnia,
pchamy się na scenę,
a to jeszcze szatnia.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
tania z ciebie dziewka,
miała być canzona,
a jest stara śpiewka.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
jaka w tobie siła,
żeś ty całe światy
z mapy poznosiła.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Historio, historio,
tyle w tobie marzeń,
bywa, że cię piszą
kłamcy i gówniarze.

Orszaki, dworaki,
szum pawich piór!

Obwodnica Wasilkowa do rozbiórki

mapa
Tak rząd wyobraża sobie układ najważniejszych dróg podlaskich. To, co bije z niego po oczach, to przerwanie infrastrukturalnej  homogeniczności województwa (przez tzw. korytarz ełcki) i niezwykle zagmatwanie dróg na północ od Białegostoku. A wszystko po to, by za wszelką cenę wyprowadzić inwestycje z Natury 2000. Nawet za cenę takiego eklektyzmu jak ten na mapie.

Taka konstrukcja jest niewątpliwie pokłosiem Rospudy. Po tamtej batalii rząd stanie na głowie, by ponownie nie nadepnąć na odcisk Komisji Europejskiej. I tym samym uczynić  z Podlaskiego zakładnika polskiej  racji stanu. Dla jednych jest dowód zrównoważonego podejścia do rozwoju, dla innych publiczny  przejaw utraty suwerenności przez Polskę.
Wracając do mapy. Do drogi międzynarodowej podniesiony został odcinek z Sokółki do Korycina. A to oznacza, że wybudowany już fragment obwodnicy Wasilkowa, który obecnie utknął przy torach kolejowych, będzie niepotrzebny. Drogowcom nie pozostanie nic innego jak go rozebrać.

Zachodzący Białystok

dsc_5522

Jedną z atrakcji słonecznych dni wrześniowych są wieczorne zachody słońca. Niebo zamienia się w sptektakl świetlny. Horyzont rozświetla  szerokie spektrum barw.  Dominuje czerwień i pomarańcz, które tworzą niesamowite kombinacje.  Jakby wyszły spod ręki mistrza efektów spejalnych. Do tego niesamowity układ chmur. Tak to przynajmniej wygląda z mojego okna.

Oba te kolory, wsparte żółcią, powinny dominować także bladym świtem. Jednak z oknien mojego pokoju wychodzącego na wschód próżno szukać równie pięknych widoków. Być może jest to wina stojącego nieopadal galeriowca, który przesłania horyzont. A może wschodzący ….

I tu muszę uszczypnąć się w język. Obeciałem sobie, że wszystko to, co miałem do powiedzenia o Wschodzącym Białymstoku  zawarłem w tekście ”Wasze logo, nasze miasto”. Potwierdzeniem tego jest  wczorajszy artykuł w “Rzeczpospolitej”, w którym hasło wymyślone przez Eskadrę promujące Białystok jest w czołówce  najmniej podobających się Polakom. Za to slogan Mazur zachęciłby do przyjazdu nad jeziora niemal połowę z nich. A wymyślili go sami urzędnicy. – Kosztowało nas szklankę wody i kanapkę – żartują pracownicy biura prasowego marszałka województwa.

Ile Białystok zapłacił za swoje, nie będę przypominał.  Mazury, dostawszy się do finału konkursu na siedem cudów świata, planują akcję promocyjną za granicą. Kto będzie nią kierował? – zapytał dziennikarz marszałka województwa warmińsko-mazurskiego.  – Moi pracownicy. Już pokazali, że są w stanie zrobić porządną i skuteczną reklamę – zapewnił z uśmiechem  marszałek Jacek Protas.

A kto pokieruje zewnętrzną promocją Białegostoku? Firma, która wygra przetarg i zarobi na tym prawie trzy miliony. Pytanie, która kampania warmińska czy białostocka, okaże się skuteczniejsza, wydaje się retoryczne. Ale w takim razie aż się prosi zadać inne: co robią miejscy urzędnicy od promocji w Białymstoku i to w niemałej sile kadrowej, że tak bardzo z kreatywnością są w tyle za kolegami z Warmii i Mazur? Odpowiedź nie będzie już retoryczna, za to parafrazą słynnych słów wieszcza: Urzędniki trzymają sie mocno.

I zamiast dalej pisać o Wschodzącym Białymstoku wolę podziwiać z mojego okna jego zachody. A jest na co popatrzeć.

dsc_5420

 

Duma Białegostoku

Są dwa takie marsze w Polsce. Pierwszy w 21 kwietnia, gdy spod bramy obozu w Auschwitz w trzykilometrową drogę śmierci podążają młodzi Żydzi z całego świata, by upamiętnić tych, zamordowanym przez hitlerowców i powiedzieć “Nigdy więcej”.
Pierwszy raz ten marsz milczenia i pamięci spod bramy z napisem “Arbeit macht frei” wyruszył 21 lat temu. W Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu wyruszyło tysiąc trzystu z trzynastu krajów. Od 1996 roku marsze są coroczne. W tym roku uczestniczyło w nich 8 tys. osób.
Rok w rok z młodymi Żydami ze wszystkich zakątków świata, maszerują młodzi Polacy, także przedstawiciele innych narodowości. Przez lata wydarzenie to zyskało niesamowite oprawę medialną, zwłaszcza wtedy, gdy, zbiega się z okrągła rocznicą lub wizytą izraelskiego polityka bądź obywatela mającego renomę na arenie zwłaszcza międzynarodowej. Przede wszystkim jednak dla młodych Żydów rozsianych w diasporze po całym świecie stał się swoistą wartością. Wręcz niemal obowiązkiem, ale nie sankcji prawnej, a obowiązkiem wynikającym z poczucia, które tkwi w nich samych.

To jest ten rodzaj obowiązku, o który słynny spór toczyli w 1940 roku Czesław Miłosz i Henryk Enzelberg. Póki mogli, póki miasto nie zostało jeszcze zajęte przez Sowietów.
Bo jest w Polsce i drugi marsz, może mniej medialny znany w świecie, ale równie, a może i nawet liczniejszy. Marsz, który, jak co roku od dziewięciu lat, przejdzie jutro ulicami Białegostoku – Marsz Żywej Pamięci Polskiego Sybiru.
Obok, tych, którzy przeżyli zsyłkę, podążać będą młodzi ludzie. Wierzę, że obowiązku wynikającego nie sankcji szkolnej, ale tej samej siły, która pcha młodych Żydów na Marsz Żywych. Bo też trzykilometrowy pochód, który przejdzie jutro od Placu Katyńskiego do kościoła św. Ducha, będzie nie tylko Marszem Żywych i Pamięci, ale wartością, która daje Białemustokowi powód do dumy.
Nie tylko jak długo żyć będą jeszcze Sybiracy i pamięć o nich, ale jak długo oprze się on pokusie uczynienia z niego narzędzia marketingu historycznego.

Utarło się przekonanie, że na historii potrafią zarobić wszyscy, tylko nie Polacy. Otóż są takie rocznice i święta, które całej tej otoczki lansu nie potrzebują. Nie wszystkie bowiem są na sprzedaż. Ich wartość polega na owym poczuciu obowiązku, o którym pisałem powyżej. I dlatego każdy, kto żyw, ma czas i tak czuje, zapewne przyjdzie na marsz. I ja też tam będę. Wszak to jedno z najważniejszych białostockich panteonie świąt i rocznic.

W gorących objęciach Otylii

Tak bowiem nazawali synoptycy wyż, który rozbudował się na pograniczu Rosji i Białorusi, i dzięki któremu kolejny dzień możemy cieszyć się piekną i słoneczną pogodą.  Na pewno jeszcze dziś, jutro, może w sobotę. Bo w niedzielę  związek ten przeminie z wiatrem, deszczem, chłodem.

Podobnie jak romans  z polską piłką Leo Beenhakkera. Ogłosił to po meczu ze Słowenią prezes zwiazku. A dzisiaj rano przepraszał za to, że najpierw ogłosił w telewizji zwolnienia Holendra, zanim z nim porozmawiać.  – Przekazałem Beenhakkerowi informację, że chcę się spotkać z nim we wtorek o jedenastej. Żałuję za to, co powiedziałem wczoraj, muszę trenera – który ma ważny kontrakt – przeprosić. Najpierw powinienem powiedzieć wszystko Beenhakkerowi, a nie dziennikarzom. Ja też jestem człowiekiem, wczoraj było ciśnienie i stres – powiedział Lato.
Dwa dni temu premier przeprosił za Grada, teraz Lato. Epidemia przepraszania w tym kraju, czy co? A może ściemniania?.

 Zawsze się dziwiłem jakie licho podkusiło Leo, by wylądować nad Wisłą. Argument mamony nie za bardzo do mnie przemawia, bo trener z taką reputacją spokojnie mógłby znaleźć równie dobrze płatną posadę w innej części świata. A już na pewno mógł leżeć na hamaku pod kokosem i odrywać kupony od zasłużonej emerytury.
Może miał dość egzotycznych krajów?. A Polska, bądź co bądź, leży w środku Europy. Tyle że swoją piłkarską egzotyką przypomina otchłanie piekielne. I bynajmniej nie dla takich gentelmanów jak Holender.

Gdy został powołany na selekcjonera po klęsce na Mundialu w Niemczech napisałem tekst “Futbol w czasach zarazy”. Zacząłem go od przypomnienia sceny, która na zawsze utkwiła mi w pamieci:   “Listopad 1985 roku. Na stadionie w Amsterdamie Belgowie w meczu barażowym o prawo gry na mundialu w Meksyku okazali się lepsi od Holendrów. Widok, który pokazały wówczas, stacje telewizyjne nie sposób zapomnieć do dziś. Szpakowaty, elegancki gentelmen, w długim płaszczu przemierza płytę boiska. Idzie powoli, ale dostojnie. Dumie, z jaką Leo Beenhakker przełykał gorycz porażki, towarzyszyła samotność długodystansowca. Dwadzieścia lat później piłkarskie losy rzuciły go nad Wisłę”.

Kończąc ten artykuł napisałem tak: W 1983 roku, wraz z transferem Dariusza Dziekanowskiego ze stołecznej Gwardii do łódzkiego Widzewa, z naszej piłki uszło powietrze. Okazało się, że także nad Wisłą nie trzeba już ją dobrze kopać, wystarczy dobrze się sprzedać. Ta mentalność jest piętnem każdej kolejnej generacji. I zapewne dosięgłaby też Miroslava Klose czy Lukasa Podolskiego, gdyby ich rodzice zostali w kraju urodzenia. Dopóki młodzi piłkarze (ale także trenerzy i działacze) będą myśleć o tym jak się ustawić, dopóty nadal będziemy w piłkarskim zaścianku. Nie chcę być złym prorokiem, ale obawiam się, że już za piętnaście miesięcy jeszcze raz zobaczymy jak elegancki, starszy o dwadzieścia lat, gentelmen samotnie zmierza do szatni. Polskiej szatni”.

Pomyliłem się o dwa lata. Nie wiem czy pokazała to wczoraj po meczu telewizja, ale nie mam wątpliwości, że w podążającym do szatni Beenhakkerze można byłoby dostrzec  coś z tametego, o 23 lata młodszego Beenhakkera. Na pytanie jak zatem wytłumaczyć sukces, jakim był pierwszy awans na Euro, odpowiedź wydaje się prosta: bo to inni spuścili mocno z tonu (podobnie należy tłumaczyć wcześniejsze dwa awanse na mistrzostwa świata).

Sąd na Leo, który dokonywał się publicznie od kilku miesięcy, zamazywał zarazem istotę kryzysu polskiej piłki. Pisałem o tym na blogu wielokrotnie, ostatni raz po klęsce Wisły w eliminacjach Ligi Mistrzów w Tallinie. Wtedy na portalach internetowych buchało od wykrzykników: Skandal, kompromitacja.
 - Otóż, nie znawcy futbolu szerokiej maści – napisałem. – “Skandalem i kompromitacją jest to, że używacie takich słów. Że przez całe lata przymykaliście oko na wyczyny naszych futbolistów. Stwarzaliście iluzje wielkości naszej piłki, rozdętymi do granic absurdu złudzenia. Tak, bowiem narodził się ów (pół)światek, na który z jednej strony składa się jego mafijność i korupcyjność, a drugiej degrengolada piłkarskiego fachu. Pojęcia o futbolu i jego przełożenia na praktykę. Przecież jak się ogląda grę polskich drużyn futbolowych, to człowieka nie tylko krew zalewa, ale też przerażenie jak wielką krzywdę polskie piłkarstwo robi dla rozwoju tej dyscypliny na świecie. A w skrócie chodzi mi o analfabetyzm piłkarski.

Porażka Wisły jest dla mnie potwierdzeniem tej prawidłowości. I wystarczającym powodem, by UEFA odebrała nam mistrzostwa Europy. Nie z powodów organizacyjnych, (chociaż i z tym nie jest najlepiej), ale czysto sportowych. My po prostu nie zasługujemy by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy. Ba, nawet nie zasługujemy by im buty nosić”.

Porażka ze Słowenią jest dowodem na to absolutnym. My na wyjazd do Afryki nie zasłużyliśmy. Nie zasłużyliśmy też na EURO. Z Leo czy  każdym innym trenerem.

Póki, co cieszmy się Otylią…

Gejów przeprosiliśmy, Polaków przemilczamy

„Bękarty wojny” najnowsze dzieło Quentena Tarantino wchodzi dzisiaj na ekrany białostockich kin. Akcja filmu rozpoczyna się w okupowanej Francji podczas egzekucji rodziny Shosanny Dreyfus, której dziewczyna jest świadkiem.

Znając cały dotychczasowy dorobek reżysera niektórzy określili film „Parszywą dwunastką” Tarantino. Nie mam zamiaru tego sprawdzać, ponieważ nie przepadam za jego narracjami.
Nie o filmie chciałbym też napisać, a o słowach, które wypowiedział Eli Roth, odtwórca jednej z głównych ról w tym filmie. Amerykański aktor udzielił wywiadu „Dziennikowi”.

Gdy  rozmowa z dziennikarzem zeszła na temat holokaustu, Roth powiedział takie zdanie: “Dziadek opowiadał makabryczne historie z Białegostoku, gdzie się urodził. Z jego relacji wiem, że winni Zagłady byli nie tylko Niemcy, ale wszystkie kraje, które okupowali: Polska, Litwa, Rumunia, Chorwacja. Jedynie król Danii miał odwagę założyć żółtą gwiazdę.
Nie widzę nic złego w tym, że pisze się wreszcie wprost o tym, że Polacy zawiedli Żydów. Nie mówię, że tak jest teraz, ale musicie przyznać, że teraz też macie wielki problem z antysemityzmem. Najgorsze co możecie zrobić, to udawać, że nic się nie zdarzyło.”

W zasadzie mógłbym zostawić to bez komentarza. Zwalić na karb tego, że  nie tylko Amerykanie od lat  mają ogromne kłopoty z wiedzą historyczną. Ale w tym przypadku tak nie można. Albowiem Roth powołuje się na relację swoich dziadków, którzy mieszkali w Białymstoku.

Otóż Panie Roth, co Pana na to:    „Halo, tu Kalifornia, czy to Białystok? I mister Dobroński? Tu mówi Mira Becker, 86 lat, prawie 87 lat, też z Białegostoku. To było nadzwyczajne miasto. Że dalej nadzwyczajne? To ja się cieszę, choć ono jest już inne, ja tam dwa razy byłam za komunistów. No, pewnie teraz jest znów inne. A czy pan pamięta Białystok przed wojną? Nie pamięta, to ja trochę opowiem, bo ja mam wielką prośbę, ja chcę znaleźć rodzinę, co mnie uratowała”.

Nie będę przytaczał całego tekstu (wystarczy tu kliknąć). Ale ta historia jest jedną z wielu, o których my wiemy, ale o których nie ma pojęcia Roth , a co gorsza nie chce chyba mieć pojęcia skoro tak kategorycznie stwierdza, że Polacy zawiedli Żydów. Otóż nie może Pan, Panie Roth stosować takiej urawniłowki. Nie wszyscy, a w zasadzie większość nie zawiodła. Nie tylko tu w Białymstoku i na Podlasiu. Nazwiska Sendlerowa, Bartoszewski i wiele mniej znanych mówią za siebie. A przecież mieliśmy jeszcze Żegotę.

Nie sądzę, by moje słowa, pismaka z Białegostoku,  kiedykolwiek dotarły do wielkiego amerykańskiego aktora Rotha.  O wiele większe możliwości mają władze Białegostoku. Skoro przeprosili organizację nowojorskich gejów (chociaż nie wiem za co), tym bardziej nie powinny pozostać w letargu po słowach Rotha.
Co mogą zrobić? A choćby zaprosić aktora do Biełegostoku, pokazać mu dziedzictwo multikulturowości miasta, jak odzyskuje pamięć o mieszkańcach żydowskiego pochodzenia, o trudnym sąsiedztwie, opowiedzieć historię ludzi, którzy ratowali z narażeniem życia rówieśników jego dziadków. Niby nic, a jakże wiele.

PiS i SLD w jednym stali domu. Przynajmniej w Białymstoku.

Czy PiS z SLD jest w koalicji? Nad zagadką głowią się zarówno politycy, jak i dziennikarze. Łamigłówka się zrodziła na kanwie zamieszania wokół TVP (podtrzymanie weta prezydenta do ustawy medialnej, wybór rad nadzorczych mediów publicznych). Gdyby jednak spojrzeć na to, co dzieje się w białostockiej radzie miejskiej, to niewątpliwie sojusz takowy istnieje. Nie jest to jednak związek medialny, a koalicja niemocy i bezradności. Bo czym innym jak przyznaniem się do bezsilności politycznej była demonstracja szefa miejskich radnych PiS, który na ostatniej sesji przyodział koszulkę z napisem: “Nie będzie niczego”. Albo propozycja radnego SLD, by wpuszczać samochody młodych par i oficjeli na Rynek Kościuszki pod Astorię i pomnik Marszałka?  Przecież równolegle mieliśmy aferkę z galerią przy Monte Cassino. Wymarzone pole popisu dla opozycji  prawicowej, jak i lewicowej.

Milczenie obu w tym wypadku nie złotem jest, a kadzidłem. I najlepszą odpowiedzią na pytanie, które zadałem na blogu kilka miesięcy temu: ” Czy w Białymstoku mamy opozycję? Nie, mamy koterię. Ponad podziałami.

Dwa światy, dwie wystawy

Jedna na Rynku Kościuszki. Wielkie plansze, a na nich zdjęcia przedstawiające ziemię z nieba. Robią wrażenie, na mnie zwłaszcza Oko Malediwów czy beczki piwa bodajże ustawione na nabrzeżu w Hamburgu. Wystawę można jeszcze oglądać przez trzy tygodnie.

I druga wystawa, znacznie mniejsza i trochę schowana. Na ogrodzeniu parku Branickich. Można tam zobaczyć niesamowite zdjęcia z Podlasia zrobione przez naszych mistrzów fotogarfii. Większość dorównująca poziomem tym prezentowanym na Rynku Kościuszki, a niektóre może i znacznie lepsze. Na mnie największe wrażenie zrobiła Narew przypominająca magmę wypływającą z wulkanu i święto Jordanu na skutym lodem Bugu.
Kto nie zdążył zobaczyć tych fotografii musi się spieszyć. Dziś eksponowane są po raz ostatni. A szkoda, bo nie zobaczą ich chociażby studenci, którzy dopiero za trzy tygodnie zjadą do miasta po wakacjach. Taka ekspozycja powinna być stałą. Co więcej, na płocie powinno znaleźć się miejsce dla zdjęć nie tylko podlaskich mistrzów, ale i amatorów. Ich komputery kryją tysiące równie niesamowitych zdjęć.

Warto pomyśleć na taką stałą, plenerową wystawą. Mamy bowiem co pokazać.

Wiceprezydent Arłukowicz jak Donald

Nie dzieje się nic, co by zagrażało funkcjonowaniu muzeum, jednak nie dzieje się tam dobrze – tak mówi wiceprezydent Białegostoku Tadeusz Arłukowicz o wstępnych wynikach kontroli w Muzeum Wojska.

Słowa wiceprezydenta Arłukowicza trochę mnie zaskoczyły. Bo coż to oznacza: “Nie dzieje się nic, co by zagrażało funkcjonowaniu muzeum, jednak nie dzieje się tam dobrze”.

 Czyż nie powiennien wiceprezydent ugryźć się w język i milczeć do czasu zakończenia kontroli? Tak jak to miało miejsce w przypadku szefa schroniska dla zwierząt? Wtedy magistrat za żadne skarby nie chciał się o nim wypowiadać, zasłaniając sie trwającą  kontrolą.
 Bo zdanie ” Nie dzieje się nic, co by zagrażało funkcjonowaniu muzeum, jednak nie dzieje się tam dobrze” od razu daje duże pole do interpretacji, że tak powiem, daleko posuniętych. Nic dziwnego, skoro jest aż tak skrajnie nieprecyzyjne. I wiceprezydent, jako były dziennikarz, powinnien to wiedzieć.

“Nie dzieje się nic, co by zagrażało funkcjonowaniu muzeum, jednak nie dzieje się tam dobrze”. Trochę przypomina to słynne słowa:
 ”Informacje, z których wynika, że nic się nie dzieje, uważam za bardziej interesujące, ponieważ wiemy, że – jak wiadomo – są rzeczy, o których wiemy, że o nich wiemy. Wiemy też, że są znane niewiadome, to znaczy,  że są rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome – takie, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy.”

Kto to powiedział? Podpowiedź jest zawarte w tytule mojego wpisu.

Czyż ich autorowi nie dorównał wiceprezydent Arłukowicz mówiąc: Nie dzieje się nic, co by zagrażało funkcjonowaniu muzeum, jednak nie dzieje się tam dobrze”

17 września

YouTube Preview Image

Marzy mi się, aby ten utwór wykonali dzisiaj w Katedrze podlascy filharmonici i chór naszej opery. Skoro Jean Michel Jarre w Gdańsku wykonał swoją wersję “Murów”, to dlaczego dzisiaj u nas w Białymstoku miałaby nie zabrzmieć właśnie “Ballada wrześniowa”.

Jutro w w papierowym wydaniu “Obserwtora”, poświęconym w całości relacjom Polski z Rosją, ukaże się artykuł Mirka Miniszewskiego, w którym pisze dlaczego powinniśmy o Katyniu mówić i pisać, że to było ludobójstwo. Bez jakiś dziwnych formułek. W tym samym tekście autor  zada też jedno pytanie, na które zapewno wielu mieszkańców nie tylko naszego regionu nie potrafi znaleźć racjonalnej odpowiedzi: dlaczego komunizm traktuje się, w odróżnieniu od nazimu, z taryfą ulgową. A przecież oba systemy były tak samo ludobójcze.  Zapraszam do lektury.

A dziś “Ballada wrześniowa” (ja znam ją pod tytułęm “17 września”) autorstwa Jacka Kaczmarskiego i w jego wykonaniu.

17 września

Długośmy na ten dzień czekali
Z nadzieją niecierpliwą w duszy
Kiedy bez słów towarzysz Stalin
Na mapie fajką strzałki ruszy

Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy
I zanim zmilkł zagrzmiały działa
To w bój z szybkością nawałnicy
Armia Czerwona wyruszała

A cóż to za historia nowa?
Zdumiona spyta Europa
Jak to? – To chłopcy Mołotowa
I sojusznicy Ribentroppa

Zwycięstw się szlak ich serią znaczył
Sztandar wolności okrył chwałą
Głowami polskich posiadaczy
Brukują Ukrainę całą

Pada Podole, w hołdach Wołyń
Lud pieśnią wita ustrój nowy
Płoną majątki i kościoły
I Chrystus z kulą w tyle głowy

Nad polem bitwy dłonie wzniosą
We wspólną pięść, co dech zapiera
Nieprzeliczone dzieci Soso
Niezwyciężony miot Hitlera

Już starty z map wersalski bękart
Już wolny Żyd i Białorusin
Już nigdy więcej polska ręka
Ich do niczego nie przymusi

Nowš im wolność głosi Prawda
Świat cały wieść obiega w lot
Że jeden odtąd łączy sztandar
Gwiazdę, sierp, Hackenkreuz i młot

Tych dni historia nie zapomni
Gdy stary ląd w zdumieniu zastygł
I święcić będą wam potomni
Po pierwszym września – siedemnasty
A tak Jacek Kaczmarski śpiewał swoją balladę w 1990 roku

YouTube Preview Image

Jak drogowcy w Białymstoku obwodówkę łatali

To było wczoraj, pod 21. Wracałem do domu ulicą gen Maczka. Na wiadukcie nad torami suwalskimi migotały światła. Wypadek jaki czy co? Ledwie to pomyślałem a pod podwoziem mojego kangura zaczął się bilard. Od jednego lewego tylnego koła do prawego tylengo koła z niesamowitą siłą zaczęło coś uderzać. Im bliżej było wierzchołka wzniesienia, tym uderzenia były silniejsze. Zwolniłem niemal do zera.
Wszystko się wyjaśniło podczas zjazdu na Białostoczek. Okazało się, że to drogowcy łatali ten odcinek obwodówki na gorąco. I stąd odrobiny “żużlu”,  harcujace pod moim podwoziem. Nie było mi do śmiechu, bo w lipcu moim leciałym już kangurem zajmował sie spec od blachy.

Rozumiem, że drogowcy muszą uzupełniac ubytki w asfalcie, ale powinni o swoich pracach po informować. Co najmniej kilkadziesiąt metrów wcześniej od miejsca, w którym się akurat znajdują. W tym wypadku na wylocie z Dziesięcin na Maczka. Wówczas miałbym czas na wybranie innej drogi.
I na koniec zagadka. Co robią służby miejskie, kiedy nie radzą sobie z parkującymi na zakazie kierowcami?  Odpowiedź: Zmieniają organizację ruchu i nakazują jeździć w jednym kierunku. Tak jak na Ciepłej.

Spór o żałobę

Zanim jeszcze prezydent ją ogłosił na forach interentowych rozgorzała dyskusja, że nie powinnien tego robić. Że tragedia miała charakter lokalny, że nie tyle ofiar co w poprzednich wypadkach, że w ostateczności może tylko w województwie śląskim. Polemiki te przypomniały mi kwietniowy pożar w Kamieniu Pomorskim. Wtedy też fora internetowe i portale pełene były komentarzy o zasadności wprowadzenia żałoby. Napisałem  komentarz “Tragedia w Kamieniu i politycy”. Poniżej przypomnę go w części.

Czy po tragedii w Kamieniu Pomorskim prezydent powinnien ogłosić żałobę narodową? Głosy są podzielone. Wiesław Gałązka na portalu Money.pl dowodzi, że poniedziałkowy pożar, mimo liczby ofiar, miał charakter lokalny i w zupełności wystarczające byłoby skontrolowanie sztabu kryzysowego przez wojewodę i marszałka województwa. Wyposażonych w ewentualne gwarancje rządowe dotyczące możliwości zwiększenia pomocy.
Wystarczające byłoby również ogłoszenie żałoby w województwie, gdyż częstotliwość ogłaszania żałoby narodowej w ciągu ostatnich lat zaczyna dewaluować jej znaczenie. Zwłaszcza z historycznego punktu widzenia.

Prezydent Kaczyński podczas swej kadencji  ogłaszał żałobę czterokrotnie: po zawaleniu hali w Katowicach, po katastrofie pod Grenoble, po wybuchu metanu w kopalni Halemba, po katastrofie Cesny. Można dyskutować czy w każdym tym przypadku słusznie. Ale jeśli już tak uczynił, to nie widzę powodów dlaczego nie miałby tego samego zrobić po tragedii w Kamieniu Pomorskim.

A gdyby tego teraz nie zrobił? Od razu zaczęłaby się licytacja, dlaczego wtedy, a nie teraz, że jedno tragicznie utracone życie ceni bardziej, a inne mniej,  że teraz to tylko socjalni. Pewnie swoje dorzuciliby też politycy, którzy zapewne zwęszyliby okazję, by jeszcze bardziej  dołożyć przeciwnikowi. Wystarczy, że dali – i tu muszę zgodzić się z Wiesławem Gałązką – żenujacy pokaz wzajemnych docinków i zgryźlwiości. Obopólnie.

Bo prawdą jest, i to wielokrotnie nasi politycy udowodnili, że nad trumną z tragedii potrafią zrobić farsę. Gdy będzie żałoba nie będą mieli do tego okazji. Zresztą prezydent i tak bardziej liberalnie podszedł do tej sprawy niż w poprzednich tragediach. Nie ogłosił jej od razu, dał szansę na dokończenie przez weekend wszelkim imprezom muzycznym, festynom, a zwłaszcza sportowym, którym w całym kraju było tysiące.

Być może następny prezydent będzie do tej kwestii podchodził jeszcze bardziej liberalnie, wypracuje inną praktykę w tej delikatnej sprawie. Póki, co nie spierajmy się o zasadność wprowadzenia żałoby.

Miasto ślepców, czyli komu w Białymstoku dobrze się żyje

Na początek stara anegdotka z epoki dawno minionej. Na Kremlu rządził wtedy mocno brwiowy Lońka, w zapyziałej księgarni na Arbacie albo innym Prospekcie biedę klepał (czyli nie wykonywał planu sprzedaży) księgarz. Ponieważ nie za bardzo te jego knigi się sprzedawały, wpadł na pomysł i po naklejał w nich zdjęcia właśnie Lońki.  Następnego dnia pod jego kniżnyj dom zajechała czarna wołga i zabrała bukinistę na Kreml.  Tam Lońka przywitał go słowami: Oj, zawiodłem się na was Pawle Władimirowiczu, oj, zawiodłem.  Nakleiliście zdjęcie moje w książce pod tytułem  „Łobuz”. Zniosłem to z ciężkim sercem, ale pomyślałem: co tam, może przy drugiej będzie lepiej. Biorę ją do ręki, widzę w niej zdjęcie swoje i mojej rodziny, tylko ten tytuł: „Komu na Rusi dobrze się dzieje”. No zmartwiłem się bardzo Pawle Władimirowiczu, ale jeszcze to wytrzymałem. Za to przy trzeciej już nie. Bo wkleiliście zdjęcie moje i Biura Politycznego KC w książce po tytułem „Alibaba i 40 rozbójników” I rozumiecie sami, Pawle Władimirowiczu, tego już nie mogłem, zdzierżyć.

Ten stary kawał, a w zasadzie jego środkowa część(z tytułem drugiej książki) przypomniała mi się na kanwie historii z zadaszeniem przystanków linii 22 na Towarowej. Mieszkańcy Piasta prosili urzędników, by ustawili na tej ulicy porządne wiaty. Mają dość czekania w deszczu na autobus.    Okazało się, że na żadnym z trzech przystanków przy ul. Towarowej, którą jeździ autobus linii “22″, miasto nie chce zrobić zadaszenia. Tłumaczy, że pod jednym z nich przebiega podziemna instalacja elektryczna wysokiego napięcia, a pod kolejnym kanał telefoniczny. Pasażerowie nie mają, co liczyć na to, że powstaną tam wiaty, bo to zbyt duże koszty.
A co z trzecim przystankiem? – Przystanek pełni przede wszystkim funkcje przystanku dla wysiadających. Sporadyczni pasażerowie, jadący w kierunku ul. Piastowskiej, korzystają z autobusów linii 5 i 8 odjeżdżających z przystanku nr 487 oddalonego zaledwie o 15 metrów – cytuje odpowiedź departamentu dróg i transportu Beata Kołakowska z biura komunikacji społecznej. A co z tymi, którzy jednak chcą jechać 22, a nie 5 czy 8? Miasto odpowiada, że mogą korzystać z wiaty przystanku obok, a jak zobaczą “swój” autobus, to mogą przejść na właściwy przystanek.

Z trudem mogą zrozumieć trudności natury technicznie, czyli kable energetyczne, telefoniczne. Bo wystarczy przystanek przesunąć o kilka metrów do przodu lub do tyłu. Odpadłaby wtedy sprawa zbyt wysokich kosztów. Zresztą tak na dobrą sprawę ten argument nie powinien się pojawić. Bo albo uznajemy, że przystanek jest potrzebny i wygląda po ludzku, albo uznajemy, że w danym miejscu nie ma racji bytu i likwidujemy go. Skoro przystanki na Towarowej stoją od lat, to rozumiem, że według miasta są potrzebne. Skoro są nieodzowne, to powinny spełniać podstawowe wymogi. Domaganie się zadaszenia nie jest znowu jakaś tam ekstrawagancją, a czymś normalnym, zwyczajnym, naturalnym. Tak jak stetoskop dla lekarza czy biurko dla urzędnika. Standardem w dzisiejszych czasach. Tym bardziej, że gmina realizuje unijny projekt poprawy obsługi komunikacji miejskiej.

Zawsze wydawało mi się też, że każdy przystanek jest dla wsiadających lub wysiadających. Nawet, jeśli wsiada na nim lub wysiada tylko jeden pasażer. Płacąc 2 złote za bilet białostoczanie zawierają z miastem kontrakt. W zamian za grosz oddawany do kasy spółek komunikacyjnych mają prawo oczekiwać nie tylko bezpiecznej jazdy w przyzwoitych warunkach, ale także i znośnych warunków, gdy czekają na autobus. Logika prosta jak cep, ale nie dla naszych urzędników.

No, bo jak rozumieć ich radę, by pasażerowie podbiegali na przystanek z innego. Pomysł ten jest kuriozalny do kwadratu. Nie tylko dlatego, że często w takich sytuacjach kierowca widząc, że nie ma nikogo na przystanku po prostu się na nim nie zatrzymuje. A przecież można „22” skierować do zatoczki przy pętli „5” i „8” i zlikwidować przystanek stojący 20 metrów od pętli. Ale skoro jest, to miasto z jakiś względów uznało, że jest potrzebny. W takim razie – powtórzę to jeszcze raz – nie ma żadnego racjonalnego argumentu, który uzasadniałby brak zadaszenia przystanku.
Twierdzenie, że powinno być inaczej jest pokrętną logiką. Białostoczanie nie zasłużyli sobie na takie traktowanie przez urzędników. Absurdalne i poniżej pasa.

Chociaż z drugiej strony takie podejście urzędników tak na dobrą sprawę nie powinno dziwić. Co po niektórzy bowiem wielokrotnie temu dali dowód. Jak podczas remontu latem przystanku na Piłsudskiego przed Kościelną czy w przypadku kładki na dworcu Fabrycznym, którego złego stanu nie chcieli dostrzec mimo sygnałów od białostoczan. Zardzewiałe schody, połamane deski, kłopoty z przejazdem wózkiem czy przeprowadzeniem roweru widać było gołym okiem. Tylko nie urzędniczym.  I tak samo jest przypadku wiat na Towarowej.

Można by rzec: miasto ślepców albo dowód na to, komu w Białymstoku dobrze sie żyje. Bo gdyby tak urzędnicy postali w deszczu lub w słońcu pod gołym niebem na Towarowej 20 minut, podbiegli do autobusu potykając się o nierówne chodniki i coś, co powinno przypominać krawężniki, to jestem przekonany, że od razu przystanki byłyby zadaszone.

Stringi z procentami

Pozazdrościli radni lewicy najwyraźniej szefowi klubu PiS podkoszulkowej demonstracji i zahaczyli o garderobę poniżej pasa. A konkretnie o stringi. Bo też nimi okrasili swój slogan „Parkingi w Białymstoku mniejsze niż stringi” . Bo według polityków SLD w Białymstoku jest za mało miejsc parkingowych (Ameryki tym nie odkryli). Co więcej mają oni sposób jak temu zaradzić.

Kilka dni temu napisałem na blogu, że w białostockiej radzie miejskiej zaiskrzyła koalicja SLD-PiS, oparta na niemocy, marazmie, bezradności. Ograniczona w zasadzie do demonstracji z podkoszulkami lub innymi dziwnymi propozycjami. I tak też można spojrzeć na owe stringi. Bo też jak zauważył jeden z internautów na forum „Porannego” w „WIGILĘ DNIA BEZ SAMOCHODU LEWICA PROPONUJE PARKINGI . Brawo nowa zielona LEWICA”.

Fakt, że parkingów jest mało. Ale nie sądzę, by wyrosły nagle jak grzyby po deszczu. Bo za nim władze pomyślą o ich budowie, to już w tym miejscu deweloper jakąś kolubrynę postawi. Co więcej, nawet jeśli jakimś cudem  znajdziemy pieniądze i szybko wybudujemy sto parkingów, to  w tym samym czasie o tyle samo razy proporcjonalnie zwiększy się liczba samochodów na naszych ulicach. Bo też Polska  – jak mawiał kiedyś Zulu Gula, a dziś parlamentarzysta partii rządzącej – to dziwny kraj. Łatwiej u nas cztery kółka niż o miejsce w szpitalu.

Łatwiej będzie  za to w Białymstoku z dostępnością miejsc spożywania trunków, które w powiązaniu z przyzwoleniem na prowadzenie samochodu po ich spożyciu, na jakiś czas problem parkingowy mogą rozwiązać .

 Na fali boomu gastronomicznego, wyczerpał się limit pozwoleń na sprzedaż alkoholi. Prezydent proponuje zwiększyć go o  70, do 620. Wczoraj nad nim głowę pochylali radni z komisji samorządowej. I poszli na całość. Zagłosowali, że powinno być ich dwa tysiace. Radny Włodzimierz Kusak, jak to na prawdziwego liberała z krwi i kości przystało, poszedł na całość i zaproponował 1000 takich punktów. Na co obruszył się radny opozycyjny Nowak (PiS), który przelicytował kolegę z partii rządzącej i podniósł stawkę do 2000. - Urzędnicy prezydenta podawali, że pod tym względem jesteśmy w tyle za innymi miastami w kraju. Więc zaproponowałem: to idźmy na całość! Zróbmy od razu dwa tysiące i uplasujemy się na pierwszym miejscu w kraju – tłumaczył potem radny Nowak. Ale jego koledzy z komisji nie za bardzo wyczuli ironię, weszli do tego pokera i przystali na jego propozycję. Teraz  sprawdzą ich pozostali radni ( w poniedziałek na sesji). No i dowódca garnizonu białostockiego, bo w ustawie zapisane jest, że to on opiniuje liczbę punktów sprzedaży alkoholu w mieście (jeśli stacjonuje w nim wojsko). Prezydentowi nie odmówił, ale w grę wchodziło tylko 70 miejsc. A tu dzięki ironii radnego Nowaka pula rośnie o prawie 1400.

Ale ten z pozoru kuriozalny żart może rozwiązać, choć na trochę, sprawę parkowania w mieście. Zważywszy na społeczne przyzwolenie na wsiadanie za cztery kółka po odwiedzeniu pijalni z procentami na półce. Ubędzie trochę praw jazdy, to i luźniej zrobi się na parkingach w centrum. I jak tu nie zgodzić się, ze stwierdzeniem innego obserwatora rzeczywistości (co prawa w dawnym systemie, ale akurat to jego stwierdzenie myślę jest wiekopomne), że słuszną linię ma nasza władza.

Oświecony Białystok

DSC_5626DSC_5627DSC_5628DSC_5629DSC_5630DSC_5625DSC_5624DSC_5623

Taki spektkal rozgrywał się dzisiaj , 23 września 2009 roku po godz. 17. 20, nad Białymstokiem.

Spece od markowania promocji

Nie będzie o poczynaniach na tym polu miejskich fachowców (napisaliśmy zresztą o tym niedawno w Porannym). Tym razem zaintrygowała mnie decyzja radnych wojewódzkich, którzy na ostatniej sesji zgodzili się na wejście Podlaskiego do tworzonego właśnie w Brukseli Domu Polski Wschodniej, wspólnego przedstawicielstwa Podlaskiego, Warmińsko-Mazurskiego, Lubelskiego, Podkarpackiego i Świętokrzyskiego. Do tej pory każdy z tych regionów miał w Brukseli swojego przedstawiciela.

- A to sprawiało, że ich działalność była mało efektywna. Wystarczyło, że w tym samym czasie były dwa istotne dla regionu spotkania – mówi Michał Podbielski, zastępca dyrektora departamentu współpracy z zagranicą urzędu marszałkowskiego.
A ja dodam jeszcze coś: to biuro było zbędne. I jego każdy kolejny klon też.

Dotychczas biuro kosztowało nas 300 tys. złotych rocznie. Za te pieniądze mamy wymagać, by zorganizowało lobbing znacznie lepszy niż zrobili to ekolodzy w sprawie Rospudy. Trochę to przypomina działalność polskiego biura lobbystycznego. Kosztuje nas kilkadziesiąt tysięcy dolarów, a nie potrafi znaleźć dojścia do administracji, by zasugerować, że decyzja o rezygnacji z tarczy ogłoszona 17 września to nie jest najrozsądniejszy pomysł. Każdego innego dnia tak, ale nie 17 września.

Wielokrotnie w tym dwudziestoleciu bywało tak, że najlepiej lobbowanie czy promowanie wychodzi nam wtedy, gdy jest pozbawione całej biurokratycznej machiny. I gdy robią to ludzie, których nazwiska coś znaczą, albo ci, których pomysły nie są zakażone jeszcze urzędnicza mitręgą. I tak się składa, że w Brukseli najwięcej dla regionów znaczą europosłowie. To oni są w stanie wydeptać dla swoich regionów nawet najmniej dostępne ścieżki i otworzyć dla nich nawet te najbardziej oporne drzwi. Problem polega na tym, ze Podlasie takowych eurodeputowanych nie ma (nie chcę przypominać dlaczego, tyle razy było to wałkowane przy eurowyborach i tuż po nich).

To jest o tyle ważne, że w przyszłym roku europejskie instytucje zaczną na poważnie planować przyszły budżet Unii Europejskiej. Od tego, jaką przy tym przyjmą ogólną zasadę (wspieranie innowacyjności lub wyrównywanie poziomu rozwoju) zależy ilość pieniędzy, jaka trafi do najbiedniejszej części Polski. I tutaj ten lobbing by się przydał.
Nie sądzę, że będzie on skuteczny za sprawą połączenia sił pięciu województw. Wszak mimo podobieństw między nimi, to jednak znacznie więcej ich dzieli niż łączy. Zwłaszcza Podlaskie i warmińsko-Mazurskie. Ciekawe czy w przypadku, gdy będą ważyć się losy przebiegu dróg, ten wspólny chór będzie śpiewał jednym głosem.

Co najwyżej dowartościuje on niektórych polityków, którzy w końcu będą mogli spełnić sen o prowadzeniu dyplomacji w choćby małym zakresie. Wszak na czele takie zjednoczonego pięciu województw będzie stał marszałek województwa, rotacyjnie zmieniany po roku przez marszałka z innego regionu.
Dobra okazja, by wyrwać się na kilka weekendów do Brukseli, zorganizować parę rautów, bywać na salonach. Jednym słowem łyknąć świata zarezerwowanego dotychczas do wąskiego szczebla najwyższych władz państwowych. No, ale nie każdy może być specem od markowania promocji.

Antykonserwatorstwo

“Na wagę światła”.  Pod takim hasłem dwa lata temu „Poranny” prowadził akcję za wyeksponowaniem fragmentów wagi miejskiej, odkopanej przy Ratuszu podczas przebudowy Rynku Kościuszki.
“Wagą” określany był budynek, w którym w XVIII w. przechowywano wzorniki miar i wag. W XIX w. zaczęli się tam wprowadzać handlarze. Powstawały dobudówki. Wszystko – razem z Ratuszem – zostało w 1940 roku rozebrane przez Sowietów. Ratusz został odbudowany w latach 50., budynek wagi uległ zapomnieniu. Aż do 2007 roku. Historycy i wielu mieszkańców Białegostoku chciało w jakiś sposób upamiętnić to odkrycie. Pojawił się pomysł, by tam, gdzie była waga, położyć zamiast chodnika szkło i podświetlić fragmenty muru. „Poranny” w ramach akcji “Na wagę światła” zebrał pod tym prawie 700 podpisów. Konserwator zabytków zdecydował jednak, by zasypać znalezisko. Obok miała powstać tabliczka informacyjna. Powstawała do wczoraj.

Gdy słyszałem jak mój redakcyjny kolega próbuje się dowiedzieć od firmy, która ją instalowała, kiedy w końcu się za to weźmie, to przypomniały mi się sceny spod szyldu: „Czy się stoi czy się leży, tysiąc złotych się należy”. Swoisty powrót do minionej epoki, w której przerwa śniadaniowa (dzisiaj lunch) była wyniesiona do rangi sacrum. A każda minuta mniej to swoiste profanum. I jeśli jeszcze dorzucimy to, że po pierwszym dniu cement się nie związał, to naprawdę przypominało to groteskę z poprzedniego systemu. I

W końcu po trzech dniach pracy pojawiła się tablica upamiętniająca  nie wagę, a kramnice. Tak zdecydował konserwator zabytków. Według niego  dwa lata temu nie odkopano fundamentów dawnej wagi, a właśnie pozostałości po XIX kramnic. I to najbardziej uderza po oczach czytając treść napisu ( oczywiście także błąd w dacie). Historycy są oburzeni na taką interpretację.
Aż strach pomyśleć co to będzie z pozostałościami bramy odkrytej latem przy Pałacyku Gościnym. Bo jeśli i tu dowiemy się, że to nie fundamenty bramy, a cztery słupki, to może lepiej niech pozostanie zasypana. 

W Białymstoku służby konserwatorskie dbałość o zabytki przejawiają  zaiste w sposób zrozumiały chyba tylko dla siebie. Tam gdzie powinny być konserwatywne są  liberalne. Tam gdzie powinny od tego liberalizmu nie stronić (wychodząc naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców), popadają w  mocno zakonserwowane antykonserwatorstwo.

Prezydent Białegostoku kontra PO

Głosowanie wydaje się z pozoru błahe. W poniedziałek radni zdecydują, jak nazywać się będzie nowy odcinek Trasy Kopernikowskiej. Prezydent proponuje na jej patrona ks. Jan Twardowskiego. Ta propozycja logicznie ma swoje uzasadnienie. W końcu nowa arteria przechodzi w kolejny odcinek obwodnicy śródmiejskiej, której patronem jest inny poeta – Czesław Miłosz. Ale logicznie argumentacji nie sposób odnowić też autorom drugiej nazwy. Radni Platformy postulują, by ulice nazwać im. Ojca Pio. Wszak parafię pod tym wezwaniem od nowej ulicy dzielą tylko ekrany dźwiękochłonne.
 
Obie alternatywy mają, zatem mocne uzasadnienie (umocowanie) ontologiczne.  A jednak w głosowaniu tym nie sposób nie zauważyć swoistej symboliki. Albowiem jego wyniki pokażą czy i jak bardzo prezydent Białegostoku jest w stanie wyzwolić się spod kurateli Platformy Obywatelskiej.
Zaraz po wygraniu przez prezydenta Truskolaskiego wyborów napisałem, że miarą jego sukcesu będzie nie to, ile razy wstęgę przetnie na inwestycjach, ale czy i na ile uzależni się od dotychczasowego zaplecza partyjnego. Bo tylko w ten sposób może być atrakcyjny nie tylko dla dotychczasowych przeciwników, ale też i tych niezdecydowanych. Bez zdawania się na umizgi i anse koterii partyjnej. Przytoczyłem wówczas przykłady prezydentów Katowic, Gdyni, Wrocławia.

Czy po trzech latach sprawowania władzy prezydent Truskolaski jest w stanie wybić się na taką niezależność?
Tym bardziej, że w ostatnim czasie mieliśmy oznaki dysonansu między prezydentem a jego bezpośrednim zapleczem politycznym. Przykładem rozbieżności zdań miałaby być różnica pomiędzy prezydentem a radnymi PO właśnie w sprawie patrona niedawno oddanego odcinka Trasy Kopernikowskiej. Innym argumentem miałoby być forowanie przez struktury Platformy Tadeusza Arłukowicza, jako tego, który na kanwie sukcesu w wyborach do europarlamentu może być kandydatem Platformy na następcę Truskolaskiego.
Choć obie strony nieraz mówiły, że takie stawianie sprawy jest pozbawione podstaw, że nie ma między nimi żadnych nieporozumień, o konflikcie nie wspominając,
to jednak poniedziałkowe głosowanie będzie takim swoistym papierkim lakmusowym. A w zasadzie zachowanie radnych Platformy.

Do tej pory przeważnie stanowili jednolity monolit i solidarnie popierali prezydenta. Teraz ten monolit ma dylemat, błahy, ale jednak.  Co prawda podczas tego głosowania nie będzie w nim dyscypliny partyjnej, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że na monolicie mogą pojawić się rysy. Pytanie: jak głębokie.

Zapewne awangarda klubu poprze swoją wersję.  Drugi garnitur być może będzie zawieszony w rozterce. Tajemnicą pozostanie zachowanie radnych związanych ze środowiskiem prawosławnym. Jeśli jednak propozycję prezydenta poparłoby (przy neutralności opozycji) przynajmniej 1/3 monolitu, to wówczas może myśleć  o usamodzielnieniu się od największego klubu w radzie. Na rok przed wyborami.

Plac Inwalidów, czyli jak ugryźć 40 milionów

Po pierwszym nieudanym przetargu na plac Inwalidów napisałem, że władze Białegostoku nie mają wyjścia  i muszą sprzedać go przynajmniej po cenie, za którą obiecały oddać plac Inwalidów w dobre ręce. Każdy grosz poniżej 50 milionów będzie porażką magistratu. I choć po drugim przetargu władze obniżyły cenę o 15 milionów, a po trzecim zamierzają oddać go w użytkowanie wieczyste, to nadal podtrzymuję, że każdy grosz poniżej 50 milionów złotych będzie porażką magistratu. Ale okazja do rehabilitacji nadarza się już jutro. Wszak w losowaniu Dużego Lotka do wygrania jest 40 milionów (a można się spodziewać, że pula ta do godz. 22 we wtorek jeszcze się powiększy).

Bo przez pryzmat placu Inwalidów w gruncie rzeczy będą oceniane władze miasta (nie tylko w wymiarze materialnym). I nie przyćmi go każda wyremontowana ulica. Pisałem o tym wielokrotnie na blogu, nie bez kozery nadając mu takie znaczenie (nawet jedną z kategorii wpisów nazwałem Plac Inwalidów). 

Plus, jakim była niezłomność prezydenta w zamknięciu bazaru zbilansowało na zero zainteresowanie kupnem placu. Wytłumaczenie fiaska przetargu najpierw zbyt wygórowaną ceną, później kryzysem i trudnościami inwestorów z nabyciem kredytów, podcina wiarę w wiedzę ekonomiczną ekipy ze Słonimskiej.
I to jest wymiar ekonomiczny Placu inwalidów. Są jednak i pozostałe. Pewność, z jaką władza manifestowała swoje prawo do gruntu, była odwrotnie proporcjonalna do zdolności rozwiązania sporu. Nie chodzi mi o to, że magistrat powinien wyrzec się swoich racji i pomysłu na plac. Powinien jednak wykazać się większą elastycznością, podobną do tej, z jaką potraktował sąsiednią działkę. Nie w kategorii wroga, a partnera.
Ciekawe, co by było, gdyby władze miasta dały Sportowej Spółce Akcyjnej taką propozycję: “Otrzymujecie taką samą powierzchnię na własność, ale za mniejszą cenę. Tyle, że na obrzeżach miasta. Bo to przecież nie miejsce, a pomysł na handel się liczy”. Taką mniej więcej logikę zastosowano wobec kupców (pomijam, że w miarę zbliżania się godziny zero eskalacja sporu otarła się o sankcje prawne i pokaz siły).
Rynek, podobnie jak życie, nie znosi próżni. Handlarze jakoś znaleźli sobie nowe miejsca (część zbiorowo, część indywidualnie, inni jeszcze znaleźli sobie zupełnie inne zajęcie.) I na razie to magistrat na całej tej przepychance wyszedł jak Zabłocki na mydle.  I miasto, bo straciło coś znacznie więcej niż narażoną na szwank reputację ekonomiczną swoich włodarzy.
Spoglądając na wyburzony teren po stadionie przy Jurowieckiej dopiero teraz widać, co straciło miasto pozbywając się tego kawałka. I aż się prosiło by nie został zabudowany. Przestrzeń naturalnie stworzona do rozrywki i odpoczynku na świeżym powietrzu. A jakby tak jeszcze powiększona o plac Inwalidów, albo i jeszcze dalej, po drugiej stronie Sienkiewicza. Ciągnąca się aż do Pałacowej i przechodząca w Planty. Taki właśnie nowy park. Zostawiony dla potomności, tak ja zostawiono właśnie nam Planty.
Pisałem o tym już kilka lat temu. Tak wizja wykorzystania tego terenu przez miasto odpowiadała mi najbardziej. Bo też ziemia ta była dla miasta bezcenna. Ale stało się jak się stało.

Gdy miasto sprzedawało ziemię Jagiellonii, to wielokrotnie mówiło, że tak naprawdę nie może inaczej, bo tereny są w użytkowaniu wieczystym klubu i nic nie może zrobić. A dzisiaj to samo użytkowanie wieczyste proponuje potencjalnym nabywcom placu Inwalidów, sąsiedniej działki. To jak to jest: po jednej stronie między użytkowanie wieczyste jest dobre, a po drugiej nie.   Tłumaczenie, ze trzeba dostosować się do panujących warunków na rynku jest mało przekonywujące.  Bo równie dobrze można byłoby obu tych działek nie pozbywać się. Wystarczyło mieć tylko pomysł na ich zagospodarowanie. Nie handlowe, a społeczne, kulturalne, miejskie. Przy pomocy funduszy unijnych perspektywa całkiem realna. 

Skoro już miasto nie weźmie tyle, ile chciało na początku za plac Inwalidów, to może fatycznie powinno zagrać dzisiaj w totolotka. Za sumy, które poszły na promocję najatrakcyjniejszej działki na wschód od Wisły, wygrana byłaby murowana.  Ale, jak mówią Czesi, to se nevrati.
Zresztą nie sztuką jest wygrać obstawiając jak najwięcej. Majstersztykiem jest wygrać jak najwięcej, inwestując jak najmniej. W tym wypadku dwa złote.  Bingo optymalne, krystaliczne, wzorcowe. Pod warunkiem, że nikt inny nie trafi. Wiara wsparta szczęściem. Gra się na jednym zakładzie za dwa złote na chybił trafił lub jeśli chce się podpory naukowej, skreśla sześć liczb: ******.

I to cały przepis na to, jak ugryźć 40 milionów. I rehabilitację za plac Inwalidów Wojennych. Nie wiem czy miasto z niego skorzysta, ale gdyby tak, to po zapłaceniu za kupon warto wziąć rachunek na urząd miejski.  Na wypadek wygranej.

Kosmiczne jaja na sesji rady

Nie lubię poniedziałku – dzieło zaliczane do klasyki polskiej komedii. Gdyby  filmowcom przyszło do głowy nakręcić jego remake, to gotowy scenariusz mieli w poniedziałek w Białymstoku. Na pewno tego poniedziałku nie zapomni prezydent Białegostoku. Nie dość, że po raz trzeci nie sprzedał placu Inwalidów, to jeszcze radni go nie posłuchali i zwiększyli do 1000 limit miejsc na sprzedaż alkoholu w mieście (prezydent proponował 620). Ale to małe piwo w porównaniu z porażką jak doznał prezydent na sesji podczas głosowania nad patronem nowego odcinka Trasy Kopernikowskiej. I nie chodzi o to, że radni opozycyjni nie podzieli zdania gospodarza miasta. Nie posłuchali go też radni z jego, wydawałoby się bezpośredniego, zaplecza.

Niby sprawa błaha, a jednak dość wymowna i symboliczna (pisałem o tym w niedzielę). Na trochę przeniosła nas do epoki poprzedniego prezydenta, który przeważnie wśród radnych posłuchu nie miał. Tyle, że na rok przed wyborami dla obecnego prezydenta niezbyt to pocieszająca prognoza. Faktycznie może prezydentowi nie pozostaje nic innego jak zapisać się do Platformy. Patrząc jak szybko uczyniła to była eurodeputowana z Podlasia, to prezydent Białegostoku i tak długo wytrwał w partyjnym celibacie.

O ile głosowanie na patronem ulicy było porażką prezydenta, to w swej całej rozciągłości przypominało kabaret. Tak należy sądzić po owocach (nie było mnie na sali rady, próbowałem na trzech komputerach oglądać transmisję online, ale na żadnym nie miałem połączenia z serwerem urzędu wojewódzkiego; licho jakie czy co, bo w przeciwnym razie musiałbym pomyśleć, że radni mają coś do ukrycia). I dlatego piszę o kabarecie na podstawie efektu finalnego. A wyszło na to, że ulica ma dwóch patronów: ojca Pio i Franciszka Malinowskiego.
W zasadzie takie rozwiązanie w Białymstoku to nic nowego. Wystarczy przypomnieć radosną twórczość innych radnych, spod szyldu samorządu wojewódzkiego: Teatr Dramatyczny im. Aleksandra Węgierki z siedzibą w Domu Ludowym imienia Józefa Piłsudskiego.  
Dało się pogodzić Węgierkę z Piłsudskim, to dlaczego nie ojca Pio z Malinowskim? Jednemu kierunkowi jazdy niech patronuje ten pierwszy, przeciwnemu ten drugi. A pasowi rozdzielającemu oba kierunki, tak na otarcie łez po propozycji prezydenta, mógłby patronować ten trzeci. I niech tam prawnicy wojewody wtedy się dopiero głowią.

Tak naprawdę za to, co dzieje się na sesji odpowiada przewodniczący rady. Mając na uwadze finał końcowy głosowania nad patronem ulicy wnioskuję, że radny Kusak nie za bardzo panował nad przebiegiem głosowania. Bo na zdrowy rozum ( i tak jest w Sejmie) przyjęcie w pierwszym głosowaniu większością głosów danej propozycji, procedowanie nad dalszymi propozycjami czyni bezprzedmiotowe. Inaczej mogłoby się zdarzyć, że wszystkie trzy propozycje dostałyby taką samą liczbę głosów i byłby jeszcze większy ambaras niż obecnie.

Dlatego radny Kusak, po powzięciu wiedzy, że pierwsza propozycja (a była nią ta autorstwa klubu PO) uzyskała wystarczającą liczbę głosów, nie powinien dopuścić do głosowania nad innymi. Nawet jeśli regulamin głosowania w radzie stanowi inaczej. Bo w tym wypadku oznacza on ni mniej ni więcej, że logicznie jest absurdalny. I powinien być zmieniony. Ale to także jest zadanie dla jej przewodniczącego. Jednym słowem: tak czy owak radny Kusak ma o czym myśleć i też nie lubić poniedziałku. Bo wyszły jaja z nie z tej ziemi. Kosmiczne.

Waterloo Cimoszewicza

Pod takim tytułem w jutrzejszym Obserwtorze kreślę kilka refleksji o przyszłości podlaskiego senatora. A wspomniane Waterloo odnosi się nie do porażki Cimoszewicza w wyborach na szefa Rady Europy, a ewentualnego startu w elekcji prezydenckiej2010 roku. Zresztą sam senator wielokrotnie powtarzał, że nie jest tym zainteresowany.
I dlatego prawica może spać spokojnie, lewica niekoniecznie. Sama sobie jest winna. Przez dwadzieścia lat nie była w stanie wychować następcy Cimoszewicza. A co oznacza dla niej jego nieobecność nie tylko na krajowej scenie, ale i podlaskiej pokazały ostatnie wybory do europarlamentu.
Tak na dobrą sprawę to Lewica nigdy nie była potrzebna Cimoszewiczowi, ale Cimoszewicz był zawsze potrzebny Lewicy.  Zwłaszcza w tzw. momentach trudnych, gdy był traktowany jak ostatnia deska ratunku.
Tak jest teraz. I tak było cztery lata temu, w 1996 roku po przejęciu rządowej schedy po Oleksym a przede wszystkim w w 1990 roku podczas pierwszych wyborów prezydenckich. Tamtym startem Cimoszewicz podtrzymał Lewicę przy życiu, ale raz na zawsze zamknął przed sobą drzwi do pałacu prezydenckiego.
Zapraszam do jutrzejszego Obserwtora.

Filmowcy, menele i jednoręcy bandyci

Sprawa Romana Polańskiego zeszła na manowce. Przynajmniej w Polsce. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy  adwersarzom brakuje argumentów na rozprawienie się z istotą zagadnieniu. Kierują wtedy spór na wątek poboczny, do tego stopnia, że staje się on motywem przewodnim. I tak też zrobiło nasze środowisko artystyczne, kreując stosunek seksualny sprzed trzydziestu lat na piedestał. A tymczasem każdy, kto choć trochę liznął prawa (a myślę, że jest to całkiem spora grupa, wszak amerykańskie filmy dotykające, choć w najmniejszym stopniu amerykańskiego systemu prawnego, cieszyły się u nas dużą popularnością) dobrze wie, że osią sporą jest wątek prawny. Nie obyczajowy, a prawny.
Wiele można powiedzieć o Ameryce złego i głupiego, ale prawo jest tam wartością, która w równym szeregu stawia prezydenta, menela, pastora, sportowca czy króla popu. Przekonał się o tym najboleśniej Michael Jackson, który podjął wyzwanie rzucone przez śledczych. Nie uciekał przed sądem, stawił się i wygrał sprawę.
Taka jest, bowiem Ameryka. Jej prezydent może się złajdaczyć, ale nie prawo. I to prawo jest istotą sprawy Polańskiego. Ale nie tylko jego.

Białostocka prokuratura oskarżyła dwóch bezdomnych. To oni przygarnęli błąkającą się przy ulicy Broniewskiego trzyletnią Nikolę. W melinie nakarmili dziecko i położyli spać. Sami pili dalej. Nie zawiadomili policji. Teraz prokurator oskarża ich o przetrzymywanie dziewczynki wbrew woli rodziców. Z kolei inny prokurator chce, by sąd odebrał rodzicom prawo opieki nad trzyletnią Nikolą i jej trójką rodzeństwa.
Mamy tu swoisty paradoks, bo wychodzi na to, że menele dobrze zrobili, skoro i prokuratura ma obiekcje i podważa wolę rodziców. A poza tym: czy znalezienie na ulicy wieczorem dziecka, przygarnięcie go, nakarmienie i położenie spać nie jest uczynkami jakby wziętymi z katechizmu: głodnego nakarmić, spragnionego napoić, bosego przyodziać?. I za co ich tu karać? Że nie zadzwonili na policję? Podejrzewam, że wykręcenie numeru 112 lub 997 jest ostatnią rzeczą, o której by pomyślał w swoim życiu menel lub bezdomny. Pomijając to, czy miał, z czego wybrać taki numer.
Ale w tym przypadku jakoś nie słyszę oburzonych artystów, którzy stanęliby po stronie meneli. Nie słyszę z ust filmowców: ” Uwolnić Barabasza”. Czyż nie, dlatego, że za swój czyn, mimo swojego marnego życia, menele w każdej chwili mogą znaleźć się w raju? Czyż na swój sposób nie postąpili szlachetnie? Wszak okazali dziecku dobroć, a nie krzywdę. A że pili dalej? Widać taki ich los.

A może tego larum nie słychać, bo to tylko menele i to z marnego świata, którzy najmniejszych szans nie mają na zainteresowanie się nimi przez bohemę artystyczną?
Sprawa, którą wytoczyła menelom prokuratura jest absurdalna, ale tak stanowi prawo. Sprawa Polańskiego jest poważna, bo tak stanowi prawo.

I to samo prawo nakazuje rozwikłać aferę hazardową. Co jakiś czas na jednorękich bandytach wykładają się kolejni posłowie (i to z różnych opcji). Politycznie, nie prawnie. Bo te ostatnie sprawy są umarzane, jako konsekwencja postępowań organów państwa. Nie z woli premiera, ministra,   ale prokuratury, i w ostateczności sądów. Bo tak stanowi prawo. I tak powinno być tym razem.   Ktoś może powiedzieć: zaraz, zaraz, ale wymiar sprawiedliwości nadzoruje minister  Czuma. I bardzo dobrze, bo ma najlepszą okazję udowodnić, że rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, które tak forsował, miało sens.
Ale w sprawie Chlebowskiego uderza coś innego: język, jaki bucha z ujawnionych rozmów. Czy za taką samą grypserę  i slang szef klubu PO nie zostawiał suchej nitki na bohaterach podsłuchów w sprawie zwiedzania ostatniego piętra hotelu Marriott i tych, którzy ich usadawiali na stanowiskach państwowych?
W niedzielnej audycji w radiu Zet poseł Chlebowski często odpierał zarzuty swoich adwersarzy w taki mniej więcej sposób: – No, nie Panie pośle, tak nie można mówić. Takie mówienie jest nieuprawnione.
No właśnie panie pośle Chlebowski, tak nie można mówić. I za to powinien pan zniknąć ze sceny politycznej. A resztę to już domena państwowych organów prawnych. Bo tak stanowi prawo.

Pomiędzy Judaszem a Barabaszem

Po słynnej konferencji prasowej w prokuraturze, na której prokurator opowiadał o przecieku w sprawie afery gruntowej napisałem, że na progu kampanii wyborczej PiS – używając terminologii sportowej – dokonał akcji technicznej ocenionej na wazari. By wygrać tę walkę, opozycja musi pokusić się o ippon – rzut punktowany oczko wyżej. I to szybko, bo w przeciwnym razie – co dał do zrozumienia minister sprawiedliwości (wówczas Ziobro) – może zostać użądlona jeszcze raz. Tylko, czy stać ją na to?

Jak później okazało się, nie musiała, bo żądło ukuło tych, co nim wymachiwali. A to za sprawą afery z posłanką Sawicką. Po prostu żądlący się przeliczyli. W każdym innym kraju po słowach, które mówiła posłanka Sawicka, nie tylko ona, ale i jej partia byłaby na aucie. Tymczasem u nas nastąpiło coś zupełnie odwrotnego. Ludzie mieli dość spiskowania i stąd takie poparcie w wyborach dla Platformy. Zresztą to nie były normalne wybory, a raczej plebiscyt. I to nie za czymś, a przeciwko komuś (z dodatkowymi bonusami).  I o tym zapomniała Platforma, upojona sukcesem wyborczym. Mandat władzy nie zdobyła, dlatego, że miała ekstra pomysł na Polskę (formowanie rządu pokazało, że go nie miała i chyba nie ma do dziś), ale dlatego, że ludzie mieli właśnie dość wymachiwania żądłem. Tyle, że Platforma  o tym zapomniała. Tak jakby ów sukces wyborczy rozgrzeszała ja ze wszystkiego i dawał alibi na przyszłość.

I teraz po dwóch latach machający żądłem znowu zawiesili wysoko poprzeczkę na progu kampanii wyborczej (od wczoraj wszędzie słychać, ze wraz z ujawnieniem afery hazardowej właśnie się zaczęła). Oczywiście Tusk może sobie pluć w brodę, że zostawił Kamińskiego na czele CBA, że w Sejmie nie przeforsował wniosku o rozwiązanie biura), ale to jest łabędzi śpiew. Nie ulega wątpliwości, że musi wykonać akcję na ippon. Liczenie, że wymachujący żądłem znowu się użądli, już nie wystarczy.

Samo odsunięcie Chlebowskiego też nie wystarczy, jak teżą kolejne już “przepraszam”. Bo obłudę, która bucha z ujawnionych rozmów byłego szefa klubu PO, nie tak łatwo będzie wymazać z oblicza PO. Kto jeszcze bowiem po tym, co usłyszał, uwierzy zaklinaczom w retorykę o standardach ?  Naważyła Platforma piwa, niech go sobie teraz wypije. To nie moja beczka.

Tragizm tej całej sytuacji polega na czymś innym: na bezalternatywności. PiS wraz z przystawkami został dwa lata temu odrzucony w plebiscycie. Platforma? To nie tak miało być, nieprawdaż?  Lewica, Dorn z Ujazdowskim i Jurkiem, Piskorski z Olechowskim, Polska XXI? Ale to już też przecież było.
Nie ma żadnych przesłanek by ktokolwiek zawrócił jakościowo naszą politykę.  I to jest polskie nieszczęście. Wybór pomiędzy Judaszem a Barabaszem.

Rio, Lisboa i Warszawa goła

Si no gano muero – jeśli nie wygram umrę. Tak przed finałem olimpijskim wyścigu pływackiego  na 200 metrów stylem dowolnym zadeklarował Felipe Munoz. Tym szantażem wypaczył sens zawodów.  Przecież jego rywale byli pod straszliwą presją: wygrana, któregoś z nich,  de facto oznaczałaby samobójstwo Munoza.  Czy w takich warunkach rozgrywanie wyścigu miało sens? Jaki smak miałoby zwycięstwo okraszone śmiercią rywala? A  może ta perspektywa już na wstępie ustawiła przebieg zawodów? Munoz wygrał ten wyścig i nie musiał spełnić swojej makabrycznej obietnicy.

Historia ta wydarzyła się 41 lat tem na olimpiadzie w Meksyku. Pamiętnej nie tylko z deklaracji Munoza, ale też fenomenalnego skoku Boba Beamona w XXI wiek, zaciśniętej pięści czarnoskórych sprinterów z USA, złotych medali Jerzego Kuleja (pierwsze zdobył w Tokio), Waldemara Baszanowskiego, Jerzego Pawłowskiego, Ireny Szewińskiej, Józefa Zapędzkiego. Ale też krwawej masakry na placu Tlatelolco dokonanej w przededniu olimpiady przez armię meksykańską na protestujących studentach. Pamiętnej także dlatego, że były to jedyne igrzyska olimpijskie rozgrane w kraju latynoamerykańskim, ale tak na dobrą sprawę zaliczanym do Ameryki Północnej. Południowa (bliższa mi nie tylko z powodu mojego nazwiska) jej część nigdy nie dostąpiła tego zaszczytu.

Owszem miała trzy razy mistrzostwa świata w piłce nożnej  (plus dwa mundiale meksykańskie). Pierwsze, w 1930 roku, to z dzisiejszego punktu widzenia epoka jurajska. Drugie w 1950 roku w powszechnej opinii znane są z rekordu publiczności na Maracanie (204 tys. kibiców na finale). Europa leczyła jeszcze świeże rany po wojennej zawierusze, by myśleć na serio o mundialu. I ten ostatni sprzed 31 lat z Argentyny. To wszystko. Prawie nic, jak na tak wielki kontynent. Aż do piątku. Bo w stolicy Kopenhagi, gdzie przyznawano prawo do organizacji olimpiady w 2016 roku,  ta niesprawiedliwość dziejowa została wyrównana. Pokonanie przez Latynosów z Rio Hiszpanów i Amerykanów (wspartych lobbingiem Obamy) jest tak wymownym i symbolicznym gestem, że nie warto dłużej się nad tym rozwodzić. Dodając do tego, że  dwa lata wcześniej Brazylia zorganizuje także Mundial, sprawiedliwości dziejowej stało się zadość. Przynajmniej w sporcie.
Cieszą się Brazylijczycy, Latynosi i wszyscy, którzy mają nadzieję na odrodzenie ducha igrzysk. Triumfu spontaniczności nad komercją.

Cieszą się też i zapewne Brazylijczycy w Białymstoku. Jest ich spora kolonia. Najsławniejsza ta w Jagiellonii: Hermes, Cionek, Bruno plus pozostali Latynosi. Cieszą się także z innego powodu. Bo z całą pozostałą ferajną rzucili wczoraj Legię na kolana. To, co zrobił Grosicki jasno dowodzi, że słusznie należało mu się powołanie do kadry narodowej. Nie szło naszym w ostatnich czterech meczach, ale Legię załatwili koncertowa. Można powiedzieć, że Warszawa wróciła z Białegostoku goła.

Goła będzie także Warszawa, i tu nie jest mi do śmiechu, na arenie międzynarodowej. A stanie się tak, jeśli prezydent nie podpisze szybko  Traktatu Lizbońskiego. Przecież wszyscy słyszeli, jak  wielokrotnie zapewniał uczyni to niezwłocznie, jeśli w referendum zgodzą się na traktat Irlandczycy. I owszem, mieszkańcy Zielonej Wyspy w końcu powiedzieli tak.  A to oznacza, że i nasza głowa państwa musi powiedzieć tak (abstrahując od  tego, komu ten traktat tak na dobrą sprawę jest potrzebny: eurokratom czy Europejczykom). Bo swoją deklaracją zapędził się w kozi róg. Oczekuję (mimo, że nie podzielam takiego hurraoptymizmu traktatowego), że spełni swoją obietnice. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Dłuższe zwlekanie i oglądanie się na to, co zrobi prezydent Czech Klaus będzie przypominało komedie o tajemniczym blondynie z Rio. A w jednym z odcinków, po przezabawnych perypetiach, nagle stoi goły i wesoły. Nie chciałbym by podobna etykieta była na arenie międzynarodowej przyczepiona Warszawie, w tym wypadku utożsamianej z Polską.

Podlaska armada na morzach i oceanach

W zasadzie to jej dwa okręty flagowe, które opuściły w zeszłym tygodniu gród na Białą. Jeden wybrał akwen zimny, drugi niemal Sargassowy.
Wspólnym łącznikiem obu są tradycje kaperskie, które jak pokazały wydarzenia sprzed kilku miesięcy nie zanikły.
Nie spodziewam się jednak, by nasza armada wróciła z minimalnym nawet łupem. I geografia nie ma z tym nic wspólnego, a raczej słabość naszego arsenału.

By poprawić tę ocenę nasze okręty musiałyby zawitać tam gdzie egzotyka jest równa zeru.  Gdzie potencjalny zysk będzie po stokroć mniejszy od kosztów podróży. Ale gdzie każdy podlaski okręt flagowy powinien zawinąć. Mimo, że wody tam skute lodem. Tak jak czasem zimą w Białymstoku.

Poseł Jacek Żalek na ministra

Po aferze z senatorem Misiakiem napisałem dlaczego Donald Tusk, mimo szybkiej reakcji, nie będzie mężem stanu. Cały tekst pod tym  linkiem, a to jego ostatni: „Premier zyskałby znacznie więcej, gdyby do sprawy podszedł z jeszcze większą ortodoksją. Zamiast zmuszać posłów do wyboru między Sejmem a biznesem, powinien im podziękować. Być może przez ten krok straciłby dużo przyjaciół, partię, koalicję i premierostwo. Ale już teraz prezydenturę miałby w kieszeni. By ją dobrze wypełniać nie potrzeba 230 głosów plus jeden. Wystarczy góra 50 ludzi. Tylu, w 38 milionowym kraju, spoza orbit partyjnych chyba by się znalazło. Dostrzeżenie tego namaszcza na męża stanu”.
I to podtrzymuję na kanwie afery hazardowej.

Po pierwsze: sobotnia konferencja prasowa ministra Drzewieckiego. Według mediów centralnych na niej minister w krzyżowym ogniu pytań miał wyjść z twarzą z afery. Jeśli była taka intencja otoczenia premiera lub jego samego, to zaiste kuriozalny jest to sposób uprawiania polityki przez szefa rządu. Czy podobna sytuacja jest do wyobrażenia w Niemczech, Anglii, o Ameryce nie wspominając (słynna sprawa z przyjacielem Obamy Tomem Daschle). Tam głównodowodzący musi podejmować decyzję szybko.  W przeciwnym razie sam płaci i to bardzo słono. Tej stanowczości i szybkości u Tuska w ostatnich dniach nie było.
Ktoś może powiedzieć: zaraz, ale Drzewiecki sam zrezygnował w poniedziałek. Cały problem polega na tym, że powinien zostać odwołany przez premiera (ze względów politycznych, bo od prawnych w tym kraju jest sąd i prokuratura). I to w czwartek. Nie chcę wnikać jakie intencje kierowały Tuskiem, który był gotów z rozstaniem z Drzewieckim czekać do wtorku. Tak jakby chciał zapytać pozostałych ministrów czy wyrażają zgodę na dymisję Drzewieckiego. A przecież to nie oni wyrażali zgodę na przyjęcie ministra sportu o rządu. Tylko Tusk.

I ostatnie kuriozum. Niedzielna dyskusja na śniadaniu w Radiu Zet. Co tydzień jednym z gości był Zbigniew Chlebowski. Przedwczoraj w studiu się nie pojawił (a szkoda). Zastąpił go nowy szef klubu PO: poseł Grzegorz Dolniak. Jego mowa o asertywności swojego poprzednika zapisze się, bynajmniej nie złotymi annałami, w historii polskiej polityki (zresztą tak jak wcześniejsze podobne mowy przedstawicieli innych partii, którzy podobnie się zachowywali się w podobnych sytuacjach). Mieliśmy falandyzację prawa, mamy dolnizację polityki (a po środku większe lub mniejsze stany pośrednie w ostatnich 20 latach).

Przecież tak na dobrą sprawę to premier jako szef partii powinien zdymisjonować Dolniak, bo on ośmieszył Platformę w niemniejszym stopniu niż główni bohaterowie afery. A w zasadzie to nie powinien zgodzić się na jego powołanie. Marny to bowiem drugi garnitur partyjny  po przetarciu się tego pierwszego.

Wieczorem nazwisko Grzegorza Dolniaka pojawiło się wśród kandydatów do przejęcia schedy po ministrze Drzewieckiem. To ja dorzucę jeszcze jedno: Jacek Żalek. Przynajmniej podlaski poseł zna się na organizowaniu balów jak nikt w Sejmie. A przecież w ostatnim czasie taniec urósł niemal do rangi dyscypliny sportowej.   Oj, wodziłby rej nasz poseł w rządzie, oj wodził. Kto wie, może na miarę Nikodema Dyzmy. Bo w odróżnieniu od bohatera powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, kwalifikacje do tańca ma.

Marne to jednak pocieszenie dla premiera. Bo wychodzi na to, co liderzy Platformy zarzucali, skądinąd słusznie, innym ugrupowaniom: że mają krótką ławkę rezerwową. Być może wystarczającą, by Donald Tusk uciułał prezydenturę.  Na miano mężem stanu, już nie.

Punkty karne dla pieszego

Niedawno redakcyjna koleżanka przebiegała przez  Liniarskiego do Cristalu (na konferencję prasową). Nic w tym dziwnego, bo w tym miejscu wielu tak robi. Zamiast biec do przejścia, sprintowała na skrót przez ulicę (jak onegdaj białostoczanie na Rynku Kościuszki między bankiem PKO a przystankiem autobusowym). Miała jednak pecha, bo namierzył ją mieszany (policyjno-strażomiejski) patrol . I ukarał mandatem (50 złotych). Przy okazji wywiązała się dyskusja, stróże porządkowi zapytali czy koleżanka ma prawo jazdy i pouczyli ją, że jeszcze może dostać punkty karne.

Nie negując zasadności wystawienia mandatu zastanawiam się czy pieszego wykonującego czynności niewynikające bezpośrednio z posiadanego przez niego prawa do prowadzenia pojazdu mechanicznego, można straszyć punktami karnymi? Co do mandatu, to zgoda. Ale straszyć ukaraniem punktami karnymi?

Ostateczną konsekwencja dla kierowcy za popełniane wykroczenia prowadząc samochód jest uzbieranie określonej puli punktów karnych, po której traci prawo jazdy i jest wysyłany na ponowny egzamin.  Załóżmy, że moja koleżanka codziennie przechodziłaby w tym samym miejscu i za każdym razem spisywałby ją ten sam patrol. Mandat i punkty karne.  Według logiki funkcjonariuszy po uzbieraniu 24 punktów powinna stracić prawo jazdy (i przy okazji  pójść z torbami za mandaty) oraz zostać skierowana na egzamin. Ponowny test za przechodzenie przez jezdnię pieszo.

Ale co w takim razie z pieszym, który popełnia to samo przekroczenie, ale nie ma prawa jazdy? Ta sama logika funkcjonariuszy podpowiada, że powinien być podobnie ukarani: mandat i punkty karne. Tylko gdzie mu te punkty zapisywać. Na podeszwie? I co wtedy, gdy uzbiera ich 24.  Czy powinien stracić buty i boso pójść z torbami?.

Politycy jak kibole, czyli polsko-polski Grunwald

Wczoraj premier udowodnił to, co napisałem dwa dni temu: mężem stanu to on nie będzie. Prezydenturę może uciła, ale do roli męża stanu  nie dorósł. Podobnie zresztą jak urzędujący prezydent. Podczas wizyty w Rumunii poproszony przez dziennikarzy o skomentowanie wystąpienia premiera,  powiedział, że są to sprawy wewnętrzne, a ponieważ składa wizytę zagraniczną, więc nie zrecznie byłoby mu  o tym mówić, ale… I tu prezydentowi język się rozwiązał.

Wracając do wystąpienia Donalda Tuska. Po pierwsze: Tak na dobra sprawę premier nikogo nie zdymisjonował (może uda mu się to z Kamińskiem, ale nie jest to takie pewne). Wszyscy inni konstytucyjni minstrowie sami rezygnowali. Dla dobra partii.
Po drugie:  Skąd ta zwłoka z wyznaczeniem ich następców? Czyż nie jest to dowód na krótkę ławkę wśród Platformy po przetarciu się pierwszego garnituru .
Po trzecie: Objęcie przez Grzegorza Schetynę szefostwa klubu i powrót politycznych ministrów z Kancelarii Premiera do Sejmu.  Politycy Platformy mówią o degradacji w imię czystości i przejrzystości, komentatorzy o dziwnej logice (czyż bowiem najlepsi nie szli zawsze w odwrotnym kierunku). A mi się przypomniała ostatnia scena z serialu “Alternatywy 4″, jak do nowego gospodarza domu podchodzi prezes spółdzielni i mówi, że ma dla mieszkańców budynku radosną nowinę: Zjazd burmistrzów świata postanowił objąć blok przy Alternatwy 4 i jego mieszkańców patronatem. A rozdziałem pomocy zajmie się – i w tym miejscu prezes spółdzielni  wymownym ruchem ręki – wskazuje na Stanisława Anioła.

Kilka tygodni temu napisałem, że czeka nas polsko-polski Grunwald. W 600. rocznicę bitwy przypadającą w roku wyborów prezydenckich dziwne byłoby, gdyby  nasi politycy z tego nie skorzystali. Za wilcze doły, które pod Tuskiem wykopał Kamiński, szef rządu wysłał przeciwnikowi “dwa nie całkiem nagie miecze” (procedura odwołania szefa CBA i wysłanie Grasia, Grupińskiego, Nowaka do Sejmu). PiS wyzwania zapewne nie odmówi.

Tylko dlaczego społeczństwo ma być zakładnikiem w  tej bitwie?. Jak politycy chcą się prać, to niech (oddając wcześniej władzę, mandaty i przywileje) umówią się – jak kibole -  na ustawkę w Lesie Kabackim. Ściągną posiłki z całego kraju i niech tam się nawalają do skutku. Panie na lewo, panowie na prawo. A jak im miejsca byłoby mało, to niech się przegrupują  w rejon Puszczy Białowieskiej. Lasy  i mateczniki w niej dostojne. Z nadzieją, że w ferworze walki, to i granicę mogą przekroczyć. A wtedy dadzą Łukaszence okazję do ich internowania. Być może w ten sposób pozbędziemy się klanów politycznych, które czynią z Polski kraj barbarzyńcow (pisze o tym w jutrzejszym Obserwatorze Mirosław Miniszewski).

Baracku Obamo! Oddaj Nobla dla dobra świata i tej nagrody

Oslowski komitet noblowski od lat usiłuje godzić ogień z wodą: polityczną poprawność z oryginalnością. I dlatego z trwogą czekałem na dzisijeszy werdykt.
Bo często zdarzało się, że decyzje były całkowicie chybione. Tak jak dwanaście lat temu, gdy za proces pokojowy w Izraelu uhonorowani zostali Jasser Arafat, Shimon Peres i Icchak Rabin. Późniejsze wydarzenia pokazały, jak ten pokój na Bliskim Wschodzie wyglądał. Niewypałem była także nagroda dla ONZ, jak też dla Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i jej szefa. Ani nie powstrzymali Iranu przed pracami zbrojeniowymi, ani nie zapobiegli rozpowszechnianiu broni jądrowej (dowodem jest poniedziałkowa próba atomowa Korei Północnej).
Zmywając plamy na honorze, Norwegowie co jakiś czas nagradzają osoby, które nie tyle działają na rzecz pokoju, co rozwoju społecznego. Tak było w 2004 roku, gdy uhonorowano Kenijkę Wangari Muta Maathai. I tak było dwa lata później gdy uhonorowano działalności Mohammada Yunusa 66-letniego profesora ekonomii, który działał na rzecz pokoju w Bangladeszu znacznie lepiej niż wszyscy dyplomaci razem wzięci. Nie tylko wyciągła ludzi z biedy, ale swoją misję opierał przede wszystkim na kobietach. W ten sposób burzył tradycyjny podział w społeczeństwach islamskich. Gdyby się to rozpowszechniło w krajach muzułmańskich, być może zmniejszyłoby się zagrożenie ze strony fanatyków.
Po wyższy tekst “Nobel lepszego świata”  napisałem trzy lata temu, a zakończyłem go słowami: I jeśli werdykt ten wielu nie przypadnie do gustu, to niewielu zapewne będzie miało odwagę powiedzieć, że są nim rozczarowani. Bo taka jest poprawność polityczna gorszego świata.

Jak wielka to poprawność mogliśmy się dzisiaj przekonać. Powiem wprost: Noblem dla Obamy, norweski komitet właściwie pogrzebał  nagrodę. A stary poczciwy Alfred nie tyle przekręca się w grobie, co próbuje się z niego wydostać przy pomocy swojego dynamitu i narobić nie złego boom w Oslo.

Swoim werdyktem wielką krzywdę komitet wyrządził bezpieczeństwu światowemu i samemu prezydentowi USA,a zadowolił chyba terrorystów. Bo teraz na ich każdy atak  prezydent USA powinnien nastawić drugi policzek. A w zasadzie to rozwiązać US Army. Bo przecież  komitet noblowski strzelać mu zakazał.
Barack Obama jest na progu swojej prezydentury. Być moze i zostanie wybrany na drugą kadencję. Nie mam pojęcia jak zapisze się w historii świata i Ameryki. Być może losy naszej planety potoczą sie tak, że będzie jeszcze gorzej oceniany niż jego poprzednik. Ale pisać swoją historię może zacząć, jak mówią muzycy od wysokiego C, odmawiając przyjęcia Nobla. Dla dobra swojego,  świata, Ameryki, bezpieczeństwa. I nagrody, którą w ten sposób może jeszcze wskrzesić.

300 milionów dolarów w Białymstoku piechotą nie chodzi

300 mln dolarów, wielkie centrum biznesowe, pociągi kończące w Białymstoku bieg z Warszawy z prędkością 250 km/h. Wszystko miałoby być zakończone w ciągu dwóch lat. Nie wierzycie, to przeczytajcie.

ihjjj

Ten artykuł sprzed ponad 11 lat przypomniałem na kanwie ostatnich pomysłów ożywienia dworca Białystok-Fabryczny. Są one równie niewiarygodne, jak tamta absurdalna regionałka (na spotkanie z biznesmenami przyszłe zacne grono ówczesnych włodarzy naszego miasta i świata biznesowego). Od kiedy przestał jeździć pociąg do Zubek (to już chyba 9 lat) najlepsze, co można zrobić, to rozebrać tory przechodzące przez Białystok-Fabryczny. Przynajmniej przestałyby dzielić miasto w sztuczny sposób. A przy okazji dałyby alternatywę dla przejazdu przez zakorkowaną Wasilkowską  i obwodówkę.
Piszę to także mając na uwadze dotychczasową politykę naszego przewoźnika szynowego, która sprowadzała się do kurczenia naszej infrastruktury kolejowej,a niej jej rozszenia (odsyłam do tekstu ‘Tabor wędruje do nieba” czy “Via na pobocze”). I nie widzę żadnych przesłanek by było inaczej.

Grosicki jak Bayer

Kamil Grosicki jest drugim w historii zawodnikiem grającym w Jagiellonii, który przywdział reprezentacyjny strój (inni Jagiellończycy grali w kadrze reprezentując inne kluby). Tej sztuki dokonał przed nim Jacek Bayer. Być może nawet wyczyn obecnego trenera Piasta Białystok był znacznie większym wydarzeniem. Wszak na murawę w Gdańsku 12 kwietnia 1987 roku wybiegł z orłem na piersi jako zawodnik drugoligowej wówczas Jagiellonii.

 Był swoistym jokerem w talii trenera Wojciecha Łazarka. Bo przecież rzadko się zdarza, by zawodnik drugoligowy dostał szansę gry w reprezentacji. Chyba, że strzela gole jak na zawołanie. A tak właśnie w drugiej lidze czynił wówczas Jacek Bayer. Zresztą niewiele brakowało, by trafił też do bramki Cypryjczyków. Być może wówczas inaczej potoczyłby się nie tylko jego piłkarskie losy, ale też naszego całego futbolu. A tak remis z Cypryjczykami chwały nam nie przyniósł.

Podobnie jak wczorajszy mecz w Pradze. I czym dla desperata  Łazarka był Bayer, tym dla desperata Stefana Majewskiego Grosicki.  Przecież powołania do kadry nie zyskał za rolę statysty na bosiku, ale egzekutora, który regularnie trafia do siatki przeciwnego. Szkoda, że nie udało mu się tego zrobić.

A z drugiej strony być może to i dobrze. Bo jest choć mnimalna szansa, że ten wynik nie spowoduje zamiatania pod dywan (zielony) istoty kryzysu polskiego piłkarstwa. A jest on taki sam teraz, jak i wtedy gdy w reprezentacji debiutował Jacek Bayer. I co ciekawe,  nie nakruszył go ząb czasu. Mimo zmiany systemu politycznego  gospodarczego, a świata to j€ż wogóle. Wprost przeciwnie. Można powiedzieć, że konserwuje się odwrotnie proporcjonalnie do owych zmian, których było nam dane doświadczyć w ciagu ostatnich dwóch dekad.

W skrócie chodzi mi o analfabetyzm piłkarski (szerzej pisałem o tym po wrześniowej klęsce ze Słowenią w tekście “W gorących objęciach Otylii“) .

Gdzie wóda i pipidówa za pan brat

Smętno i ponuro w tym naszym Białymstoku się zrobiło. Za to w niektórych powiatach wrze.  Choćby w Sokółce. Czy można się dziwić, że wśród miejscowych radnych krew się zagotowała, gdy w „Tygodniku Powszechnym” przeczytali słowa wypowiedziane przez wiceburmistrza Krzysztofa Szczebiota  odnośnie  cudu w kościele p.w. św. Antoniego: “Ale żeby cud, w takiej pipidówie jak nasza? Ja katolik jestem, i to praktykujący, ale uwierzyć trudno”.

Przy tych słowa to nawet Mariusz Kamiński ze swoim: “CBA nie pęka”, wymięka. Skoro premier odwołuje terminatora, to trudno się dziwić, że tego samego zażądali od burmistrza radni w Sokółce. A poszli jeszcze dalej: domagali się publicznych przeprosin wszystkich sokółczan ze strony wiceburmistrza.

Jednym słowem sprawa stała się honorowa , polityczna, obyczajowa i prestiżowa. I w ten deseń powinni też podejść do swojego problemu radni augustowscy. A ich problem zwie się miejska komisja przeciwdziałania problemom alkoholowym. Otóż kolejny jej członek stał się bohaterem – incydentu powiedzmy kryminalnego – będąc w stanie wskazującym na spożycie. Przy czym trzeba zauważyć, że zachował się honorowo. Stanął w obronie ekspedientki i dostał po głowie od – jak twierdzi urzędnika ministerstwa skarbu – też zresztą będącego, co wykazało policyjne badanie, pod wpływem alkoholu.

Przy najmniej pobity radny zachował się quasihonorowo. Czego nie można powiedzieć o jego partyjnym koledze, który był bohaterem zygzykowatgo incydentu rowerowego (kuriozalne postanowienie prokuratury w tej sprawie znajduje się po tym linkiem). Marne jednak to pocieszenie dla samej komisji przeciwdziałania problemom alkoholowym. Bo jak tak dalej pójdzie to powinna zmienić swoją nazwę, jeśli nie zostać zlikwidowana.

Na wczorajszej sesji rady miejskiej wiceburmistrz Szczebiot kajał się za swoje słowa. Czy choć na tyle będzie stać radnych augustowskich z ciała (anty)alkoholowego?.

Czy Polska powinna wydać Drasiusa Kedysa?

Bohater Litwinów. Przynajmniej połowy, która widzi w nim samotnego mściciela (niczym Charles Bronson w słynnym “Życzeniu śmierci”). Dla drugiej połowy jest przykładem tego, że nie można wymierzać sprawiedliwości na własną rękę. Obie te części społeczeństwa litewskiego spaja jedno: żadna ze stron nie kwestionuje faktów, które pchnęły Kedysa do zbrodni. Bo też nagranie filmowe ukazujące molestowanie seksualne jego czteroletniej córki jest przerażające.

Sprawa zaczęła się rok temu. Właśnie wtedy Kedys poskarżył się policji, że jego córeczka jest molestowana m. in. przez sędziego Jonasa Furmanavicziusa (kolejną osobą wymienioną w zeznaniach dziecka był asystent byłego przewodniczącego Sejmu Andrius Us). Dziewczynkę podsunęła pedofilom siostra konkubiny Kedysa, Violeta Naruseviciene. Kobieta miała im oddać także własną kilkuletnią córeczkę.
Kedys rozpaczliwie próbował zainteresować sprawą policję, polityków i dziennikarzy. Wysłał 200 listów z nagraniem opowiadania dziewczynki o tym, jak była molestowana. Na próżno. Nikt w tej sprawie nic nie zrobił. Biegli potwierdzili, że makabryczne opowieści dziewczynki o “zabawie” z “wujkami” to prawda. Czterolatka nie zmyślała. Mimo tego, śledczy nie znaleźli powodu, żeby wszcząć śledztwo.
Sędzia Furmanaviczius został zamordowany. Tydzień temu zastrzelono kobietę, która miała podsunąć pedofilowi dziewczynkę. Kedys jest w tej sprawie jedynym podejrzanym. Do tej pory nie udało się go złapać. Jest poszukiwany międzynarodowym listem gończym.

Czy gdyby Kedys został zatrzymany w Polsce, (co nie jest znowu takie nierealne, zważywszy na bliskość granicy), to powinniśmy wydać go Litwinom? Czy mógłby liczyć na Litwie na uczciwy proces, skoro miałby przeciwko sobie cały wymiar sprawiedliwość i biernie zachowujące sie media? Nie tylko przez czyn, którego się dopuścił, ale przez brzemię bezczynności i bezduszności owego wymiaru? Czy w takich warunkach proces miałby sens? Czyż wymienione przeze mnie zastrzeżenia dotyczące sprawiedliwego wymiaru procesu w przeszłości nie były w Polsce wystarczającą przesłanką, by odmówić wydania innych osób ich własnym rządom? To, że miały one kontekst polityczny, a czyn Kedysa kryminalny, nie ma nic dorzeczy. Chodzi o uzasadnione wątpliwości, co do bezstronności procesu. Jeśli Kedys do niego by doczekał w celi, (co nie jest takie znowu pewne). Być może powyższe pytania nie są już aktualne. Może Kedys popełnił już samobójstwo, może przedostał się sie do Rosji. Nie wiem, ale jeśli nie i gdyby przedostał się do nas, czy powinniśmy go wydać?
 

Odpowiedź na to pytanie wiąże się z odpowiedzią na inne. Zarazem proste, a jakże niesłychanie trudne: Co byśmy zrobili na miejscu Kedys gdyby  nasze dziecko spotkało to, co spotkało jego córeczkę?. Bo bezduszność i dziwna pasywność wymiaru sprawiedliwości jest wystarczającym powodem, by w tym konkretnym przypadku wymówić prawu posłuszeństwo. I swoistym rozgrzeszeniem.

A zatem co byśmy zrobili na miejscu Kedysa, gdyby spotkało nasze dziecko to, co spotkało jego córeczkę?

Pani minister tańczy

Czasy, gdy szefowa ministerstwa rozwoju regionalnego szerokim łukiem omijała Białystok, przeminęły z wiatrem.  Kto by tam jeszcze pamiętał słynne słowa z początku jej urzędowania, że trzeba zabierać biednym i dawać bogatym, by oni pociągnęli za sobą tych uboższych. Czas leczy rany, pozory zamazują przeszłość. I Elżbieta Bieńkowska znowu dziś zawita do Białegostoku.

Gdy była u nas poprzednio, w marcu, to uczestniczyła w podpisaniu umowy władz miasta z Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości. W myśl tego porozumienia miasto dostało pieniądze na co najmniej 24 nowe autobusy, remonty ulic i przygotowania do wprowadzenia biletu elektronicznego. Później okazało się, że tych autobusów będzie drugie tyle (ze względu na niższe niż przewidywano koszta innych inwestycji, realizowanych w ramach projektu). W między czasie przetarg na nie wygrała firma Solaris. I w podpisaniu umowy miasta z motoryzacyjnym gigantem będzie uczestniczyć minister Bieńkowska. Ot, taka mała pompa pozorowana na coś wielkiego.

Ale głównym celem wizyty minister w naszym mieście będzie rozpoczęcie dyskusji nad krajową strategią rozwoju regionu (Poranny pisał o tym w tekście :”Białystok to nie metropolia. Najwyżej ośrodek regionalny. Tak chce minister”; inne smaczki uwypuklili koledzy z „Gazety Współczesnej” zbierając podpisy pod petycją do premiera).

Tak, u nas strategii jest ci pod dostatkiem. Promocyjną ma Białystok (już nie chcę po raz enty do tego wracać, tradycyjnie odsyłam do tekstu “Waszego logo, nasze miasto“). Strategię promocyjną ma mieć województwo. Ba, nawet uczelnie dostoją granty na napisanie własnych strategii regionalnych. Co więcej strategię mają też programy unijne, z których finansowane są inwestycje na Podlasiu. Jednym z jej elementów jest promowanie owych programów. Jak choćby Rozwoju Polski Wschodniej. Pieniądze przeznaczone na jego reklamę, lepiej byłoby wydać na chodnik w najbardziej zabitej dechami pipidówie. Nawet jeśli wystarczyłoby ich tylko na 100 metrowy krawężnik. Wiem, że taka reklama i promocja jest warunkiem koniecznym w realizacji takiego czy innego programu unijnego, ale mam wrażenie, że z tą nadgorliwością przesadzamy.

Najlepszym przykładem jest konkurs ogłoszony  w ramach Programu Rozwoju Polski Wschodniej na najlepsze projekty finansowane przez ten program . W sumie w plebiscycie walczy 112 projektów z pięciu województw, w tym blisko 30 z podlaskiego. Nasze wyniki nie są najlepsze. Jak na razie pierwsze przedsięwzięcie z regionu – rozbudowa infrastruktury uczelni Państwowej Wyższej Szkoły Informatyki i Przedsiębiorczości w Łomży – jest na 26. miejscu. Na ten projekt głosowało 68 osób. Na podobny z Uniwersytetu w Białymstoku – 54 osoby, co daje mu 30. miejsce. Na 40. miejscu z 31 głosami jest realizowana przez miasto Białystok rozbudowa Trasy Generalskiej na odcinku od Wasilkowskiej do Grabówki.

I tak za bardzo się nie dziwię, że nasze wyniki nie są najlepsze. Przecież tych wszystkich inwestycji nie ma. Dopiero jak powstaną, będzie można ocenić, które z nich są najlepsze i czy przy ich realizacji niczego nie zawalono. Weźmy choćby Trasęę Generalską. Przebudowa jej pierwszego odcinka zacznie się w tym roku. Niewątpliwie zapowiada się wydarzenie na miarę – a niech tam, pokuszę się o górnolotne porównanie – zapory Hoovera czy Kanału Panamskiego. Ale najpierw inwestycja musi zostać zrealizowana. Dopiero później można ją oceniać. A tak chwalimy dzień przed zachodem słońca. By urzędnicy mieli wykazać się wątpliwej natury kreatywnością staystyczno-promocyjną.

„Pani minister tańczy” – to odniesienie do przedwojennej komedii polskiej pod takim samym tytułem. Jej główna bohaterka, minister obrony moralności publicznej była uwikłana w ciąg sytuacji godzących  w powagę jej urzędu. A to za sprawą siostry bliźniaczki, która tańczyła w nocnych klubach i rewiach.
Gdyby taka sama sytuacja zaszła w resorcie rozwoju regionalnego, to wtedy wszelakie pompy z ową nadgorliwością byłyby zrozumiałe. Bo na razie są markowaniem czegoś, co jest nam zupełnie zbędne. I dlatego na koniec zamiast puenty pierwsza zwrotka i refren wielkiego szlagieru ”Pani minister rację ma”  (słowa Jerzy Jurandot, muzyka Henryk Warsa, wykonanie Tola Mankiewiczówna) z filmu “Pani minister tańczy”.

Robi reformy pani minister,
przygotowała ich całą listę.
Hasło ich główne: frontem do mas.
Front ten już bokiem wyłazi nam.

Tralala, tralala
pani minister rację ma.
Pani minister, pani minister,
jako minister nie jest zła. (…)

I Jezus Chrystus polskiej piłce nie pomoże

Po bojkocie meczu ze Słowacją, kibice  piszą list do FIFA i UEFA.  Podpisów jest już 20 tys. i wciąż przybywają kolejne.  - Władze związku zachowują się, jakby problem ich nie dotyczył. Obrażają dziennikarzy i kibiców, zwiększają sobie pensje, wypłacają premie za dobrze wykonaną pracę, wydają gigantyczne pieniądze na delegacje i obsługę firm zewnętrznych, rozkładając budżet – czytamy w liście.

O futbolu na blogu pisałem wielokrotnie. Ostatni raz po przegranym meczu ze z Czechami (tekst: Grosicki jak Bayer), Słowenią ( “W goracych objęciach Otylii“) i tak można mnożyć sięgajac aż do artykułu papierowego sprzed trzech lat (“Futbol w czasach zarazy”).  We wszystkich publikacjach stawiam tezę, że głównym problem, dajmy na to w 99 procentach, polskiej piłki nożnej jest analfabetyzm naszych piłkarzy. Na pozostałe 1 procent składają się głupota działaczy, korupcja, organizacja ligi, półswiatek i tak dalej. Przy czym, jak pokazały doświadczenia innych krajów,  z problemami tymi bardzo łatwo można sobie poradzić. Wystarczy mieć tylko sprawny aparat państwowy i poczucie przywoitości. Analfabetyzmu piłkarskiego tak szybko nie da się zwalczyć. I dlatego obojętnie kto, będzie prowadził nas zespół, czy trener z kraju, czy z zagranicy, kosmita, a w ostateczności siła wyższa, i tak się niewiele zmieni.

Pardaoksalnie, mimo zmiany 20 lat temu systemu społecznego, politycznego, powstaniem gorspodarki rynkowej, problem ten się rozrasta. Nic dziwnego. Bowiem od kogo mają uczyć się kolejne pokolenia? Od tych, którzy marnują swój talent. Dziś komentatorem sportowym jest Andrzej Juskowiak. 17 lat temu w finale igrzysk olimpijskich mial przeciwko sobie Guardiolę. Jak potoczyły się piłkarskie kariery obu, chyba nie ma sensu przypominać. A pozostali członkowie srebrnej jedestki: Brzęczyk, Kowalczyk i inni. Zmarnowane pokolenie i to na własne życzenie. Tak jak wcześniejsze, i poźniejsze. Gorzkie to, ale prawdziwe.

Wielokrotnie pisałem, że taką pożywką dla owego analfabetyzmu, był transfer Dariusza Dziekoanowskiego z Gwardii do Widzenia. Niby jeszcze taki socjalistyczny, ale już jakby trochę rynkowy. Od tamtej pory piłkarzom przestało się opłacac grać w piłkę. Wystarczyło się dobrze sprzedać.

Wszystko to, co najlepsze w polskim futbolu, już przeżyliśmy. Szkoda, bo jak – mówił  Ryszard Kapuściński – piłka nożna lepiej niż inne dyscypliny sprawdza się w epoce dyscyplin masowych. Zarazem jest sportem bardzo demokratycznym. Można go uprawiać nie mając żadnych środków. Wystarczy zwykła szmacianka i kawałek łąki. Nie tylko w Polsce, ale w każdym najbiedniejszym zakątku świata.
Na takich to podwórkach Budapesztu Ferenc Puskas razem z innymi kolegami ze “złotej jedenastki” zrzucał marynarkę i uganiał się za piłką razem z chłopcami z placu broni. Na takich favelach Rio dorosły już Garrincha, zanim wypatrzył go łowca talentów, uganiał się za szmacianką razem z brazylijskimi sierotami. Tak rodzą się autorytety dla młodzieży, nawet jeśli tylko sportowe.
Dziś jeśli już gwiazda zdecyduję się na taki pokaz, to przyjedzie na niego samochodem z nie z tej ziemi i przyciągnie za sobą setki dziennikarzy. Wiadomo, to reklama, a nie trening, czyni mistrza. Ale czy to dobry wzorzec dla młodych?

I tak też jest w Polsce. Bo okazało się, że także nad Wisłą nie trzeba już ją dobrze kopać, wystarczy dobrze się sprzedać. Ta mentalność jest piętnem każdej kolejnej generacji. I zapewne dosięgłaby też Miroslava Klose czy Lukasa Podolskiego, gdyby ich rodzice zostali w kraju urodzenia. Dopóki młodzi piłkarze (ale także trenerzy i działacze) będą myśleć o tym jak się ustawić, dopóty nadal tkwić będziemy w piłkarskim zaścianku. A jeśli  kibice myślą, że już gorzej być nie może, bo sięgnęliśmy dna dna, to mylą się. Dno zawsze da się pogłębić. Zresztą kibice zrobią to sami już w najbliższy weekend. Idąc na mecze ligowe, słuchając żarliwych analiz, opinii. Kreacji, które próbują swtorzyć wrażenie, że nic się Polacy nie stało. Zapominająć  jak nasze drużyny wypadły tej jesieni w rozgrywkach klubowych w Europie? I nie tylko tej.

Jeśli już pisać petycje do FIFA i UEFA, to tylko w intencji, by nam EURO 2012 zabrali. My sportowo na championat nie zasłużyliśmy. Przecież nad nami wisi widmo piłkarskiej kompromitacji. I nie ma szans, by do rozpoczęcia imprezy cokolwiek się zmieniło. Na to potrzeba kolejnego pokolenia. Wolnego od oglądania swoich poprzedników.

Zakładnicy

Wystarczyło, że natura przez dzień się zbuntowała i odarła nas ze złudzeń. Tak bardzo ufni technice, staliśmy się bez niej ubezwłasnowolnieni. I bezradni. Nie tylko instytucjonalnie, ale i jednostkowo.

Czyż nie jest ironia losu, że kolej snuje plany o inwestycjach (białostocka kolejka miejska), a tymczasem cała jej infrastruktura po jednodniowym opadzie białego puchu i trochę silniejszym wietrze legła w gruzach. Podobnie jest w energetyce.

A gdyby tak natura zbuntowała się na dłużej? Bez prądu, bez ciepła, wody, a w dalszej perspektywie żywności. Czy współczesny człowiek, produkt rewolucji informatycznej i technicznej, byłby w stanie przetrwać?. Czy paliłby w blokowiskach ogniska, czy dałby radę znaleźć żywność poza sklepem? Jak długo dałby radę przetrwać bez światła? Czy byłby w stanie wrócić do tego, z czego kiedyś się wyzwolił? Jak wyglądałaby walka o ogień we współczesnym świecie?. Zwyciężyłby instynkt przetrwania czy poddania?

Znamienna była scena z pociągu, który stanął trzysta metrów od stacji Zalesie Górne. Z Radomia wyjechał po 9., w Warszawie miał być dwie godziny później. Nie dojechał. Utknął przed Zalesiem. I stał tam przez sześć godzin. A w nim tkwili pasażerowie. Bez ogrzewania, światła. Cześć opuściła skład i poszła do stacji, by stamtąd dostać się do Warszawy. Ale duża grupa została i czekała aż PKP uruchomi pociąg. Mijały godziny, a pociąg stał. A ludzie w nim tkwili zamiast tak jak inni iść do stacji i szukać innego transportu. Przecież czekanie przez sześć godzin wydaje się w tych warunkach irracjonalne. To nie były przełęcze górskie czy trudno dostępne koleje, ale trzysta metrów od szosy.

Technika dała nam dużo, ale też zrobiła z nas zakładników. Ubezwłasnowolniła.

W Białymstoku blokują przedłużenie Częstochowskiej. Sprawą we wtorek zajmie się sąd

Po zbudowaniu od podstaw tunelu Nila, Białystok miał do zrealizowania trzy strategiczne   inwestycje drogowe. Ich powstanie zniwelowałoby wąskie gardła na mapie drogowej miasta i sprawiło, że ruch stałby się bardziej płynny.
Pierwsza z nich: przebicie się z Nowego Miasta na Piasta. I to się udało. Początkowym etapem było zbudowanie nitki łączącej Mickiewicza z Piastowską, czyli dzisiejszej ulicy Miłosza (powstała przy okazji budowy Galerii Białej). Następnie udało się ją połączyć ze Zwierzyniecką, dzięki oddanemu w wakacje do użytku ostatniemu odcinkowi Trasy Kopernikowskiej.

Kolejną kluczową inwestycją jest przedłużenie Piastowskiej na Wygodę. Jak bardzo brakuje tego traktu, pokazała awaria gazu w grudniu 2007 roku na skrzyżowaniu Wasilkowskiej z 27 Lipca. Miasto komunikacyjnie zostało sparaliżowane. Drogowcy już wytyczają nowe przebicie z centrum do północnych dzielnic Białegostoku.

I ostatnia droga życia: z centrum przez Białostoczek na Antoniuk (i dalej do obwodówki). Jej powstanie byłoby dywersyfikacją dotychczasowej przeprawy przez wiadukt na Dąbrowskiego. Pierwszy etap, przebicie od Lipowej do Piłsudskiego, zrealizowano po wielkich bólach kilka lat temu. Po równie wielkich bólach rozpoczął się kolejny: budowa przedłużenia Częstochowskiej do Poleskiej. Buldożery wyburzają posesje,  niedługo drogowcy wejdą na front robót.

Następnym etapem ma być łącznik od Sitarskiej przez działki do Świętokrzyskiej. Czy i kiedy powstanie zależy od sędziego. To on we wtorek będzie przewodniczył składowi orzekającemu wojewódzkiego sądu administracyjnego, który rozpatrzy dwie skargi na uchwałę białostockich radnych w sprawie planu zagospodarowania przestrzennego dla rejonów ulic Sokólskiej i Radzymińskiej, którego jedną z konsekwencji jest powstanie owego łącznika drogowego do Antoniuku.

By przybliżyć sprawę warto cofnąć się do ubiegłorocznej jesieni i słynnego Tour de Białystok. Prezydent Truskolaski na osiedlach spotykał się z mieszkańcami Białegostoku. Jedno z nich odbyło się na Białostoczku.  Mieszkańców zdenerwowały plany zrobienia z Sitarskiej jednej z głównych arterii tej części miasta. Anna Osipiuk dopytywała się prezydenta Truskolaskiego, dlaczego nikt z urzędników nie konsultował z ludźmi planowanej inwestycji. Mówiła, że mieszkańcy nie pozwolą miastu wejść na swoje  prywatne posesje. Wiceprezydent Michał Wierzbicki odpowiadał, że przebicie Częstochowskiej śladem Sitarskiej aż do Świętokrzyskiej jest w obowiązującym planie zagospodarowania przestrzennego. A z każdym planem jest tak, że mieszkańcy mogą do niego zgłaszać uwagi. Budowa planowana jest po 2012 r. Podkreślał, że do tego czasu, można negocjować z miastem stawki za działki.

Po roku mamy epilog tamtego spotkania. Ów plan zagospodarowania został zaskarżony. Na forach internetowych pojawiła się informacja, że zrobiła to Anna Osipiuk, która samotnie walczy z prezydentem i radnymi. Formalnie jednak skargę do Wojewódzkiego  Sądu Administracyjnego wniosło Stowarzyszenie Opcja Społeczna. Pozwaną jest Rada Miasta Białegostoku. Obie skargi, w skróceniu pochodne planu zagospodarowania przestrzennego, będą rozpatrywane we wtorek. Sądowi będzie przewodniczył sędzia Mirosław Wincenciak. Od tego, co zawyrokuje zależy dalsza przyszłość drogi życia. A może uzna wyższość interesu prywatnego nad publicznym?

Włodzimierz Cimoszewicz patronem Uniwersytetu w Białymstoku

Tak podpowiada zdrowy rozsądek i logika. Przecież gdyby nie premierostwo obecnego senatora, to, kto wie czy byśmy do dziś doczekali się uniwersytetu (podobnie z ośrodkiem telewizyjnym). Pewnie, że przygotowania do przekształcenia filii trwały od dawna, ale to decydujące decyzje nabierały tempa, gdy po raz pierwszy u władzy był SLD, szykujący się do obrony swoich pozycji wyborczych.
Stare porzekadło mówi, że sukces ma wielu ojców, ale w tym wypadku da się wskazać patrona tego przedsięwzięcia. Tym bardziej, że były premier jest dziś nauczycielem akademickim na wydziale prawa (chociaż jakoś nie słychać o jego znaczących osiągnięciach naukowych, częściej jego nazwisko wymienia się w kontekście politycznym). Problem polega, na czym innym: patronem uczelni nie może być osoba żyjąca.  Póki, co były premier na razie wypada z listy kandydatów.

Tylko czy uniwersytetowi koniecznie jest potrzebny patron? Przecież dopiero od dwunastu lat jest samodzielną uczelnią. Młokos w społeczności akademickiej. Ma jeszcze czas, by dochować się absolwentów, profesorów z pokaźnych dorobkiem.  Być może wśród nich będzie akurat ten, którego dorobek i spuścizna jednoznacznie namaści na patrona. Być może za kilkanaście lat tak będą wiedzieć nam potomni prezydenta Truskolaskiego (w końcu bądź, co bądź doktora habilitowanego tej uczelni ) i jego epokę. I powiedzą: należy mu się, bo zastał Białystok drewniany, zostawił wybetonowany. I dał ziemię na campus. I jeszcze umiejętnie godził prezydenturę z pracą na uczelni.
Może za kilkanaście lat ktoś z naszych naukowców dostanie Nobla. Wszak szwedzka akademia i komitet norweski udowodnili, że potrafią zaskoczyć świat. I to jak jeszcze (Nobel dla Obamy).

Powtórzę: nie ma się co spieszyć z tym patronem. Tym bardziej, że uczelnia ma o wiele ważniejsze problemy niż nazwisko patrona. Skupię się na jednym. Uniwersytet w Białymstoku, naturalny spadkobierca tradycji wileńskiego uniwersytetu im. Stefana Batorego, położony na pograniczu Litwy, Białorusi, Rosji, w aspekcie stosunków międzynarodowych, nauk politycznych zupełnie się w kraju i po drugiej stronie granicy nie liczy. A przecież ze względu na wspomniane położenie i tradycję, ale też to, do czego się nasze miasto i uczelnie odwołują- wielokulturowości, powinien mieć taką placówkę. I to na bardzo wysokim poziomie. Instytut Wschodni, coś na wzór poznańskiego Instytutu Zachodniego czy Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie. To tu w Białymstoku, powinno być naturalne zaplecze eksperckie dla polskiej polityki wschodniej. A tymczasem instytucjonalnie w sprawach międzynarodowych jesteśmy białą plamą na mapie kraju. Paradoksalnie doszło nawet do tego, że obecnie na najbardziej prężne miejsce w relacjach polsko-białoruskich wyrasta  powoli Wrocław.

Na patrona uniwersytet ma jeszcze czas, na wszystkie inne rzeczy tego czasu nie ma zbyt wiele. Nie warto go marnować dla sprawy, która ani nie doda splendoru, ani nie podniesie jakości uczelni. Obie te wartości nie zależą bowiem od tego, kogo nazwisko widnieje na tabliczce budynku głównego uczelni.

Arahja na Lipowej

Tej Lipowej nie ma już, pokrył ją niepamięci kurz – parafraza słów piosenki Wojciecha Młynarskiego jak ulał pasuje do naszej, niegdyś głównej ulicy w mieści.
Tak pisałem prawie rok temu na blogu. Tutaj jest link do niego, ale przypomnę tamtem wpis w całości:
„Gdy pierwszy raz wysiadłem na białostockim dworcu i ruszyłem przed siebie, jedna rzecz przykula moją uwagę: nieprzerwane rzesze ludzkich głów ciągnących pasażem św. Rocha w górę, a potem wzdłuż Lipowej. W tym swoistym marszu czuć było tętno tego miasta. Wtedy wydawało mi się, że nic nie jest w stanie tego zatrzymać. A jednak po tych 15 już z górą latach stało się inaczej.
Po tamtej Lipowej chyba, poza nazwą, już nic nie zostało. Nie tylko, dlatego, że przesadzane drzewa się w nowym miejscu nie za bardzo chciały przyjąć, że zamykane są kolejne sklepy (zapewne w ich miejsce pojawią się banki bądź knajpy). Gdzieś po prostu zapodziali się ludzie. Lipowa opustoszała. Przestało się na niej bywać.
Może za sprawą placu miejskiego (chociaż na nim też świeci pustkami), albo galerii. Główna ulica przestała być sercem miasta. Jakby wbrew staraniom uczynienia z Białegostoku prawdziwego miasta, takiego mieszczańskiego w swej wzorcowej formie. Gdzie zatem dzisiaj bije jego serce? A może jest tylko sztucznie podtrzymywane?”

Po jedenastu miesiącach powracam do tematu. Bo też trzeba być ślepcem, by nie dostrzec prób podtrzymywania tego serca przy życiu. Można by zapytać przy jakiej saturacji?
O tym, co działo się w tym roku na rynku pisałem wielokrotnie, a spiąłem klamrą w tekście pod tytułem „O, rynku!” (na blogu było dopełnienie tego, co nie zmieściło się w papierze). Nie da się też ukryć, że opustoszałe lokale zapełniają się. Tak jak przewidywałem z jednej strony przez banki, z drugiej przez knajpy. Ale czy to wystarczy, by sercu przywrócić dawny rytm? Jeśli tak, to trzeba by pomyśleć o zmianie nazwy ulicy. 
Arahja- słynny utwór kultu inspirowany podziałem Berlina. Kapela śpiewa tak: “…po lewej stronie kuchenka, po prawej stronie łazienka”. I tak jest z naszą Lipową. Dla tej jej strony, przy której więcej jest banków niż  lokali, proponuję nadać nazwę Lichwiarska. Dla tej zaś strony, gdzie proporcje są odwrotne, Knajpowa .
 Tamtej, starej Lipowej, nie ma już. Przykrył jej niepamięci kurz. I nie ma się co dziwić, że lipy nie chcą rosnąć już. Nie w tej ziemi zapuszczały pęd.

Obwodnica Wasilkowa do rozbiórki. Epilog

No i wyszło, że miałem rację, bo wczoraj rząd klepnął to, o czym pisałem miesiac temu i co tego klępnięcia powinno być  bezposrednim skutkiem:  obwodnica Wasilkowa do rozbiórki. Tutaj link do tamtego artykułu, ale przytaczam go w całości plus mapa .

 mapa

Tak rząd wyobraża sobie układ najważniejszych dróg podlaskich. To, co bije z niego po oczach, to przerwanie infrastrukturalnej  homogeniczności województwa (przez tzw. korytarz ełcki) i niezwykle zagmatwanie dróg na północ od Białegostoku. A wszystko po to, by za wszelką cenę wyprowadzić inwestycje z Natury 2000. Nawet za cenę takiego eklektyzmu jak ten na mapie.

Taka konstrukcja jest niewątpliwie pokłosiem Rospudy. Po tamtej batalii rząd stanie na głowie, by ponownie nie nadepnąć na odcisk Komisji Europejskiej. I tym samym uczynić  z Podlaskiego zakładnika polskiej  racji stanu. Dla jednych jest dowód zrównoważonego podejścia do rozwoju, dla innych publiczny  przejaw utraty suwerenności przez Polskę.
Wracając do mapy. Do drogi międzynarodowej podniesiony został odcinek z Sokółki do Korycina. A to oznacza, że wybudowany już fragment obwodnicy Wasilkowa, który obecnie utknął przy torach kolejowych, będzie niepotrzebny. Drogowcom nie pozostanie nic innego jak go rozebrać.

I tak w zasadzie powinno być po wczorajszej decyzji rządu w sprawie przebiegu głównych dróg w tej cześci kraju(drobna uwaga do mapy: odcienek od Korycina do Choroszczy powinnien być zaznaczony na mapie bardziej na zachód tak by zahaczał o Knyszyn). Marne to dla mnie pocieszenie, że miałem rację miesiąc temu. Paradoksalnie jednak największym zagrożeniem dla przyjętego przez rząd planu, jest brak pieniędzy. Zależą one od unijnego budżetu wykraczajacego poza rok 2013. W najmniej sprzyjającym wariancie, tych pieniędzy może nie być . A to oznacza, że cała ta sieć nie powstanie, czyli zostanie zachowane obecne status quo.

Biden Baden, a rezultat żaden

Taką lekką parafrazą słynnej fraszki można podsumować wizytę w Warszawie wiceprezydenta USA Joe Bidena. Chociaż dorzuciłbym jeszcze jedną  – cytat z Jacka Kaczmarskiego: 

 (…)Polacy? Chodzi tylko o to
Żeby gdzieś w końcu mogli żyć!
Z tą Polską zawsze są kłopoty (…)

I tak widzę wizytę Bidena w Warszawie. Jako pokłosie decyzji administracji amerykańskiej z 17 września o wycofaniu się z budowy tarczy w wersji zaproponowanej przez Busha. Najwidoczniej Amerykanie zreflektowali się, że uczynili wtedy, owego 17 września afront sojusznikowi, i próbowali jakoś sytuację załagodzić. Nic nie leżało na przeszkodzie, by tamtą decyzję ogłosić miesiąc później.  Być może Obama nie dostałby wtedy Nobla, a tak nagrodą nagrodzono polityka, który niedaleko Oslo i Sztokholmu zamierza umieścić rakiety średniego i krótkiego zasięgu. Tak, Komitet Noblowski zapędził się w tym roku w kozi róg.

Paradoks polega także na czym innym. Oficjalnie tarcza Busha była wymierzona przeciwko zbójeckim państwom z Bliskiego Wschodu (nieoficjalnie rykoszetem zahaczała o Rosję, stad jej opór i zacieranie rąk przez naszych polityków). Ale przeciwko tej samej Rosji jeszcze bardziej skierowana jest propozycja Obamy. Któż inny, bowiem jak nie Kreml w tej części Europy ma arsenał zbliżony do tego, jaki proponuje umieścić w tej części Europy Obama: owe rakiety krótkiego zasięgu. Zapewne za jakiś czas zaczną przeciwko tej propozycji protestować Rosjanie . A to oznacza, że być może i ta propozycja, która wyszła spod szyldu Obamy, też legnie w gruzach.

Odniesienie do Baden w tytule uczyniłem także z innego powodu. W kwietniu tego roku odbyła się tam jubileuszowa sesja przywódców NATO. Tam też niewiele uzgodniono, ale sojusz nie ma odwrotu: musi wypracować nową strategię. Zwłaszcza po syndromie afgańskim. Być może powrócić do roli paktu obronnego, a nie ofensywnego. Bez względu jednak  jakiej by się nie dorobił wizji, warto pamiętać o jednym: że historia (jest ona ponoć nauczycielką życia) pokazała, że Polski nikt jeszcze nigdy nie obronił. Bo jak pisał w “Jałcie” Jacek Kaczmarski: „Z ta Polską zawsze są kłopoty…”

Karpiniuk i Kempa. Para mieszana, chyba bardzo zgrana

Afera Rywina ukazała nam jak w polskim systemie partyjnym i politycznym rozrasta się korporacyjność.  Układu tych powiązań nie zanegowało reaktywowanie sloganu o IV RP (choć na dobrą sprawę po raz pierwszy użył go Rafał Matyja, jako przestrogi dla AWS). Co najwyżej władza po raz kolejny przepoczwarzyła swoją formę. Od swoistego zaufania, na którym w III RP zbudowano więź nie tylko środowisk postkomunistycznych, wskoczyliśmy do epoki rządów faktycznych. Okazało się, że tak na dobrą sprawę mieliśmy do czynienia z dwoma gabinetami. Tym ogólnym, na pokaz, zazwyczaj w każdy wtorek, gdy publicznie można było pokazać, jaki rząd jest cacy. I tym faktycznym, bez koalicjantów, a tak na dobrą sprawę zawężonym do najbardziej zaufanych PiS-owców. Narada u premiera dzień przed tragicznym zatrzymaniem Barbary Blidy jak żywo przypomina podobną nasiadówę u Leszka Millera dzień przed zatrzymaniem Andrzeja Modrzejewskiego, szefa PKN Orlen.
W ten sam ton rządów faktycznych próbuje uderzać dziś PO, ale innymi metodami. Nieustający spór, ogólnie mówiąc, o prezydencję w polityce zagranicznej i stosowanie metody faktów dokonanych powoli zastępuje PiS-owską celebrę historyczną, wojskową, legislacyjną. Na razie kohabitacja zamiast trzymać na boku urazy personalne i emocje, napędza dynamikę konfliktu. Zaostrzającego się w miarę, jak będziemy się zbliżać do wyborów prezydenckich.
Dlatego po burzliwych ostatnich dwóch latach nieuchronna wydaje się potrzeba ograniczenia argumentów i wzajemnych inwektyw oraz widzenia sporów w perspektywie przynajmniej dekady. Mogłaby to wymusić na politykach, a zarazem dopełnić wyborów z 21 października, elita zewnętrza wobec politycznego wariactwa. Ale czy stać ją na to, skoro tak mocno jest zakorzeniona w tożsamościach z lat 80. i 90? Wydaje się, że na narodziny kolejnej RP z prawdziwym kapitałem legitymizującym przyjdzie nam poczekać lata. Przynajmniej do czasu, gdy o państwie, kraju i polityce decydować będzie pokolenie wyzwolone z dziedzictwa walki.

Powyższy tekst napisałem dwa miesiące po wyborach w 2007 roku. I patrząc dziś na to, co wydarzyło się w polskim systemie politycznym i partyjnym nie pomyliłem się. A przypominam tamten tekst  dwóch powodów. Pierwszy symboliczny, podsumowujący dwa lata PLL-u. Drugi powód, to wczorajsze zalążki powołania komisji śledczej od afery hazardowej. Słuchając wystąpień posła Sebastiana Karpiniuka (PO) i posłanki Beaty Kempy (a to w miarę młoda krew polityce) , to przypomniała mi się piosenka L-4 „Super para”. Po chwili dotarła też to, że bardzo długo przyjdzie nam czekać na pokolenie wyzwolone z dziedzictwa walki. Jeśli kiedykolwiek się doczekamy.

Uchwyty życia

To było gdzieś w połowie lat 90. Może rok, dwa później. Wtedy raz w miesiącu odwiedzałem budynek Uchwytów przy Łąkowej. Mieścił się tam na dole punkt kasowy Powszechnego Banku Gospodarczego w Łodzi. Można było w nim opłacać bez prowizji rachunki za prąd. A ponieważ był dosłownie o przysłowiowy rzut beretem od mojego bloku, prze to dreptałem zapłacić w nim fakturę za energię.
Raz się stało w dłuższej kolejce, raz w krótszej. Często do okienka kasowego wpadali pracownicy Uchwytów, by pobrać w nim pieniądze z konta. Wystarczyłoby powiedzieli jego końcówkę, a od razu mieli do niego dostęp. Bez żadnych czeków (o kartach wtedy nikt jeszcze nie myślał).
To chyba był jeden z pierwszy zakładów w Białymstoku, który zastosował takie rozwiązanie. Trochę zazdrościłem pracownikom, bo ja musiałem przychodzić do owego okienka z gotówką. A oni mogli tak niemal od ręki pobierać pieniądze. Tak, to były złoty czas Uchwytów

Potem… Potem scenariusz podobny w gruncie rzeczy jak w przypadku innych podlaskich firm z tradycją (oczywiście Uchwyty miały także swoje własne osobliwości). Przedstawiłem go tekście ’” Tabor wędruje do nieba”, który napisałem na kanwie historii ZNTK w Łapach.  
Podobnych przypadków było więcej, w których kłopoty na rynku już nie wystarczyły, jako argument tłumaczący trudną sytuację zakładu. Rodziło się pytanie o menegment, zarządzanie, wyobraźnię. I coś, co określa się dziś dość chwytliwym sloganem: społeczna odpowiedzialność biznesu, a która…. No właśnie jak to z nią w Białymstoku jest?

Uzdrowiskowy Trójkąt Bermudzki na Podlasiu

Za oknami noc, na Podlasiu śniegu moc okrywa wszystko
czort jedyny wie, co rzuciło mnie w to uzdrowisko(…)
(…) Jesteśmy na wczasach w tych Podlaskich lasach,
w promieniach słonecznych opalamy się (…)

 – taka lekka przeróbka słynnego szlagieru Wojciecha Młynarskiego „Jesteśmy na Wczasach” jako zaczyn do rozważań o podlaskich uzdrowiskach. Mamy ich …. No, właśnie. Ile? Augustów, Supraśl, być może za jakiś czas Białowieża. Ale tak naprawdę nie mamy żadnego. Co więcej, wszelkie zapowiedzi o tym, że to się zmieni, że będą w końcu serio traktowane, są tylko iluzją. Naznaczoną grzechem pierworodnym. Mają być poważnie traktowane nie dlatego, że na to zasługują, że mają ku temu walory uzdrowiskowe, przyrodnicze, potencjał. Ale dlatego, że to traktowanie jest transakcją w zamian za zgodę na coś. Najlepszym przykładem jest Białowieża. Do jej mieszkańców, ale też innych sąsiednich gmin poszedł ostatnio taki sygnał: zgodzicie się na poszerzenie parku, zrobimy z Białowieży uzdrowisko.

Podobnie jest z Augustowem. Cały ten plan uzdrowiskowy, który naszkicował w marcu podczas swojej wizyty w Augustowie wicepremier Schetyna też był takim kontraktem: nie będziecie mieli obwodnicy w takim kształcie, o jaki walczyliście. Będzie przez Raczki, ale w zamian damy pieniądze na dom zdrojowy. Każdy kto choć raz był w Augustowie u wód dobrze wie, że sanatoryjność tego miasta sprowadza się do jednego miejsca: domu Budowlani. Po deklaracji Schetyny całe Podlasie rozbudowuje to miejsce. I bardzo dobrze, choć jak słyszę o centrum konferencyjno-szkoleniowym, to mam pewne obawy. Ale jeszcze większy niepokój budzi, że podniesienie rangi miasta sprowadza się właśnie tylko do tego miejsca. Inwestycje uzdrowiskowe wymagają wielotorowości. W przenośni i dosłownie. Zwłaszcza jak się patrzy na stan infrastruktury kolejowej w Augustowie. Wymarzony środek szybkiego dotarcia do uzdrowiska z innego krańca Polski praktycznie nie istnieje. Nie wspominając już o dworcu w letniej stolicy Podlasia. Tak samo jak o tirach w centrum uzdrowiska.

I na koniec zostawiłem sobie Supraśl. Co jakiś czas pojawia się informacja, że jeśli nie poprawi tego i tamtego (a to są poważne inwestycje), to straci status uzdrowiska. Prawdę mówiąc to Supraśl nie ma czego tracić. Bo ono tak na dobrą sprawę uzdrowisko nigdy w nim nie powstało. To wielka niewykorzystana i zmarnowana szansa nie tylko samego Supraśla, ale i Białegostoku. Pisałem o tym już zimą: bez pomocy stolicy Podlasia ta podbiałostocka miejscowość letniskowa sama sobie nie poradzi. To naprawdę mógłby być kurort z prawdziwego zdarzenia, na którym zarabiałyby obie gminy i ich mieszkańcy. Taka współpraca byłaby zarazem dowodem na metropolitarność rozumianą jako dobre sąsiedztwa dużego i małego (zbudowanie ścieżki rowerowej to za mało). To z kolei wymagałoby potężnych nakładów, przekraczających możliwości obu gmin. Ale po to jest Regionalny Program Operacyjny czy Program Rozwój Polski Wschodniej. Skorzystanie z tych pieniędzy byłoby najlepszym dowodem na traktowanie idei uzdrowiskowej i sanatoryjnej na Podlasiu na serio. A nie na zasadzie: „w zamian za coś”.

Dla wszystkich marzących o skocznym beginie w podlaskich sanatoriach Wojciech Młynarski w swoim nieśmiertelnym przeboju.

YouTube Preview Image

Ogołocili po latach

YouTube Preview Image

Od kiedy Marcin Daniec w swoim słynnym skeczu o  walce wielkiej nadziei białych z równie wielkim mistrzem czarnych peuntę okrasił  słowami: Ogołocili mnie, straciłem zainteresowanie poczynamiami naszych bokserów między liniami. Bo cóż więcej dodać do ironii satyryka. I tyle na temat sobotniej, polskiej walki stulecia w boksie.

YouTube Preview Image

Krasnalizm albo białostocki instynkt wyborczy

Krasnalizm – tak przedsiębiorcy określali w 2003 roku politykę ówczesnych władz Białegostoku. Rozchodziło się tak na dobrą sprawę o inwestycje wielkopowierzchniowe.  To był czas złotej ery jedynego hipermarketu w mieście.  Nic dziwnego, że inni chcieli coś też ugryźć. A jak łakomy był to kąsek najdobitniej widać było przed świętami Bożego Narodzenia.  Cały Białystok bawił wówczas w jednym miejscu.

Od tamtej pory upłynęło ponad sześć lat, zmieniły się władze, przybyło nam galerii handlowych i innych sklepów powierzchniowych. Ale duch owego krasnalizmu nadal unosi się nad miastem miastem. Jego symbolem jest to, co  dzieje się przy Jurowieckiej, a zwłaszcza po jej nieprawomyślnej stronie.  Bo jeśli pięć aptek może być przy jednej ulicy, to dlaczego nie dwie galerie?

Od wczoraj mamy z kolei syndrom Kopernika. Chodzi w skróceniu o planowaną od lat galerię przy ulicy Bohaterów Monte Cassino. Planowaną, bo wbrew nadziejom inwestora radni nie zgodzili się poprawić błędu w planach zagospodarowania przestrzennego, który uniemożliwiał rozpoczęcie inwestycji. I de facto wstrzymali inwestycję. 

Nie chcę przypominać całej jej historii z dwóch ostatnich miesięcy. Sprawa jest na tyle głośna, że Czytelnicy bloga o niej czytali i słyszeli. Nic dziwnego, skoro zainteresowała nawet prokuraturę. I to była jedna z przesłanek tego, że radni na razie postawili szlaban.  Drugą były rozbieżności, co do kwoty, jaką inwestor miał wyłożyć na przebudowę okolicznych ulic. Zakres prac i należność za nie wynegocjowała poprzednia ekipa prezydenta Tura. Tyle, że nie rządzi on już miastem od trzech lat, a i realia od tamtej pory się zmieniły. Nie dziwi prze to, że radni trochę jeszcze chcieli ugrać na inwestorze. Tak prawdę powiedziawszy to powinni domagać się przebudowy całego traktu od ulicy Kopernika aż do ulicy świętego Rocha. Skrócenie go do wysokości wyjazdu z dworca PKS  (a tak ponoć jest w umowie wynegocjowanej przez poprzednią ekipę magistracką) jest lekko mówiąc nierozważne.
Domaganie się przez radnych renegocjacji umowy można uznać skądinąd za działalność w interesie publicznym. Ale też irytacja inwestora jest zrozumiała, gdy przytacza argument o siedmioletniej walce i straconych nerwach, o kolejnych miesiącach czekania 500 osób, które miałyby tam znaleźć pracę. I zapowiada wejście na drogę sądową,   nie wyklucza domagania się odszkodowania za inwestycję.

Swoją drogą ciekawy byłby taki proces. Pokazała to sprawa PZU i Eureko. Polacy złożyli się na odszkodowania dla holenderskich bankierów ( w ostateczności mogliśmy dać im to w formie zapomogi, ZUS przełknąłby to w imię racji stanu), to i białostoczanie nie powinni narzekać, gdyby przyszło nam robić zrzutę na Kopernika. Widać taka nasza tradycja, że władzy z lekką ręką przychodzi dzielić publiczny grosz.
 
Rozpisałem się o biznesowo prawnych aspektach tego, co się stało na wczorajszej sesji, ale to nie one miały być motywem przewodnim tego artykułu. Dla mnie o wiele ważniejszy od tego czy w mieście przybędzie kolejna galeria, jest polityczny wymiar wczorajszej decyzji. A sprowadza się on do tego, że  po raz pierwszy w tak ważnym głosowaniu opozycji udało się ograć Platformę Obywatelską. Fakt, przy pomocy jej dwóch radnych, ale jednak.

Kilkakrotnie na blogu pytałem czy w Białymstoku jest opozycja i czy monolit, jakim był dotychczas klub PO, zacznie pękać. Odpowiedź uzyskałem wczoraj. Nie żeby tam od razu jakaś nowa jakość czy alternatywa się zrodziła, ale faktem jest, że to opozycja wyszła z tej batalii z tarczą.

Po wyborach w 2006 roku w radzie miejskiej ukształtował się taki układ sił: PiS 12 radnych, tyle samo PO i czterech z Lewicy. Wydawało się, że ci ostatni staną się przysłowiowym języczkiem u wagi, ale tak na dobrą sprawę zostali przystawką PO, którą w najważniejszych głosowaniach wspierali. To był taki nieformalny sojusz.

Sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej klarowna, gdy z Lewicy do PO przetransportował się radny dwojga nazwisk, znany kibic i miłośnik nie tylko kina. Po jego odejściu byli koledzy wrócili do szyldu SLD, ale tak na dobrą sprawę nadal trwali w tej nieformalnej koalicji. Aż do czasu wybuchu afery wokół Kopernika ze wspomnianym radnym dwojga nazwisk w roli głównej.

To, że co najmniej wstrzyma się od głosu podczas wczorajszego głosowania, było wiadomo nie od dziś. Ale nieoczekiwanie wsparł go kolega klubowy, dość znacząca postać wśród radnych Platformy Marek Chojnowski. Podobną rezerwę zachowali radni SLD, którzy coraz śmielej dystansują się PO.  A ponieważ radni PiS, jak to radni PiS, na rozkaz i w szeregu zawsze w prestiżowych sprawach są na nie (choć zazwyczaj to nie jest takie jakieś bez wyrazu, jakby bezpłciowe), Platforma zeszła z polu boju pokonana.  A w zasadzie, używając terminologii bokserskiej, znalazła się na deskach. Po raz pierwszy od początku kadencji.

Gdy wybuchła w kraju afera hazardowa, to zaczęto mówić o syndromie dwóch lat, który dotyka każdą partię rządząco. Jak zatem wyjaśnić to, co zaszło w białostockiej radzie miejskiej po trzech latach od wyborów?. Syndromem trzech lat? A  może instynktem samozachowawczym, który nie tylko u polityków, ale i samorządowców, budzi się  na rok przed kolejnymi wyborami (sprzeciw na wczorajszej sesji przeciwko podwyżkom podatków od nieruchomości?.  Być może to najlepszy czas rozpocząć walkę o reelekcję. Pokazać, że nie było się takim jednak bezpłciowym czy zagorzałym zwolennikiem dyscypliny partyjnej.
Ale czyż to nie jest też najlepszy czas dla prezydenta, by – jeśli myśli o reelekcji lub czymś więcej – przebudzić się z letargu i wyzwolić się z ze związków z partią do tej pory go popierającą.

Wydawało się, że po prestiżowej porażce prezydenta w sprawie nazwy oddanego w sierpniu do użytku odcinka Trasy Kopernikowskiej, taka alienacja jest niemożliwa. I rzecz nie sprowadzała się do chęci czy też ich braku, ale możliwości. Klub PO przypominał karny i zdyscyplinowany klub. Casusu Chojnowskiego z poniedziałku zmienia sytuację. Nie mówię od razu żeby tam prezydent Białegostoku dołączył do Polska XXI plus Truskolaski, ale komitet wyborców (czyli samodzielny, nie partyjny) Tadeusza Truskolaskiego nie jest już taki nierealny.

Marszałka najazd na klasztor na gwałt pożądany

Bo znowu wraca sprawa kulturowego dziedzictwa na Wigrach. Białostocki dodatek “Gazety Wyborczej” podał, że “coraz więcej zaczyna wskazywać na to, że chociaż znany w całej Europie z ambitnych przedsięwzięć DTP przestanie istnieć, Kościół katolicki odbudowanego praktycznie od zera przez państwo polskie kompleksu przejąć nie zamierza”.

To ja w takim razie powtórzę, to co napisałem po pobycie w połowie sierpnia na tegorocznym jarmarku nad Wigrami: może władze województwa powinny podjąć inicjatywę, by jednak zachować to miejsce dla wszystkich.

Wiem, że to możliwe, choć piekielne trudne.

Po pierwsze: Wigry znajdują się pod jurysdykcją kościelną diecezji ełckiej, będącej poza granicami administracyjnej województwa podlaskiego.

Po drugie: wymagałoby to swoistego mini konkordatu między podlaską władzą świecką i kościelną.

Po trzecie: przekonania biskupów innych diecezji wchodzących w skład województwa podlaskiego do wsparcia tej inicjatywy.

Po czwarte: wymyślenia sposobu na utrzymanie placówki. Ale skoro stać nas na budowę i utrzymanie opery czy świecącego pustkami przez pół roku ośrodka narciarskiego u podnóża Góry Jesionowej, to pewnie znalazłyby się pieniądze i na Wigry. W ostateczności Unia by dała.

Po piąte: Zarządzanie mogłoby się odbywać poprzez spółkę czy fundusz, w którym władze świeckie i kościelne miałyby równe udziały.

Po szóste: ta ekonomiczna kohabitacja wymagałaby swoistej rady programowej, by nie dochodziło do scysji na gruncie artystycznym. Zachowania granicy między sacrum i profanum.

Po siódme: od władz świeckich udział w takim przedsięwzięciu wymagałby potraktowania go nie na zasadzie łupu wyborczego.

Spełniając powyższe warunki, Wigry nadal mogłyby być dobrem wspólnym.  Czy marszałka podlaskiego i władze mu podległe stać na to, by zawalczyć o Wigry.

Wiarołomstwo albo Front Jedności Regionu

Gdzie są granice dyscypliny partyjnej? Co takiego niezwykłego musi się wydarzyć, by poseł, radny zrzucił kajdany poprawności politycznej? Czy przegląda na oczy tylko wtedy, gdy jest czarną owcą w swojej partii?

Tak jak Ludwik Dorn, który niegdyś na łamach “Porannego” przyznał, że gdyby  był nadal w PiS, to zapewne głosowałby w sprawie pomostówek zgodnie z wolą klubu, czyli przeciw. A tak  “byłem zadowolony, że mnie wyrzucili. Bo mogłem głosować rozsądnie. Gdybym był członkiem PiS, to podporządkowałbym się dyscyplinie partyjnej. Bo polityka jest działaniem zbiorowym i głosuj, jak kazali. To oczywiście też ma swoje dobre strony” – mówił Dorn.

 Ale jak bardzo to działanie zbiorowe ingeruję w wolę jednostki? Czy do tego stopnia, że czyni ją bezwładną podejmować zdroworozsądkowe decyzje? Czyli mówiąc wprost staje się ubezwłasnowolnionym podmiotem politycznym.

Te pytania postawiłem niemal rok temu. Skłoniła mnie wówczas do tego argumentacja posłów PO, którzy na łamach “Porannego” mówili, dlaczego jak jeden mąż głosowali przeciwko poprawce do budżetu przyznającej pieniądze na remont klasztoru w Supraślu.

 -To nie była łatwa decyzja, ale konieczna – podkreśla Józef Klim z Platformy. – Niestety, ze względu na kryzys gospodarczy musimy zachować pewną dyscyplinę finansową – tłumaczy. – Warto też dodać, że nie przeszła żadna lokalna poprawka. Tutaj najważniejsza jest ekonomia – dodaje Robert Tyszkiewicz, szef podlaskiej PO.

I po roku sytuacja się może powtórzyć. Rzecz tym razem rozchodzi się o pieniądze na modernizację Uniwersyteckiego Szpitala Kilinicznego w Białymstoku Ma ona potrwać kilka lat i kosztować prawie pół miliarda złotych. Ale po tym retuszu szpital ma wyglądać lepiej niż ten, w którym pracuje telewizyjny doktor House.

Inwestycja jest finansowana z budżetu państwa. W przyszłym roku uniwersytet powinien otrzymać 140 milionów złotych. Problem w tym, że ministerstwo finansów w projekcie budżetu przesłanym do Sejmu daje na ten cel nie więcej niż milion. 140 razy mniej niż uzgodniono w latach poprzednich. Nie wiem, co można zrobić za ten milion przy takiej skali inwestycji. I w tym momencie do gry wchodzą nasi posłowie, którzy wspólnie jak jeden mąż deklarują, że powalczą o te brakujące 146 milionów w trakcie prac nad budżetem. Razem, niczym Front Jedności Regionu. W przypadku opozycji takie zapewnienia po ewentualnym fiasku akcji są mało znaczącymi deklaracjami. Zawsze mogą powiedzieć, że nie mamy większości, że staraliśmy się, ale nas przegłosowano. W przypadku posłów z koalicji sprawa ma się z góry inaczej.

Co powiedzą, gdy klub tak jak rok temu, ze względu na trudności budżetowe, wprowadzi dyscyplinę i zabroni popierać poprawki lokalne? Czy wtedy nasi posłowie z koalicji będą wycofywać się okrakiem z poczynionych dziś zapewnień i znowu powiedzą, że nie była to decyzja łatwa, ale konieczna? Że tutaj znowu najważniejsza jest ekonomia?.

Rok temu owe ślepe podporządkowanie dyscyplinie partyjnej tak ująłem: Prymat dyscypliny, w tym przypadku finansowej, ale rozumianej przez pryzmat partyjnej, jak kamień u szyi wiąże posłów różnej maści. A skoro już posłowie przytoczyli argument kryzysu, to plan Paulsona jest najjaskrawszym przykładem, że czasami warto ten rzemyk partyjny zawiesić na kołku.  I aksjomatem, że bardziej niż dogmaty i ślepe posłuszeństwo liczy się elastyczność. Czy stać na to naszych podlaskich polityków?

Po roku pytanie jest aktualne: czy naszych posłów stać na alienację od dyscypliny partyjnej? Nie tylko w sprawie pieniędzy dla szpitala, ale w każdej innej, w której interesowi państwa nie po drodze z interesem regionu.

PS. Sprawa z Supraślem zakończyła się tak, że to  przed czym wzbraniali się nasi posłowie z PO, nie przeszkadzało senatorom z PO. Ale nie podlaskim z tej partiii, bo tych próżno szukać w izbie wyższej.

Podróż życia prezydenta. Do Białegostoku.

Dokąd jeszcze powinien pojechać prezydent Białegostoku? Przede wszystkim tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Do Białegostoku.

Ktoś może zapytać: Hola, Hola, ale przecież na codzień jest w Białymstoku. To prawda, ale jest jeszcze jeden Białystok, na wschód od Białegostoku. I to bardzo daleki wschód. I trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek z Polaków na ten wschód wyjeżdżzał dobrowalnie. Nam kojarzy się on z martylogią, katorgami, nieludzką ziemią. Bo taki obraz Syberii mamy zakodowany. I słusznie.

Ale pod koniec XIX wieku właśnie na Syberię wyjeźdżali osadnicy z dzisiejszego Podlasia. W poszukiwaniu lepszego życia. Większość w tym celu wybierała zachód, Amerykę. Znaleźli sie jednak i tacy, którzy podążyli w odwrotnym kierunku. A pod Tomskiem nad wielkim Obem złożyli osadę – Białystok .

W dzisiejszym “Obserwatorze” profesor Adam Dobroński przypomina niesamowitą historię syberyjskiego Białegostoku. Naznaczoną martylogią, jakiej doświadczyli jego mieszkańcy podczas stalinizmu. Oto fragment: “Za cara oficjalna nauka polskiego była zakazana, po cichu robił to od 1908 roku ksiądz. Szkoła w Białymstoku powstała po rewolucji lutowej. Potem bywało różnie, im lepszy pojawił się nauczyciel, tym miał gorszą opinię u towarzyszy. Zbudowano nowy okazały gmach, w nim jednak po polsku można było z czasem tylko szeptać. W listopadzie 1936 roku Wincenty Michnia pochwalił przymilnie podczas wiejskiego zebrania konstytucję ZSRR, co gwarantuje równie prawa obywateli do wykształcenia, po czym zapytał o przyczynę zaniechania nauki języka polskiego. Odpowiedź w roku następnym była – rzecz można – makabrycznie kompleksowa: aresztowano wszystkich nauczycieli Polaków, następnie wszystkich mężczyzn Polaków ze wsi, w tej liczbie i obwinionego o „źle postawione” pytanie”.
Naprawdę warto sięgnąć do tego tekstu. Jak też do książki, z której korzystał profesor pisząc ten szkic – Wasyla Haniewicza „Tragedia syberyjskiego Białegostoku”.

Jest Białystok na Syberii – pod takim hasłem „Poranny” prowadził półtora roku temu akcję pomocy dla dzieci z Białegostoku na Dalekim Wschodzie. Białostoczanie jak zwykle okazali duże serce i wielką hojność. Przynosili odzież, buty, przybory szkolne. Zasypali nas mnóstwem artykułów. A Mirek Miniszewski, który koordynował w redakcji akcję, każdego tygodnia słał do odległego zakątka Rosji po kilkanaście paczek.

Wtedy na naszym forum internetowym pojawił się wpis od Vitka: “Jestem białostoczaninem, od 36 lat mieszkającym poza Polską.W 1994 roku jako reprezentant australijskiego przedsiębiorstwa znalazlem się na Syberii ( pole naftowe) .
Właśnie w Tomskiej obłasci. Ten rejon aż trzeszczy w szwach od ludzi pochodzenia polskiego. Gdy czytam ten artykuł to widzę twarze tych zapracowanych, wymęczonych, może nie biednych, ale definitywnie ubogich ludzi. O takich typowo syberyjskich nazwiskach jak: Zakroczymski; Gosciewski; Makarewicz; Ignatowicz.Gdy dowiedzieli się , ze jastem polskiego pochodzenia, podchodzili do mne i z Dumą oznajmiali:” JESETM POLSKIEGO POCHODZENIA”"

A w zeszłym roku przed Bożym Narodzeniem przyszedł list do redakcji od polskiego duszpasterza z podziękowaniami  dla mieszkańców Białegostoku od dzieci z syberyjskiego Białegostoku.

Profesor Dobroński kończy swój tekst tak: „Czy władze wielkiego Białegostoku mogłyby nawiązać kontakt z młodszych oraz mniejszym „bratem” i udzielić mu wsparcia? Poprośmy naszych kapłanów  o msze za  dusze pomordowanych mieszkańców syberyjskiego Białymstoku, a sami pamiętajmy o nich w zaduszkowych modlitwach i myślach”.

No właśnie, najbliższe dni skłaniają do takiej refleksji: Czy władze Białegostoku nie mogłyby nawiązać kontaktu z młodszym i mniejszym bratem i udzielić mu wsparcia? Przecież mamy tyle innych miast partnerskich? Dlaczego by, zatem nie wyciągnąć białostockiej dłoni do białostoczan, tych tak daleko?.

Czy stać (nie chodzi tu o koszty, zresztą myślę, że akurat w tym przypadku nikt ich nie wypomni) prezydenta pojechać tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Ale tam gdzie prezydent Białegostoku powinien zawitać. Do Białegostoku na Syberii.

Smuda narodowa

Przetrzebiłem swoje małe archiwum. Wśród zakamarków natknąłem się na szpargały,do których dawno nie zaglądałem. Mimo, że lekko zakurzone, nadal trzymają się całkiem nieźle. Czasopisma piłkarskie, najstarsze mają ponad trzydzieści lat.  Co prawda wtedy gazet nie sprzedawano na kartki (no bo to nie przystawało „Trybuny Ludu” czy „Żołnierza Wolności”  w ten sposób rozprowadzać), ale ich zdobycie to też była nie lada sztuka. Chyba, że się weszło w kontakty z kioskarzem. I jak takie miałem.
Kazio, były bokser, siedział w kiosku na moim osiedlu. W zasadzie to ajentowała kiosk jego żona, a on jej tylko  pomagał. I odkładał, co lepsze rarytasy pachnące drukiem. Zwłaszcza te wypuszczane od wielkiego dzwona przy okazji jakiejś imprezy piłkarskiej na świecie z udziałem Polaków.
 
Kazio miał nie tylko ciężką rękę do boksu, ale i hazardu. W tamtym czasie nie było jednorękich bandytów czy kasyn. Jedyną iluzję lepszego życia stwarzały zakłady piłkarskie prowadzone przez Totalizator. A w zasadzie trafienie trzynastki w Lidze Angielskiej. Nie wiem, dlaczego, ale właśnie wśród Polaków cieszyła się ona największą popularnością i estymą. To trochę tak samo jak z zespołem Classix Nouveaux.

I mój kioskarz Kazio, co sobotę obstawiał zakłady w Lidze Angielskiej. Zaczynał od małych kwot, potem większych, coraz większych. Z czasem szedł na to utarg dzienny z kiosku, potem tygodniowy. Aż pewnego razu, to była sobota, po Kazia boksera przyjechała megablaszanka. Bo też i tak dużego manka to nawet  moloch, jakim był państwowy koncern RSW, nie był w stanie podarować. A Kazio nie zdążył puścić kuponu na kolejną kolejkę. W poniedziałek okazało się, że z wytypowanych na kuponie zakładów ustrzeliłby trzynastkę. Jedyną w  kraju. Kwota wygranej pozwoliłaby oddać całe manko i żyć bez handlowania w kiosku (historię te przypomniałem po także na kanwie zapowiedzianej prze rząd rozprawy z jednorękim bandytami, kto chce grać i się zagrać niemal na śmierć zawsze znajdzie na to sposób, choćby w loteryjnym monopolu państwowym).

Innym zakurzonymi perełkami, które wyciągnąłem z piwnicznego kufra były leksykony piłkarskie. Ich zdobycie było jeszcze bardziej trudniejsze niż czasopism. W zasadzie w Polsce takie publikacje nie były wydawane (bo takie pozycje jak „Wielcy piłkarze, sławne kluby”, „Najsłynniejsze kluby świata” czy „Światowa Piłka nożna” trudno nazwać za klasyczne wydawnictwa encyklopedyczne). Dopiero wydana w 1990 roku „Historia Mistrzostw Świata” Andrzeja Gowarzewskiego spełniała te wymogi. Ale to już w nowym systemie.
W starym były dwie ścieżki dostępu do pozycji zagranicznych: przywiezienie jakimś cudem książki z Zachodu (osobiście bądź przy pomocy rodziny) albo z Czechosłowacji, NRD czy Węgier. Bo te dawno temu bratnie kraje w odróżnieniu od siostry z nad Wisły, wydawały takie książki. I to jeszcze, na jakim papierze! Gdy przeglądam po latach futbolowe leksykony CSRS czy NRD  to dorównują współcześnie wydawanym książkom. Niestety miały jedną wadę: nawet w tematykę czysto piłkarską wydawcy potrafili wpleść treści ideologiczne.  Ale w tamtym czasie jakimś cudem udało mi się też zdobyć dwie encyklopedie wydane za żelazną kurtyną: austriacką i zachodnioniemiecką.

Tak, to były największe skarby dzieciństwa. Wtedy wydawało mi się, że z piłką związałem się, jako kibic na stałe.  Ale futbol się zmienił. Nie tylko dlatego, że rewolucja teleinformatyczna dała nam jak na dłoni wszystkie statystyki, wyniki, nazwiska i tak dalej. Dzisiaj nikt nie musi się trudzić, by znaleźć notkę o ligach piłkarskich na Antypodach. Wystarczy odpalić komputer.

Zmieniła się jednak także sama piłka nożna. Już nie daje tyle radości, co dawniej. Być może wszystko to, co w niej było najlepsze i co miało się wydarzyć, już się dokonało? Zarówno w tej światowej, jak i krajowej. No, bo jak wytłumaczyć to, że trzydzieści lat temu mecze o awans do polskiej drugiej ligi oglądało 10, 15 tysięcy kibiców, a dzisiaj to i połowa z nich nie przychodzi na mecze Ekstraklasy. Oczywiście można powiedzieć, że wówczas brać robotnicza nie miała innych rozrywek i sport wypełniał ową próżnię w sposób niemal perfekcyjny. Wydaje mi się jednak, że to byłoby dość pobieżne wyjaśnienie. Piłka jest gdzieindziej pogrzebana.
Chodzi najprościej o analfabetyzm piłkarski, który dotknął naszych krajowych kopaczy. Pamiętam nazwiska sprzed trzydziestu lat mojej ulubionej drużyny. Z tych, którzy obecnie grają w tym klubie, nie pamiętam żadnego. A sedno owego analfabetyzmu leży w nadmiarze pieniądza w polskiej lidze. Chłopaki sprzed trzydziestu lat grali w piłkę, o pieniądze się nie pytali (zresztą wielu z nich po zakończeniu kariery w życiu się nie powiodło). Dzisiaj, mam wrażenie, współcześni futboliści zanim kopną piłkę, muszą być już ustawieni.

Pisałem o tym na blogu wielokrotnie. Państwo znacie mój pogląd nie tylko na polską piłkę, ale też i światową. Nie chcę jeszcze głębiej wchodzić w szczegóły. W skróceniu powiem tak: pieniądz stworzył futbol, pieniądz zniszczył futbol.

I jak by na potwierdzenie tego jeszcze jedna książka wyciągnięta ze szpargałów. Miękka okładka, klejona, ale po trzydziestu latach trzyma się bardzo dobrze. Dawno do niej nie zaglądałem, kiedyś przeczytałem ja kilkakrotnie.  Na ostatniej stronie zdjęcie drużyny przed meczem na stadionie Śląskim (zapełnił się niemal w całości, wszak do Polski zjechała najlepsza wówczas na świecie jedenastka klubowa). I jakby mechanicznie zaczynam wymieniać nazwiska piłkarzy ze zdjęcia: Pepe, Gilmar, Zito, Mauro, Djalma Santos, Coutinho i tak dalej aż dochodząc do tego, które znajduje się też na pierwszej stronie książki: Edson Arantes do Nascimento. Bo też to jego autobiografia. Gdy przeglądam rozdziały opisujące życie na favelach dzielone miedzy ubóstwem a piłką, to przed oczyma mam podobne sceny z hałd Śląska czy podwórek Budy i Pesztu, Pragi, Wiednia. To na nich rodziły się legendy piłkarskie, które nie zapominając o środowisku, z którego wyszły, stały się autorytetami dla następnych pokoleń. Owszem dostawali pieniądze za kopanie, ale to piłka zawsze była na pierwszym planie. Najpierw gra, potem szmal. A dzisiaj: najpierw szmal, potem antygra.

Być może to surowa ocena, ale tak to widzę. I jeszcze jedno. W historii piłki Franz to jest Beckenbauer, a nie Smuda. Narodowa od czwartku.

51

Idąc cmentarną aleją

szukam ciebie, mój przyjacielu

Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść

Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami

Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia

Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór

Idąc jesienną aleją

szukam ciebie, mój przyjacielu

Chce być tylko z tobą

 przez kilka małych chwil

Pomóż mi przywołać tamte lata,

ożywić śpiących ludzi

Pomóż mi pokonać smutek,

 który pozostał gdy nagle odszedłeś

Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór…

Już nikogo nie dręczą

nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór…

51” TSA

YouTube Preview Image

11 lat, sześć miesięcy, dwa tygodnie, trzy dni, 12 godzin i 26 minut

Tyle upłynęło od poprzedniej katastrofy śmigłowca podlaskich pograniczników.  Tamtego dnia o świcie pod Uhowem na narewskie bagna runęła Kania. Na pokładzie było sześć osób. Wszyscy zostali ranni, w tym trzy ciężko.

Gdyby wtedy był tak rozpowszechiony Interntt, to jakie byłby komentarze anonimowców. Bo po tych, które czytałem po sobotniej katastrofie drugiej podlaskiej Kani (trzech pograniczników zginęło, wrak rozbity leży po białoruskiej stronie granicy), włos się na głowie jeży. Obok wyrazów współczucia i żalu, lawina  wpisów, które szokowały swoją brutalnością i nienawiścią. Przy czym te, w których katastrofę naszych pograniczników porównano do rewanżu za śmierć białoruskich pilotów podczas Air Show w Radomiu, są najmniej zatrważające spośród tych zatrważających. Były one zarówno na naszych regionalnych forach, jak i ogólnokrajowych.

W Radomiu na cmentarzu miejskim jedna z alei jest szczególna. Leżą tam piloci garnizonu radomskiego polegli podczas lotów rutynowych, jak i ćwiczeniowych. Po spacerze wśród tych mogił nikomu głupie żarty do głowy nie przyjdą. Polecam ten spacer wszystkim tym, których pełne złośliwości komentarze pojawiły się po sobotniej tragedii.

Tym z nich, którym  do Radomia za daleko, może bliżej będzie na jeden z białostockich cmentarzy. Tam zapewne spoczną w tym togodniu polegli w sobotę pogranicznicy.   Za rok, przed kolejnym 1 listopada i każdym następnym, dowcipnisie powinni przejść tą małą, symboliczną  aleją. Może coś zrozumieją.

Połajanki kopaczowe

Słuchając konferencji prasowej minister Kopacz i szatbu pandemicznego odniosłem wrażenie, że osięgnęli oni wynik odmienny od założonego. Zamiast uspokoić, to spotęgowali domysły. Czyż słowa, że “powinniśmy się   szczepić przeciwko grypie sezonowej, bo możemy nie doczekać grypy pandemicznej i umrzemy wskutek powikłań wywołanych grypą sezonową”, nie są takową eskalacją?.  Już widzę tłumy oblegające apteki po V…… ( w tym momemcie celowo nie trafiam w klawiaturę, by nie robić reklamy).

Jeśli władze mają pretensje do Polaków, że się nie szczepią przeciwko sezonowej grypie, to można odwrócić kota ogonem i zapytać: co władze zrobiły, by ludzie się szczepili? Jeśli wprowadza się obowiązkowe badania cytologiczne przy przyjęciu kobiet do pracy i mammograficzne (50-60lat), to dlaczego do tego samego nie zobligować nowozatrudnianych pracowników lub tych, którzy robią badania okresowe? Ponoć straty gospodarki, spowodowane nieobecnością pracowników złożonych do łóżka przez grypę, idą w miliony.

Podobnie jest w przypadku uczniów. Jeśli co roku obowiązkowo do końca września rodzice muszą opłacić im składkę na ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków, to czy nie powinni też obowiązkowo szczepić dzieci?  I dlaczego za to nie miałby płacić NFZ?

I takich pytań można mnożyć bez końca. Ale zamiast odpowiedzi na wczorajszej konferencji prasowej był toczony bój między resortem zdrowia a dziennkarzami. Zresztą bój nierówny, z winy samych dziennikarzy. Bo jeśli nie brakuje nam  śledczych, zdrowotnych, prezenterów, publicystów, kolegów polityków, to dziennikarzy naukowych w Polsce jest jak na lekarstwo. I chyba żadnego z nich na wczorajszej konferencji nie było. Tak przynajmniej wywnioskowałem z zadawanych pytań.

Z drugiej strony podczas tej konferencji przypominały mi się  słowa Jerzego Urbana z lat 80., że rząd wyżywi się sam. Tyle, że  zamiast tego “wyżywi” z tyłu głowy miałem: wyleczy.

Na cały ten rozgardiasz, już nie tylko w wymiarze polskim,  można jeszcze spojrzeć z innej, a może nawet kilku perspektyw. Skoro mieliśmy rok 1918, a potem 1968, to dlaczego współczesne pokolenie ma być tym wymykającym się prawidłowościom?  Dotychczas takimi scenariuszami karmiło nas kino postkatastroficzne. A może w dłuższym horyzoncie czasowym jest jednak tak, jak w Jeźdźcach Apokalipsy?.

Robota dla białostockiego House’a

Coś się porobiło z władzą w Białymstoku. Wojewoda z prezydentem toczą spór o uchwałę alkoholową. Zaczyn do batalii dali radni, którym tak od niechcenia i dla żartu wyszło strasznie dużo nowych punktów sprzedży i konsumpcji mocnych trunków. Tak, tradycje w tym względzie mamy bogate. Wszak nie bez kozery zbudowaliśmy muzeum bimbrownictwa.

Stereotyp obalili za to białostoccy policjanci. Na Białostoczku widzieli ponoć niedźwiedzia. Gdyby białego, to jeszcze pół biedy. Bo zgodnie z tradycją. Ale niedźwaiedek ponoć był brunatny. I od razu zrodziły się niepotrzebne domysły.

Podobnie jak po informacji, że sąd szuka właściela starych prezerwatyw. Mało tego, także właścicieli pustych opakowań po gumkach nie pierwszej już młodości. I choć sędzia, który zarządził poszukiwania, nie miał innego wyjścia, to historia ta dowodzi czym powinnien ząjać się poseł Palikot i jego komisja. Jędnorękich bandytów i posła Chlebowskiego niech zostawi dla dowcipnisiom  z komisji śledczej.

Mimo, że wszyskie te sytuacje da się objąć jaźnią, to z drugiej strony mam nieodparte wrażenie, że naszej władzy w mosteskiuszowskim rozumieniu, przydałby się House. Białostocki. Tylko gdzie on jest, no gdzie?

Prawy do lewego, emeryta orżnij kolego

O emeryta walczą zarówno ci z prawa, jak i z lewa.  Telewizja lamentuje, że zabiera się jej najsolidniejszych płatników (emeryci zwolnieni zostali z płacenia abonamentu rtv). Rząd zapowiada, że zrobi dobrze seniorom, tym przyszłym. Bo podzieli daninę na OFE na dwie części. Z dotychczasowych 7,3 proc. składki, która trafia do funduszy, 4,3 dostawałby ZUS, zaś 3 proc. – OFE. Każdy emeryt miałby założone w ZUS dodatkowe konto, na które trafiałoby owe  4,3 proc. składki. – Tym sposobem przyszli emeryci otrzymają emerytury o 50 do 70 zł większe – mówiła wczoraj minister Fedak.

Ot i prawie rewolucja listopadowa, a w zasadzie lipcowa. Bo ma wejść w życie od przyszłorocznych wakacji. W myśl szlagieru Konia Polskiego “ZUS ci oddaje, ZUS ci zabiera” (na melodię Podmoskowskije wieczera)

Kilka miesięcy temu pierwsza emerytka dostała tak bardzo oczekiwaną emeryturę z OFE. Całe 23 złote.  Napisałem, wtedy, że chyba nie tylko ja mam poczucie, że  gdyby nie nakaz korzystania z OFE, sensowniej byłoby trzymać te pieniądze w skarpecie, albo choćby częściowo  przepić.
Wychodzi na to, że emerytury otrzymamy (jeśli dożyjemy) tak niskie, że będziemy zagrożeni ubóstwem A cały system, który niegdyś okrzyknięto polskim cudem, wart będzie tyle, ile słynne świadectwa udziałowe.

OFE wypłaciło 23 zł, teraz ZUS wypłaci więcej o 70 zło. W między czasie IKE (indywidualne konta emerytalne) skończyły jak skończyły,  OFE też się wiedzie nie najlepiej (patrząc na zestawienie, które w tym roku przysłał mi mój fundusz), a ZUS tak jak budżet, ledwie zipie.   

Dla emeryta to iście rajska perspektywa. Jednym słowem: umierać, a nie żyć.

Miłość francuska

Zapałał do niej Donald Tusk. I gdyby tak jeszcze do Carli Bruni, to pół biedy. Ale nasz premier liczy na związki partnerskie z Nicolasem Sarkozym. A jak niebezpieczne są związki francuskie pokazał historia. Ta XIX i XX wieczna. 
Z naszej strony było to ślepe i platoniczne uczucie.

Najdobitniej udowadnia to stary poczciwy Rzecki z “Lalki” Prusa. I jakże tragiczne to było zapatrzenie najlepiej widać w jednym z odcinków serialu “Polskie drogi”. Grany przez Bronisława Pawlika (odtwarzał też Rzeckiego) nauczyciel geografii wielokrotnie na tajnych kompletach wmawiał swoim uczniom wiarę w potęgę Francji. I jej solidarność wobec Polski. Niepomny tego, że nic Francja dla Polski nie zrobiła od września 1939 roku. I gdy w maju 1940 Niemcy weszli na Pola Elizejskie ów nauczyciel załamy końcem tego, w co tak bardzo wierzył, wyskoczył z okna kamienicy popełniając samobójstwo.

“W tęczę Franków Orzeł biały” – brzmią słowa Warszawianki – “patrząc, lot swój w niebo wzbił”. I to wiele razy. Tyle, że ta tęcza zawsze była iluzją.

Ktoś może powiedzieć, że te zaszłości dawno już za nami. Może, dlatego nasz premier wraz z prezydentem Francji rozpoczynają projekt wspólnej polityki obronnej. Partnerstwo będzie owocować chociażby dostępem dla naszych oficerów do systemów szkoleniowych innych państw, dzięki niemu będzie też szansa na zwiększenie naszej produkcji zbrojnej.
Już widzę jak pracownicy naszych firm zaciskają ręce z radości. Oczywiście tych, które jeszcze przetrwały. A ile ich jeszcze jest, to chyba można policzyć na palcach jednej ręki.

W ogóle dość skomplikowanej natury będzie to odnowione uczucie polsko-francuskie. Zwłaszcza wtedy gdy z Warszawy będzie rozbrzmiewał Mazurek solidarnościowy, a w tym samym czasie z Paryża Marsylianka protekcjonistyczna.

Związki partnerskie muszą opierać się na poczuciu zaufania. To z kolei rodzi bezpieczeństwo. Ale to wymaga gwarancji. Rzecz w tym, że w miłości francuskiej takowych nie ma. Wszak to tylko miłość francuska.

Brzytwa za Krywlany

Sprawa jest poważna. Ekolodzy i przyrodnicy zarzucają konsorcjum, że źle wybrało miejsce na lotnisko regionalne w Sanikach. Uwagi nie pochodzą spod szyldu Rafała Kosno i jego Federacji Zielonych, ale od podmiotów mających renomę. Zarówno wśród organizacji przyrodniczych (PTOP), jak i instytucji państwowych (parki narodowe). Jeśli zastrzeżenia na serio weźmie pod uwagę Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska  przed daniem zielonego światła dla inwestycji ( a chyba musi je potraktować serio, jeśli sama chce być traktowana w ten sam sposób), to zarząd województwa będzie w nie lada kłopocie. I nie tylko przyrodnicze uwarunkowania mogą być główną barierą. Eksperci badali aspekty środowiskowe, społecznościowe lokalizacji, ale najwyraźniej zapomnieli o jeszcze jednym - archeologicznym.

Albowiem  w tym rejonie strach łopatę w ziemię wkopać. Bo jak już się zacznie, to archeologicznie wykopaliska mogą trwać, co najmniej pięć lat. A przecież Sanik leżą nieopodal Tykocina. A jeśli nie daj Boże szperacze przeszłości dokopią się do rzeczy historycznie bezcennych? Przecież do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywa zaginiony tysiąc lat temu Brunon, wyniesiony potem na ołtarze? Nie jest powiedziane, że tam, ale też nie jest powiedziane, że nie.
Jeszcze gorzej będzie, jeśli łopata trafi na pozostałości mające związek z kulturą żydowską. Wtedy procedury związane z budową portu mogą utknąć na dłużej. Obrazuje to skalę problemu i dowodzi, że tak łatwo z lotniskiem nie pójdzie (a Podlasie ma czas tylko do 2015 roku).

W nauce istnieje pojęcie brzytwy Ockhama, która zwana jest także zasadą ekonomii myślenia. Jest to jedna z podstawowych zasad, których przestrzega się w trakcie tworzenia poprawnych teorii naukowych. W praktyce tłumaczy się to, jako: proste rozwiązanie jest najlepsze albo nie wymyślaj nowych czynników, jeżeli nie istnieje taka potrzeba, a jeżeli już, to udowodnij najpierw ich istnienie.

Przenosząc to nasz podlaski grunt lotniskowy można powiedzieć, że problemy z Sanikami to brzytwa za Krywlany. Wybór białostockiej lokalizacji był najlepszy, najprostszy, najbardziej logiczny.

Co nie oznacza, że także  i tu lotnisko by powstało. Bo zbudowanie podlaskiego regionalnego portu (i podtrzymuję swoje zdanie wyrażone wielokrotnie na blogu) przekracza możliwości intelektualne jaśnie nam rządzących. W przeciwnym razie to lotnisko byłoby już dawno.

Sandomierski jak Liverpool

To było w pierwszej połowie lat 80. Liverpool szedł jak burza przez Ligę Angielską. Nie przegrał od kilkunastu kolejek. Słowem pewniak przy typowaniu trzynastki w piłkarskim totolotku. W każdą sobotę. Ale tamtej zawiódł. Przegrał z ostatnią drużyną w ligowej tabeli. Nie pamiętam, czy ktoś trafił wtedy głowną wygraną, ale jeśli tak, to miał zapewniony byt nad Wisłą do końca życia. Mimo inflacji, która za kilka lat się rozszalała.

Od tamtej pory przestałem obstawiać w piłkarskiego totolotka. A wspominam o tym dlatego, że historia z Liverpoolem przypomina mi położenie, w jakim znalazł się Grzegorz Sandomierski po dzisiejszym meczu z Ruchem Chorzów. Bramkarz Jagiellonii został okrzyknięty graczem ligi w poprzednim miesiącu, nie wyjmował piłki z siatki od 540 minut. A dzisiaj aż pięć razy musiał schylać się do siatki po futbolówkę.

W sporcie często bywa, że po pasmie sukcesów, przychodzi zwrot o 180 stopni. I jeśli nawet za wszystkie wpuszczone gole nie można mieć do naszego bramkarza pretensji, to wynik idzie w Polskę. Tak jak wtedy, gdy był niepokany od 540 minut.

Niewątpliwie wczorajszy mecz był dla niego przysłowiowym zimnym prysznicem. Oby jak najszybciej się po nim otrząsnał. Podobnie jak reszta drużyny. Bo do końca rundy mają chłopaki jeszcze o co powalczyć.

Lekcja historii współczesnej

Dwadzieścia lat temu runął Mur Berliński, symbol podziału na dwa światy. Rodziła się epoka liberalno-demokratyczna. I nadzieja na czas i miejsce  bez jakicholwiek podziałów. A przede wszystkim murów. Te jednak zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. I to tam, gdzie byśmy się ich nie spodziewali. Amerykanie budowali mur na granicy z Meksykiem, Żydzi odgradzali się od Palestyńczyków (niby zrozumiałe, ale jakże wymowne). Mur nienawiści w latach 90. powstał na Bałkanach.

Nawet w stosunkach społecznych nie obyło się bez wznoszenia murów. W Czechach odgradzano się nim od Romów, na świecie bogaci odgradzają sie od biednych, tworząc enklawy za wysokimi parkanami. W końcu czyż takim werbalnym murem nie była też retoryka o starciu dwóch cywilazcji?. Ale najbardziej zadziwiajacy jest mur, który zafundowała sobie Europa, na własne życzenie, na  wschodnich rubieżach. Na granicy z Białorusią. Taka druga, miniżelazna kurtyna.
 
Bo może jast tak, jak pisze Wiesław Kot, że gdy runą jedne mury, powstają kolejne. I wznoszą je ci, co obalali poprzednie. A ci co zagrzewali ich do obalania, pozostają pobudowie nowych – tak jak byli wcześniej – samotni.
  
Najlepszym przykładem są losy Jacka Kaczmarskiego i Karel Kryla. Kiedy wreszcie mury (także symboliczny w Berlinie) runęły, Kaczmarski – jak bohater jego piosenki – poczuł się sam. W wolnej Polsce mieścił się z trudem, publiczności nie ciekawiło, jak komentuje III RP. Publiczność domagała się “Murów”, bo publiczność jest sentymentalna.

Podobnie z Karelem Krylem. Za dziewięć dni mi nie 20 lat jak śpiewał swoje songi (tak jak w czasie praskiej wiosny 1968 roku) podczas aksamitnej rewolucji. Ale podobnie jak Kaczmarski w Polsce, także i on w wolnej Czechosłowacji, by sam. Od 15 lat nie ma go wśód nas, Kaczmarskiego od pięciu.

Pamiętajmy o nich, gdy dzisiaj będziemy wspominać wydarzenie sprzed 20 lat. Bo może gdzieś z góry gapią się na nas przy gitarach śpiewając wspólnie i na przemian swoje Morituri te salutant.

 YouTube Preview Image

YouTube Preview Image

Dziewięć miesięcy i rozwiązanie

Za tyle mniej więcej czasu będzie wiadomo, czy pomysł, by Białystok został w 2016 roku Europejską Stolicą Kultury, był ekstrawagancją, utopią lub wizjonerstwem. Do sierpnia przyszłego roku mamy przygotować (a konkretnie pełnomocnik prezydenta Sławomir Mojsiuszko) strategię, pomysł i projekt. Na tyle powalający, że eksperci  zgrzeszyliby, gdyby nie przepuścili nas do drugiego etapu.

Może warto – tak jak proponwał w swoim czasie Andrzej Lechowski – wejść w kooperację z innymi miastami w bliskim sąsiedztwie Białegostoku. By stworzyć taki swoisty metropolitarny obszar kulturalny, zwiększający nasz potencjał.
Myśląc realnie o imprezie w 2016 roku, już oddawna powinniśmy gościć jako miasto w Wilnie, które w tym roku do spółki z austriackim Linzem, jest takową stolicą. Tym bardziej, że związki Białegostoku ze stolicą Litwy są przeogromne.  Samo wskazywanie na filię UwB jako depozytariusza tej tradycji, to o wiele za mało.

Pomysł na  Bi2016  oznacza, że powinno czekać nas siedem lat swoistego “oświecenia” kulturalnego. I z tego należy się cieszyć. Kultury nigdy za mało. Ale by tak się stało, to nie powinniśmy traktować naszego startu w wyścigu o eurostolicę na zasadzie: jeśli się nie wygra w rankingu, to już sam start  powinnien być osiągnięciem. 

Do walki staje się bowiem z wiarą, że ją się wygra. A wiara sprawia cuda. Wystarczy spojrzeć na Rio de Janeiro, które w walce o organizację Olimpiady w tym samym 2016 roku pokonało wszystkich faworytów,  z obamowskim Chicago na czele.

To jak, damy radę? Pytanie trochę retoryczne, patrząc na kłopoty Białegostoku ze strategią promocyjną miasta. Tyle że na powtórkę z rozrywki nie możemy sobie pozwolić. Ale z drugiej strony sukces Mojsiuszki pokaże, że białostoczanie nie gęsi, swój język mają i pisać strategię potrafią. Tym samym udowodną, że to oni, a nie Eskadra strategię promocyjną tworzyć powinni.

11/11/09

11 listopada 1988 roku. Wielu białostoczan zgromadziło się na cmentarzu wojskowym, by potajemnie wspominać 70. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości – święto jeszcze wówczas zakazane. W tamten listopadowy wieczór apel czytał Wiesław Kazanecki. Wielu zapamiętało ten głos do dziś, wielu zgromadzonych po raz ostatni widziało poetę. Być może najbardziej białostockiego z białostockich mistrzów słowa. Dwa i pół miesiąca pisał już tylko niebieskie wiersze.

Minęło 21 lat. Bal, capstrzyk, marsze, msze, defilady, spotkania, koncerty. Rytuały, celebry, manifestacje. W radio znowu, jak to od święta, będą grać tylko po polsku. A może jest tak, że im bardziej uprawiamy retorykę patriotyczną, tym mniej w nią wierzymy? I może to rację mają satyrycy, którzy drwią sobie z tego patriotyzmu na pokaz.

I druga skrajność: jedna z telewizji prywatnych w dzisiejszy wieczór pokaże film pod jakże wymownym tytułem “Dzień Niepodległości”. O zwycięstwie Amerykanów odniesionym nad kosmitami 4 lipca. Skoro telewizja puszcza megaprodukcję sprzed lat, to liczy na dużą widownię. Bo może jest i  tak, że współczesnemu pokoleniu Polaków wychowanemu nie na mleku, lecz na amfie, luksusie, sztampie, konsumpcjonizmie, showbiznesie, dodyzmie i Bóg jeden jeszcze tylko wie na czym, ten patriotyzm jest kulą u nogi.

Dzisiaj wieczorem na cmentarzu wojskowym zakończy się marsz niepodległościowy, który wyruszy sprzed kościoła św. Wojciecha. Złożone zostaną kwiaty, padną słowa, będą gesty. Być może gdzieś tam z góry będzie się temu przyglądał Wiesław Kazanecki. Jaki swój wiersz by dziś przeczytał? A może napisałby nowy? O mieście i kraju.

Dwie cele, dwie śmierci. Jedna kara

Wtorek, godz. 22.55. Oddziałowy Aresztu Śledczego w Krasnymstawie przeprowadza kontrolę. To on pierwszy zauważa, że w jednej z cel wisi mężczyzna. Okazuje się, że to Radosław, K., który w Siennicy Nadolnej po pijanemu wjechał BMW w grupę ludzi. Pętlę zrobił ze ściągaczy i sznurówek.
Mężczyzna został tymczasowo aresztowany w ostatnią niedzielę. Prokurator postawił mu zarzut spowodowania katastrofy w ruchu lądowym i wypadku, w którym jedna osoba odniosła ciężkie obrażenia, a cztery średnie. Radosław K. miał też odpowiadać za jazdę po pijanemu i ucieczkę z miejsca wypadku. 36-latek był już karany za spowodowanie w 2000 roku wypadku, w którym zginął człowiek. Trzy lata później dostał za to wyrok – 4 lata więzienia. Na wolność wyszedł warunkowo w kwietniu 2007 r.

Wtorek, godz. 21 (czasu lokalnego) więzienie w Jarratt, 90 km na południe od Richmond, stolicy Wirginii. Johnowi Allenowi Muhammadowi wstrzyknięto truciznę. Zza szyby egzekucji przyglądali się bliscy ofiar 48-letniego Muhammada, świadkowie oraz dziennikarze. 11 minut później lekarz więzienny stwierdził zgon mężczyzny, który w październiku 2002 r. wraz z partnerem (wówczas 17-letnim, odsiadującym dziś dożywocie) sterroryzował stolicę USA oraz jej okolice, zabijając 10 przypadkowych osób.

Dwa odległe od siebie miejsce, dwie cele, dwie śmierci. Choć w skutkach podobne, to jakże talionowo odmienne. Bo bardziej sprawny okazał się  system amerykański. Nie tylko wykrył sprawcę zabójstw, ale też wymierzył mu karę. Sprawiedliwości stało się zadość.

Można by powiedzieć, że samobójstwo pirata drogowego z Siennicy Dolnej jest ucieczką przed ręką sprawiedliwości. Wprost przeciwnie. Jest obnażeniem polskiego prawa, jego nieudolności i braku chęci do rozprawy z pijanymi gangsterami szos.Bo sprawiedliwość sprawiedliwej kary w tym przypadku nie wymierzyła. I co więcej, nie wymierzyłaby.
Mężczyźnie groziło jedynie 15 lat więzienia. Za spowodowanie tego czynu powinien dostać dożywocie, jeśli na skutek  zawinionego  przez niego wypadku ofiary by zmarły – karę śmierci. Dopiero przy takich proporcjach  możemy mówić o sprawiedliwej karze. Mówienie, że pirat wymierzył sam sobie sprawiedliwość, jest obłudą i kpiną.

Miałem kiedyś nauczyciela od PO (skrót bynajmniej nie od partii, ale przysposobienia obronnego), który – jak to wojskowy i to rodem z kresów – mówił, że dać ludziom wódki i samochodu, a od razu w kraju będzie spokój i porządek. Iście to totalitarna wizja, ale niestety się spełnia. Jednak nie za sprawą podstępnej władzy, a ludzkiej głupoty. Nastały czasy, gdy sięgnięcie równoczesne po kieliszek i samochód nie sprawia większej trudności. Czyż to nie jest forma totalitaryzmu w stosunku do innych obywateli? I dlaczego państwo nie broni tych obywateli, którzy przez ten totalitaryzm zagrożeni są eksterminacją drogową? Decydenci, tak groby kochacie? Leżcie w nich sami!.

Pijani kierowcy wiozący za sobą śmierć powinni być karani w ten sam sposób jak zwyrodnialcy zabijający bez powodu, dla przyjemności. Jak John Allen Muhammad.
I to jest powinność i obowiązek polskiego systemu prawnego, które składa się na pojęcie kary sprawiedliwej. A resztę zostawmy ofiarom i ich rodzinom. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczać sowim winowajcom. Amen.

Pierwsza krucjata krzyżowa po 800 latach

Bo w gruncie rzeczy tym jest werdykt Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przyznający Włoszce fińskiego pochodzenia odszkodowania za straty moralne poniesione na widok krzyża powieszonego w szkole.

- Próba systemowego usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej ma w istocie charakter wojny religijnej: współczesna religia suwerennej, „świeckiej” władzy przeciw chrześcijaństwu i także, co jest już faktem nie pozostawiającym wątpliwości, przeciwko islamowi. Jeśli niektórzy ludzie niewierzący cieszą się dzisiaj z tego, że „ktoś wreszcie zrobi porządek z tymi klechami”, to niech uświadomią sobie, że nowa religia bezwzględnej i technokratycznej współczesnej władzy jest niepewna oraz niebezpieczna. Kwestią czasu jest tylko to, kiedy inne sfery naszego życia zostaną poddane urzędowej kontroli suwerena – pisze w dzisiejszym Obserwatorze Mirosłąw Miniszewski.

To jeden z najważniejszych tekstów jaki ukazał się w dwuletniej historii naszego tygodnika. Autor kończy tak: ” Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać”
Zapraszam do lektury, tekst jest pełen odniesień nie tylko religi, polityki, ale filozofii, logiki, historii, technologii. Warto go przeczytać.

Myślę, że Europa w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości , na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?

Werdyktem trybunału historia zatoczyła koło. I Europa szykuje się do pierwszej po 800 latach krucjaty krzyżowej. Tyle że w Europie.

Kto wrabia Cimoszewicza?

Nie tak dawno napisałem o prezydenckich przypadkach byłego premiera. On sam wielokrotnie powtarzał, że nie ma zamiaru startować w wyborach. Deklaracje na pohybel lewicy i ku uciesze prawicy rządzącej. Ale i po nich werbalnie molestowano podlaskiego senatora. W końcu powiedział on, że zmieniłby zdanie, gdy wzrosły szanse Lecha Kaczyńskiego na reelekcję. A – ponieważ póki co takich oznak nie widać – więc nie zamierza zmieniać zdania.

I w zasadzie całą sprawę można by uznać za zamkniętą, gdyby nie czwartkowy sondaż preferencji wyborczych. A w nim ni z gruszki ni z pietruszki Lechowi Kaczyńskiemu podskoczyło najwięcej. Na tyle, by od dłuższego czasu wysunąć się na drugą pozycję w rankingu (zostawiając za sobą Cimoszewicza).

Co takie wydarzyło się w ciągu ostatnich dni, że przełożyło się natychmiast na tak dobry wynik obecnego prezydenta?. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że zupełnie nic. Poza deklaracją Włodzimierza  Cimoszewicza. A jak sprawić, by się z niej wywiązał, a tym samym stanął w prezydenckie szranki? Nic prostszego: poprzez dobry wynik w sondażu obecnego prezydenta.

Podejrzewam, że z każdym tygodniem będzie miał on coraz lepsze notowania (bez większych sukcesów). Ku uciesze lewicy (bo może w końcu Cimoszewicz wystartuje) i opozycyjnej prawicy (bo start Cimoszewicza zmniejsza szansę Tuska na zwycięstwo w pierwszej turze). I ku utrapieniu rządzącej prawicy (dla niej potencjalny start Cimoszewicza oznacza niepotrzebny kłopot, a drugi wist z Jarucką już nie przejdzie).

Nie jest zwolennikiem spiskowych teorii, ale ten czwartkowy sondaż jako żywo przypomina mi zagrywkę z Tomaszem Lisem, który ni z gruszki ni z pietruszki został przed laty w sondażu  jednym z kandydatów do fotela prezydenckiego. Po prostu został wrobiony. Jak niegdyś królik Roger. Czy podobnie jest dzisiaj  z Cimoszewiczem?

Dwa lata PLL-u

Po zaprzysiężeniu w 2007 roku premier Donald Tusk obiecał, że po co najmniej pół roku  zweryfikuje pracę ministrów. Zostaną najlepsi, najgorsi wypadną z rządu. Minęło 24 miesiące.  Ministerialna karuzela rozbujała się na dobre, ale ani jeden minister nie oddał teki pod wpływem oceny swojej pracy. Niektóre resorty, tak jak sprawiedliwości, mają kolejnego szefa, ale dymisje jego poprzedników były wymuszone przyczynami  odmiennymi od audytu jakościowego. Zresztą w przypadku ostatnich przetasowań, pod wpływem afery hazardowej,  premier nikogo nie zdymisjonował. Ministrowie sami po prostu ustąpili, wcześniej ogłaszając, że są gotowi odejść.

Cechą charakterystyczną rządu Tuska był także eklektyzm programowy. Powołany gabinet niewiele miał wspólnego z tym, który  w cieniu cenzurował poczynania PiS. Co więcej, nie miał wspólnego programu. On dopiero krystalizował się jako suma programów poszczególnych ministrów. Każdy z nich tworząc zręby swoich priorytetów dopisywał je do ogólnej filozofii Partii Liberalno-Ludowej (syntezy PO-PSL), która od dwóch lat rządzi w kraju. Ich wspólnym mianownikiem było jak najmniejsze zminimalizowanie utraty przez Donalda Tuska szansy na prezydenturę.

Niektórzy komentatorzy zarzucają Tuskowi, że w Polsce nie zrobiono niczego, co konieczne, ale też konfliktowe, i co wymagałoby również sztuki PR na wyższym poziomie niż strategia uśmiechu. Gdyby jednak spojrzeć na to wspak, to w pomysłach poszczególnych ministrów widzimy wizję Polski odpowiadającej wcześniejszym zapowiedziom PO. Zamaskowaną, ale powoli posuwającą się do przodu. Zapewne przyspieszenia nabierze po wyborach prezydenckich, a zwłaszcza parlamentarnych. Pod warunkiem, że PO zdobędzie samodzielną większość. I to jest główny  cel i sedno PLL-u.

By to wyjaśnić najlepiej posłużyć się analogią z serialu Star Trek. Jednym z głównych jego wątków była walka Enterprise z Klingonami. Cechą Drapieżnych Ptaków było maskowanie, a wadą tej techniki walki to, że statek pozostający w ukryciu nie może odpalać rakiet. Dopiero w jednym z ostatnich odcinków starej serii Klingoni wzbogacili się o prototyp, który także w ukryciu potrafił zadawać strzały. By wygrać walkę z tak zamaskowanym przeciwnikiem Kirk i jego kompanii musieli posilić się pomocą innego statku.
 
Jeśli PO i Tusk wygrają najbliższe wybory na tyle zdecydowanie, że maskowanie nie będzie potrzebne, to zobaczymy, że w pomysłach ministra Rostowskiego, Kudryckiej, Hall, Kopacz, Grada, Fedak i wszystkich pozostałych, duch filozofii liberalnej jest znacznie mocniejszy i widoczny niż strategia uśmiechu. I wystarczającym alibi, by nie pozbywać się z rządu złych ministrów.

28 (bez)radnych

Minęło trzy lata od wyborów samorządowych. Wybrani wtedy radni powoli myślą zapewne o następnej kadencji. Czy zasłużyli na reelekcję?.
Cieniem na ocenie radnych wojewódzkich kładzie się niemożność wybrania zarządu, samorozwiązanie sejmiku, ponowne wybory, komisarz wojewódzki, referendum w sprawie obwodnicy, styczniowy przewrót marszałkowski, sprawa lokalizacji lotniska, kolei, szpitali. I jeszcze parę rzeczy by się znalazło. Wydaje się, że im wcześniej zakończą tę niepełną czterolatkę, tym lepiej.
Zaraz po wyborach w 2006 roku w “Porannym” ukazał się artykuł pod tytułem: Niech będą najlepsi. Ten postulat odnosił do sześciu białostockich radnych miejskich, którzy uzyskali wtedy najwięcej głosów. Byli wśród nich (w kolejności alfabetycznej) Alicja Biały, Jacek Chańko, Marek Chojnowski, Kazimierz Dudziński, Mariusz Kamiński i Zbigniew Kamiński. Po roku przedostatni z nich poszedł w posły. Także niektórzy z pozostałych 22 radnych nie dotrwali do dzisiaj w ławach miejskich. Jedni obsadzili spółki miejskie, inni zostali radnymi samorządowymi. W ich miejsce wchodzili następni z listy partyjnej.
Tak czy siak w składzie obecnej białostockiej rady miejskiej jest 28 radnych. A może (bez)radnych ludzi? To zależy od oceny wyborców i tego, co radni dla poszczególnych osiedli, z których byli wybierani, zrobili.
Gdyby jednak spojrzeć na te trzy lata z poziomu miejskiego, to zapamiętamy dwie afery: mieszkaniową w TBS i galeriową związaną z budową centrum handlowego przy ulicy Monte Cassino. Zapewne w pamięci utkwiło nam muzeum bimbrownictwa, ale także ogłoszenie 2009 roku rokiem Kazaneckiego (w masie mniej lub bardziej dziwnych decyzji podjętych przez naszych rajców, ta akurat zasługuje na uznanie). Cieniem okrył radę (bo dała się wykorzystać przez magistrat) serial związany z logiem i promocją miasta.
Jak Państwo oceniacie 28 (bez)radnych?. Ilu z nich zasługuje na ponowny mandat. Zapraszam do dyskusji.

Hańba marnych wyroków, brzemię marnych uzasadnień

Pierwszy zdanie tytułu odnosi się do filozofii, której kilkakrotnie w tym roku wyraz dała białostocka Temida. Najpełniej opisała to w wydaniu papierowym „Porannego” Joanna Krukowska w tekście po takim właśnie tytułem: „Hańba marnych wyroków”.

Nie spotkał on się z przychylną reakcją środowiska orzekającego. Bo Joanna Krukowska pisze w nim tak: “Wyroki zapadły zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem i wydane zostały przez niezawisły sąd. Jednak owa niezawisłość oznacza w praktyce to, że jeśli jakiś sędzia jest sędzią marnym, to bez żadnych konsekwencji przez całą swoją karierę może wydawać marne wyroki. Każde jego orzeczenie może być zmieniane w wyższej instancji, a on i tak będzie sobie marnie dalej orzekał. Kiedy taki marny sędzia trafi się w sądzie administracyjnym, to (bez urazy, wysoki sądzie administracyjny) pal sześć. Jednak wydawanie marnych wyroków w postępowaniu karnym jest wyjątkowo haniebne, gdyż w całym społeczeństwie wywołuje poczucie krzywdy, bezsilności i frustracji, w konsekwencji prowadząc do lekceważenia prawa.
Bo jeśli zgodnie z tym prawem dopuszcza się uznanie zaszlachtowania człowieka za pobicie, to jest to prawo niesprawiedliwe. Jeśli zgodnie z tym prawem można orzec sześć lat, a w praktyce cztery realne, za zabicie człowieka, który stanął w obronie bitego, jest to prawo nikczemne. Jeśli zaś przy wydawaniu wyroku bierze się pod uwagę skruchę i żal oskarżonych, a nie krzyki i łzy ofiar, jest to zwyczajnie podłe.”

Wracam do tego tekstu na kanwie wyroku apelacyjnego w sprawie napadu na białostockiego taksówkarza. Wyrok w pierwszej instancji zapadł w czerwcu. W przededniu jego ogłoszenia napisałem tak: „ Zarzucenie kabla na szyję i zaciśnięcie, walenie rurka po głowie. Czy jest to, jak chce prokurator  rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia czy, jak wnioskuje pełnomocnik pokrzywdzonego, usiłowanie zabójstwa? Na jednej szali jest walenie rurką i duszenie linką, na drugiej rozpaczliwa walka o życie. Na jednej szali jest rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, na drugiej usiłowanie zabójstwa. Co powinien zawyrokować sąd? ”.
Nazajutrz sąd orzekł wyrok, który w swoim tekście przypomina też Joanna Krukowska i ocenia tak: “Zgodnie z tym prawem dopuszcza się uznanie zaszlachtowania człowieka za pobicie, to jest to prawo niesprawiedliwe”. Dla autorki to przykład w czystej postaci haniebnie marnego wyroku.
Została on zmieniony wczoraj w sądzie apelacyjnym. Nieznacznie sąd podniósł kary sprawcom, ale podtrzymał w gruncie rzeczy to, że człowieka kablem i rurką zabić nie można.

O istocie kary sprawiedliwej pisałem na blogu wielokrotnie (ostatni raz w zeszłym tygodniu w tekście” Dwie cele. Dwie śmierci. Jedna kara”.). Wielokrotnie pisałem też, że z wyrokami się nie dyskutuje, ale z ich uzasadnieniami to i owszem. Ale po wczorajszym werdykcie w sprawie napadu na taksówkarza i zalegalizowaniu, że zarzucania kabla na szyję i zaciśniecie oraz walenie rurka po głowie nie jest usiłowaniem zabójstwa, to nie sposób nie zgodzić się z Joanną Krukowską, że wydawanie marnych uzasadnień i marnych wyroków w postępowaniu karnym jest wyjątkowo haniebne, gdyż w całym społeczeństwie wywołuje poczucie krzywdy, bezsilności i frustracji, w konsekwencji prowadząc do lekceważenia prawa.

Pożyczyć bankierom lub w formie dać zapomogi

Robert Benmosche. Przewodzi AIG od sierpnia. I jest piątym już w ciągu półtora roku szefem firmy, która przyjęła pomoc rządu USA w wysokości 182,3 mld dol. W zamian m.in. ograniczono pułap wynagrodzeń dla kadry kierowniczej do 500 tys. dolarów rocznie. Z tego powodu sfrustowany Benmosche zapowiedział, że będzie walczył z departamentem skarbu USA o poluzowanie ograniczeń.
Jeszcze głośniej jest o szefie Goldman Sachs, Lloydzie Blankfein, który w wywiadzie dla „Sunday Times” bronił wysokich premii dla swoich pracowników. Powiedział też, że jego zdaniem banki spełniają ważną misję społeczną i krzewią „dzieło Boże“.

I teraz przykład z innego końca (pół)światka finansowego. Jak podaje wczorajsza „Gazeta Prawna” coraz więcej firm nad Wisłą domaga się wysokich odszkodowań od zwalnianych menedżerów – m.in. za nieodpowiedzialne przyznawanie wysokich odpraw i za podejmowane przez nich decyzje.

Na pierwszy rzut oka to, co plotą zachodni bankierzy wydaje się herezją. Tym bardziej, że od dawna są na cenzurowanych  wielu rządów i opinii publicznej. Z kolei żądania naszych firm wydają się na ten sam pierwszy rzut oka rozsądne.

Przez całe dwie ostatnie dekady w mawiano nam, że bankierzy i inni muszą być dobrze opłaci. I że bez tego żaden finanse i biznes nie będzie się kręcił. Ukuto paradygmat, w który  świat od Kamczatkę po Hawaje nie tylko akceptował i tolerował, ale uczynił  nową religię. Tak to już nie była nauka, a wiara. Do tego stopnia , że świat nie dostrzegł, jak ta elitarna sekta kradnie. W skrajnej postaci przykład Bernarda Madoffa, z drugiej strony łatwość dawania astronomicznych kontraktów, gwiazd, a raczej gwiazdeczek wszelkiej maści.

I dlatego to słowa Blankfeina i Benmosche, mimo że wydają się bluźnierstwem, są w  samej rzeczy logiczne. Bo zgodne z DNA owej filozofii przyzwolenia. Z kolei żądania naszych firm, mimo że wydają się słuszne, to całkiem nielogiczne. Wszak to one są DNA owej filozofii przyzwolenia. Czyżby po raz kolejny okazało się, że rewolucja ( a mamy z nią do czynienia od 20 lat) zjada swoje dzieci.  A może po raz pierwszy to dzieci pożerają rewolucją?. Tak czu owak wychodzi na  kanibalizm ekonomiczny. 

Żal mi zachodnich bankierów, choć sam już nie wiem, dlaczego?
Blady księżyc na niebie nie wróży nic dobrego…
Mógłbym pożyczyć bankierom, lub w formie dać zapomogi,
lecz nie chcę szafy przesuwać, nie będę zrywał podłogi
!

 YouTube Preview Image

Nielot nad kukułczym gniazdem

O lotnisku regionalnym pisałem wielokrotnie. Do tematu wracam po raz kolejny pod wpływem rozmowy z prezydentem Tadeuszem Truskolaskim,  która ukazała się w białostockiej “Gazecie Wyborczej”. Pretekstem do niej były zastrzeżenia organizacji ekoloczinych do raportu w sprawie Sanik. I dlatego dziennikarze zapytali prezydenta czy zbyt pochopnie nie skreślono Krywlan.
Prezydent odpowiedział: – Słyszałem o zastrzeżeniach do raportu. Myślę, że raport zostanie uzupełniony. To jest rola ekspertów i liczę, że dobrze wywiążą się ze swojego zadania. Chciałem jednak przypomnieć, że Krywlany odpadły w pierwszej eliminacji – spośród sześciu lokalizacji. W drugiej, gdy wygrały Saniki, Krywlan już nie było. Mam nadzieję, że dojdzie do budowy lotniska w Sanikach. Ale gdyby okazało się, że jest to jednak niemożliwe, mamy jeszcze dwie inne lokalizacje.

Na pytanie dziennikarza czy decyzja o decyzja o odlotniskowieniu Krywlan nie była błędem, prezydent odpowiedziała tak: – Myślę, że została podjęta w bardzo dobrym momencie. Tym bardziej że analizy środowiskowe wykazują, że właśnie tam najlepiej jest zbudować halę widowiskowo-sportową

Pytanie tylko kiedy to odlotniskowienie nastąpiło?

Wielokrotnie pisałem, że wybór białostockiej lokalizacji był najlepszy, najprostszy, najbardziej logiczny. Co nie oznacza, że także i tu lotnisko,  powstałoby. Bo zbudowanie podlaskiego regionalnego portu przekracza możliwości intelektualne jaśnie nam rządzących od dwóch dekad. W przeciwnym razie to lotnisko byłoby już dawno.

I to jest wytłumaczenie obiektywne turbulencji z podlaskim port lotniczym. Nie mniej ważne są te subiektywne. Po części opisałem je w tekście („Krótki kurs pilotażu“), który ukazał się wiosną ubiegłego roku. Bezpośrednią inspiracją do jego napisania było seria zabawnych posunięć naszych władz wojewódzkich i miejskich w sprawie lotniska. Słynne przejęzyczenie marszałka ostatniego dnia marca, zamiar powołania spółki miejsko-wojewódzkiej, powtarzane jak mantra przez prezydenta słowa, że on nic nie może zrobić, bo to inwestycja marszałkowska.

To ówczesne i późniejsze kluczenie wokół Krywlan nie dziwi. W przeciwnym  razie byłoby to swoiste zerwanie się ptaszka z uwięzi, który na przekór wszystkiemu odbywa lot nad kukułczym gniazdem. A tak mieliśmy nielot. Bo, parafrazując słowa byłego szefa polskiej dyplomacji o racji stanu,  o tej partyjnej można nie dyskutować, nie definiować, ale doskonale wiedzieć, czym jest i jak ją realizować.

A na otarcie łez nie tyle po odlotniskowieniu Krywlan  wiersz Włodzimierza Wysockiego „Moskwa – Odessa” w przekładzie Wojciecha Młynarskiego. Wystarczy tylko w kilku miejscach podmienić Moskwę na Warszawę a Odessę na Białystok i zacząć: „Raz pierwszy lecę z WaWy do Białego, i psiakrew odwołują lot…… Komunikat był z Białego, że pas startowy znowu znowu trafił szlak” .

Raz który lecę z Moskwy do Odessy
i znowu, psiakrew, odwołują lot,
wynika to ze słów jej wysokości stewardessy
majestatycznej jak Aerofłot.

Kolejny komunikat zabrzmiał znów,
że nad Murmańskiem wyż i niebo szczere,
przyjmuje Kijów, Kiszyniów i Lwów,
a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Radzili mi – pod inne leć adresy
i nie licz bracie, że się stanie cud
i co też ci odbiło? Komunikat był z Odessy,
że mgła i na startowych pasach lód.

A w Leningradzie pełna odwilż już,
no a na przykład w takim Tbilisi
ląduje się wśród pól kwitnących róż,
a ja tam nie chcę, mnie ten adres wisi!

Już słyszę – do Rostowa odlatują,
a ja tak pragnę być w Odessie mej,
mnie ciągnie właśnie tam,
gdzie od trzech dni już nie przyjmują,
mnie korci taki zakazany rejs!

Ja muszę, gdzie zawała śnieżna fest,
gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren,
gdzie indziej jasno i przytulnie jest,
a ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?

Stąd mnie nie wypuszczają, tam znowu nie wpuszczają,
przygnębia mnie mieszanych uczuć splot,
uśmiechy stewardessy coraz mniej mnie pocieszają,
majestatycznej jak Aerofłot!

Przyjmuje ziemi mej najdalszy kąt,
gdzie jak polecę jeszcze mi dopłacą,
przyjmuje Wastok, czort nie port
i Paryż, a ja nie chcę, mnie tam na co?

Ja wierzę, rozpogodzi się, silniki znów zagrają,
już słyszę ja i serce w gardle mam,
znów siedzę jak na szpilkach, a nuż znowu odwołają,
znów znajdą mnóstwo przyczyn, ja ich znam!

Ja muszę jak najszybciej być tam,
gdzie mróz siarczysty hula po kolędzie,
przyjmuje Londyn, Delhi, Magadan,
pryzmują wszędzie, a ja nie chcę wszędzie!

Daremnie gaszę smutek, co w serce mi się wessał,
w to serce, co powinno bić jak młot,
od rana rejs odkłada stewardessa – miss Odessa,
majestatyczna jak Aerofłot…

A pasażerom nawet nie drgnie brew,
pokornie na walizkach spać próbują,
dojada mi to wszystko, ech! psiakrew,
mam tego dość i lecę, gdzie przyjmują…

Licencja na wolność

Pół miliona złotych Lew. R.
60 tysięcy złotych Michał Listkiewicz.
5o tys. złotych Janusz S., kompozytor.
600 tysięcy złotych Weronika Marczuk Pazura.

Po wpłaceniu wymienionych kwot wszyscy oni wyszli na wolność. I nie wysokość wyznaczonej kaucji budzi tu zdziwienie, (bo bywały jeszcze większe jak choćby w przypadku najsłynniejszego w Polsce lobbysty  – 850 tys. dolarów), ale łatwość z jaką tak szybko uzbierali oni sumę pieniędzy.  A to rodzi pytanie: czy pojęcie kaucji lub poręczenia majątkowego ma jeszcze sens.  Chyba tylko Roman Polański jest przykładem, że tak. Daje każda sumę, a Szwajcarzy i tak pozostają nieugięci. I o żadnej kaucji nie chcą słyszeć.

Skoro zdobycie pieniędzy nie jest już żadną barierą (przynajmniej dla bogatych i tzw. towarzystwa, bo podejrzewam, że dla babci sprzedającej pietruszkę na chodniku już niekoniecznie), to może zastosować inne środki zapobiegawcze. Tym bardziej, że wpłacenie pieniędzy na konto sądu za zwolnienie za kaucją państwu korzyści  żadnych nie przynosi. Bo jest to konto nieoprocentowane.

Gdyby tak zastosować na przykład codzienny ośmiogodzinny obowiązek odśnieżania lub zamiatania chodników do czasu wyjaśnienia sprawy?.  Dla niektórych byłoby to o wiele trudniejsze niż wyjęcie z kieszeni plików banknotów. Ale tak okupiona wolność przywróciłoby właściwy sens terminowi “kaucja za wolność”. Tak bardzo spauperyzowanemu.

II wojna futbolowa

Pierwsza wybuchła w 1969 roku. Pretekstem był mecz eliminacyjny do mistrzostw świata pomiędzy Hondurasem i Salwadorem. Jednak konflikt miał znacznie poważniejsze podłoże. Zawody piłkarskie były iskrą, która rozpaliła emocje do tego stopnia, że doszło do otwartego konfliktu zbrojnego między sąsiadami. Znakomicie opisał to Ryszard Kapuściński w swojej książce: „Wojna futbolowa”.

I po czterdziestu latach jesteśmy świadkami drugiej wojny futbolowej. Już nie między Latynosami, a Arabami. I ponownie przyczynił się do tego mecz eliminacyjny do mistrzostw świata. Do tego, że na Bliskim Wschodzie i w Północnej Afryce niecałkiem jest bezpiecznie, już przywykliśmy. Przecież mieliśmy kilka wojen. Ale żeby Arabowie bili się miedzy sobą i to o futbolówkę? Tego jeszcze nie było. A po spotkaniu Egipt-Algieria miedzy oboma państwami, krajami i narodami zawrzało. Zamieszki, napady, pożary.

To dowodzi tylko, jakie emocje rozpala piłka. Ona zawsze je rozpalała. Tyle, że wraz z nadmiarem pieniądza, coraz częściej te emocje stawały się niezdrowe. A niekiedy ślepe. Tak jak w przypadku meczu Francuzów i Irlandczyków, w którym ewidentna ręka Thierry’ego  Henry zapewniła „tricolores” awans do RPA.
FIFA odrzuciła prośbę Irlandczyków o powtórzenie meczu, Henry znalazł się pod pręgierzem internautów. W zasadzie to mógł, chwilę po tym jak sędzia wskazał na środek boiska, podejść do niego i przyznać się, że zagrał piłkę nieczysto. Zdarzały się w przeszłości takie przypadki.  Za taki gest mógłby zostać człowiekiem roku, ale być może rodacy by mu nie wybaczyli. Tylko, że teraz Francuzi jak i sam Henry muszę nosić brzemię kantu. I chyba prędko, jeśli w ogóle, się go nie pozbędą.

Ktoś może powiedzieć: zaraz, zaraz, ale ręka Henry’ego niczym się nie rożni od ręki Maradony z meczu z Anglikami w 1986 roku w ćwierćfinale mistrzostwa świata. Niekoniecznie. Bo Maradona był większym spryciarzem niż się wydawało. Strzelił gola ręką w ten sposób, że nawet po latach jak się go ogląda – i mimo, ze wiadomo, że nieczysto – to można mieć wątpliwości. Być może gdyby wówczas była technika telewizyjna na takim poziomie jak dzisiaj, to widzielibyśmy piłkę jak na dłoni, a nie gdzieś tam w okolicach głowy Maradony. W przypadku Henry’ego kamery były bezlitosne.
Być może nie byłoby takiego potępienia czynu Henry’ego, gdyby zaraz potem pokazał coś nadzwyczajnego, co nie wypaczyłoby wyniku meczu. A tak 23 lat temu zrobił Maradona. Jeśli przy pierwszym golu wszystkim w mawiał, że to ręka Boga, to przy drugim świat sam mówił, że to noga Boga.

Ale też patrząc na całość piłkarskiej kariery Maradony (zwłaszcza przez pryzmat jego charakteru), w gruncie rzeczy nie dziwi, że nie przyznał się do tej ręki.  Wielki, mały człowiek. Henry na pewno wielkością (piłkarską) Maradonie do pięt nie dorasta, ale małością pozapiłkarską to i owszem. I tak zostanie zapamiętany w historii piłki nożnej.
Jeśli po czystym barażu dochodzi do takiego napięcia miedzy Egiptem i Algierią ( to ona jedzie na mundial), to nie zdziwiłbym się, gdyby doszło do niego po takim kancie, jaki był dziełem Henry’ego.  Nie żeby tam od razu postawiać w stan gotowości armie po obu stronach kanału La Manche (no może ciut dalej na wysokości Bretanii). W końcu, od czego mamy Traktat z Lizbony, który wchodzi w życie 1 grudnia. Jednym z priorytetów nowej szefowej unijnej dyplomacji miało być zażegnanie handlowej wojny bananowej. Niech na razie banany zostawi na bok, bo ma na głowie potencjalną wojnę futbolową.

A co jeszcze społeczność piłkarska może zrobić, skoro FIFA odmówiła powtórzenia meczu? Nic prostszego: wymóc na Francuzach, by sami to zaproponowali. Cisnąć ich na każdym kroku, nie dać wytchnienia i zapomnienia. W ostateczności z bojkotować. Do czasu, aż zaproponują baraż. Nawet, jeśli miałby być rozegrany dzień przed rozpoczęciem mundialu. 

Chociaż tak na dobrą sprawę, to żadnego barażu być nie powinno. Jak i Francuzów na mundialu.

Mowa końcowa w obronie Lecha Lebensztajna

Był już na emeryturze, gdy przyjechałem pierwszy raz do Białegostoku. I choć nigdy go później nie spotkałem, to dziwnie wydawał się znajomy. Gdzieś to nazwisko kołatało się z tyłu głowy. Może dlatego, że w redakcji „Porannego” pracowali ci, których bronił w słynnym procesie 21? Może dlatego, że był legendą lat 80. białostockiej Palestry? Takim białostockim Władysławem Siłą-Nowickim? Tym, który skoncyliował komitet obywatelski Ziemi Białostockiej, gdy przed wyborami w 1989 roku ów komitet ustalał listę kandydatów do Sejmu i Senatu. Może dlatego, że w pierwszej połowie lat. 90 jako prokurator wojewódzki wznowił śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci ks. Stanisława Suchowolca tuż przed obradami Okrągłego Stołu?

Lech Lebensztajn wygłosił wiele mów końcowych w obronie skrzywdzonych. Niejednokrotnie znajdował się w trudnym, wydawałoby się beznadziejnym położeniu. A jednak walcząc w imię spraw wielkiej wagi, potrafił przekonywać do swoich racji nawet sędziów niedemokratycznego państwa.

 I jeśli stanie przed tym ostatecznym sądem, to mowa końcowa w jego obronie powinna być krótka: byłeś prawy, tak osądziła historia.

Lech Lebensztajn odszedł w sobotę. Miał 81 lat. Spocznie na cmentarzu w Dojlidach.

Umieralnia albo szpital przemienienia

Umieralnia – tak w czasach, gdy sprowadziłem się do Białegostoku określano szpital miejski.  A najgorsze, co mogło spotkać człowieka, to rozchorować się wtedy, gdy szpital przy Sienkiewicza pełnił dyżur. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Budynek został zmodernizowany, dobudowano nowe skrzydło szpital wyspecjalizował się w kardiologii. Mijam go każdego dnia. Termin umieralnia gdzieś pozostał z tyłu głowy, choć już nie w odniesieniu bezpośrednio do tego szpitala, a tego wszystkiego, co dzieje się w polskiej służbie zdrowia.  

W Białymstoku mamy swoistą stratyfikację szpitalną. Zawsze na samej górze był Gigant. Nic dziwnego, skoro to kliniczne zaplecze dawniej akademii, a dzisiaj uniwersytetu. Zaraz zanim szpital MSWiA, potem Śniadecja, zakaźny, wspomniany miejski, może przed nim lub tuż za nim Choroszcz. I w zasadzie tyle. Tylko tyle czy aż tyle?

Większość mieszkańców Białegostoku osobiście bądź przez prymat swoich bliskich zetknęło się z wymienionymi szpitalami. Ja także. I mam uzasadnione podejrzenia, że to nie koniec tych bliskich spotkań trzeciego stopnia. 
Najdłużej przebywałem w Śniadecji. Coś mnie trzepnęło w okolicach klatki piersiowej i to tak skutecznie, że niemal miesiąc przeleżałem przy Skłodowskiej. To był dziwny czas w polskiej służbie zdrowia. Pierwszy rok reformy zafundowanej przez AWS (pojawiły się kasy chorych, pieniądze miały iść za pacjentem). Paradoksów było nie mało. Jeden z nich polegał na tym, że jak się już położyło do szpitala, to nie tak łatwo było go opuścić. Kompleksowe badania, w pionie czy w poziomie, konsultacje.  Można było odnieść wrażenie, że lekarze robili wszystko, by pacjent był u nich jak najdłużej ( co w sumie było na jego korzyść). I to wszystko działo się pod koniec roku, nie było mowy o jakiś tam limitach czy nadwykonaniach i pustych z tego powodu łóżkach.

Kilka lat później ponownie wylądowałem w tym samym szpitalu.  Nie było już tak różowo. Ostry dyżur, tomograf był zepsuty albo tak obłożony, że na badanie musiałem iść – po urazie głowy- do szpitala MSWIA. I tak personel zachował się w miarę przyzwoicie, bo uprzedził, że mogą mnie tam zawieść, ale niewiadomo, kiedy będzie transport. Więc szkoda czekać, skoro coś z głową może być nie tak. Pojechałem taksówką, wszak każda chwila się liczyła. Na szczęście z głową wszystko było w porządku, za to coraz gorzej ze służbą zdrowia. A w zasadzie z jej zarządzaniem.

Po latach szpital MSWIA odwiedziłem też w kwietniu tego roku. I od razu na izbie przyjęć jakbym ujrzał kostuchę. Bo zanim powiedziałem, co mi dolega, to musiałem najpierw pisemnie oświadczyć, kogo upoważniam do wglądu do dokumentacji medycznej na wypadek śmierci. Człowiek idzie po ratunek, a tu proszę, już na wstępie był jedną nogą na tamtym świecie (pewnie tak jest we wszystkich szpitalach). To jeden z kolejnych licznych paradoksów nie tylko białostockiej służby zdrowia. O czekaniu 7- miesięcznym na wizytę w poradni specjalistycznej w USK pisałem na blogu nieraz.

Ten krótki opis z mojej karty chorób przytoczyłem nie bez kozery. Z całą świadomością, że pewnie jeszcze nieraz odwiedzę szpitale. Pod warunkiem, że będą istnieć. Bo doświadczenie nie tylko białostockiej Śniadecji pokazują, że mogą nie istnieć.

Nieszczęsny algorytm podziału pieniędzy z NFZ, absurdalny rozrost biurokracji i procedur i setek innych przyczyn, które w obiektywny sposób są w stanie wytłumaczyć niewydolność  służby zdrowia. Ale z drugiej strony mamy atut, którego nam mogą zazdrościć inne regiony kraju na wschód od Wisły. Akademicki ośrodek medyczny. 

Nie ma tu żadnego znaczenia, że w połowie (USK i MSWIA) jest finansowany przez państwo. Od zarządzających podlaską, publiczną służbą zdrowia mamy prawo oczekiwać wypracowania takiego systemu i mechanizmów, takiej kooperacji miedzy różnymi podmiotami, która w oparciu o ten ośrodek akademicki (druga jego połowa to szpital wojewódzki, miejski, zakaźny, Choroszcz i wszystkie inne publiczne placówki) nie tylko zapewniłaby i zagwarantowałaby bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańcom Białegostoku i regionu, ale także na marce tego ośrodka przyciągałabyy pacjentów z innych części kraju. A to ostatnie będzie możliwe, jeśli personel zajmie się diagnostyką i leczeniem, a nie strajkami.

Nie jest to futurologia, ale konieczność. Notoryczne zwalanie winy na NFZ za brak pieniędzy nie jest żadnym alibi. Bo fundusz ze swej natury jest ontologicznie skąpy. Być może trzeba stworzyć własny system ubezpieczeń regionalnych, może sięgnąć po pieniądze unijne, może zagrać w totolotkach bądź oskubać jednorękich bandytów.  

I to jest ta subiektywna strona podlaskiej służby zdrowia: zarządzanie i nadzór. Nigdy nie mieliśmy do tego szczęścia.  Tym bardziej, że był to swoisty łup polityczny. Jak nie szlachcic, to mechanik , albo radny zawodowiec. Jakie są tego konsekwencje, pisałem w zeszłorocznym tekście ”Śmierć idzie za nami krok w krok. A na Podlasiu przyspiesza”.

Rzecz dotyczyła suwalskiego szpitala, ale to było małe piwo w porównaniu z tym, co dzieje się w teraz w białostockim szpitalu wojewódzkim. Tyle, że tego piwa nie ma, kto wypić. I jeśli remedium na „abstynencję”  ma być redukcja personelu i zamykanie oddziałów, to marny to esperal.

Dyrektor szpitala i jego przełożeni zapowiadają, że po odchudzeniu szpital, co prawda będzie miał mniej łóżek, ale będzie przyjmował więcej pacjentów.  Chyba jak się ich wyposaży w niezbędnik: materac, suchy prowiant o przedłużonym terminie ważności i saperkę (zawsze można nią sobie grób wykopać). I tyle zostanie ze szpitalu przemienia, który – jak nie tak dawno jeszcze obwieszczano nam – za kilka lat miał być na Skłodowskiej po opuszczeniu budynków przy Warszawskiej.  

Ale zostawiając na boku ten czarny humor, powtórzę jeszcze raz: pora w końcu dostrzec w akademickości ośrodka medycznego kurę mogącą znosić złote jajka, ale też zapewniającą  bezpieczeństwo i łatwą dostępność do świadczeń zdrowotnych dla Podlasian. I tym samym przestać go traktować jak zło konieczne.

Człowiek z liściem na szybie

Okres próby dla początkujących kierowców, darmowe karty rowerowe dla dzieci i motocykle dopiero dla 24-latków to rozwiązania, które poparł rząd w ustawie o kierujących pojazdami. Zmiany mają przyczynić się  do poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach. Tyle że – nie tylko najlepsze prawo, ale nawet św. Krzysztof nie pomoże – gdy głupota w głowie. A ta nie wybiera wieku, płci, wykształcenia, profesji.
Ale na jeden aspekt proponowanych zmian chciałbym zwrócić uwagę: młodzi kierowcy będą musieli mieć zielony listek, obowiązkowo przyklejony na obu szybach (przedniej i tylnej).  Pomysł nie nowy, ale teraz ma być pod rygorem sankcji. I ma ostrzegać innych uczestników ruchu przed tymi, którzy na drodze mogą poruszać się nieporadnie albo brawurowo.

I tu pojawia się mały problem. Zazwyczaj w większości rodzin jest jeden samochód, z którego korzysta (prowadzi) wielu jej członków. Ten najmłodszy (i nie koniecznie wiekiem, bo prawo jazdy robią też osoby w sile wieku i  one są też stażowo za kierownicą młode ), będzie musiał nakleić listek zielony klonu na szybę. A jak klej złapie to zapewne nie puści.

Jeżeli jednak za kierownicą będzie członek rodziny w sile wieku, ale z długim stażem za kółkiem, to co ma wtedy zrobić? Przecież mimochodem jadąc samochodem z liściem zielonym na szybie, będzie wprowadzał w błąd innych uczestników ruchu. Z tego samego powodu nie naklei brązowego liścia dębu. Byłby to sygnał, że za kierownicą siedzi kierowca senior (w rozumieniu ustawy emerytalnej), który może mieć opóźniony refleks. A przecież tak by nie było.

To może do tych dwóch listków, a w zasadzie zamiast nich, można nakleić lub wyryć inny symbol bądź znak, który by oznaczał dla innych użytkowników ruchu mniej więcej taką informację: „Nie jestem idiotą, życie mi jeszcze miłe, jadę bezpiecznie”. W ostateczności może być to biała flaga na antenie.

A na koniec piosenka Elektrycznych Gitar.

YouTube Preview Image

Klątwa Marconiego

Turystę na Suwalszczyźnie straszą krzyże przy „ósemce”. Ciągną się od Suwałk aż do Suchowoli. Nierzadko ze zdjęciami ofiar drogi śmierci. Dlatego nie dziwi złość mieszkańców Augustowa, dla których budowa kładki na ulicy 29-Listopada to marne pocieszenie i zadośćuczynienie. 

Powyższe słowa napisałem w sierpniu, po corocznym rekonesansie na Suwalszczyźnie. Dodając, że jeszcze nieraz augustowianie wyjdą na rondo Marconiego żądając spełnienia obietnic w sprawie budowy obwodnicy.

Ale nie tylko przez pryzmat transportu drogowego czy uzdrowiskowego należy patrzeć na owe obietnice. Jest jeszcze ten kolejowy. Wielokrotnie pisałem, że pominięcie Augustowa tak na dobrą sprawę z miejsca spali na panewce pomysły budowy uzdrowiska (powstanie centrum uzdrowiskowo-konferencyjne jako swoiste zadośćuczynienie za obwodnicę przez Raczki) z prawdziwego zdarzenia. Co, to bowiem za kurort bez dobrego połączenia kolejowego (i drogowego) z resztą kraju.

Wkrótce ponowna tura konsultacji w sprawie przebiegi Rail Baltiki. To, że będzie przebiegać przez Białystok nie wystarcza.  I liczę, że władze stolicy Podlasia, jak i województwa jasno to wyartykułują. Po rozerwaniu drogowej hegemoniczności regionu (przez puszczenie Via Baltiki przez Ełk), na podobny vist z kolejową nas nie stać ( chyba, że władze województwa postawią na tabor szynobusowy i wypną się na rząd i całe PKP ).

W przeciwnym razie wyjdzie na to, że Augustów jest przeklętym miejscem. Może gdyby augustowianie nie zeszli z  ronda Marconiego  podczas pamiętnej nocnej blokady, dziś mieliby i obwodnicę, i szansę na prawdziwą kolej. Uwierzyli wtedy politykom. A ci od lat,  od prawa do lewa przez centrum, ich zwodzą.

Sto lat, Panie Prezydencie

Białystok, Kołyma,  Monte Cassino, Londyn. Rówieśnik niepodległości Białegostoku, honorowy obywatel miasta, ostatni prezydent II RP – Ryszard Kaczorowski kończy dzisiaj 90 lat. 
Duma Białegostoku, której mogą nam pozazdrościć inne miasta.  I choć, na co dzień prezydent mieszka w Warszawie, to jednak duchem na stałe w Białymstoku.  2 grudnia miasto uczci dostojnego jubilata.
A już dziś – Sto lat, Panie Prezydencie.

Nowy prezydent Białegostoku

Tak trochę bez echa przeszła rocznica wygrania wyborów prezydenckich przez Tadeusza Truskolaskiego. Trzecia, ale ostatnia przed kolejnymi wyborami. W partiach trwają zapewne przymiarki do skrojenia listy potencjalnych kandydatów do zajęcia głównego fotela w wieżowcu przy Słonimskiej. Listy zapewne skromnej, bo przez te trzy lata nie wydarzyło się nic takiego, co namaszczałoby kogokolwiek na nowego lidera. Nie tyle w kręgach partyjnych, co w społecznym odbiorze. I to jest słabością nie tylko białostockiej demokracji.

Polityka w zasadzie ogranicza się do biernego aktu wyborczego raz na cztery lata.  A potem cisza, żadne aktywności, żądnej presji obywatelskiej, żadnych nowych alternatyw. Dziwię się zwłaszcza młodym, którzy albo wyjeżdżają albo wtapiają się w tą bierność. A przecież gdyby się skrzyknęli. stworzyli nową jakość, przekonali do siebie tych, co zazwyczaj nie głosują, mieliby przyszłość znacznie lepszą niż tułaczka po świecie. Ale czy może być inaczej, skoro wzorce postępowania odziedziczone przez ostatnie lata tak bardzo wyjaławiają demokratyczną glebę i aktywność obywatelską.

W powszechnym przekonaniu za jedno z większych osiągnięć (w kategoriach społeczno-politycznych) ostatniej dekady uważa się  rozwój idei społeczeństwa obywatelskiego. Otóż, nie. Żyjemy w cieniu tego mitu. Nie przeczę, że potrafimy organizować akcje społeczne, pomagać innym (bez organizacji pozarządowych bylibyśmy bardzo  ubodzy). Ale niezdolność do odnowienia elit, niechęć do stworzenia alternatyw, poddanie się determinizmowi centralnemu (bezrefleksyjne przejmowanie wzorców krajowych, choć stoją one w sprzeczności z interesami miasta czy regionu), traktowanie inicjatyw oddolnych jak oszołomstwa,  obnaża mit społeczeństwa obywatelskiego.
Wszystko to powoduje, że za rok w Białymstoku nie należy spodziewać się przełomu. Bo nie będzie nim ewentualna reelekcja obecnego prezydenta, wybór jego obecnego zastępcy, kogoś z opozycji. To nadal będzie zamknięty krąg, ten sam nurt.

Jeśli już mowa o rocznicy wyboru Tadeusza Truskolaskiego, to podsumuję ją pytaniem z pozoru retorycznym: Czy Białystok się zmienia?
Ktoś może powiedzieć: “Przecież gołym okiem widać, że Białystok się zmienia”. Gdyby spojrzeć na to, przez pryzmat asfaltu, betonu, galerii, dróg i tak dalej, to i owszem. Nie bez powodu w mieście, jest takie przekonanie, że coś się w końcu ruszyło, dzieje.  
Tyle, że jest to obowiązek kardynalny każdej władzy. Nie skorzystanie z funduszy unijnych byłoby nie do wybaczenia. Pewnie zaraz pojawią się głosy, że za Tura i tego by nie byłoby. Być może, ale  prezydent Truskolaski tyle razy prosił, by nie porównywać go do swojego poprzednika. Więc epokę jego poprzednika zostawmy na boku. 

Jeśli bez odniesień historycznych i kardynalnych, to jak odpowiedzieć na pytanie „Czy Białystok się zmienia”. Otóż dla mnie taką miarą jest brak podstaw do zadania powyższego pytania. Nie dlatego, że szczelność systemu władzy powoduje, że nic niepożądanego nie może się z niego wydostać. Ale dlatego, że ów system wraz ze swoimi pochodnymi jest tak krystaliczny, że widać jak na dłoni wszystko to, co się w nim dzieje.

Bo jeśli Białystok się zmienia, to chciałbym wiedzieć dokąd zmierza. Co jest jego lepsziczem, gdzie tkwi i czy w ogóle jest, swoisty reaktor (bez społecznego przymiotnika), który będzie zasilał w energię (życie)  to miasto. A jeśli nie ma, to czy grozi nam upadek?

Odpowiedzi na te pytania chciałbym usłyszeć w czasie nadchodzącego roku wyborczego. Ten, kto do nich mnie przekona będzie nowym prezydentem Białegostoku. Przynajmniej dla mnie.

SPIS cudzołożników. Drugi

Pierwszy był w maju w 2009 roku. Zamieściłem wtedy na blogu komentarz pod tytułem „SPIS cudzołożników”.  Inspiracjądo napisania tamtego artykułu, była argumentacja, jaką podczas sesji rady miejskiej, białostoccy radni wytoczyli przeciwko nazwaniu jednego z ronda imieniem Mikołaja Kawalina. Przedwojennego prezesa Jagiellonii, fundatora wielu imprez w okresie międzywojennym. Ale wcześniej był pułkownikiem wojsk carskich. I to okazało się nie do przęłknięcia dla radnych PiS. Stwierdzili oni, że z tego powodu nie jest on godny nazwy ronda w Białymstoku. PiS uważało, że najpierw powinno się oddawać hołd zasłużonym Polakom. Po roku temat odżył, a w zasadzie logika myślenia, której hołdowali wtedy radni PIS, na kanwie propozycji nadania nazwy Jacka Kuronia jednej z białostockich ulic.

Przypomnę tekst sprzed roku: “Mogę zrozumiem, że radni nie poznali historii Białegostoku. Przecież w szkołach tego niegdyś tego nie uczyli. Ale wystarczało w pisać przeglądarkę internetową hasło „Kawelin Białystok”, ich oczom ukazałby się artykuł przygotowany przez Społeczne Towarzystwa Oświatowego pod tytułem:  „LEGENDA O PSIE KAWELINIE”. A w niej możemy przeczytać, że białostoccy rzeźbiarze: Piotr Sawicki i Józef Sławicki na prośbę carskiego pułkownika Kawalina zrobili pomnik psa (imię zaczerpnął od fundatora), który stał przed hotelem Ritz. Był rok 1936. I obu artystom nie przyszła do głowy odmowa jego wykonania uzasadniana carską służbą pułkownika.
Być może nasi radni PiS, powinni wybrać się na praktyczną lekcję historii. Tak jak to w poniedziałek uczynili  uczniowie Szkoły Podstawowej nr 12, w ramach warsztatów edukacyjnych z cyklu „Mój wielokulturowy Białystok”. Dzieci szukały śladów Białegostoku sprzed 150 lat. I tylko wyrywały się, by powiedzieć gdzie była fabryka Cytrona, Comichała, Trylinga, Janowskia, Voss.
I jak tu nie wierzyć, że historia jest najlepszą nauczycielką życia. Obawiam się, że dla radnych PiS na naukę  jest za późno.
Bo oblali też maturę z historii Polski, a poprawki nie będzie.  Bo jeśli na listę cudzołożników wpisali Kawalina, to, co z generałem Władysławem Andersem? On też służył w carskiej armii.  A Błękitny Generał Józef Haller, w młodości był w armii austriacko-węgierskiej?. 
A generał Tadeusz Kutrzeba, dowódca we wrześniu armii Poznań? W 1914 roku po rozpoczęciu działań wojennych pozostał początkowo w dowództwie twierdzy Sarajewo, a następnie wysłano go na front serbski, jako oficera Sztabu 2 Brygady Artylerii Górskiej gen. mjr. Ferdinanda Komma. Od 15 marca 1915 przebywał na froncie rosyjskim jako oficer łącznikowy w sztabie niemieckiego XXIV Korpusu Rezerwowego pod dowództwem gen. piech. Friedricha von Geroka walczącego w Karpatach.
I takie były losy całego pokolenia, które najpierw służyło w armiach zaborców (zresztą byli do nich wcielani siłą), by porzucić tamte mundury i założyć wojskowe szaty Polski odradzającej się. I to samo można rzecz o urzędnikach, cywilach, którzy wracali do domu.
A co do Kawelina,  po zakończeniu I wojny światowej wrócił na Białostocczyznę. Podobno majątek, w którym osiadł, dostał  od państwa polskiego w dowód wdzięczności… za uratowanie życia marszałkowi Piłsudskiemu. Tak głosi wieść gminna, choć czy rzeczywiście tak było – nie mamy pewności. Nie wiemy też, kiedy doszło do tego chlubnego wyczynu i na czym dokładnie polegał. Mogło tak się stać w latach 80. XIX w., kiedy to Piłsudski był więziony w Rosji. Może gdzieś los zetknął przyszłego marszałka i oficera wojsk carskich?
Pewne jest, co innego. Był dobrodziejem  białostockich sportowców. Aż dziw bierze, że nie rozumieją tego białostoccy radni PiS. A to oznacza, że nie rozumieją istoty przemiany Szawła w świętego Pawła. Czy jego też dopiszą obok Kawalina, Andersa, Hallera. Kutrzeby, do SPISU cudzołożników.”

No i po roku dopisali Jacka Kuronia.  - Kuroń to osoba kontrowersyjna – uważa Józef Nowak, radny PiS. – W uzasadnieniu uchwały pominięto jego zasługi w likwidacji Związku Harcerstwa Polskiego i tworzeniu czerwonego harcerstwa o obliczu czysto komunistycznym. Nawet sam Kuroń o tym pisał. Ta karta z jego działalności dotycząca tworzenia tego czerwonego harcerstwa została pominięta.
Przytaczając ten argument radny Nowaki i popierający go  koledzy z klubu (choć nie wszyscy) udowodnili, że nadal nie rozumieją przemiany, jaka dwa tysiące temu dokonała się drodze do Damaszku. Większego wroga chrześcijan niż Szaweł wówczas w okolicach całej Judei i Galilei nie było. A jednak właśnie w drodze do Damaszku narodził się Paweł, jeden z ojców kościoła, późniejszy święty. 

Dwa tysiące lat temu Chrystus podejmując polemikę z faryzeuszami i uczonymi w piśmie mówił tak:  „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą. Biada wam, przewodnicy ślepi” (Mt 23, 13; 16; 27-28).

Stringi na każdą dziurę

Pora zakończyć tryptyk polityczny.  Ktoś może powiedzieć, że uwziąłem na siły reprezentowane w białostockim samorządzie. Nic, podobnego. Stali czytelnicy bloga wiedzą o tym dobrze. Gdy trzeba zganię radnych, ale potrafię docenić (jak w przypadku Roku Kazaneckiego). Tak się jednak składa, że nasi samorządowcy w ostatnim czasie dali wiele przyczynków do krytyki.  W piątek było kilka uwag o trzech latach sprawowania władzy przez prezydenta i popierający go obóz, wczoraj trochę gorzkich słów o radnych PiS (nie wszystkich, ale to marne pocieszenie dla pozostałych), dzisiaj przyszła zaś kolej na Lewicę. A dokładnie na SLD.

W piątek białostoccy radni tego klubu zorganizowali konferencję prasową, na której wystąpili w białych podkoszulkach o treści: ’’Napisz donos” . Po co? A no na dziury w białostockich ulicach.
- Najpierw zweryfikujemy każdą informację. Jeżeli potwierdzi się, nasi radni wystąpią z interpelacją do Prezydenta Miasta Białegostoku w sprawie konkretnej ulicy – obiecuje Bartosz Wojda, Sekretarz Rady Wojewódzkiej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Białymstoku.
- Mała dziura, wielki problem. Remontuje się największe ulice w mieście, ale często zapomina się o tych osiedlowych. A z małej dziury mogą być wielkie koszty – dodaje radny Janusz Kochan.

Przez chwile pomyślałem, że radni chcą zrobić konkurencję Ostremu Dyżurowi w Porannym. Bo ta tematyka dominowała na jego łamach. Ale nam przynajmniej udawało się wywrzeć presję na urzędnikach i łatali ulicę. Wątpię, by donosy lewicy były skuteczniejsze. Co więcej, gdyby radni uważnie czytali Ostry Dyżur, to dowiedzieliby się z niego, że największym problem w Białymstoku są ulice bagienne, nierzadko bez sieci kanalizacyjnej. I to w sąsiedztwie prestiżowych budynków centrum miasta. Przy roztopach trzeba mieć samochód na gąsienicach, by na nich nie utknąć.
Do niedawna funkcjonowały komitety mieszkańców, które współfinansowały budowę takich uliczek. Resztę wykładało miasto. Ale, od kiedy weszło ono na front strategicznych inwestycji drogowych (Kopernikowska, Maczka, Wasilkowska, Antoniukowska, Konstytucji i tak dalej), te boczne ulice zostawiło na inne czasy. Tyle, że mieszkańcy uliczek mają dość czekania na ziemię obiecaną.

Radni, nie tylko, lewicy dobrze wiedzą, w czym tkwi problem sfinansowaniem tych bagiennych dróg. I dlatego zamiast rzucać może i medialnie chwytliwy pomysł (bo takim jest każdy donos bez względu na tło), powinni zgłosić uchwałę, w której zobowiązaliby magistrat do potraktowania mieszkańców tych bagiennych uliczek serio. I przekonać do niej pozostałych radnych.

Podczas tej konferencji w takiej samej koszulce wystąpił gość radnych poseł Jerzy Wenderlich. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie, a widać na nim, że nie za bardzo było mu w niej do twarzy. Ale i tak może mówić o szczęściu, że nie był na konferencji radnych lewicy kilka tygodni temu. Wtedy obracali i odmieniali na prawo i lewo słowo stringi, które w według nich Białymstoku są większe niż parkingi.

Rozumiem, że tamta wrześniowa akcja, skoro radni lewicy występują z kolejną, przyniosła skutek. Że przybyło parkingów, a białostoczanie w centrum mają gdzie parkować. Rozpoczynanie kolejnego happeningu, gdy tamten w powijaku, byłoby przecież nierozważne. Czyżby byli na tyle krótkowzroczni?

Patrząc na żniwo, jakie zebrali w tym tygodniu strażnicy miejscy za brak kart parkingowych, to jednak marna to była presja i skuteczność ze strony SLD. I podobnie będzie z donosami na dziury. Można powiedzieć: jaka opozycja taka akcja, jaka akcja taka opozycja. W ostateczności radni lewicy mogą połączyć dwie akcje w jednym i ogłosić kolejną: stringi na każdą dziurę.

Dlaczego Zakościelny z „Czasu honoru” nie umywa się do Englerta z „Kolumbów”?

30 listopada 1979 roku. Wytwórnia płytowa Harvest wydaje podwójną płytę “The Wall” Pink Floydów. To jeden z najsłynniejszych albumów muzyki współczesnej. Opis bólów, w jakich się rodził, kłótnie Rogera  Watersa z pozostałymi członkami grupy, można znaleźć w Internecie. W praktyce był to zwiastun końca Floydów, który faktem stał się cztery lata później.

Ale zanim ten „The Final Cut” nastał, świat dostał arcydzieło, które oddziaływało na wyobraźnie, historię, edukację, społeczeństwo, stosunki międzyludzkie, rodzinne, pa później na politykę. A gdy wersji muzycznej Alan Parker podłożył obraz, z jakże wymownymi scenami hymnu uczniowskiego „Anothe Brick in the Wall Part 2”, arcydzieło muzyczno-filmowe na trwale weszło do dziedzictwa współczesności.
 Także i podczas kręcenia tego filmu nie brakowało spięć miedzy reżyserem a Watersem. Uwidoczniło się w scenie końcowej. Waters zawsze był za tym, że mur upada (słynne słowa “Zburzmy ten mur”- w 1990 roku zabrzmiały jakże symbolicznie podczas koncertu w Berlinie). Parker zakończył film jednak czym innym: Mur, co prawda pada, ale żeby zaraz zacząć rosnąć na nowo.
Bo może jest tak, jak wspomniałem przy rocznicy upadku muru berlińskiego,  że gdy runą jedne mury, powstają kolejne. I wznoszą je ci, co obalali poprzednie. A ci co zagrzewali ich do obalania, pozostają pobudowie nowych – tak jak byli wcześniej – samotni.

 Ale zostawmy politykę, historię, edukację na boku. Rocznicę wydania płyty „The Wall” przypomniałem z innego powodu. Zamyka się ona w pytaniu: dlaczego dzisiaj nie powstają takie arcydzieła?. Czy były one przypisane tylko do lat 60, 70, 80. Czy tsunami płytowe, które obserwujemy w sklepach i na półkach muzycznych, uniemożliwia powstawanie takich dzieł, jakimi kiedyś obdarowali nas nie tylko Floydzi, ale Doors, Led Zeppelin, Joplin, AC/DC, Dead Kennedys  i setki innych. Bo nie ulega wątpliwości, że dość łatwo wydać dziś płytę (patrząc na sklepowe półki), ale jakże trudno nagrać coś niepowtarzalnego. To zupełnie odmiennie niż kiedyś, gdy bardzo trudno było nagrać płytę, ale jeśli już to powstawały arcydzieła. Nawet za żelazną kurtyną.

 Czy nie podobnie jest z książkami? Spacerując po księgarniach zalewa nas ogrom publikacji. 5 proc., może 10 proc z nich wnoszą nowe treści, reszta to zbędna makulatura.
I czy podobnie nie jest z filmem. Dlaczego Zakościelny i spółka  z „Czasu Honoru” nie umywa się do Englerta  i spółki z „Kolumbów”. Dlaczego postacie grane przez młode pokolenie polskich aktorów  tak bardzo nierealistycznie oddają to, co starsze pokolenie polskich aktorów (też wtedy młodych) potrafiło pokazać. Czy piętno swoje nie odciska na dzisiejszej grze dziedzictwo telenowel, tasiemców serialowych i romansideł. Przecież „Czas honoru” swoja infantylnością razi aż do bólu. W postacie grane przez młodych aktorów zlewają się postaciami granymi przez nich właśnie w romansidłach, telenowelach czy komediach. A może bez tych zabiegów czas opisywany  w filmie nie trafiłby przyciągnąć przed ekrany młodego pokolenia odbiorców.
 Jeśli tak, to całe szczęście, że Wajda nakręcił „Kanał” i „Popół i Diament” ponad pół wieku temu. I jaka szkoda, że Hoffmanowi nie pozwolono zrobić „Ogniem i Mieczem” między „Panem Wołodyjowskim” a „Potopem”.

 A może po prostu wszystko, to co najlepsze w muzyce, filmie, książkach już doświadczyliśmy?  I że jest tak, jak młody Pinky, który wchodzi do tunelu, gdzie mija go pociąg z zakratowanymi oknami, przez które wystają dziecięce rączki, i gdy go opuszcza, ma już na twarzy identyczną jak te dzieci maskę z pustymi oczyma i zasznurowanymi ustami

Gruba kreska Jagiellonii

Koniec rundy jesiennej w ekstraklasie. Co prawda jeszcze dwa razy piłkarze w tym roku wybiegną na boisku, ale rozegrają awansem kolejki z rudny wiosennej.

Jaka była jesień w wykonaniu Jagiellonii? Można żałować kompletu punktów oddanych z Lechem i Wisłą. W tamtych potyczkach nasi piłkarze naprawdę mogli pokonać rywali. Zapamiętamy na pewno zwycięstwo nad Legią, popisy Grosickiego (jego debiut w kadrze narodowej) i Frankowskiego, rekord Sandomierskiego zakończony mocnym laniem w Chorzowie. I przerażającą niemoc na boiskach przeciwników. Od dwóch lat bez zwycięstwa poza domem. Tak, tego nie da się zapomnieć.
Ale najważniejsze jest to, że żółto-czerwoni wykonali plan minimum. Było nim to, by po trzech pierwszych kolejkach nie mieć minus 19 punktów. Bo wtedy walka o przeżycie w ekstraklasie byłaby nierealna. A tak w miarę szybko wygrzebaliśmy się z dna, przynajmniej punktowego. Gdyby nie te dziesięć minusowych punktów, to moglibyśmy spokojnie zapadać w sen zimowy.

Dziś mija dokładnie dwa lata od chwili, gdy piłkarska Polska usłyszała, że zatrzymanym numer 100 w aferze korupcyjnej w polskim futbolu jest były prezes Jagiellonii. Konsekwencją jego grzeszków była nerwówka, co do degradacji Jagiellonii (zakończona owym ujemnym kontem punktowym na starcie nowego sezonu) i kara 300 tys. złotych. Jagiellonia z początku próbowała odwoływać się od wyroku, w końcu dała za wygraną ( szkoda, bo powinna się wypiąć na PZPN, pisałem o tym na blogu nieraz). Jednak przeciwko winowajcy tegorocznych nieszczęść powinna  w sądzie złożyć pozew. I domagać się od niego nie tylko oddania owej kontrybucji (za pozostałe winny były prezes odpowiadać będzie przed wrocławskim sądem, chociaż jakoś opieszale biorąc uwagę, że to już dwa lata), ale też zadośćuczynienia za punkty karne.

Bo nie widzę powodów, by klub wobec niego zastosował grubą kreskę. W końcu od jego poczynań dzisiejsze władze spółki wielokrotnie się odcinały mówiąc, że za  indywidualny proceder Wojciecha S. klub nie powinien być karany.

Złodzieje i inni

Zarząd warszawskich dróg czyści stołeczne ulice z krzyży upamiętniających ofiary wypadków. Ponoć są nielegalnie ustawione, szpecą ulicę, mogą być niebezpieczne ( w tym wypadku zupełnie odmienne zdanie ma policja). Urzędnikom w stolicy nic, tylko pogratulować braku rozumu. I braku odwagi, bo krzyże te usuwają pod osłoną nocy. Ciekawe, co by było, gdyby tak leśnicy doszli do przekonania, że leśne i przydrożne krzyże (a jest ich tysiące) też nie wpisują się w architekturę krajobrazu?
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że przypadłość ze stolicy nie jest zaraźliwa. Chociaż jak mawiał kiedyś satyryk, a dziś parlamentarzysta, Polska to dziwny kraj.

Ale to nie koniec absurdów. Kolejny też ze stolicy, chociaż już z akcentem białostockim. Bo nasi policjanci razem z kolegami z innych zakątków kraju protestowali przed Kancelarią Premiera. I skandowali: Złodzieje, złodzieje. I to nie na kieszonkowców, hochsztaplerów czy aferzystów gospodarczych, ale na swoich przełożonych. I jak tu mieć zaufanie do prawa, skoro nie mają do niego jego stróże?
Zaiste, Polska to dziwny kraj.

Do Sejmu wrócił bohater afery hazardowej. Zwyczajnie, jakby się nic nie zdarzyło. Zameldował się w ławach poselskich. Wypoczęty, po dwumiesięcznym odpoczynku, gotowy rzucić się w wir pracy poselskiej. Sumiennie pełnić obowiązki posła.  
Na Zachodzie, a i przed wojną nad Wisłą,  byłoby to nie do pomyślenia. No, ale Polska to dziwny kraj.

Mieszkańcy podsuwalskiej Czerwonki robią zrzutkę na sztuczne płuco. To do niego podłączona jest mieszkanka tej miejscowości, która w suwalskim szpitalu leży z wirusem AN1H1. Transport tego urządzenia z drugiego końca Polski był dla chorych i ich rodzin nadzieją. Nic dziwnego, że mieszkańcy się skrzyknęli znając trudną sytuację szpitala.

Ale na co czeka zarząd województwa odpowiedzialny za bezpieczeństwo zdrowotne Podlasian? - Jeżeli dyrektor pokaże nam ile środków zgromadził i od kogo, ile taki sprzęt może kosztować i wdroży procedurę zamówieniową – to na pewno te pieniądze uzupełnimy - powiedział TVP Białystok Bogusław Dębski, wicemarszałek województwa podlaskiego.

Tyle, że władze województwa bez żadnej łaski powinny te pieniądze wyłożyć. Nie tylko dla Suwałk, ale  Białegostoku i Łomży. A nie dyrdymały biurokratyczne opowiadać.

 Tak, Polska to dziwny kraj.

Trawka dla śpiewaka

Opera i stadion miejski. Dwie sztandarowe inwestycje w Białymstoku. Dla mas i koneserów albo, jak  kto woli, dla koneserów i mas. Sedno tej logiki widać najlepiej w polskiej komedii „Mąż swojej żony”,  gdy kompozytor muzyki współczesnej zawsze był w cieniu swojej żony, słynnej lekkoatletki. Przyjemna, lekka komedia, z plejadą, w większości już niestety, nieżyjących polskich gwiazd filmowych.

Wracając do naszych inwestycji, czyżby stadion miejski miał czekać podobny los, jaki był udziałem opery? Chodzi o przypadłości przetargowe. O tych operowych media niejednokrotnie pisały. Ten stadionowy też jakość nie ma szczęścia. Nic tylko potencjalni wykonawcy pytają i pytają.

Ale w przypadku obu tych inwestycji o wiele ważniejsze jest, co innego: Dobrze, jakimś tam cudem postawimy te dwa kolosy, ale co dalej?  Za co je utrzymać?. Czy będą taką kotwicą ciągnącą na dno budżety innych miejskich i wojewódzkich instytucji? Co będzie, jeśli Jagiellonia (odpukać, ale w piłce różnie to bywa) nie będzie grać w ekstraklasie? A prawdę powiedziawszy to raz na jakiś czas powinna i o szczebel wyżej, – czyli w europejskich pucharach.
To dzisiaj wydaje się nierealne, ale wcześniej czy później  pytanie przyszłość stadionu się pojawi. Przecież w przeciwnym razie nie byłoby sensu ładować tylu pieniędzy  ugór.

Podobnie jest z operą. Na progu lata byliśmy świadkami sporu miedzy jej pomysłodawcą a zarządem województwa. Poszło o długość kontraktu dla dyrektora, ale istotą rozbieżności zdań były też źródła utrzymania opery. Do tej pory obie strony nie podały czy budżet wojewódzwta temu podoła.  A jaką cenę płaci się marzenia, napisałem w czerwcu.

Rozpocząłem powyższy wpis filmowym miszmaszem sportu i kultury z górnej półki, pora zakończyć tym samym. „Aria dla atlety”, z wybitną rolą Krzysztofa Majchrzaka, rozpoczyna się sceną, w której stary mistrz zapasów wręcza miejscowej operze kolekcję atlasów – statuetek zdobytych w walkach.  Operze, drugiej miłości po zapasach. Udowadniając, że można połączyć te dwie, wydawałoby się takich przeciwległych krańców, dziedziny sztuki.

Czy podobnie będzie w Białymstoku? A może będzie to trawka dla śpiewka. Zielona jak ściany opery.

Truskolaski wygrywa wybory

Szasta magistrat na prawo i lewo pieniędzmi. To 1o0 tysięcy złotych na nowy szalet miejski (temat na oddzielny komentarz), to 900 tys. złotych na remont małpiego gaju w parku za ZOO. To znowu 400 tys. złotych  na kopiec na Krywlanach, to 250 tys. zł na strategię rozwoju. Można odnieść wrażenie, że władza w wieżowcu przy Słonimskiej próbuje zadowolić potencjalnie jak najszerszy krąg społeczeństwa.
 – Raczej wyborców – powiedzieliby zapewne przedstawiciele opozycji. Bo też w roku wyborczym taki gest i hojność mogłaby być podyktowana intencjami politycznymi. Pokusa przypodobania się wyborcom.
Otóż tak twierdząc opozycja dowodzi, jak  bardzo oderwana jest od ziemi.

Prezydent, i piszę to, jako ten, który na niego nie będzie głosował (dlaczego, napisałem w zeszłym tygodniu), wygra wybory. Pod warunkiem, że stanie do wyścigu. Bo być może mierzy w znacznie większe piedestały. To byłoby zrozumiałe, wszak jest jedyną nadzieją Platformy na ogranie podlaskiego PiS w wyborach parlamentarnych.

Jeśli prezydent zdecyduje się na start, to wygrywa z trzech powodów:
1. Z przekonania, które funkcjonuje w mieście (słusznie czy nie słusznie, to nie ma najmniejszego znaczenia), że od trzech lat w Białymstoku coś się zaczęło w końcu dziać.
2. Z powodu mizerii potencjalnych przeciwników (także w łonie popierającego go do tej pory ugrupowania)
3.  Z powodu konserwatyzmu białostockiego. Nie jest on przypisany do poglądów politycznych, a zachowań. Białostoczanie są raczej mało skłonni do wszelkich zmian. Zazwyczaj decydują się na takie ruchy raz na jakiś  czas. Tak było trzy lata temu, ale nie do końca. Bo zadziałały też mechanizmy z drugiej strony owego konserwatyzmu: niechęć do uczestnictwa w polityzacji życia obywatelskiego częściej niż co cztery laty. I  to w sposób czynny, a nie bierny. Przy urnie.

 Zapraszam do dyskusji.

PiS w księdze rekordów Guinnessa

Powinno się znaleźć za to, co zrobiło z aferą hazardową. A dokładnie za sposób, w jaki dało się ograć Platformie w ciągu dwóch miesięcy. Opozycja miała PO na widelcu, a wychodzi na to, że PO ma PiS na widelcu. Platforma, niczym barman shakerem, tak zamieszała całą sprawą, że to PiS musi spijać ten sfermentowany koktajl.

I na nic lament, że PO nikczemnie zagrała usuwając z komisji śledczej Wassemanna i Kempę. Platforma stworzyła przekonanie w medialnym odbiorze, ze w gruncie rzeczy afera hazardowa to dotyczy polityków PiS a nie jej członków. Przy takim alibi to nic dziwnego, że faktyczny bohater afery niemal z uśmiechem na ustach wrócił do Sejmu.

I co z tego, że PiS, publicyści, lewica mają rację. W polityce nie wygrywa ten, kto ma rację, a ten, kto przekonana do swoich racji. PO tak uczyniła, uderzając PiS rykoszetem. Sondaże są tu bezwzględne.
Ale w gruncie rzeczy PiS może mieć pretensje wyłącznie do siebie. Po raz drugi (pierwszy to sprawa Sawickiej) mając wszystkie karty jak na dłoni i nawet asy w rękawie zmarnował swoją szansą.
I bynajmniej nad nimi nie płaczę. W polityce nie ma miejsca na frajerstwo. Ale dając dowód na nie co krok, można wkroczyć niepostrzeżenie do księgi rekordów Guinnessa. Jak bramkarz, który wpuszcza szmatę do własnej bramki po raz enty.

Dziwoląg na Towarowej

Tiry na Towarowej w Białymstoku to codzienność. Wpuszczone na chwilę,  zostały na zawsze. To kolejny dowód, że prowizorki są u nas najtrwalsze. Ciekawe czy skończą się po modernizacji Trasy Generalskiej?

Czasami na Towarowej, chyba tak raz na trzy lata można jeszcze spotkać furmankę. Ten jakże  jeszcze nie tak dawno charakterystyczny  dla miasta  konny wóz zaprzęgowy,  dziś  co najwyżej ślad czasu, który przeminął.

Można też na Towarowej spotkać takie monstrum jak na filmie poniżej.

YouTube Preview Image

Jadąc za nim zastanawiałem się, co to do licha jest. Na pewno nie tir, bo miał znacznie wyżej zawieszenie, pakę zaś bardziej w górę  nie do tyłu. W zasadzie mógłby być to jakiś komabajn, ale o tej porze i do tego w Białymstoku? Nie, raczej już pasowałoby określenie niespotykanie dziwny pojazd silnikowy. A może UFO  na kółkach?.

100 tysięcy złotych dla Kruka i Blachy

To jedna trzeciego tego, co można było zdobyć w programie „Mam talent”.  Co prawda nasze chłopaki nie wygrali (akordeonista Wyrostek był nie do wycięcia), ale i tak pokazali kunszt na najwyższym poziomie. W castingu, półfinale i wczoraj zaprezentowali niebanalne programy, innwencje, kreatywność, a przede wszystkim zapromowali Białystok. I to jeszcze jak. I to jest powód, że zasłużyli na Gryfa.

Pomysł tej nagrody wrzucił do przyszłorocznego budżetu miasta prezydent. Jej zasady jeszcze są nieustalone. Wiadomo, że miałaby to być nagroda prezydenta przyznawana za szczególne osiągnięcia. W wysokości łącznej 100 tys. złotych (chociaż niewiadomo, czy dla jednej osoby czy dzielona na kilka). Taka bardzo prestiżowa.

Co prawda nie wszystkim radnym pomysł przypadł do gustu, ale prezydent powinien postawić na swoim i ich przekonać.  A pierwszymi jej laureatami powinni być właśnie Kruk i Blacha.  Bo zrobili dla promocji Białegostoku znacznie więcej niż urzędnicy, którzy otrzymali za takie działania nagrodę od prezydenta. Za co dokładnie, to niewiadomo, bo magistrat Bóg wie czemu, uzasadnienia nagród trzyma w tajemnicy.

Podstawy prawnej tych nagród nikt nie podważa. Społeczeństwo Białegostoku, chciałoby jednak wiedzieć, za jakie to wielkie osiągnięcia na polu promocji i rozwoju gospodarczego szef takowego departamentu w magistracie na nagrodę zasłużył (a przy okazji wszyscy inni, którzy byli beneficjentami ponad pół miliona złotych). Bo to, że na Gryfa zasłużyli Kruk i Blacha, nie ma – powtórzę to jeszcze raz – wątpliwości.

W jednym z programów chłopaki na pytanie Prokopa i Hołowni: “na co przeznaczą nagrodę, jak wygrają”, odpowiedź zakończyli: no i oczywiście będzie imprezka. Gryf jest wart trzy razy mniej niż Mam Talent, ale na imprezkę pewnie coś tam zostanie.

Gratulacje za piłkę, lustro i wczorajszą wielką jazdę.

Wojewódzki Szpital Zespolony. Tylko z nazwy

Nie tak dawno na południu kraju mieszkańcy  protestowali przeciwko planowanej rozbudowie fabryki. Bo zakłócała spokój życia. I byli w swych postawach nieugięci. Do tego stopnia, że inwestor w końcu spakował manatki,  zamknał fabrykę na cztery spusty i przeniół gdzie indziej. A ponieważ był to główny pracodawca w mieście, dopiero po fakcie ludzie przejrzeli na oczy. Mają spokój za oknami i czasu sporo.  Bo nie mają pracy.

Sytuacja ta jak żywo przypomina to, co dzieje się w białostockim Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym. Chyba już tylko z nazwy, bo każdy wydaje się ciągnie we własną stronę. A sam szpital przypomina tonący okręt, z którego przed zatonięciem odrywa się kolejne deski. Ale nie po to, by utrzymać się na nich jak najdłużej na powierzchni, ale by wyrwać z nich jak najwięcej dla siebie. A potem jakoś to będzie. Na zasadzie: Ratuj się, kto może. (najlepiej ten mechanizm widać na katastroficznych filmach).

Ale z drugiej strony sytucaj szpitala jest jakże odmienna od tej opisanej z południa Polski. Wyłożyłem to kilka dni temu w tekście “Umieralnia albo szpital przemienienia”. Odnosi się on do całej naszej podlaskiej służby zdrowia. Z nieszczęsnym algorytmem podziału pieniędzy z NFZ, absurdalny rozrost biurokracji i procedur i setek innych przyczyn, które w obiektywny sposób są w stanie wytłumaczyć niewydolność  służby zdrowia. Ale też wielkim atutem, którego nam mogą zazdrościć inne regiony kraju na wschód od Wisły. Akademicki ośrodek medyczny (a jednym z jego części jest także Śniadecja).

Od zarządzających podlaską, publiczną służbą zdrowia mamy prawo oczekiwać wypracowania takiego systemu i mechanizmów, takiej kooperacji miedzy różnymi podmiotami, która w oparciu o ten ośrodek akademicki (druga jego połowa to szpital wojewódzki, miejski, zakaźny, Choroszcz i wszystkie inne publiczne placówki) nie tylko zapewniłaby i zagwarantowałaby bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańcom Białegostoku i regionu, ale także na marce tego ośrodka przyciągałabyy pacjentów z innych części kraju. A to ostatnie będzie możliwe, jeśli personel zajmie się diagnostyką i leczeniem, a nie strajkami. A zarządzajacy zarządzaniem, a nie jałmużną.

Pora w końcu dostrzec w akademickości ośrodka medycznego kurę mogącą znosić złote jajka, ale też zapewniającą  bezpieczeństwo i łatwą dostępność do świadczeń zdrowotnych dla Podlasian. I tym samym przestać go traktować jak zło konieczne.

Panie premierze. Melduję, zadanie wykonane

Parafraza słynnych słów z 2005 roku  (wypowiedzianych przez prezydenta-elekta do brata-prezesa) nasuneła mi się na wieść o dymisji ministra środowiska  Macieja Nowickiego. Nic dziwnego, skoro sam profesor wczoraj mówił tak: Premier przyjmując moja dymisję stwierdził, że zadanie wykonałem w znacznie większym stopniu niż sobie założyliśmy i to nie w stu, ale w dwustu procentach.

To jak jest z tym wykonaniem zadania na Podlasiu?

Minister zorganizował okrągły stół w sprawie obwodnicy Augustowa. Jego genezy nie ma, co przypominać. Liczą się skutki. A ów stół dla mieszkańców Augustowa jawi się jako stół z kantami. Gdyby było inaczej, nie wychodziliby ponownie w listopadzie na ulicę.

Kontrakt dla Białowieży.  Na tyle mglisty i niepewny, że nie przekonał mieszkańców gmin graniczących z puszczą.  Mglisty i niepewny także  z powodów trudności budżetowych. 

Tak, na Podlasiu minister zadanie wykonał. W dwustu procentach.

Studnie pełne pożądania

Sześć pomysłów na zagospodarowanie odnowionych niedawno studni (zwanych też basztami lub pawilonami), w gruncie rzeczy podobnych wizji. Bo wszystkie odwołują się do przeszłości. Różnice jak to zazwyczaj bywa tkwią w szczegółach. Bo też trochę odniesień do turystyki, nauki, biznesu. Ale wspólnym spoiwem jest historia.

A z historią w Białymstoku dziwnie bywa. Najlepszym przykładem jest słynne wykopalisko w miejscu, gdzie onegdaj stała waga miejska. Przeszłość szybko odkopaną, równie szybko zasypano. I doprawdy do dziś wielu nie potrafi zrozumieć logiki, która towarzyszyła urzędnikom przy podejmowaniu decyzji. Przecież gołym okiem widać, że podświetlone i oszklone fragmenty śladów przeszłości były jeszcze jedną atrakcją, a kto wie czy nie najważniejszą, rynku.

Podobnie niewesoło rysuje się historia z pozostałościami bramy odkopanymi czerwcu przy Kilińskiego. Ponoć ma być zachowana dla potomności, ale przykład wagi każe zachować wstrzemięźliwość.  I oby podobny los nie stał się udziałem pomysłów na zagospodarowanie baszt.

Najlepsze mają być wyróżnione. Ale czyż dla pomysłodawcy najlepszą nagrodą nie jest to, by mógł swoją koncepcję przekuć w dzieło. Dlatego zamiast nagradzać kilka (a może wszystkie) miasto powinno wybrać ten najlepszy i pozwolić jego autorowi go zrealizować. Skazywanie ich na półkownikowanie będzie nie tylko zaprzeczeń samej idei konkursu, ale też swoistym zabiciem ducha kreatywności.

Dziesięć milionów groszy na koncentrację

Marszałek sypnął groszem . I to nie małym, bo dał tych grosików 10 milionów.  Na koncentrację wojsk Księstwa Litewskiego, która w lipcu przyszłego roku będzie pod Białymstokiem. Stąd dzielni wojowie wyruszą na pola Grunwaldu, by tak jak przed wiekami sprawiedliwości stało się zadość. W 6oo rocznicę wielkiej bitwy.

Wydarzenia sprzed wieków wryły się w pamięć Polakom. I bardzo oddziaływały na ich tożsamość i świadomość narodową, mitologię. Utwierdzaną przez obraz Jana Matejski, powieść Henryka Sienkiewicza czy film Aleksandra Forda.

Czy w XXi wieku wydarzenie to jest w stanie jeszcze tak bardzo oddziaływać na naszą współczesność?  Czy tylko kolejną okazją do rekonstrukcji, które są w ostatnich latach tak bardzo modne. A może  rok, gdy przypada 600. rocznica wygranej bitwy stanie  się wymarzonym orężem do kolejnej walki politycznej. Wszak będziemy mieli wybory prezydenckie, a ostatnie lata pokazały, że nasi politycy lubią grać na nucie resentymentów  historycznych.

500. rocznica zwycięstwa pod Grunwaldem stała się wielką manifestacją Polskości i hojności na jej zorganizowanie. To zrozumiałe, wszak byliśmy wtedy pod zaborami. Dziś jesteśmy wolni, prze to nie ma, co licytować się o te 10 milionów groszy.

Marszałek nie powinien jednak ograniczyć się tylko do owej sakiewki. I jako, bądź co bądź, najwyższy dostojnik regionu, którego związki i dziedzictwo z Litwą są nader oczywiste, powinien z owymi hufce na pola Grunwaldzkie pociągnąć. I gdy król wypowie ( wskazując jednym z nagich mieczy słowo): Litwa, ruszy na ich czele.

Zmajstrujcie.I idźcie w diabły

Zbliżający się koniec roku skłania do podsumowań. Postanowiłem zatem zrobić remanent, czyli napisać o sprawach, do których już od dawna się przymierzałem, ale jakoś tak zawsze schodziły na plan drugi. Uzbierało ich się kilka. Zarówno z podwórka osiedlowego, miejskiego, jak i krajowego, a nawet i tego za miedzą. Ten mały renamencik zacznę   od konstytucji, a raczej pomysłów na jej zmianę.

 Jak wiadomo premier chce czegoś, co będzie przypominało system kanclerski. Ostatnio PiS zapowiedział, że jeszcze do końca roku złoży własny, godny, projekt zmiany ustawy zasadniczej. Po co, nie wiem. Bo szans na to, że wejdzie w życie ma tyle samo, co pomysł PO. Brakuje tego jeszcze, by pod choinkę także ludowcy podłożyli swoją bombkę, zieloną. Nie zrobi tego za to lewica, bo aż  nadto przywiązana jest do starej konstytucji. Poza tym jest już na tyle ugrupowaniem marginalnym, że jej zdanie nie ma większego znaczenia

Jeśli już jednak nasi politycy usilnie chcą majstrować przy ustawie zasadniczej, to niech tam sobie majstrują. Ale niech dadzą ludziom prawo do tego samego. A w ramach tego przywileju zgłaszam pierwszą poprawkę do konstytucji: uchwalcie nową ustawę zasadniczą i idźcie w diabły. Bez prawa powrotu do czynnej polityki. Być może to jedyny i ostatni sposób na odnowienie elit politycznych.

13 grudnia, roku pamiętnego

Będą się o niego spierać zapewne nam potomni. Czy dadzą sobie z nim radę? Bo to, że nie jest to możliwie współcześnie pisałem w zeszłym roku. Wówczas wydawało się, że część spraw będzie można  jednoznacznie ocenić po ujawnieniu informacji z archiwum CIA, które przekazywał amerykańskim agentom płk Kukliński. A tymczasem z materiałów, które pojawiły się rok temu w  polskich mediach, rysował się obraz dość niejednoznaczny.

Przeciwnicy Jaruzelskiego dowodzili, że archiwum CIA jest kolejnym dowodem na to, że nie było mowy o interwencji sowieckiej w grudniu 1981 roku. Dwanaście miesięcy wcześniej to i owszem, ale nie w grudniu 1981 roku. Obrońcy Jaruzelskiego podnosili, że opisane przez Kuklińskiego ruchy wojsk sowieckich mogły świadczyć o najeździe.
W grudniu zeszłego roku wydawało się, że spór ten będzie chyba trwał lata całe. I że nawet wyrok sądu (w procesie generała) nie będzie oznaczał jego końca. Inna sprawa, że coraz mniej szans na zakończenie owego procesu.

Od tamtego czasu zmieniło się tylko tyle, a może aż tyle, że w ostatnich dniach ujawniono notatkę adiutanta gen. Kulikowa, z której wynikało, że Jaruzelski prosił Rosjan o interwencję. W gruncie rzeczy niewiele to zmieniło w ocenie wspomnianego na początku sporu. Przeciwników Jaruzelskiego jeszcze bardziej utwierdziło w swoich racjach, a i tak samo bardzo zwarli szeregi jego poplecznicy. Jednak jego samego coś chyba ubodło (czyżby sumienia szantaż uciskał lewy bok – jak śpiewał Jacek Kaczmarski), bo w ostatnim tygodniu, mimo podeszłego wieku, dwoił się i troił w stacjach telewizyjnych znacznie częściej niż w ostatnich kilku latach.   

Ale powyższe rozważania są to rachunki krzywd polsko-polskich. Z punktu globalnego o wiele ważniejsze jest pytanie, na które odpowiedź dla potomnych będzie równie ważna, a może ważniejsza, od pytania dla współczesnych Polaków o realność  interwencji sowieckiej: Skoro Amerykanie wiedzieli o planowanym stanie wojennym, dlaczego nic nie zrobili?

Hipoteza 1. Przeciwnicy Jaruzelskiego przyjmują, że  interesie ZSRR było to, by on sam, bez ich pomocy, załatwił sprawę. A jeśli w interesie Ameryki było to samo? By to Jaruzelski, a nie Rosjanie, wyprowadził na ulice wojsko?.
Interwencja sowiecka z miejsca musiałaby oznaczać militarną reakcje Zachodu. Podobnie jak to było w przypadku instalacji rakiet na Kubie w 1962 roku. A być może  i zaangażowania niespotykanego od końca wojny. Bez możliwości cofnięcia palca znad guzika. Czyż nie tak samo mogli myśleć Rosjanie: jeśli wejdziemy, możemy spodziewać się z reakcją Zachodu  i to nie tylko w warstwie retorycznej. Destabilizacja groziła całej Europy? Czy warto było naruszać status quo.?

Hipoteza 2. Pośrednio wynikająca z pierwszej. Jeśli oba mocarstwa miały za sobą rywalizować, to dlaczego w Europie? Nie lepiej konfrontację przenieść w inne rejony świata: Afganistan, Azja, Afryka, Ameryka Łacińska. Gdzie pacyfistów było jak na lekarstwo, a i opinia publiczna była bez siły.  Pucz Jaruzelskiego zapewniał obu stronom to idealnie.  I dawał święty spokój, pozwalając konflikt w Europie rozgrywać w sferze werbalnej, propagandowej, gospodarcze i wyścigu zbrojeń. Ale nie odpalanych rakiet i realnych działań zbrojnych
.
Hipoteza 3.  Amerykanie bali się, że ewentualne uprzedzenie Solidarności o planowanym zamachu stanu, mogło doprowadzić do ofiar znacznie większych, niż te w czasie stanu wojennego.

To tylko hipotezy. Która z nich jest prawdziwa. A może wszystkie po trochu?.

Urban przejrzał na oczy

Bynajmniej nie Jerzy. Bo były rzecznik rządu z czasów stanu wojennego udowodnił w zeszłym tygodniu, że nie ma na to najmniejszej ochoty. Chodzi mi o Jana, trenera warszawskiej Legii, który kilka dni temu powiedział, że z tak źle wyszkolonymi polskimi futbolistami nie można marzyć o skutecznej grze w pucharach.

Co więcej,  nie on jeden w ostatnim czasie uderzył w nutę szkoleniową. Była też na ten temat debata telewizyjna, do której redaktor Szpakowski zaprosił trenerów Engela, Piechniczka i Strejlau. To tak jakby mniej wiecej Jan Pospieszalski zaprosił do debaty o CBA posłów  Kurskiego, Girzyńskiego i marszałka Putrę. I nikogo z innych opcji. Albo redaktor Bogdan Rymanowski do debaty o aferze hazardowej posłów Karpiniuka, Palikota i Sekułę. I nikogo z innych opcji.

I właśnie ten wist wytknęli Szpakowskiemu dziennikarze sportowi z konkurencyjncyh mediów. Tylko czy słusznie? Czy oni sami też nie są winni tego, w jakim stanie jest polska piłka nożna? Czy przez stworzenie celbery otoczajacej rozgrywki ligowe: z bramką kolejki, graczem kolejki, jedenastką kolejki, szybki magazynami   i tak dalej, nie zaklinają rzeczywistości? I stwarzają  iluzję,  która przykrywa i toleruje  analfabetyzm piłkarski. Bez żadnych konsekwencji.
Najlepszym przykładem jest tu wyczyn krakowskiej Wisły podczas tegorocznych eliminacji do Ligi Mistrzów. Po takim blamażu drużyna powinna zostać rozpędzona na cztery wiatry, a sekcja piłkarska rozwiązana na czas nieokreślony. A co od tamtej pory widzieliśmy? Niemalże wynoszenie na piedestał podopiecznych trenera Skorży.
I podobnie sprawa ma się z cudownym przejrzeniem na oczy trenera Urbana. Jeśli dostał oświecenia, to po cholerę trenuje Legię, skoro wie, że i tak nic  z tego nie będzie? Odpowiedź wydaje sie retoryczna.  

Wczoraj nasi futboliści zakończyli tegoroczne wyczyny na ligowych klepiskach. Dawno, dawno  powiedziałbym z nadzieją: oby do wiosny. Dziś już nie. Nie widzę żadnych przesłanek, by polski futbol, niczym przyroda po zimie, się odrodził. Ani za cztery miesiące, ani za kolejne dwanaście, ani kiedykolwiek. I dlatego EURO 2012 zapowiada się niczym film 2012. Tyle, że to nie będzie fikcja, a rzeczywistość.

Patent na ceodwa

Lament w tej Kopenhadze jęno i jęki. A klimaty takie jakby, cały świat dostał nagle gorączki. To i nic dziwnego, że temperatura się na globie podnosi, a krew w żyłach gotuje. Wszyscy chcą (mniej lub bardziej, skąpo lub hojnie, realnie lub werbalnie) walczyć z ociepleniem klimatu.

Gdy wczoraj w Białymstoku w końcu spadł śnieg, ulice stały się śliskie, a pojazdy nie do pokonania, zaś synoptocy zapowiadają siarczyste mrozy, pomyślałem: przyroda poradzi sobie sama, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. Ci co najwyżej mogą żerować na jej ochronie. Przecież gdyby światu groziło zlodowacenie, to wówczas dzisiejsi apologeci walki z ociepleniem klimatu, krzyczeliby: uwolnić gazy cieplarniane, więcej dwutlenku węgla.

Bo też cały problem z ochroną klimatu zrodził się wtedy, gdy wzięli się za niego ludzie.  Niepotrzebnie, od milionów lat przyroda ma własny patent na ceodwa. I sama z nami wyrówna rachunki.

Zakaz jazdy tirów przez Białystok

Prezydent Białegostoku powinnien postawić się okoniem. Tak jak kiedyś prezydent Łomży. Gospodarz stolicy dawnego województwa łomżyńskiego wprowadził zakaz jazdy przez miasto pojazdów o masie całkowitej powyżej 10 ton w godzinach od 22. do 6.  Kolosy powodowały za dużo hałasu.

Podobny zakaz tirów, ale z innego powodu,  powinnien wprowadzić Tadeusz Truskolaski. Tylko tych jadących do granicy z Litwą.  W dzień.
Inaczej północna część miasta zakorkuje się na amen. Przynajmniej do czasu zakończenia  przebudowy ulicy gen Maczka.  Już teraz gdy do skrętu na Augustów ustawiają się w kolejce trzy tiry, szlak (drogowy) kierowcę trafia. A kolejka ciągnie się od  Auchan.

Zakaz spowodowałby, że ciężarówki do Budziska jechałyby przez Łomżę albo przy wjeździe do Białegostoku skręcały na Szosę Ełcką i i dalej do Grajewa, a potem  Augustów, Suwałki i Budzisko. Problemem mógłby być ruch tirów  jadących 19, ale pewnie dałoby się to jakość obejść (no. od Bielska przez Zambrów na Łomżę). Zwłaszcza, że póki co jest jest ich niewiele w porównaiu z tymi jądacymi ósemkąod Warszawy.

I prawdę powiedziawszy mało mnie obchodzi, że prawdopodobnie rząd sie obruszy, może ambasady i jakieś lobby. Interes białostoczan wymaga, by na czas przebudowy Maczka, tiry w dzień po niej nie jeżdziły.

Myślę, źe Łomża nie będzie miała nic przeciwko temu. W końcu  to taka namiasta Via Baltiki, którą i tak tamtędy będzie biegła. Z woli rządu.

Raport absolutny

Kolejny odcinek z cyklu: „Renament”, czyli o sprawach i tematach zapowiadanych przeze mnie w wydaniu papierowym, a które na blogu musiały ustąpić miejsce innym wątkom. Dziś krótko o raportach (oddziaływania na środowisko, lokalizacyjnych, społecznościowych  i tak dalej) towarzyszącym powstawaniu publicznych inwestycji.
 
Raport o lotnisku został odesłany w gruncie rzeczy do wyjaśnień. Podobny los spotkał spalarniany. Przypadek czy może prawidłowość? Jeśli  to pierwsze, to zbyt często się zdarzają takie wpadki. Jeśli to drugie,  to sprawa się komplikuje. I od razu rodzi pytanie: czy eksperci  są w stanie napisać raport absolutny? To znaczy taki, do którego nikt, dosłownie nikt i nigdy na Podlasiu nie wniesie zastrzeżeń. Ani joty. Taki majstersztyk, a nie jak – dotychczas – raporty mniejszości (patrząc na liczbę wniesionych uwag)

Przeraźliwie dziwny świst na Poleskiej

aaa11.mp3

Nagranie trwa 21 sekund, ale całe zjawisko było przez kilka godzin. I na pewno słyszeli go dziś w nocy mieszkańcy os. Sienkiewicza, może Białostoczku i bliskich Pietrasz.  
Przypominało nieustające kołowanie samolotów na lotnisku (nierealne w Białymstoku) lub nieustającą jazdę do przodu i do tyłu lokomotywy( co z kolei byłoby realne, bo w tym miejscu są tory). Tyle że żaden pociąg towarowy nie jeździł (chyba, że to ten szynobus widmo, co miał kończyć bieg na Fabrycznym).

Czasami podobny świst (aczkolwiek o mniejszym natężeniu) słychać, jak drogowcy czyszczą ulice. Tyle, że wczoraj było to niemożliwe. Za dużo śniegu na taka operację, a poza tym zbyt tęgi mróz był w nocy (ja wytrzymałem owe 21 sekund).

Pomyślałem, że może coś się dzieje na elektrociepłowni. Ale tam jedynie kłęby dymu wydobywające się z oświetlonych kominów nie tyle zakłócały, co dodawały mroźnej nocy “białości”.

Jeszcze została jedna hipoteza: hulający w nocnej ciszy wiatr. Ponieważ jednak mieszkam w szczycie bloku i do niejednego dudnienia się już przyzwyczaiłem, to akurat  nie wydaje mi się sprawką sił natury.

No,  nie ma siły, był to przeraźliwie dziwny świst w mroźną noc.

Przepraszamy za śnieg

Odśnieżanie Białegostoku z roku na rok urasta do problemu, jakim w PRL-u był sznurek do snopowiązałki. Bo też na to, co działo się wczoraj  (a i w latach wcześniejszych) na białostockich ulicach można spojrzeć pod kątem politycznym.

Obojętnie, jaka opcja rządzi miastem, nikt nie może poradzić sobie z nadmiarem białego puchu. Tak było na początku listopada 2006 roku. Zmasowany atak zimy jeszcze bardziej dał się nam we znaki niż ten ostatni. Żyliśmy wówczas naprawdę w BIAŁYMstoku. Nic dziwnego, skoro żadna firma oczyszczająca miasto nie wysłała na jego ulice ani jednego pługu. Dlaczego? Bo magistrat nie podpisał z nimi umów na odśnieżanie. Szybko też znaleziono winnego – ówczesnego wiceprezydenta Krzysztofa Sawickiego.

A ponieważ ta pamiętna zawieja wydarzyła się tydzień przed pierwszą turą wyborów na prezydenta miasta, startujący w nich Sawicki przegrał z kretesem. Gwoli sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że i tak nie miał szans, bo parcie na zmiany było ogromne. I każdy kojarzony ze starym także by dostał baty. Ale gdyby nie ten śnieg, lanie dla Sawickiego nie byłoby bolesne. A tak odszedł w niesławie.

Jak jednak pokazuje ostatni tydzień, aura nie ma litości dla żadnej władzy.

Na cały problem można też spojrzeć  kalendarzowo. Gdyby zawieje i mrozy przyszły za tydzień podczas świąt  nie byłoby zapewne sprawy. Każdy zajęty świętowaniem  cieszyłby się jak dziecko, że w końcu święta są białe. 

Wczorajsze widoki z białostockich ulic na długo zostaną w pamięci. Najszybszym środkiem lokomocji były buty, nawet przy takim mrozie niosły szybciej niż pełzające w korku auta.
Najbardziej przejezdną ulicą Lipowa (ale już Malmeda zakorkowana).
Największe wąskie gardła (tylko w centrum, bo i pewnie na osiedlach też takie były): rondo Jurowiecka-Poleska, wylot na Augustów ( pisałem o nim w czwartek), Piłsudskiego-Sienkiewicza. Czyż na tym ostatnim skrót przez zamknięty odcinek Fabrycznej przy placu Inwalidów nie byłby wczoraj wybawieniem?

Nie da się ukryć, że w trudnych sytuacjach, nie tylko pogodowych (opady śniegu, krótkie intensywne ulewy),  ale też losowych (grudzień  2007 roku, gdy awaria gazociągu przy Wasilkowskiejj i 27 Lipca sparaliżowała miasto na dobre) Białystok ma kłopoty logistyczne. Po prostu stoi na amen.
 I tak też widzę wczorajsze przeprosiny władz miasta za śnieg. Ale w końcu wybory dopiero za rok.

Siedem dowodów na symbiozę władzy kościelnej i świeckiej na Podlasiu

Wigry, jak to Wigry, nobilitują dzieła, które tu powstają – powiedział prof. Andrzej Strumiłło na antenie Radia Białystok. Koledzy z rozgłośni właśnie z klasztornych murów nadawali w niedzielę relację o tym, co dalej z dobrem, które zmienia właściciela. Bo też od wieków posiadłości na tym półwyspie nad Wigrami zwane były dobrami. I teraz dobro  wraca po pełną jurysdykcję kościelną. Lekko ręką oddane przez władze państwowe. Może były zbyt daleko od Warszawy, by warto było na nie łożyć? Może….. Ile tych może byśmy tu nie przytoczyli, to jednak żal, że Wigry, przez lata swoista Mekka artystów, zamyka przed nimi swoje drzwi.

Napisałem powyższe słowa w połowie sierpnia po pobycie na tegorocznym jarmarku nad Wigrami. I postawiłem taką tezę: władze województwa powinny podjąć inicjatywę, by jednak zachować to miejsce dla wszystkich. Wiem, że to możliwe, choć piekielne trudne.

Po pierwsze: Wigry znajdują się pod jurysdykcją kościelną diecezji ełckiej, będącej poza granicami administracyjnej województwa podlaskiego.

Po drugie: wymagałoby to swoistego mini konkordatu między podlaską władzą świecką i kościelną.

Po trzecie: przekonania biskupów innych diecezji wchodzących w skład województwa podlaskiego do wsparcia tej inicjatywy.

Po czwarte: wymyślenia sposobu na utrzymanie placówki. Ale skoro stać nas na budowę i utrzymanie opery czy świecącego pustkami przez pół roku ośrodka narciarskiego u podnóża Góry Jesionowej, to pewnie znalazłyby się pieniądze i na Wigry. W ostateczności, Unia by dała.

Po piąte: Zarządzanie mogłoby się odbywać poprzez spółkę czy fundusz, w którym władze świeckie i kościelne miałyby równe udziały.

Po szóste: ta ekonomiczna kohabitacja wymagałaby swoistej rady programowej, by nie dochodziło do scysji na gruncie artystycznym. Zachowania granicy między sacrum i profanum.

Po siódme: od władz świeckich udział w takim przedsięwzięciu wymagałby potraktowania go nie na zasadzie łupu wyborczego.

Spełniając powyższe warunki, Wigry nadal mogłyby być dobrem wspólnym.  Czy marszałka podlaskiego i władze mu podległe stać na to, by zawalczyć o Wigry?

Uciekający pociąg

Wybrałem się w niedzielę do Warszawy. Podróż na czterech kółkach nie wchodziła w grę. Nie, dlatego, że mój wiekowy już kangur nie dałby rady w takie mrozy. Póki, co grzeje nieźle. Ale droga do stolicy, zawsze niepewna, w ostatnich dniach jeszcze bardziej stała pod znakiem zapytania. Wystarczyłoby, że tir rozkraczy się na dobre, a wtedy blokada na kilka godzin. Tak jak w piątek pod Zambrowem, gdzie oczekujących na odblokowanie ósemki kierowców musiała budzić ponoć policja. A klimaty tego dnia były iście rodem z Syberii bądź Alaski.

Prze to do stolicy wybrałem się wydawałoby się najpewniejszym środkami lokomocji – pociągiem. O paradoksach na torach pisałem wielokrotnie, w necie huczy od złośliwości pod adresem przewoźnika po wprowadzeniu 13 grudnia nowego rozkładu jazdy. Jednym z przykładów jest to, że bilet podróżnika nie obowiązuje we wszystkich składach. Biurokratyczne niuanse, przez który cierpią pasażerowie.  Albo z innej beczki, a raczej drezyny, rozkładowej. Konia z rzędem temu, kto wymyślił pociąg relacji Katowice -Gdynia, przez Warszawę, Białystok, Ełk, Olsztyn

Nie mniej mój pociąg mimo siarczystego mrozu w niedzielę ruszył i bardzo przypominał sceny z „Uciekającego pociągu”, gdy Voigt i Roberts próbują się przedostać po oblodzonych wagonach do lokomotywy.
 – Ciesz się pan, że jadą – mówił sąsiad w przedziale. – Bo w październiku jak popadało krótko, to zdmuchnęło trakcje na tory.

Niby to jakieś alibi, tylko dlaczego korytarze pociągu przypominały zamrażarkę, a pobyt w toalecie wręcz groził odmrożeniami stopnia podobnego do przebywania bez rękawic na Mount Evereście.  Własciwie to sanepid powinnien zamknąć jeśli nie pociąg, to wagon, a przynajmniej toi-toi.

W drodze powrotnej było podobnie. Przy czym muszę kolei podziewać, za spóźnienie, z jakim przyjechał pociąg na dworzec główny. Zdążyłem na niego w ostatniej chwili pędem biegnąc na perony z Okęcia.

I gdy tak w ciemno wskakiwałem do wagonów (bo część jechała do Białego, część na południowy-wschód kraju) pomyślałem, że nie musiałbym ciągać się do Warszawy, gdyby w Białymstoku było lotnisko. Tak, gdyby było… Na święta pomarzyć można.

Afera po roku

Jutro minie rok, od kiedy w świat poszła wieść, że białostockie logo jest podobne do znaczka nowojorskiej organizacji gejowskiej. Gorszego czasu na wybuch afery władze miasta nie można było sobie wyobrazić. Za kilka godzin wigilia, a tu taka bomba na cały kraj. Nic dziwnego, że przez następne dni władze były w szoku.

Nie będę opisywał tego wszystkiego, co się potem działo. Temat jest dość dobrze znany. Patrząc jednak z perspektywy już rocznej (i przed przyszłorocznymi działaniami promocyjnymi zakrojonymi na szeroką skalę i kwotę), powtórzę to, co napisałem w połowie czerwca, gdy radni przyklepywali poprawiony symbol promocyjny miasta:
“Białostoczanie nie potrzebują symboli, by dobrze promować swoje miasto. Sami są najlepszymi ambasadorami. Nie zastąpi tego żadne hasło ani znak. Te, co najwyżej poprawią samopoczucie urzędnikom, którzy powieszą je sobie na ścianie lub zrobią tapetę na monitorze”. 

Kolęda Dla Nieobecnych

A nadzieja znów wstąpi w nas                 
Nieobecnych pojawią się cienie                  
Uwierzymy kolejny raz                           
W jeszcze jedno Boże Narodzenie                 
I choć przygasł świąteczny gwar                
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu                
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj                
Wbrew tak zwanej ironii losu                    

Daj nam wiarę, że to ma sens                 
Że nie trzeba żałować przyjaciół                
Że gdziekolwiek są dobrze im jest               
Bo są z nami choć w innej postaci               
I przekonaj, że tak ma być                      
Że po glosach tych wciąż drży powietrze         
Że odeszli po to by żyć                         
I tym razem będą żyć wiecznie                   

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole   
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas  
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole     

A nadzieja znów wstąpi w nas                 
Nieobecnych pojawią się cienie                  
Uwierzymy kolejny raz                           
W jeszcze jedno Boże Narodzenie                 
I choć przygasł świąteczny gwar                 
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu                 
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj                
Wbrew tak zwanej ironii losu                    

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole   
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas  
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole 

Muzyka: Zbigniew Preisner, Słowa: Szymon Mucha 
A tak zaśpiewała ją Beata Rybotycka

YouTube Preview Image

Białe Boże Narodzenie, czyli święta w tym samym czasie

Jeszcze tydzień temu wydawało się, że nie ma takiej siły, by temu przeszkodziła. Siarczytse mrozy, zawiane drogi, zakorkowane miasta. I stało się tak, jak w ubiegłym roku, i jak w latach poprzednich. Pochmurno,  szaro, mokro. Jakby aniołowie zamiast cieszyć się z radości nagle uderzyli w wielki lament.

Szczęśliwi zaiste Ci, którzy idąc na Pasterkę czuli skrzypiący śnieg pod nogami. Tylko czy gdzieś było takie miejsce na ziemi?

Może jednak w końcu i w Białymstoku doczekamy się świątecznego białego puchy. Wszak następne święta już za dwa tygodnie.

A gdyby tak i te święta obchodzono na Podlasiu według kalendarza gregoriańskiego? W innych regionach kraju, zwłaszcza w dużych miastach (np. w Warszawie i Krakowie) prawosławne oficja bożonarodzeniowe 24 grudnia nie są czymś rzadkim.

Nie jest możliwy ruch w drugą stronę tzn przeniesie grudniowych świąt na styczeń.  I to nie z powodów teologicznych, a konsumpcyjnych. Bo do terminu 25 grudnia przywykł świat, który tego nia nie traktuje w wymiarze religijnym i duchowym, a właśnie jako konsumpcyjnym. Wystarczy spojrzeć na migawki telewizyjne nie tylko z Chin, Korei czy nawet Azji Środkowej. A choćby rozświetlone Pola Elizejskie. Ich magia przede wszystkim kojarzy się Paryżanom z Bożym Narodzeniem. Tyle, że magia z wiarą się wykluczają.

Na Podlasiu zmiana kalendarza miałabytakże inny praktyczny wymiar: byłby koniec fikcji jaką jest odrabianie przez uczniów prawosławnych dnia wolnego przeznaczonego na świętowanie. Przez wiele lat państwo polskie nie potrafiło sobie z tym poradzić. A rozwiązanie wydaje się takie proste: wolne od wigilii do 8 stycznia.

To takie moje świąteczne rozważania, które zrodziły się także z nadziei,  że dzięki zmianie kalendarza, grudniowe święta będą białe i mroźne.

Bohema w Białymstoku bawi się (czy nie)

Dzisiaj kolejny odcinek Remanentu”, czyli tematów zapowiedzianych przeze mnie w papierze, ale do tej pory nie przelanych na bloga. Myślę, że pora ku temu najlepsza. Czas świąteczno-noworoczny siłą rzeczy wymusza podsumowania i stawianie pytań pod prąd: czy w Białymstoku jest bohema? A jeśli tak, to co ją wyróżnia i jak wielka dzieli ją przepaść od  poprzedników?

Przed wojną krąg artystów skupionych wokół Piotra Sawickiego ( a i inne środowiska – także narodowościowe czy religijne miały zapewne swoją cyganerię). W PRL-u krąg skupiony wokół …. A dzisiaj? Wojciech Koronkiewicz? Chyba nie, bo jak zauważył niedawno  Dariusz Kiełczewski,  funkcjonuje Wojciech Koronkiewicz w naszym mieście na zasadzie enfant terrible.

A może era postmodernizacji spowodowała, że bohemiści znaleźli całkiem inne kanały dające możliwość wyartykułowania swoich wizji?. Mam tu na myśli różne kulturalne portale, które w minionym roku wyrosły w Białymstoku jak grzyby po deszczu.

Jeśli  tych bohemistów w Białymstoku nie ma, to dlaczego? Może świat, także ten nasz białostocki, stał się tak bardzo sfiksowany, że działalność cyganerii artystycznej nie wzbudza już żądnych  kontrowersji ze względów obyczajowych i ze względu na awangardowe podejście do sztuki.

A może brak demonstracji  i pogardy dla konwenansów, norm społecznych i materializmu wynika stąd, że tak na dobrą sprawę już dawno dokonała się symbioza między bohemistami a władzą. To znaczy, że od niej zależne są wszelkie formy działalności artystycznej. Także tej spod szyldu cyganerii. I że nastąpiła jej instytucjonalizacja.
 To jak to jest, mamy tych bohemistów w Białymstoku, czy nie?

Białystok w cieniu stadionu i opery

I znowu nie udało się otworzyć kopert w przetargu na wyłonienie wykonawcy stadionu miejskiego. Miała być niespodzianka po choinkę, a wyszło jak z tegorocznym śniegiem na święta.

W tym miejscu w zasadzie mógłbym przypomieć wpis z początku grudnia. Czyżby stadion miejski miał czekać podobny los, jaki był udziałem opery? Chodzi o przypadłości przetargowe. O tych operowych media niejednokrotnie pisały. Ten stadionowy też jakość nie ma szczęścia. Nic tylko potencjalni wykonawcy pytają i pytają.
Ale w przypadku obu tych inwestycji o wiele ważniejsze jest, co innego: Dobrze, jakimś tam cudem postawimy te dwa kolosy, ale co dalej?  Za co je utrzymać?. Czy będą taką kotwicą ciągnącą na dno budżety innych miejskich i wojewódzkich instytucji? Co będzie, jeśli Jagiellonia (odpukać, ale w piłce różnie to bywa) nie będzie grać w ekstraklasie? A prawdę powiedziawszy to raz na jakiś czas powinna i o szczebel wyżej – czyli w europejskich pucharach.

To dzisiaj wydaje się nierealne, ale wcześniej czy później  pytanie o przyszłość stadionu się pojawi. Przecież w przeciwnym razie nie byłoby sensu w niego  ładować tylu pieniędzy. Podobnie jak w operą. Bo obie te inwestycje rzucają cień na Białystok. Na długie lata.

Śniegowice

No i zasypało nas. Dzień po świętach. Tak jakby na potwierdzenie tego, co napisałem w piątek.  

Przejechałem się dzisiaj głównymi ulicami miasta i o dziwo widziałem pługi. Piszę o dziwo z dwóch powodów: po pierwsze nie czekały aż minie tem magiczny termin po upływie, którego wyruszają na drogi.
Po drugie: skoro wyjechały dzisiaj i  nie miały podniesionych lemieszy, to oznacza, że tak samo powinno być podczas nieszczęsnego piątku przed świętami.

Bo ludzie nie mają pretensji o to, że się przegrywa walkę. Ale o to, że się do niej w gruncie rzeczy nie podchodzi oddając niemal walkowerem.

Dzisiaj  pług widziałem na Antoniuku Fabrycznym, na rondzie przy Turkusie. Ba nawet tam, gdzie bym go się nigdy nie spodziewał – w rejonach Nowogródzkiej, Ciepłej i Ogrodowej. Widać myślenie strategiczne ma kolosalną przyszłość. Zwłaszcza w armii. A czyż nie nomenklatury rodem z wojska użył wiceprezydent Sosna opisując przedświąteczny armagedon na białostockich ulicach?.

Jednym słowem mamy – wyglądam przez okno 23.27 – niezłe śniegowice.
A w Śniegowicach bywa tak, jak to śpiewał Tomasz Wachnowski.

YouTube Preview Image

Aleja zasłużonych 2009

Po jednej jej stronie te dobre rzeczy, które wydarzyły się w mijającym roku. Po przeciwnej te, o których byśmy chcieli jak najszybciej zapomnieć. Ale się nie da, bo będą nam ciążyć niekiedy przez wiele lat.

Do tej pierwszej grupy zaliczam (pisałem o tym na blogu nieraz)  rok Kazaneckiego, Podlaską Kulturę Oktaw, Tomasz Frankowskiego, warunkowo Rynek Kościuszki i Węglówkę, domknięcie  Trasy Kopernikowskiej, mowę Zbigniewa Górskiego w imieniu komunalnych na sesji miasta, Kruka i Blachę, Kasę Chorych i Chór Opery i Filharmonii Podlaskiej, Jarmark na Jana, wystawę „Ziemia z nieba”.

Uff, uzbierałoby się tego naprawdę sporo. Chciałbym jednak wyróżnić jeszcze Szwajcarów i Janusza Sulimę. Tych pierwszych za to, że nie orzekli o cudowności na skalę światową Puszczy Białowieskiej. W przeciwnym razie przysporzyliby nam nie lada  kłopotów.
A Janusz Sulima to białostocki sędzia, którego wyroki, a zwłaszcza uzasadnienia, wybijały się ponad marne i mierne orzecznictwo białostockiej Temidy (mam na myśli orzeczenia sędziego w sprawie pierwszego procesu faszystów z czwartej edycji i ostra krytyka obecnych władz Białegostoku za dziwną apatię w sprawie oczyszczalni odcieków Hryniewiczach).

Po drugiej stronie alei umieściłbym właśnie władze Białegostoku za  apatię w sprawie oczyszczalni. Bo to jest najjaskrawszy przykład tego, że Białystok się nie zmienia. Ale władze Białegostoku zasłużyły na miejsce po tej drugiej stronie także za serial wychodzenia z afery z logiem miasta. Wychodzenia z niej rakiem.

A w alei po sąsiedzku z lewej mają NFZ, po prawej zarząd województwa w całości, i każdego z członków osobno. Bo każdemu z członków zarządów i wicemarszałkom zdarzały się przykry wpadki (pomysły umieszczenia instytucji kulturalnych w gmachu opery, służba zdrowia, połączenia kolejowe, tego co opisałem w tekście „Kowal zawinił, a Cygana powiesili”, tego, że się jest na niwie i hołduje dla lansu). A wszyscy razem za to, co zrobili w marcu z lotniskiem na Krywlanach. Za to też  osobne miejsce w alei należy się prezydentowi Białegostoku, który po niewczasie przyznał, że Krywlan trochę żal. Chociaż wcześniej jak mantrę powtarzał, że on nic nie może zrobić, bo to inwestycja wojewódzka.
Zasłużyli też i jego wice (nieumiejętnym sprzedaniem podwyżek czynszów w lokalach komunalnych, rzucaniem bez pokrycia pomysłów kulturalnych jeden za drugim, przegraną bitwą śniegową, ale nie wojną, remontami głównych ulic w jednym czasie). A wraz z nimi całą podlaską klasę (jeśli użycie tego słowa nie jest zbyt górnolotne) polityczną, za zmarnowanie szansy jaka się otworzyła po rezygnacji Włodzimierza Cimoszewicza ze startu w eurowyborach.

Szczególne miejsce w alei zarezerwowałem dla idiotów. Tym terminem proponował Mirek Miniszewski nazywać sprawców czynów o charakterze rasistowskim w naszym mieście. A było tego w tym roku sporu. – Może czas przerwać wreszcie wzmacnianie tych zachowań poprzez nazywanie je jakimiś „izmami” – od rasizmu zaczynając, na nazizmie kończąc, i zacząć używać stosownych pojęć, których dostarcza nam słownik języka polskiego. Optymalnym określeniem jest idiotyzm, który jako pozycja leksykalna definiowany jest jako “głupota, bezmyślność czegoś”. Idiota zaś to, po pierwsze, człowiek niedostatecznie rozwinięty intelektualnie, po drugie zaś, ktoś zupełnie niezainteresowany politycznym i społecznym kontekstem swoich czynów – pisał Miniszewski.

No i drugie szczególne miejsce dla tych, co pogrzebali ZNTK Łapy.

Placu po obu stronach alei jest jeszcze sporo. Zapraszam do jego wypełnienia.

Kończy się rok…

Kończy się rok i słuchaj słowa
By zacząć to wszystko od nowa
Obejrzyj to sobie, sam sobie odpowiedz

Kult ”Czarne słońca” 

YouTube Preview Image

Mimo wszystko tradycyjnie już sympatykom i antysympatykom mojego pisania życzę roku niepodobnego do innych.

Ten wpis został dodany 2008

NIP po białostocku

Tak niepostrzeżenie, jeszcze pod koniec starego roku drogowcy oddali kierowcom ulicę Poleską. Jej remont był konsekwencją przebijania ulicy Częstochowskiej do Sitarskiej. O tej inwestycji pisałem wiele razy, w różnych konfiguracjach. Na jej zakończenie czekałem jak na zmiłowanie, bo dla mnie jest o najszybszy skrót z centrum miasta do szkoły moich dzieci. Tak samo, jak i dla mieszkańców Białostoczku. Pod warunkiem, że u zbiegu Sitarskiej i Poleskiej powstanie sygnalizacja świetlna. Ma być wiosną. Wtedy też drogowcy dokończą to, czego nie zrobili do tej pory.

Gwoli sprawiedliwości trzeba im oddać, że pracowali przy jej przebudowie także w nocy (co w Białymstoku prawie w ogóle się nie zdarza). I że zapewniali, że oddadzą ją bez warstwy ostatecznej. I że bez puszczenia przez nią ruchu, nowo przebity odcinek Częstochowskiej (faktycznie jest to ciąg dalszy ul. Bohaterów Getta) byłby nieużyteczny. I że, dzięki temu korków już nie będzie.
Jednak przejazd nią wymaga nie lada sztuki, by nie uszkodzić samochodu. A jeśli już to się stanie, to od zarządcy drogi mamy domagać się odszkodowania. I by zasięgnąć informacji jak to zrobić należy…

No właśnie. Do tej pory najłatwiej było to zrobić dzwoniąc do Biura Komunikacji Społecznej. Ale od dzisiaj już go nie ma. W zamian powołano do życia Biuro Prasowe. Zmiana kosmetyczna?

Niekoniecznie, bo – jak sama nazwa wskazuje – Biuro Komunikacji Społecznej – jest pojęciem znacznie szerszym (nie tylko odnoszącym się do mediów) niż Biuro Prasowe (bezpośrednio podległe prezydentowi), które w myśl pomysłodawców ma być odpowiedzialne za politykę informacyjną organów magistratu. 

To nie jedyne zmiany w białostockim magistracie m.in. tak w  miejsce Departamentu Inwestycji oraz Departamentu Dróg i Transportu powstały dwie nowe jednostki: Zarząd Dróg i Inwestycji Miejskich (ZDI) oraz Zarząd Białostockiej Komunikacji Miejskiej (BKM). Powstanie Biuro Strefy Płatnego Parkowania. Te i inne zmiany mają – jak twierdzą urzędnicy — „na celu usprawnienie pracy urzędu, zapewnienie lepszego przepływu informacji pomiędzy jednostkami organizacyjnymi miasta, a także ułatwienie mieszkańcom oraz inwestorom korzystania z pomocy magistratu bez konieczności rozkładania kompetencji na kilka departamentów.”

Ten cytat przytoczyłem dosłownie mając na uwadze sytuację z czwartku 31 grudnia z referatu, w którym wydaje się dowody osobiste. Te od nowego roku są za darmo. Tyle, że w referacie żadnej informacji w sylwestrowy poranek o tym nie było.

No, ale to było w starym roku. Teraz mamy już nowy. I takie rzeczy – zgodnie z tym, co zapowiadają urzędnicy – nie powinny się zdarzyć.  Chciałbym na progu roku w Nową Informacyjną Politykę  uwierzyć, ale po przejechaniu przed chwilą zaśnieżonymi ulicami: Towarową, Piastowską i Mieszka, tej nowości gołym okiem nie za bardzo widać (wszak mieliśmy bitew śnieżnych już nie przegrywać, dzień wolny nie może być tu alibi). 
Takie zwarcie szyków na kanwie public relations jednak nie dziwi. Wszak  wybory ścielą się na horyzoncie.

PS. Jeszcze jedna zmiana,  szczególnie bliska ze względu na problematykę, którą poruszałem wielokrotnie na blogu w ubiegłym roku, powstał Departament Strategii i Promocji. Ale o tym już jutro.

DeSeR po białostocku. Podwójny. Za 9 milionów.

Promocja w białostockim magistracie. Po raz trzeci w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zmienia się nad nią nadzór. Początek ubiegłego roku to ciężkie chwile dla całego miasta, ale dla promocji w szczególności. Bo nic gorszego od afery z żółto-czerwonym słoneczkiem nie mogło się wydarzyć. Im bardziej nieudolnie władze miasta z niej wychodziły (nie będę całej tej historii przypominał), tym bardzo sprawnie odsunęły w cień jej ówczesnego szefa Piotra Woronieckiego.

W nadzorze nad promocją zastąpił go Tomasz Buczek. Miał dwa takie swoje apogeum. Pierwsze przypadło na późną wiosnę i opisałem go w tekście „Wasze logo, nasze miasto“. Drugie jesienią –  wtedy mogliśmy usłyszeć o dokonaniach naszych speców od  markowania promocj w porównaniu do dokonań speców od markowania promocji z innych miast. Nie wiem czy za owe niebywałe osiągnięcia czy za skutki zagranicznych wojaży (bo magistrat tę informację utajnił), ale szef departamentu promocji dostał od prezydenta nagrodę.
 – Z mojej, być może niepełnej, wiedzy, sukcesów specjalnych w promocji nie mamy – oceniał wtedy  Wiesław Kobyliński, radny miejski SLD.

O tegoroczne będzie dbał już nie szef departamentu promocji i rozwoju gospodarczego, a szef Departamentu Strategii  i Rozwoju, który dzieli się na Biuro Obsługi Inwestorów, Biuro Analiz Społeczno-Gospodarczych, Biuro Innowacyjnej Gospodarki oraz Samodzielne stanowisko pracy ds. organizacyjno-kancelaryjnych. 
Potężna struktura, a jak mówi stare porzekadło: gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. I tak to jest z tą naszą promocją.
Im bardziej z biurokratyzowana i z urzędnikami w roli głównej, tym mniej udana. Jeszcze raz odsyłam do tekstu „Waszego logo, nasze miasto”, w którym wyłożyłem filozofię promocji opartą na białostoczanach i ich reprezentatywności, ale nie urzędnikach ( a tak swoją drogą ciekawe co się stało z fanclubem „Wschodzący Białystok” – został rozwiązany, umarł śmiercią naturalną czy dopadła go jakaś inna przypadłość).

A o tych kucharkach wspomniałem nie bez kozery, bo po organizacji w Departamencie Prezydenta Miasta na prawach referatu  będzie….   Biuro Promocji Miasta,  bezpośrednio podlegające Krzysztofowi Karpieszukowi, sekretarzowi miasta. Mając takie umocowanie trudno sobie nie wyobrazić, by sekretarz nie smakował w DeseRze. Wszak do zadań tego ostatniego należy w szczególności podejmowanie działań związanych z opracowywaniem Strategii Rozwoju Miasta Białystok, kreowanie wizerunku Miasta Białystok poprzez aktywna promocję gospodarczą-inwestycyjną, prowadzenie spraw związanych z utworzeniem białostockiego Parku Naukowo-Technologicznego, prowadzenie spraw z zakresu współpracy zagranicznej Miasta Białystok, analizowanie i opiniowanie zasadności realizacji zamierzeń inwestycyjnych, prowadzenie sprawozdawczości z pomocy publicznej udzielonej przedsiębiorcom, koordynacja okresowych sprawozdań z zakresu statystyki publicznej oraz pozyskiwanie wskaźników statystycznych.

No jakby na to nie patrzeć, i tak promocja, i tak promocja. A od jej nadmiaru mieliśmy ubiegłoroczną niestrawność. A strach pomyśleć, co może być po DeSeRze. I to podwójnym. Za 9 milionów (bo tyle zapisano w budżecie).

Po roku bluesa i roku Kazaneckiego pora w Białymstoku na rok…

Chopina też. Wszak pamięć naszego genialnego Frycka świętować będzie cały świat. W Białymstoku też planowanych jest kilka imprez, ale Chopin, mimo tradycyjnego konkursu pianistycznego w Warszawie, będzie w cieniu innej konstelacji.

DSC_2748_2

Bo patrząc na powyższe zdjęcie, które podczas zabawy sylwestrowej na Rynku Kościuszki w Białymstoku zrobiła Bogusia Maleszewska, nie ulega wątpliwości, że po Roku Bluesa w 2008 roku, i ubiegłorocznym Roku Kazeneckiego, nastał rok polityka.  I nawet radni nie musieli go ogłaszać (wszak ich samych to dotyczy). Oj zanosi się na lans, zanosi i to na każdym bruku. Wszak wybory widać na nieboskłonie.

Chińczycy w tym roku wejdą w rok tygrysa, za dwa lata będą obchodzić rok smoka. Po środku jest rok królika. Mając na uwadze złamanie pod koniec roku swoistego tabu w podlaskiej polityce (za sprawą słów historycznego lidera białostockiej Solidarności – o tym napiszę za kilka dni)  ciekawe, który z naszych samorządowców (na zdjęciu) to przyczajony tygrys, a który ukryty smok. I kto wyciągnie za rok z kapelusza wyborczego królika, przepustki do wygranej z podlaskim PiS w wyborach prezydenckich.

Taksówka, pojazd uprzywilejowany

Kodeks drogowy jasno określa, jakiego uczestnika ruchu drogowego definiujemy określeniem: pojazd uprzywilejowany. Jednak jak to częstwo bywa prawo swoje, a życie swoje.

 Zdjęcie036a

Bo patrząc na powyższe zdjęcie zrobione na skrzyżowaniu Grochowej z Lipową mam wrażenie, w kodeksie powinno znaleźć się miejsce na szczególne uprzywilejowanie taksówki. Po środku dwóch pasów, w praktyce zajmując oba, stojąc na linii je rozdzielającej. I  dając sygnał dla tych z tyłu: “zgadnijcie, co chcę zrobić”.
Skoro artystom można więcej niż innym – jako powiedział nie tak dawno artysta o innym artyście – to nic dziwnego, że taksówkarzowi też. Bo też by tak się ustawić na jezdni, to dopiero  trzeba być  nie lada artystom.

PS. Ta sytuacji trwała kilkanaście sekund. Wystarczajaco długo, by taksówkarz wycofał się i zajął właściwy pas. Zwłaszcza, że z tyłu było pusto.

Prezydent, Trzej Królowie i Befana

Uparty ten prezydent. Nie, nie Białegostoku, a Łodzi. Co prawda Jerzy Kropiwnicki dwa razy przegrał batalię o przywrócenie wolnego w święto Trzech Króli, to postanowił zrobić wolne w ten dzień dla urzędników magistratu.

W zamian za wolne 6 stycznia większość urzędników będzie do 16 lutego codziennie pracować o 15 minut dłużej. – Niestety, wolne nie dotyczy wszystkich, bo przewodniczący Rady Miejskiej, działacz partii, która w parlamencie europejskim jest we frakcji chadeckiej, wyznaczył termin nadzwyczajnej sesji Rady właśnie na 6 stycznia. Mimo, iż prosiłem, żeby tak nie robił – skarżył się prezydent Łodzi w rozmowie z dziennikarzem e-kai.pl.
Ale to są niuanse łódzkiej polityki samorządowej, podobnie jak to, że nad Kropiwnickim krąży widmo utraty posady. I to już w styczniu na skutek referendum. 

6 stycznia powinien być dniem wolnym w Polsce. Nie tylko  z powodów religijnych, ale historycznych, moralnych i paneuropejskich.  Bo co prawda przeciwnicy przywrócenia święta twierdzili, że Polski nie stać na jeszcze jeden dzień wolny, ale skoro naprawiamy tyle nieprawości z minionej epoki, dlaczego i tej nie dać zadośćuczynienia?

A 6 stycznia był czerwoną kartką w kalendarzu. Na początku lat sześćdziesiątych rząd komunistyczny zlikwidował cały szereg świąt kościelnych, ustanawiając w tych dniach obowiązek pracy. I dlatego Polska różni się nie tylko od katolickich krajów zachodnich (Niemczech, Grecji, Hiszpanii,, Austrii, Szwecji, Finlandii), gdzie naturalną rzeczą jest wolne w Trzech Króli. Tak jak też i we Włoszech, gdzie dzięki wielkiemu zaangażowaniu Jana Pawła II, przywrócono 6 stycznia czerwoną kartkę zniesioną w 1977 roku. Uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli; po włosku: Epifania) to we Włoszech także wielkie święto dzieci. Dostają one tego dnia prezenty w kolorowych skarpetach. Zgodnie z tradycją przynosi je Befana ( u której ponoć, jak głosi tradycja zatrzymali się Trzej Królowie) – czarownica z wielkim krzywym nosem.

Gdy po raz pierwszy rozgorzała o to batalia wydawało się, że będzie czerwona karta w kalendarzu 6 stycznia w zamian za czarną 1 maja. Dzień te wydawał się naturalny – święto proletariatu odziedziczone po poprzedniej epoce. Ale okazało się, że Polacy tak bardzo posmakowali w długim majowym weekendzie, że nie bardzo skorzy byli pozbawiać się tej przyjemności. Poza tym trafiła się kalendarzowe i świąteczne usprawiedliwienie wolnego 1 maja – jako dnia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Teraz znaleziono inne rozwiązanie. 6 stycznia miałby być dniem wolnym od pracy już w 2011 r., jednak w zamian za to zlikwidowane zostałyby zmienne dni wolne przyznawane w zamian za święta przypadające w soboty. – Sam jestem pracodawcą, bo zatrudniam w magistracie około 2 tysięcy osób. Po pierwsze dni roboczych będzie statystycznie więcej, a po drugie – zniknie kłopotliwy obowiązek ustalania tych zmiennych dni w ciągu roku. Jest on uciążliwy i z punktu widzenia płynności pracy i z punktu widzenia oczekiwań klientów – mówił we wspomnianym wywiadzie prezydent Łodzi. I pewnie w wielu pracodawców i myślę, że i pracobiorców (i ja też) by się z nim zgodziło.
Chociaż, wolne tego dnia powinno być, jak napisałem wcześniej bez żadnych warunków wstępnych. Tak nakazuje nie tylko tradycja, sprawiedliwość, paneuropejskość, ale logika.

Na Podlasiu wolnego 6 stycznia miałoby jeszcze jeden, ekumeniczny wymiar. Wypadałoby w  wigilię prawosławnych świąt Bożego Narodzenia. Świąt, które ich obchodzący uczniowie muszą odrobić. I dlatego wolne tego dnia byłoby w jakimś stopniu zadośćuczynieni za stan, z którym państwo polskie nie potrafi sobie poradzić od lat.  A rozwiązanie wydaje się takie proste: wolne od grudniowej wigilii do 8 stycznia. Przynajmniej w szkołach.

Białostocki sędzia. Niezależny

Takiego kryminału w Białymstoku jeszcze nie było. Nawet nasz przedwojenny pitaval,  by nim nie wzgardził. Ba, a może nawet i sam współczesny Hollywood. Bo też scenariusz, kto wie czy nie na mairę “Uznanego za niewinnego”, a może i nawet lepszy. Wszak u nas nie fikcja, a prawdziwe story.

Początek nowego roku, środek miasta, prawnik dzwoni na policję, że ma obok siebie chyba nieżywą kobietę. Później się okazało, że miał dwa promile alkoholu, a denatka to jego wspołpracownica z kancelarii.

Jeśli przypuszczenia policji się potwierdzą, to rozwikłaniem tej zagadki zajmie się… No właśnie, czy białostocka Temida zważywszy na okoliczności poprosi o wyłączenie ze sprawy, czyli de facto przeniesienie do innego sądu. Czy też stać ją rozgryźć ten twardy do zgryzenia orzech?

Bo może właśnie te okoliczności każą inaczej spojrzeć na niezawisłość sędziowską.  Na przekór konwenansom, poprawności  i oczekiwaniom towarzyskim.  

Czy białostocki sędzia, który podjąłby się tej sprawy wydając wyrok na podstawie prawa i w granicach prawa nie byłby zaiste pierwszym sprawiedliwym? Nawet za cenę ostracyzmu własnego środowiska? Ale nie ma niezależnego sądu bez niezależnych sędziów, tak jak nie ma niezawisłości bez jej gwarancji, a najpełniejszą gwarancją jest niezależność sędziów.

Powalczy Białystok o Augustów

Kolej optuje, by Rail Baltika przebiegła przez Ełk i Olecko. To oznacza całkowitą marginalizację Augustowa jak miasta turystycznego. Co to bowiem za kurort i sanatorium w jednym bez normalnego połączenia z kolejowego z resztą kraju (o drogowym nie wspominjąc). Pisałem o tym na blogu wielokrotnie.

Optyka preferowana od tego tygodnia przez naszą kolej jak w soczewce skupi skuteczność lobbingu naszych władz wojewódzkich. I Białegostoku.
Co prawda w wariancie przez Ełk i Olecko, Rail Baltika i tak będzie przebiegać przez stolicę województwa podlaskiego, ale to nie zwalania władz Białegostoku od zaangażowania się w wariant augustowski. O władzach województwa podlaskiego nie wspominając. W przypadku Via Baltiki podnosiły pozorowamy larum, o Rail Balice cisza.  No, ale jeszcze okres świąteczny, jeszcze głęboki sen zimowy.

Drogi przegraliśmy będąc zakładnikami polskiej racji stanu.  Jeśli odpuścimy kolej, to na własne życzenie.

Premier krzywdy nie robi. Swoim.

Wszyscy zastanawiają się, dlaczego po zamieszaniu z interpretacją przepisów o niestandardowym leczeniu nowotworowym, premier był pobłażliwy dla swoich podwładnych: ministra zdrowia i prezesa NFZ. Co prawda szef rządu tłumaczył to na wczorajszej konferencji prasowej mówiąc o różnicy do sytuacji sprzed roku kiedy z rządu po samobójstwach odszedł minister Ćwiąkalski i o dokuczliwości kary jaką dla prezesa NFZ jest pozbawienie miesięcznej pensji (16 tys. złotych), ale w mediach i wśród opozycji dominuje ton zawiedzenia.

Dziwi mnie to trochę, bo żeby kogoś zdymisjonować, to trzeba umieć to zrobić. A szef rządu wielokrotnie dał dowody, że tego nie potrafi. Najbardziej wymownym przykładem była sprawa nie tyle ministra Ćwiąkalskiego, ale dymisje, o przepraszam rezygnacje, po wybuchu afery hazardowej. Przecież żadnego z ministrów, którzy wtedy odeszli premier nie zdymisjonował, oni sami zrezygnowali. Notabene dla dobra partii.
Jedynym, który nie poprosił o rezygnację był szef CBA Mariusz Kamiński. Jego zdymisjonowano. Ale on nie swój.

PS. A co się tyczy utraty 16 tys. złotych przez szefa NFZ – to nie kara jest tu zdumiewająca, a to, ze pomimo tego wszystkiego złego, co dzieje się w polskiej służbie zdrowia, jej główna postać inkasuje co miesiąc 16 tys. złotych pensji. Pytam się: za co?

W chłodnych objęciach Daisy

Tak meteorolodzy nazwali niż śródziemnomorski, który zgotował Europie ponoć najgorszą zimę od trzydziestu lat. W niektórych krajach władze apelują do ludzi: “Zgromadźcie zapasy i zostańcie w domu”.

A jak było trzydzieści lat temu, pisałem rok temu. Ale mimo skoku naukowo-cywilizacyjno-technologicznego, który dokonał się od tamtej pory, nadal jesteśmy bezbronni wobec zimy. Co więcej jesteśmy tak bardzo zdani na ową technikę i naukę, że tracimy w warunkach ekstremalnych instynkt przetrwania. Ilu by w czasie awarii sieci ciepłowniczej zamiast bezczynnego czekania na jej usunięcie zaczęło w blokach rąbać meble i palić w mieszkaniach ogniska? Podobnie jest z czekaniem na naprawienie trakcji elektrycznej. Zamiast marznąć czekając kilka godzin na jej usuniecie, lepiej ruszyć z buta do pierwszej stacji.  Wola poddania ustępuje miejsca instynktowi przetrwania.

Inaczej z przyrodą, ona poradzi sobie sama, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. Ci, co najwyżej mogą żerować na jej ochronie. Przecież gdyby światu groziło zlodowacenie, to wówczas dzisiejsi apologeci walki z ociepleniem klimatu, krzyczeliby: uwolnić gazy cieplarniane, więcej dwutlenku węgla.
Bo też cały problem z ochroną klimatu zrodził się wtedy, gdy wzięli się za niego ludzie. Niepotrzebnie, od milionów lat przyroda ma własny patent na ceodwa. I sama z nami wyrówna rachunki.

Najlepiej widać to w hollywoodzkich filmach katastroficznych. Z tym, że w wizji kataklizmów spowodowanych anomaliami geologiczno-astronomiczno-fizycznymi zawsze scenarzyści znajdowali miejsce na w miarę jakiś tam happy end. W rzeczywistości takiego szczęśliwego końca nawet garstka może nie doświadczyć.

Szkic do portretu miasta. Suplement.

Szkic ukazał się w grudniowym numerze Białostockiego Informatora Kulturalnego. Zawarłem w nim kilka refleksji, na podstawie wydarzeń w 2009 roku, o miastotwórczej funkcji białostockiej kultury. Dziś małe uzupełnienie, czyli to, co w  druku nie znalazło się z powodu braku miejsca. Z drugiej strony suplement będzie odpowiedzią  na pytanie postawione w tym samym numerze BiK-u przez Jerzego Szerszunowicza: czy w Białymstoku możliwe jest wydawanie pisma kulturalnego, z rozsądnym budżetem i swobodą intelektualną?
Pytanie wręcz mityczne. Któż bowiem wyłoży pieniądze nie kontrolując jak są wydawane? W zasadzie stać na to samorząd, tyle że łatwo sobie wyobrazić, że raz na cztery lata takie pismo mogłoby stać się synekurą polityczną. I nie uchroni przed tym żadne umocowanie w strategii czy w innych statutach. A wtedy trudno mówić o niezależności.
I o ile papierowej wersji takiego periodyku raczej nie należy się spodziewać, to z wersją elektroniczną nie jest tak źle. Pojawiły się w ostatnim czasie projekty ( i pewnie pojawią się kolejne), które próbują i to bynajmniej nie tylko w sposób wirtualny – ową pustynię zapełnić. Adresowane do różnych środowisk, z tej górnej, jak i dolnej półki, są zarazem emanacją  tradycyjnego pisma, jak i innego postrzegania, opisywania, interpretowania, opowiadania o kulturze i o mieście. Po prostu do głosu doszło pokolenie, które ma inne spojrzenie  na białostocką kulturę i jej miastotwórczą funkcję.
Na ile są to trwałe przedsięwzięcia, a na ile tylko chwilowy zryw skazany tak jak papierowi poprzednicy na zagładę,  pokaże nie tylko rynek.

Srebrne usta wiceprezydenta Sosny

No i w końcu zakopałem się pod blokiem. Najpierw pomogłem sąsiadkom wypchnąć ich auta, ale swoim Kangurem nie byłem w stanie już ruszyć. Z parkingu do tyłu wycofałem, ale już do przodu ani rusz. Zablokowałem w ten sposób uliczkę. W końcu po kwadransie oczekiwania sąsiad wyciągnął mnie swoją terenówką i holował nie tylko do wyjazdu sprzed bloku, ale do końca miejskiej drogi publicznej, która wbrew nazwie była szeroka. Od nadmiaru śniegu. I takich ulic w mieście jest mnóstwo.

O odśnieżaniu Białegostoku można pisać w nieskończoność, na różne sposoby.  Po tegorocznej zimie (choć jest dopiero na półmetku) pozostanie nam w spadku coś jeszcze… Beltrystyczne, a czasami batalistyczne, porównania wiceprezydenta Aleksandra Sosny, odpowiedzialnego za odśnieżanie miasta. Niektóre wręcz na wagę Srebrnych Ust (nagrody radiowej Trójki):
“To jest jedna bitwa. Zobaczymy, kto wygra wojnę”
“Na przyszłość należy zapisywać, który pług, jakiej firmy i w którym sektorze jeździł z podniesionymi lemieszami”.
“Przyroda ma to do siebie, że może nam płatać takie czy inne figle”

” Jeżeli lipy będą umierały na wiosnę, to posadzimy kolejne”
“Nawet jeśli zima przeciągnie się do maja, mamy na to środki”.
“Jesteśmy najzimniejszym i najbardziej zasypanym miastem w Polsce. Kierowcy traktują to jak coś anormalnego, ale w zimę zawsze jest mróz i śnieg”

No i dialog w poniedziałkowej popołudniówce Radia Białystok gdy odpowiedź na pytanie o odśnieżone ulice, wiceprezydent rozpoczyna od Słonimskiej, przy której – jak wtrącił dziennikarz – mieści się magistrat.

Przypomina to trochę sytuację sprzed lat, gdy zawsze odśnieżona była ulica Baśniowa, chociaż okoliczne uliczki już nie. Jak widać mimo kolejnych zim i nowej władzy, na wschodzie bez zmian.

Widmo kapitału krąży po Podlasiu albo Waterloo marszałka

Katar Grada, Łapy Araba – tak można spuentować informację o łapskim zbawicielu z nad Zatoki Perskiej. nadzieja ponoć umiera ostatnia, ale akurat w łapach już dawno jest pogrzebana (pisałem o tym na blogu w ubiegłym roku wielokrotnie). Podobna trauma może dotknąć Orlę, która nie może doczekać się na inwestycję Ikei. Gdy w kwietniu odwiedziliśmy mieszkańców podorlańskich wiosek, wszyscy zgodnie mówili: „Będzie Ikea, będzie życie”.

Dzisiaj Szwedzi skupili większość ziemi, teraz czekają na zgodę resortu rolnictwa na jej odrolnienie. I tu przysłowiowa orka na ugorze, bo resortowi rolnictwa się nie spieszy. Zniecierpliwieni Szwedzi ponoć grożą wycofaniem. Nie tylko z Orli, ale z Polski. Co nie byłoby nic nowego, w końcu 350 lat temu już to zrobili (niedługo znów będziemy mogli w Tykocinie oglądać inscenizację ich wyparcia z tamtejszego zamku). Tyle, że tym razem mieszkańcom Orli nie pozostanie nic innego, jak westchnąć: Nie będzie Ikei, nie będzie życia. Ale jeśli Szwedzi na serio myśleli o tej inwestycji, to tak łatwo z niej nie zrezygnują. Byłoby to nie logiczne.

I jeszcze jeden paradoks z pogranicza biznesu i biurokracji. Tym razem samorządowej.
 Zarząd Województwa  Podlaskiego zapoznał się  z wynikami rankingu „Atrakcyjność Inwestycyjna Samorządów Województwa Podlaskiego 2009″. Celem tego konkursu było wyłonienie i nagrodzenie tych samorządów, które najaktywniej szukają inwestorów i prowadzą działania proinwestycyjne, współpracując z Podlaskim Centrum Obsługi Inwestora oraz z Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych. 
Pierwsze miejsce zajęło Miasto Wysokie Mazowieckie. Nagroda- udział przedstawiciela samorządu w branżowych targach inwestycyjnych.
Drugie miejsce wywalczyło Miasto Zambrów. Nagrodą opracowanie wizualizacji przygotowanego terenu inwestycyjnego.
Trzecie miejsce zajęło Miasto Białystok. Nagrodą jest miesięczna promocja nagrodzonego terenu inwestycyjnego na stronach internetowych oraz w czasie najbliższych targów branżowych.
Organizatorem rankingu jest Urząd Marszałkowski, który sfinansuje drugą i trzecią nagrodę. Pieniądze na sfinansowanie pierwszej pochodzą z Programu Rozwój Polski Wschodniej.

Informację  rozesłaną przez urząd marszałkowski  do mediów przytoczyłem niemal w całości. Bo nie nagrody dziwią w niej najbardziej. I nawet nie to, że Białystok (mając taki potencjał) zajął dopiero trzecie miejsce. Wygrała gmina, o którą w ubiegłym roku rozegrała się polityczna burza (jej mieszkańcy protestowali na sesji sejmiku).
 Tak ją ocenił i posumował już z rocznej perspektywy na swoim blogu radny wojewódzki Jacek Cylwik.  „Zarząd Województwa i Jego Załoga uwalili ku swojej uciesze jedyny- złożony przez miasto Wysokie Mazowieckie-  wniosek o unijne dofinansowanie, dotyczący powstania terenów inwestycyjnych w naszym województwie. Trzeba było później się mocno czerwienić i rakiem wycofywać z tej absurdalnej decyzji”.
A wygrana Wysokiego w tym ranking jest tego dobitnym potwierdzeniem.  I Waterloo marszałka. Po roku.

Dymy nad Białymstokiem

Dwa lata  temu napisałem tekst w papierze „Zaklęte rewiry“. Przedstawiłem w nim konflikty społeczne i niezbyt udane, patrząc z punktu widzenia partnerstwa publiczno-prywatnego, sposoby ich rozwiązywania przez władze miejskie: Jurowiecka, osiedle kontenerowe, ogródki działkowe, tereny pod cmentarz. Mimo autów, które białostocki magistrat miał w rękach.

Wspominam o tym nie bez kozery, bo w roku 2010 tlą się nowe ogniska zapalne. Nie udało ich się ugasić wcześniej, w roku wyborczym mogą wybuchnąć z jeszcze większą siłą.
Pierwszy to tak trochę po macoszemu traktowany przez wszystkich problem przebicia Sitarskiej na Antoniuk. Pisałem o tym w październiku (odsyłam do tamtego tekstu).

Drugi to sprawa sąsiedztwa terenów mieszkaniowych z przemysłowymi. Ostatnim przykładem, że nie jest z tym najlepiej, było wtorkowe posiedzenie komisji rady miejskiej, na którym była omawiana sprawa ewentualnej zmiany planów zagospodarowania, tak by deweloper mógł zbudować osiedle w dzielnicy przewidzianej dotychczas dla firm, handlu i usług. Jak bardzo jest to drażliwy problem, najlepiej świadczy to, że tylu białostockich biznesmenów, co podczas wtorkowego posiedzenia, jeszcze w magistracie nie było. A i oni sami byli bardzo podzieleni w omawianej kwestii. Nie będę przypominał ich opinii (odsyłam do relacji ze spotkania). Pokazują one jedno: problem jest wielce drażliwy.

Podobnie jak trzecie zarzewie konfliktu: spalarnia. Czy można się dziwić ludziom, że protestują przeciwko tej inwestycji? Przecież przez tyle lat wmawiano im, by tworzyli zalążki społeczeństwa obywatelskiego, uczestniczyli w debacie, wykazywali się aktywnością. No to w końcu upomnieli się o swoje prawa, publicznie to manifestują.

W czerwcu ubiegłego roku, zanim jeszcze była znana lokalizacja spalarni, napisałem na blogu komentarz po tytułem „Spalarnia na placu Inwalidów“. Futurologia? Niekoniecznie. Skoro w Wiedniu czy Paryżu taka fabryka utylizowania śmieci mieści się w centrum (a taki argument, by przekonać białostoczan do idei budowy spalarni przywołują jej zwolennicy), to niby dlaczego ma nie powstać na tej ponoć najcenniejszej działce na wschód od Wisły.  Przecież spełniać ma wyśrubowane parametry  i tak ostre normy, że będzie zupełnie nieszkodliwa dla otoczenia.
Co więcej, może tak szaremu i bezbarwnemu krajobrazowi, jaki jest nad Biała w tym miejscu, nadać swoistego kolorytu. Bo rzecz nie w tym ile zajmie miejsca, ale jaką formą architektoniczną nada się budowli. Wszak działka jest dość wąska i krótka. Nie pozostaje nic innego jak tylko budować do góry. A ponieważ mamy naprawdę zdolnych projektantów i architektów, o wizualną stronę inwestycji można być spokojnym. Może w końcu dorobimy się drapacza chmur z prawdziwego zdarzenia.
Osobiście takie sąsiedztwo, by mi nie przeszkadzało. Z jednej strony mam okna wychodzące na kominy elektrociepłowni, to z drugiej mogę się gapić na te ze spalarni. Naprawdę, warto zważyć ową lokalizację. Także dlatego, że cokolwiek by tam nie powstało, nawet taki modernistyczny śmietnik, będzie lepsze od tego, co mamy w tej chwili. Tym bardziej, że po wybudowaniu obok galerii i Jurowiecka zostanie zmodernizowana. I nie będą dla niej straszne te kilkanaście tirów dzienne, które wprost z obwodówki mogą ustawiać się w kolejce przed bramą fabryki.
Tak, spalarnia na placu Inwalidów. Jak to dostojnie brzmi.

Przyznaję, że ten ubiegłoroczny tekst podszyty ironią,  pokazuje jak bardzo krucha jest logika władz miasta. Szafowanie argumentami o nieszkodliwości wpływu na sąsiedztwo jest zaiste mieczem obusiecznym. Ale też kolejną odsłoną poru: własność prywatna – kontra interes społeczny?

Trzy zarzewia konfliktu. Mogą być z tego niezłe dymy. O wiele większe niż ten z elektrociepłowni w mroźny styczniowy dzień.
YouTube Preview Image

Przełamując tabu

Dziś druga rocznica objęcia władzy w województwie przez marszałka Jarosława Dworzańskiego. Rok temu, na pierwsze dwanaście miesięcy, napisałem w wydaniu papierowym podsumowanie.  Tym razem odstąpiłem od syntezy politycznej na szczeblu wojewódzkim. Zresztą robi ją na swoim blogu radny wojewódzki Jacek Cylwik (były szef klubu PO). I  to bez owijania w bawełnę. Bo i prawdę powiedziawszy zarówno cały zarząd, jak i każdy z jego członków osobno zasłużył sobie na mocne słowa krytyki. Choćby za to, co zrobili z marcowymi konsultacjami w sprawie lokalizacji lotniska. Stworzyli złudzenie, że ludzie maja na coś wpływ, że ich zdanie serio jest brane pod uwagę. I te brutalnie rozwiane nadzieje najbardziej obciążają władze województwa. Zresztą grzechów było znacznie więcej. Uwypukla je w swoich pigułkach radny Cylwik. Nie na wszystkie wyszczególnione przez radnego sprawy moja optyka jest zbliżona, ale sedno oceny pozostaje to samo.

Mając na uwadze to, że prawdziwa cnota krytyki się nie boi, chciałbym, przeto zająć się czymś innym. Wydarzeniem z jednej strony przełamującym swoiste tabu, a z drugiej zupełnie tak trochę po macoszemu potraktowanemu przez białostocki światek polityczno-samorządowy. Mam na myśli wystąpienie byłego senatora, byłego szefa struktur pierwszej solidarności w Białymstoku, Stanisława Marczuka. Pod koniec roku w ostrych słowach skrytykował władze województwa  za politykę historyczną.
I tu zastrzeżenie: ponieważ nie było mnie w latach, których spuścizna była przedmiotem owego sporu, nie widzę legitymizacji by wypowiadać się na kwestie historyczne. Nie mnie oceniać (także ze względu na wiek) komu należy się odznaka za zasługi dla województwa czy też nie. To jest wyłączne prawo tych, którzy w owym czasie żyli i działali w Białymstoku.

Ale wystąpienia byłego senatora zawierało pierwiastki odnoszące się do przyszłości. Co prawda bardziej adresowane do samej Platformy niż do innych aktorów sceny politycznej, ale z drugiej strony przecież to ona przejmując dwa lata temu pełnie władzy w województwie odpowiada za jego przyszłość. Odżegnując się w ostrych słowach od liderów regionalnej partii rządzącej  („jeśli tych panów nie zmienicie, to nic nie wygracie”) były senator powiedział coś jeszcze: „od prezydenta odznaczenie bym przyjął”. Czyż słowa te nie brzmią jak swoiste naznaczenie lub namaszczenie. Z taką legitymizacją prezydent Białegostoku miałby szansę na samoistne funkcjonowanie nie tylko na regionalnej scenie politycznej.

Zaraz po wygraniu przez prezydenta Truskaloskiego wyborów 2006 napisałem, że miarą jego sukcesu będzie nie to, ile razy wstęgę przetnie na inwestycjach, ale czy i na ile uzależni się od dotychczasowego zaplecza partyjnego. Bo tylko w ten sposób może być atrakcyjny nie tylko dla dotychczasowych przeciwników, ale też i tych niezdecydowanych. Bez zdawania się na umizgi i anse koterii partyjnej.

Słowa senatora Marczuka przełamując tabu dały Tadeuszowi Truskolaskiemu symboliczny, ale bardzo mocny mandat, do wybicia się na taką niezależność. Czy stać na to prezydenta Białegostoku w czwartym roku sprawowania władzy?

Czemu, Cieniu, odjeżdżasz

Nabyłem gramofon. Nie taki tam od razu audiofilski, ale zwykły. Kosztował 125 złotych. Bo i wymagań nie mam dużych. Byle tylko odtwarzał trzeszczące czarne krążki winylowe. A jest ich trochę w rodzinnym archiwum. Wśród nich dwie płyty z nagraniami Czesława Niemena.
No i sobie zapodałem na początek “Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz”, czyli Bema pamięci żałobny raposod. Ta intrepretacja Norwida w wykonaniu Czesława Niemena na stałe weszła do konanu polskiej muzyki. Jak wiele innych utworów urodzonego na Grodzieńszczyźnie muzyka. Dziś mija 6. rocznica śmierci artysty.

W jednym z odcinków “Boso przez świat” Wojciech Cejrowski zawitał do Meksyku. W stolicy kraju pytał potomków Aztekówi i Hiszpanów  z czym kojarzy im się Polska?. Pytanie wydawało się retoryczne, bo w zasadzie możliwości były trzy: papież Jan Paweł II, Lech Wałęsa lub Grzegorz Lato (grał onegdaj w meksykańskiej Atlancie). A tu pierwszy napotkany przez Cejrowskiego Meksykanin rzekł: Polska? Z Niemenem, mam jego płytę „Enigmatic”.

Podejrzewam, że wielu Polaków nigdy nie słyszało tej nazwy. Ale to tylko dowodzi jakim uniwersalnym i wybitnym artystą, idącym pod prąd trendom muzycznym, był Czesław Niemen.
Na szczęście zostawił nam swoją muzykę, na której czas bez skazy. Nawet jeśli odtwarzana jest z trzeszczącej płyty.

YouTube Preview Image

Zator na tyłach policji

Przejazd przed godz. 8  Fabryczną na wysokości społecznego liceum i wjazdu do szpitala MSWiA  z każdym dniem wymaga nie lada cierpliwości. I mocnego trzymania nerwów na wodzy, nóg na pedałach hamulca a rąk byle gdzie.
Ulica w tym miejscu zawsze jest zablokowana. Nie przez śnieg czy wypadek. Kuriozalna organizacja ruchu powoduje, że korek rośnie jak muchomor po deszczu. Jest to o tyle dziwne, że po zrobieniu jednego kierunku na równoległym do omawianego odcina Fabrycznej fragmencie Ciepłej, przejazd obok parkanu szpitala powinien być beż żadnych utrudnień. A tymczasem cykl kołowy odmierza szlaban przy wjeździe na parking szpitalu i ilość zaparkowanych samochodów na drugim pasie od budynku liceum. Te dwie składowe ruchu wypaczają pierwszeństwo jazdy na tej ulicy.
Kierowcy jadący od strony Jagienki muszą ustępować pierwszeństwa tym, którzy skręcają na parking szpitalny (a powinno być odwrotnie). A jest ich bez liku i cały czas z Ogrodowej nadjeżdżają kolejni. Szybkość ich wjazdu na teren szpitala jest uzależniony od opadnięcia i podniesienia szlabanu. A ten ma swoje tempo. Wszak opłata to rzecz święta. Żaden gapowicz się nie przemknie.
Najlepiej to widać na  filmie.

YouTube Preview Image

Efekt tego absurdalnego korku widać zaś na poniższym zdjęciu.

 Zdjęcie044

Irytacja mnie ogarnia, bo muszę stać jadąc z córką do szkoły w korku, którego nie powinno być. A po wspomnianej zmianie kierunku na Ciepłej jest to jedyna droga na Poleską. Co prawda na około, ale konia z rzędem temu, komu w tym samym czasie uda się skręcić z Jagienki w lewo w Poleską (a to jest potencjalnie najkrótsza trasa). Mimo zamontowanych tam kilka miesięcy temu świateł.

W zasadzie na omawianym przeze mnie odcinku Fabrycznej ruch też powinien być jednokierunkowy. Od stracony ulicy Jagienki. I to jest tzw. rozwiązanie optymalne. Ale zdaję sobie, że mało realne. Minimalnym byłby zakaz parkowania w godzinach 7.30.-8. 30. przy parkanie szpitalnym, naprzeciwko budynku szkoły. Wtedy ci skręcający do szpitala (a nie są to kolumny transportu sanitarnego, bo dla tych wjazd na izbę przyjęć jest z innej strony) staliby i zgodnie z prawem o ruchu drogowym czekali, aż przejadą  (po pasie wolnym od zaparkowanych aut) samochody jadące od Jagienki w stronę Ogrodowej. Pomarzyć warto,  stojąc o poranku w absurdalnym korku.

Gdyby ktoś zapytał: no dobrze, ale gdzieś jest policja, to już odpowiadam: tuż obok. Wszak te sceny dzieją się na tyłach komendy wojewódzkiej. Tylko na tyłach.

Klucz do eurobiura

Nie będzie biura europarlamentu w Białymstoku. Przegraliśmy w przedbiegach. Do dalszej rozgrywki staną Gdańsk, Wrocław i Kraków. Na nic się zdało poparcie szefa europarlamentu Jerzego Buzka, który podczas zjazdu w Solidarności w Białymstoku poparł taką inicjatywę. Tyle, że tak samo popierał Wrocław (wystarczy przeczytać bloga dolnośląskiej eurodeputowanej Lidii Geringer de Oedenberg), a i pewnie inne miasta też . Ale nie miejmy żalu do Buzka, w końcu to nie jego wina, że Podlasie nie ma żadnych reprezentantów w Brukseli. 

Wielokrotnie w tym dwudziestoleciu bywało tak, że najlepiej lobbowanie czy promowanie wychodzi nam wtedy, gdy jest pozbawione całej biurokratycznej machiny. I gdy robią to ludzie, których nazwiska coś znaczą, albo ci, których pomysły nie są zakażone jeszcze urzędnicza mitręgą. I tak się składa, że w Brukseli najwięcej dla regionów znaczą europosłowie. To oni są w stanie wydeptać dla swoich regionów nawet najmniej dostępne ścieżki i otworzyć dla nich nawet te najbardziej oporne drzwi, także te ksperckie. Problem polega na tym, że Podlasie takowych eurodeputowanych nie ma.

Ma za to mizerną klase polityczną, która osierocona po Cimoszewiczu nie jest w stanie znaleźć kogokolwiek, kto nie byłby outsiderem ( to o lewicy). Albo zgadza się w pokorze , by z pierwszego miejsca startował spadochroniarz,  o którym z góry było wiadomo, że Podlasie potraktuje, tak jak potraktował (to o PiS). I w końcu ma tak słaby garnitur, które daje się ograć równie słabemu garniturowi z Olsztyna (to o Platformie).

Przy aferze z logo napisałem, że białostoczanie nie potrzebują żadnych znaczków i symboli, bo sami są najlepszymi promotorami i reprezentami miasta. To samo porównanie można odnieść też do Podlasia i Podlasian. Tyle, że ani europoseł Lisek, ani europoseł  Kurski nie są stąd ( zresztą poseł Kurski i tak się pewnie cieszy, bo jego Gdańsk i tak poszedł).

Przeto nie ma co zwalać winy za porażkę w staraniach o biuro europarlamentu na brak lotniska. Kluczem do zwycięstwa w staraniach o biuro były czerwcowe wybory do europarlamentu.To jest o tyle ważne, że w tym roku europejskie instytucje zaczną na poważnie planować perspektywę budżetową Unii na kolejne lata. Od tego, jaką przy tym przyjmą ogólną zasadę (wspieranie innowacyjności lub wyrównywanie poziomu rozwoju) zależy ilość pieniędzy, jaka trafi do najbiedniejszej części Polski. I tutaj ten lobbing by się przydał. Problem polega na tym, że  – jeszcze raz to powtórzę – Podlasie takowego nie ma.

59

Tyle lat skończyłby dziś Ryszard Skibiński. Nasłuchiwałem białostockiego eteru z nadzieją, że usłyszę w nim choćby jeden kawałek Kasy Chorych. Wszak bez niej, a Skiba ją założył,  nie byłoby w Białymstoku bluesa.
Stacji radiowych mamy bodajże pięć. Jeszcze jest parę godzin, by wspomnieć o muzyku urodzonym w Torunie, który na zawsze spoczywa w Białymstoku. Skazanym na bluesa.

YouTube Preview Image

Czas prokuratury, czas sędziego

Nie mamy na to wpływu – mówi Adam Kozub, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. Bo choć od śmierci 31-letniej aplikantki radcowskiej minęły prawie trzy tygodnie, śledczy nadal nie informują, dlaczego zmarła. Do prokuratury nie dotarła, bowiem jeszcze opinia biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej. Nie wiadomo też, czy lekarze wydadzą ją do końca tygodnia.

Tyle, że czas działa w tym wypadku na niekorzyść prokuratury. Każde kolejne noce, dni, godziny,  rodzą spekulacje, domysły, powstają coraz to nowe konfabulacje.  Tej aury tajemniczości i podejrzliwości nie da się już cofnąć. Nawet wtedy, gdy będzie już ta opinia. Od razu pewnie pojawią się głosy, które będą ją podważać. Tym bardziej, że rzecznik prokuratury okręgowej już teraz zapowiada, że „zakres udzielonej mediom informacji po wpłynięciu opinii będzie uzgodniony z prokuratorem prowadzącym śledztwo”. Taka deklaracja od razu daje mocne argumenty wyznawcom spiskowych teorii dziejów.

Ale dla mnie w tej sprawie najważniejsze jest to, co napisałem dwa tygodnie temu: czy białostocka Temida zważywszy na okoliczności poprosi o wyłączenie ze sprawy, czyli de facto przeniesienie do innego sądu. Czy też stać ją rozgryźć ten twardy do zgryzienia orzech?
Czy białostocki sędzia, który podjąłby się tej sprawy wydając wyrok na podstawie prawa i w granicach prawa nie byłby zaiste pierwszym sprawiedliwym? Nawet za cenę ostracyzmu własnego środowiska?

I jeśli są to rozważania czysto teoretyczne, to o dziwo maja przełożenie  praktyczne. Bo  jest to sprawa dla tego, którego za wydane wyroki w zeszłym roku, umieściłem na blogiu pod koniec grudnia  w alei zasłużonych 2009.

Dayman po polsku i białostocku

W kraju Zbigniew Chlebowski. Przesłuchania przed komisją śledczą pokazały jak bardzo nie kuma na czym polega jego casusu w tej aferze. I nie mam na myśli spraw z pogranicza prawa. To jest zadanie dla śledczych. Tych z komisji, jak i zawodowych. Bo tak stanowi prawo. Chodzi mi o symboliczny wymiar jego funkcjonowania w polityce.

W Białymstoku wczoraj takim Daymanem był radny PO Maciej Biernacki, który głosował nie tylko inaczej niż jego klub, ale całkiem odmiennie niż cała rada. Radni wzięli w nim Instal w obronę i chcieli, by miasto zgodziło się na bloki w okolicach Składowej.
Tylko jeden radny się wyłamał. – Ta sprawa byłaby świetnym interesem dla Instalu, ale być może tylko dla niego – zauważył Maciej Biernacki. – Zostawiłbym ten plan w dotychczasowym kształcie ze względu na innych przedsiębiorców, którzy nie mogliby prowadzić tu działalności.

Bez względu na to, czy jesteśmy za planami Instalu czy przeciwko, (czy zgadzamy się lub nie aby deweloperka wchodziła w dzielnice zarezerwowane teraz dla przemysłu czy zabudowy jednorodzinnej),  jedno radnemu Biernackiemu przyznać trzeba: pokazał, że nie każdy radny z marionetką partyjną jest. I swój rozum i język ma. Szkoda tylko, że tak rzadko.

Studniówka inaczej

Białystok z czasem może dorobić się nowej, świeckiej tradycji. Po raz kolejny maturzyści razem z władzami miasta odtańczyli poloneza na Rynku Kościuszki. Jeśli wytrwają w tym postanowieniu następne pokolenia i ugruntują owo styczniowe tańczenie (mimo siarczystego mrozu), to może ono wrosnąć w krajobraz centrum miasta. Tak samo jak czerwcowy Jarmark na Jana.

Tym bardziej, że sama studniówka jakby utraciła swoją mityczną aureolę. Coraz mniej przypomina święto z prawdziwego zdarzenia, coraz bardziej zamienia w kolejny dancing lub party w ciągu roku. Gdzie wszystko jest na pokaz. A na potrzeby tej prezentacji pracuje potężna branża, której powiedzenie „nie” wymaga nie lada odwagi. Tak samo jak powiedzenie „nie” współczesnej celebrze studniówkowej i towarzyszącej jej poprawności i konwenansom.

Jak ironicznie zauważył z jeden z internatów, „najlepsze jest to, że studniówki  zrobiła się tak ważna impreza, że maturzyści bardziej się przygotowują do niej niż do samej matury”. Nic dziwnego, skoro już dawno temu egzamin dojrzałości się spauperyzował.

To schodzenie studniówek na manowce zaczęło się z chwilą, gdy opuściła ona mury szkoły. Oczywiście dawniej nie było tak rozbudowanej bazy kulinarno-rozrywkowej niż obecnie. I dlatego siłą rzeczy szkoły były jedynym miejscem na organizowanie takiej zabawy. Dziś sale bankietowe są na rogu niemal każdej większej ulicy. Jednak to byłoby zbyt proste wytłumaczenie.

Wszak  istota studniówki polega na tym, że jest to ostatnia zabawa w szkole przed maturą. W szkole. Zaiste szczęśliwi ci, którym dane było zatańczyć poloneza na sali gimnastycznej. O wiele bardziej, niż ci, którzy lansują w knajpach, hotelach, zajazdach. Do nich można pójść za tydzień, dwa, miesiąc, w każdej chwili. I po maturze.

Do szkoły już nie. Chyba, że na balu absolwentów. Ale i te organizują dzisiaj poza murami budy.

Poseł Sekuła na prezydenta

Lepszego strażnik prawa i państwa, a i konstytucji, której nie trzeba byłoby zmieniać, ze świecą szukać. Naprawdę poseł Sekuła daje gwarancje, że najwyższy  urząd w państwie będzie reprezentowany, i to aż do bólu, na podstawie i w granicach prawa.

Dla Platformy ta kandydatura byłaby jak swoisty katharsis. Przewodnicząc sejmowej komisji śledczej zupełnie w cień zepchnął premiera Tuska. To poseł Sekuła jest teraz numerem jeden Platformy. Aż żal taki kapitał z marnować.
A i dla opozycji stanowiłaby swoiste wybawienie. Do gry wróciłby kandydat jej głównego trzonu. A także senator zaszyty w puszczy. Czyż nie powtarzał wielokrotnie, że wystartuje jeśli realne szanse na reelekcję będzie miał obecny prezydent?. A przy ewentualnej kandydaturze posła Sekuły takowe będzie miał.

Tyle ironii, a teraz dwa zdania na poważnie. No właśnie, trudno patrząc na to, co się dzieje na komisji hazardowej, nawet te dwa zdania skleić.

Białe płuca Białegostoku

Dwa kominy elektrociepłowni Białystok, które od ponad miesiąca ani na chwilę nie przestały buchać dymem. W zależności od kierunku wiatru tworzą się nad tą częścią miasta niesamowite spektakle, niczym po kataklizmie (naturalnym bądź wywołanym przez człowieka). Zwłaszcza wczesnym rankiem i tuż przed zapadnięciem zmroku. Swojego kolorytu, jeśli można tak napisać, dorzuca też niska temperatura i ścielącą się na horyzoncie szadź.  W tym klimatach Węglowa jawi się jako kraina wiecznej siarczystości. Czasami po torach przejedzie towarowy, to znowu rankiem wzdłuż nich, jak każdego dnia,  biegnie starszy mężczyzna. Schorowany, bo sylwetka już nie do biegu, ale wytrwały. Często w podkoszulku, nawet przy kiepskiej pogodzie. Dziś w kurtce.  

DSC_6652a-300x210
Dopóki jednak te kominy wyrzucają  z siebie kłęby dymu, dopóty miasto żyje. Ale nie ma nic za darmo. Wielu z nas zapewne za kilka miesięcy odczuje to przeraźliwie. Dzisiejsze dymy życia będą dymami, które puszczą nas z torbami. To wtedy dopiero zima wystawi nam, mieszkającym w blokach rachunek.

To ponoć najzimniejszy miesiąc od lat. Ciągły mróz utrzymuje się od ponad 30 dni  ( z małą przerwą na grudniowe święta). A jeśli to nie jest wybryk, a pierwszy zwiastun czegoś, być może jeszcze odległego, ale nieuchronnego. I jakże przeciwstawnego do tego, czym straszyli na klimatolodzy. Bo też przyroda sobie sama, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. I od milionów lat sama na świecie wyrównuje rachunki.

Najlepiej widać to w hollywoodzkich filmach katastroficznych. Z tym, że w wizji kataklizmów spowodowanych anomaliami geologiczno-astronomiczno-fizycznymi zawsze scenarzyści znajdowali miejsce na w miarę jakiś tam happy end. W rzeczywistości takiego szczęśliwego końca nawet garstka może nie doświadczyć. Przeto pierwsze, co robię po przebudzeniu to spoglądam przez okno na te dwa kominy. Buchają.

Oszukać przeznaczenie. Na podlaskiej ośemce

I znowu tragedia na podlaskim odcinku krajowej ósemki. Tir zmiażdżył osobową toyotę. Zginęły jadące nią trzy osoby, czwarta w stanie ciężkim trafiła do szpitala.
Zginęli Bogu ducha winni ludzie. Nie było przecież ich winą, że znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Te dwa wymiary. czas i miejsce, jak widmo krążą po podlaskim odcinku ósemki. Bo równie dobrze podobna tragedia może się wydarzyć za chwilę,  pod Korycinem czy Suwałkami. Dotknąć każdego z nas.

I zapewne to widmo śmierci będzie podróżować po ósemce dopóty nie zostanie ona przebudowana (oby jak najwięcej kierowców i pasażerów podróżujących ósemką tego doczekało). Dwa pasy w jednym kierunku, bezkolizyjne skrzyżowania. Niby powinno być lepiej. Ale patrząc dzisiaj na kulturę jazdy kierowców poruszających się tym samym pasem, mam wątpliwości. Styl jazdy przypomina wolną amerykankę. A gdy swoje w strugach ulewnego deszczu dokładają jeszcze kierowcy wielkotonowców, to na szosie warszawskiej  wieje gangsterstwem.

Drogę można w końcu zbudować, na zmianę kulturę jazdy na wschód od Bugu i lat świetlnych pewnie nie starczy.

Ósemka usłana jest krzyżami. Ciągną się od Budziska aż po Ostrów Mazowiecką. Mijając je warto,  jadąc maluchem czy też wielkotonowcem, zachować pokorę. Może wtedy uda nam się oszukać przeznaczenie.

CBA depcze po piętach policji

Jego nowy szef ściągnął do kierowanej przez siebie firmy już 20 policjantów, także z Podlasia. Prawdę powiedziawszy to nie miał wyjścia, chcąc odpolitycznić odziedziczoną po swoim poprzedniku służbę. Tak była ona odbierana przez opinię publiczną (słusznie czy nie słusznie – to nie ma znaczenia; to tak jak w sporach politycznych: nieważne, kto ma rację, wygrywa ten, kto przekonana większość do swoich racji). No bo gdzie CBA miało szukać nowego narybku, jak nie wyłuskując go z policji? Bo chyba nie w straży miejskiej czy firmach ochroniarskich?

Zdaniem Krzysztofa Wierzbickiego, szef policyjnych związków na Podlasiu, transfer  policjantów do CBA może  być spowodowane wyższymi, nawet o dwa tysiące złotych, zarobkami.  
Częściowo potwierdza to Jacek Dobrzyńki, rzecznik CBA, a wcześniej rzecznik podlaskiej policji: – Zarobki są większe. Aczkolwiek podstawową rzeczą jest tutaj charyzma nowego szefa. Bo najważniejsza jest atmosfera  pracy. Przecież wszyscy wiedzą, że pieniądze to nie wszystko
.

I tym samym rzecznik CBA mimochodem strzelił logicznego samobója podlaskiej policji. Czyżby bowiem  od wiosny ubiegłego roku  nie było w niej takiej atmosfery? Czyżby nowy jej komendant nie miał na tyle wystarczającej charyzmy, by – jeśli pieniądze to naprawdę nie wszystko – podwładni, i to hierarchicznie najbliżsi, porzucili myśl o zmianie pracy? 

Ale to nie koniec logicznych łamigłówek. Policja rozważa zawarcie ze specsłużbami  porozumienia, na mocy którego dostawałaby zwrot kosztów wyszkolenia odchodzących z pracy funkcjonariuszy. Zupełnie niepotrzebnie.

 Nic bowiem ona nie traci dopóki odchodzą z niej  osoby, tak bardzo przywiązane do biurka w komendzie. Inaczej byłoby, gdyby specsłużby wyłuskiwały funkcjonariuszy na co dzień patrolujących ulice. Wówczas za ten uszczerbek na bezpieczeństwie mieszkańców powinny słono zapłacić.

Awaria na Wąskiej. Live

14.05. – Po awarii nie ma śladu, bo śnieg przykrył miejsce wykopu. Jedynie z kranu nadal leci żółta woda. Ale to cena jaką trzeba płacić w takich wypadkach.  A załatana stara rura ma szansę przeleżeć w ziemi drugie pół wieku.

12. 40 - Robotnicy, którzy przed chwilą w geście radości wznieśli ręce do góry, rozpoczęli zasypywanie dziury. Bo tak wygląda prawdziwa robota. To zdanie na kanwie amoku, który trwa po rezygnacji Tuska.  

12. 37 – Udało się. Wyciek opanowany, a z kranów znów trysknęła woda.

 YouTube Preview Image

 12.10 - Według mieszkańca posesji, którą wyciekają woda zalewała od rana, pęknięta rura miał ponad pół wieku. Zasialał nie tylko pobliskie domki jednorodzinne, ale nowy kompleks mieszkaniowy.

SUNP0030

 

11.45 – Po trzech godzinach  robotnicy dokopali się do wyciekąjcej wody.

Ponoć komisja hazardowa na czas oświadczenia Tuska przerwała przesłuchania. Całe szczęście, że robotnicy nie przerwali kopania. I to jest różnica pracą a posłowaniem.

SUNP0026

11.15. – Tusk nie będzie kandydował w wyborach prezydenta. Szkoda, że nie zapowiedział tego dwa lata temu. Współoszczędziłby nam tego wszystkiego, czego byliśmy świadkami w sferze werbalnej. Ale co tam polityka: wody jak nie było, tak nadal nie ma.  

11.00 -  Klienci pobliskiego sklepu opuszczają go z baniakami wody mineralnej w dłoni 

10.40 – Robotnicy wykopali dziurę na co najmniej dwa metry. Nadal jednak nie mogą zlokalizować miejsca awarii.  

10.10 – Koparka nadal ryje, ale obok niej stoją już robotnicy z łopatami. Pogoda nie sprzyja usuwaniu awarii. Padający śnieg znacznie ogranicza widoczność.

Przed godziną 9. robotnicy przystąpili do usuwania awarii na ulicy Wąskiej. Wody na pewno nie mają mieszkańcy bloku po jej nieparzystej stronie.  I zanosi się na dłuższą suszę w kranach. Po godzinie  koparka nadal ryje, a ekipa czeka w furgonetce gotowa wkroczyć w każdej chwili do akcji.

To kolejna awaria w mieście w ciągu ostatnich godzin.

Cimoszewicz za Tuska

Nie chcę uczestniczyć w wyścigu, w którym wygraną jest pałac i zaszczyt, ja chcę uczestniczyć w batalii, której celem jest cywilizacyjny postęp – mówił ogłaszając swoją decyzje o niekandydowaniu Donald Tusk. Premier wyjaśnił, że Polska potrzebuje silnej władzy wykonawczej do przeprowadzania dalszym reform. 

Zbyt długo obserwuję nie tylko polską scenę polityczną, by uwierzyć w słowa premiera. Co bowiem stało na przeszkodzie, by powiedział je zaraz po wyborach w 2007 roku. Pisałem o tym 2 listopada 2007 roku w artykule „Na wschodzie bez zmian”. Przytoczę z niego przedostatni akapit:” Wybory z 21 października były wyjątkowe. Pierwsze takie od 1993 roku (wtedy do urn poszło o zaledwie półtora procent mniej niż teraz, po dwóch latach może jeszcze większego cyrku niż ten ostatni, z symbolicznym głosowaniem na spadkobierców PRL). Być może też już nigdy takie się nie powtórzą. Zrodziła się szansa, której dostrzeżenie i wykorzystanie namaszcza Donalda Tuska na prawdziwego lidera. By jednak nie zmarnować tego kapitału początkowego, powinien zapomnieć o prezydenturze, tej najbliższej. Tylko czy tak postępuje lider? Być może nie, ale mąż stanu – tak.”

Swoją dzisiejszą argumentację premier mógł równie dobrze wtedy wypowiedzieć. Zostałby mężem stanu. Zamiast tego zafundował nam do spółki ze swoim potencjalnym rywalem dwa lata żenującego spektaklu, którego najbardziej dobitnym symbolem była walka o samolot i miejsca przy stole.
Dlatego dzisiejsze argumenty premiera zupełnie mnie nie przekonują. Tym bardziej, że w ciągu tych dwóch lat miał kolejne szanse, by stać się mężem stanu (afera Misiaka, sprawa głosowania za mniejszymi dotacjami dla partii).

A tak zostanie zapamiętany jako lider, i to li tylko partyjny. Na dodatek na tyle słaby, że nawet nie potrafił zdymisjonować swoich ministrów (afera hazardowa – oni sami złożyli rezygnację dla dobra partii). I co gorsza, jakby nie patrzeć mimochodem nakreślił swojemu partyjnemu następcy w walce o fotel prezydencki rolę figuranta. Bo też i taka będzie jego legitymizacja.

Rezygnacja Tuska zwiększa szanse powrotu do wyścigu prezydenckiego Włodzimierza Cimoszewicza. Czyż nie podkreślał on wielokrotnie, że tak się stanie, jeśli zwiększą się szanse na zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego. A krok Tuska taką perspektywę rysuje. I być może to ostatnia szansa dla szefa Platformy, by udowdnić, że jednak na miano męża stanu zasługuje. A takim zostałby, gdyby poparł Cimoszewicza. Wbrew partyjnemu aktywowi, ale po linii państwowej.  Wówczas jego dzisiejsze argumenty (przytoczone na początku tego wpisu) nabrałyby innego wymiaru.

Wygłodniałe zabijają. Zima w świecie ptaków

Nie tylko ludziom zima daje się we znaki. Równie, a może i jeszcze bardziej dramatycznie, jest w innym świecie. Tuż obok nas. W świecie ptaków.  To polowanie na osiedlu Piasta utrwalił jeden z Internautów.

Samica krogulca na polowaniu

Na odżywiające się gołębie zapolowała samica krogulca. I to skutecznie, była bardzo zdeterminowana - głodna, bo nie reagowała na przechodzących obok ludzi. Konsumpcja gołębia trwała około dwóch godzin, to świadczy też o wygłodzeniu drapieżnika

Inna scena rozegrała sie nad Białą. Tam fotograf robił zdjęcie przymarzniętego do rury ciepłowniczej zimorodka (tu jest link trzeba tylko kliknąć grupę dyskusyjna mróz).

Zima w świecie ptaków ma także inne oblicze. Urzędnicy z Gdyni postanowili wspomóc ptaki wodne zimujące na brzegach Zatoki Gdańskiej – ruszyła właśnie akcja, w ramach której pokarm dla zmarzniętej skrzydlatej braci wykładają gdyńscy strażnicy miejscy.

A w Białymstoku? Przecież my też mamy eko-patrol w straży miejskiej. Nie musi się wcale ograniczać do szukania wysypisk śmieci. Zwłaszcza, że choćby kaczek na Białą czy Dolistówką u nas dostatek. To powinno być jakoś “odgórnie” rozwiązane, np. przy temperaturze powyżej 12 stopni, lub jakoś tak, miasto wysyła patrole z karmą do miejsc, gdzie ptaki były i są nadal, na pewno. W nocy mamy przecież -20 i -24 stopnie!

Zapytani nad Białą przez autora zdjęcia krogulca strażnicy: dlaczego tego nie robią, powiedzieli, że gdyby mieli takie polecenie to z chęcią by je wykonali .  

Oczywiście, można czekać aż mieszkańcy sami będa dokarmiać ptaki. I zapewne to zrobią. Ale chyba nie tylko przez ich pryzmat mamy postrzegać Białystok jako zielone miasto. Tym bardziej, że Białystok być może będzie się ubiegać sie o miano Zielonej Stolicy Europy w 2012 lub 2013 roku. Patrząc na zimowy los ptaków, lepiej niech sobie to daruje.

Zabawa miejska

Białostoczanie zawsze potrafili się bawić. A  zwłaszcza elity. I to na balach. Do legendy przeszły te z lat międzywojennych w hotelu Ritz i w Pałacu Branickich.

Przeto nie dziwmy się, że ich „spadkobiercy” też nie stronią od zabaw. 
- Siła tych spotkań bierze się z idei wspólnej pracy na rzecz naszego ukochanego miasta – tłumaczył prezydent w Auli Magna Pałacu Branickich. A że takie spotkania noworoczne przeszły już do tradycji, chętnych na lampkę szampana i darmowy poczęstunek nie zabrakło. I przyznał, ze niewiele by zdziałał bez poparcia rady miejskiej. Najpierw przypominał o rozlicznych inwestycjach, a później podziękował za sprawne uchwalanie proinwestycyjnych budżetów.
- Wydaje mi się, że moje decyzje uważają państwo generalnie za słuszne – zakończył Tadeusz Truskolaski i dodał, że liczy na dalsze wsparcie mieszkańców.

W tym miejscu przypomnę parę wierszy, które napisałem w listopadzie ubiegłego roku na podsumowując kolejną rocznicę wygrania wyborów prezydenckich przez Tadeusza Truskolaskiego: to podsumuję ją pytaniem z pozoru retorycznym: Czy Białystok się zmienia?
Ktoś może powiedzieć: “Przecież gołym okiem widać, że Białystok się zmienia”. Gdyby spojrzeć na to, przez pryzmat asfaltu, betonu, galerii, dróg i tak dalej, to i owszem. Nie bez powodu w mieście, jest takie przekonanie, że coś się w końcu ruszyło, dzieje.  
Tyle, że jest to obowiązek kardynalny każdej władzy. Nie skorzystanie z funduszy unijnych byłoby nie do wybaczenia. Pewnie zaraz pojawią się głosy, że za Tura i tego by nie byłoby. Być może, ale  prezydent Truskolaski tyle razy prosiłby nie porównywać go do swojego poprzednika. Więc epokę jego poprzednika zostawmy na boku. 
Jeśli bez odniesień historycznych i kardynalnych, to jak odpowiedzieć na pytanie „Czy Białystok się zmienia”. Otóż dla mnie taką miarą jest brak podstaw do zadania powyższego pytania. Nie, dlatego, że szczelność systemu władzy powoduje, że nic niepożądanego nie może się z niego wydostać. Ale dlatego, że ów system wraz ze swoimi pochodnymi jest tak krystaliczny, że widać jak na dłoni wszystko to, co się w nim dzieje.
Bo jeśli Białystok się zmienia, to chciałbym wiedzieć, dokąd zmierza. Co jest jego lepiszczem, gdzie tkwi i czy w ogóle jest, swoisty reaktor (bez społecznego przymiotnika), który będzie zasilał w energię (życie)   to miasto? A jeśli nie ma, to czy grozi nam upadek?
Odpowiedzi na te pytania chciałbym usłyszeć w czasie nadchodzącego roku wyborczego. Ten, kto do nich mnie przekona będzie nowym prezydentem Białegostoku. Przynajmniej dla mnie.

Patrząc na zdjęcia z wczorajszego spotkania noworocznego przypomina mi się refren (wystarczy w nim w odpowiednie miejsce wstawić słowo: miasto) z jednej z piosenek Jacka Kaczmarskiego:
„Bawcie się, pijcie dzieci,
Jak się bawić i pić potraficie.
 Są ludy, co dojrzały do śmierci,
z rąk ludów nie dojrzałych do życia”

PS. Stwierdzenie prezydenta:- “Wydaje mi się, że moje decyzje uważają państwo generalnie za słuszne” zakończone kolejnym,  że” liczy na dalsze wsparcie mieszkańców”, brzmi jak deklaracja wyborcza. Nieśmiała, ale jednak. Może jednak nasz prezydent, za przykładem premiera Tuska, pokusiłby 0 jasną deklarację: czy wystartuje w wyborach (jeśli tak, to je wygra z trzech powodów)? Utnie to już na samym początku kampanii szereg niepotrzebnych domysłów i spekulacji. I zmusi potencjalnych przeciwników lub spadkobierców  do wytężonej pracy.

Ich dwoje wzeszło szybciej niż Białystok

Pamiętacie te twarze? One miały przekonać białostoczan w październiku 2008 roku, by pokochali swoje miasto .  Potem wybuchła afera z logo a resztę to mamy jeszcze świeżo w pamięci. Dlaczego przypominam teraz zdjęcie? Bo dwie osoby na nim występujące wzeszły szybciej niż Białystok. Najpierw  Sławomir  Mojsiuszko (na zdjęciu trzeci z lewej albo czwarty z prawej)  został pełnomocnikiem prezydenta do spraw konkursu na Europejską Stolicę Kultury 2016, a teraz Jolanta Szczygieł-Rogowska (na zdjęciu druga z prawej lub piąta z lewej) zostanie powołana przez prezydenta – jak podaje Radio Białystok  – na stanowisko dyrektora Galerii im. Sleńdzińskich w Białymstoku. Bez konkursu.

Przypadkowa przypadkowość czy oczywista oczywistość, że oboje wzeszli szybciej niż Białystok?

Nie Natura, a chęć szczera, zrobi milionera

Ponoć leżymy na złożach gazu. I to gigantycznych. Tyle, że trudno dostępnych.
Chodzi o złoża, w których gaz ziemny „uwięziony” jest w skałach ilastych, tzw. „shale gas”, albo w trudno dostępnych porach skalnych, tzw. „tight gas”. Gaz z takich złóż trudno wydobyć. Taką technologią dysponują dziś jedynie Amerykanie.
Jak poinformował  na konferencji poświęconej niekonwencjonalnym złożom gazu ziemnego Główny Geolog Kraju, wiceminister środowiska Henryk Jacek Jezierski, złoża niekonwencjonalne na świecie mogą być nawet dziesięciokrotnie większe niż udokumentowane złoża konwencjonalne. Poszukiwanie ich nazwał „gorączką złota XXI w.” Skoro u nas mogą być, to nic dziwnego, że nas penetrują. Pytanie : kto na tym zarobi?
Taka sama euforia zapanowała trzydzieści lat temu, gdy pod Karlinem trysnęła ropa. Nawet satyrycy ułożyli szlagier, jakby mimochodem wieszcząc, jak to urojenie się zakończy: „…więc mamy polską ropę pod Karlinem, więc znacie Państwo tego tanga już przyczynę”. 
Na razie nafciarze penetrują zachodnie połacie naszego kraju (inni w poszukiwaniu ropy drążą mocno Podkarpacie). A północny-wschód? My przecież mamy Naturę 2000.

Co jednak byłoby, gdy nafciarze znaleźli te złoża gdzieś w okolicach Rospudy czy w otulinie Puszczy Białowieskiej? Złoża zapewniające nam bogactwo, niezależność energetyczną, dobrobyt, fortuny.  Czy tej perspektywie bylibyśmy skłonni powiedzieć „nie” tylko z jednego powodu: Natura 2000?. Mam wątpliwości. Wtedy nikt by sobie nią głowy nie zawracał. W końcu nie Natura, a chęć szczera, zrobi milionera.

Ziemia obiecana, ziemia utracona

Spoglądając na zaśnieżony, i to bardzo,  teren po stadionie przy ulicy Jurowieckiej widać jak na dłoni, co straciło miasto pozbywając się tego kawałka ziemi. I aż się prosi by nie został zabudowany. Przestrzeń naturalnie stworzona do rozrywki i odpoczynku na świeżym powietrzu.

A jakby tak jeszcze powiększona o plac Inwalidów, albo i jeszcze dalej, po drugiej stronie Sienkiewicza. Ciągnąca się aż do Pałacowej i przechodząca w Planty. Taki właśnie nowy park. Zostawiony dla potomności, tak jak zostawiono właśnie nam Planty.

 Pisałem o tym już kilka lat temu. Taka wizja wykorzystania tego terenu przez miasto odpowiadała mi najbardziej. Bo też ziemia ta była dla Białegostoku bezcenna. Ale stało się jak się stało

Rosja uznała swoje winy, choć nigdy tego nie powie

I tak należy rozumieć zaproszenie, które Władimir Putin wystosował do premiera Donalda Tuska na odchody 70. rocznicy zbrodni w Katyniu, która był ludobójstwem.

W prawie międzynarodowym istnieje pojęcie uznania. W gruncie rzeczy bardziej jest to kategoria polityczna niż jurysdyczna. Są różne formy owego uznania. Między innymi milczące. Następuje ono nie w sposób jawny, na mocy deklaracji podmiotu uznającego, ale na podstawie zaistnienia pewnych faktów, z których domyślamy się, że jakieś państwo czy rząd uznał inny podmiot za pełnoprawnego członka społeczności międzynarodowej. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy państwo uznające z pewnych względów prestiżowych lub historycznych nie może sobie pozwolić na taką jawną deklarację. I tak jest ze współczesną Rosją. Nie doczekamy się nigdy z ust jej przedstawicieli tego, na co tak bardzo liczymy, ale na podstawie zdarzeń możemy de facto uznać, że w zasadzie to się już dokonało.

Po pierwsze: jeszcze zjazd deputowanych ludowych ZSRR w końcówce jego żywota potępił pakt Ribbentrop – Mołotow. Po drugie: 13 kwietnia 1990 roku ukazał się komunikat agencji TASS, potwierdzający odpowiedzialność NKWD za mord w Katyniu i określający go mianem jednej z największych zbrodni stalinizmu. A czyż istotą zbrodni stalinowskich nie było ludobójstwo? Po drugie: przyznanie się przywódców politycznych Związku Radzieckiego 13 kwietnia 1990 roku i później słowa prezydenta Rosji Borysa Jelcyna wypowiedziane podczas jego wizyty w Warszawie w 1993 roku są wystarczającym, nieodwołalnym i jednoznacznym przyznaniem się Rosji do odpowiedzialności za Katyń.
Po trzecie: symboliczny gest Putina w 2002 roku  pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, przy którym oddał hołd jego bohaterom. Czyż nie jest to najbardziej wymowne przyznanie się do tego, że stanie bezczynne Sowietów na drugim brzegu Wisły było równie wielką zbrodnią, jak bezczynność Holendrów w Srebrenicy w 1995 roku, gdy Serbowie mordowali muzułmanów?
Po czwarte: wizyta Putina na Westerplatte. Akt ostateczny, dopełnienie całego procesu, bo choć niewypowiedziane, to jakże wymowne – obecnością w tym dniu i w tym miejscu – przyznanie się do agresji na Polskę.
Po piąte: zaproszenie wystosowane przez Putina do Tuska.
To oznacza, że Rosja poczuwa się do winy jako kontynuatorka Związku Radzieckiego. Bo ten – jak twierdzi politolog Zbigniew Cesarz – w istocie nigdy nie upadł, on przekształcił się w Rosję. W sensie geopolitycznym oczywistym jest, że takiego bytu jak Związek Sowiecki nie ma od 18 lat. Ale w sensie prawnym niekoniecznie.

I tu drobna uwaga. Jeszcze w czasach istnienia układu dwubiegunowego w stosunkach międzynarodowych takie pojęcia jak Związek Radziecki, Rosja, Federacja Rosyjska były w potocznym rozumieniu tożsame. Także politycy zachodni częstą używali ich zamiennie. Z tego powodu w znaczeniu semantycznym sukcesja po ZSRR była naturalnie przypisana Rosji czy też, jeśli użyje się bardziej formalnego terminu, Federacji Rosyjskiej. Chociażby w uznanym przez wszystkich wyłącznym prawie Kremla do przejęcia całego potencjału nuklearnego po byłym ZSRR (Białoruś i Ukraina musiały oddać Rosji stacjonujące u nich garnizony nuklearne). Ale też w zgodzie byłych republik radzieckich na przejęcie przez Federację Rosyjską wszystkich placówek dyplomatycznych ZSRR oraz zajęcie przez nią jego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Powyższe przykłady świadczą o sukcesji w wymiarze politycznym. I tylko politycznym. Do prawnej nie ma podstaw, bo Rosja jest kontynuatorką ZSRR. A wszystko dlatego, że – jako jedyna z byłych republik – nie ogłosiła deklaracji niepodległości, a jedynie suwerenności państwowej. Oczywiście możemy dyskutować o tym, jakie motywy w 1991 roku pchnęły Borysa Jelcyna do takiego kroku, ale to nie jest ważne dla naszych rozważań. Istotne jest to, że taka decyzja parlamentu Federacji Rosyjskiej spowodowała, że jest ona kontynuatorką ZSRR. Bo on – jeszcze raz powtórzę – nie upadł w sensie prawnym (w politycznym tak), a przekształcił się w Rosję.

A skoro tak, to pięć faktów-symboli, o których wspomniałem powyżej, jasno określają poprzez ciągłość odpowiedzialność Rosji postsowieckiej, postputinowskiej i kogokolwiek by jeszcze ona nie była, za Katyń i wszelkie inne niegodziwości wyrządzone Polsce. I dlatego możemy mówić i pisać, opierając się na prawie i zwyczaju międzynarodowym, że Rosja uznała swoje winy wobec Polski. Milcząco, ale jednak. Nawet, jeśli Kreml ustami swojej propagandy będzie szedł w zaparte i próbował wciągać nas w awantury werbalno-historyczne. Albo gdy teraz przemilcza zaproszenie Tuska przez Putina.

Wyrok na Krzysztofa B.

Dlaczego Krzysztof B. , a niepełne nazwisko?  Z tych samych powodów, dla  których we wrześniu postawiłem pytanie “Czy policja popełniła błąd w sprawie wydarzeń w Grodzisku?  

Austriacy osądzili potwora z Amstetten w cztery dni. Uznali go winnym wszystkich zarzucanych czynów, wyrok dożywocie w zakładzie psychiatrycznym. Maksymalna kara jaką mógł wyznaczyć sąd austriacki. Ale też w gruncie rzeczy najlepszy jaki mógł spotkać Josefa Fritzla.

Bo co z tego, że będzie do końca dni siedział w zamknięciu (Teoretycznie będzie mógł opuścić zakład psychiatryczny, ale pod dwoma warunkami: jeśli jego terapia w zakładzie psychiatrycznym zostanie zakończona – i stwierdzą to psychiatrzy – trafi do więzienia. Jeśli i władze więzienne stwierdzą, że jest on zresocjalizowany będzie mógł opuścić je po minimalnie 15 latach pobytu. Czyli w wieku 88 lat). To nie wyrówna rachunku krzywd. Ogrom zbrodni dokonanej przez Fritzla jest niewyobrażalna. Tu sprawiedliwości nie stało się zadość.  Bo też nie mogło się stać.

Dzisiaj zakończył się proces  Krzysztofa. B z Grodziska pod Siemiatyczami. Gdy jesienią sprawa ujrzała światło dzienne, od razu media światowe użyły określenia „Polski Fritzl” . Trochę na wyrost, bo w jego przypadku nigdy nie było mowy o zabójstwie. Po roku sąd skazał go na dziesięć  lat więzienia (grozilo mu  15 lat).

Jego proces trwał prawie rok, austriackiego Fritzla cztery dni. Proces błyskawiczny. Z jednej strony niby świadczący o sprawności wymiaru sprawiedliwości, z drugiej jednak pozostawiający wrażenie, że Austriacy jak najszybciej chcieli zakończyć tą sprawę. Mieć już ją za sobą. Zdjąć brzemię winy. I zapomnieć. Ale czy można?
Wyrokiem państwo i społeczeństwo austriackie jeszcze raz pokazało swą bezsilność. Jeszcze raz, bo przez 25 lat nie zrobiło nic, by życie naprawdę stało się wartość nadrzędną.

Proces Krzysztofa B. trwał rok. Takie są bowiem standardy polskiego systemu praworządności. Bo jeśli jakiś świadek nie może się stawić na rozprawę, to trzeba poczekać aż będzie mógł.

Ale czy i w wypadku dzisiejszego wyroku  można mówić o sprawiedliwej karze (i nie tylko dlatego, że jest o pięć lat mniejsza niż maksymalna jaka mu groziła)? I odpuszczeniu grzechów za społeczną bezsilność.

Via na pobocze. Na bis

W grudniu napisałem, że prezydent Białegostoku powinien postawić się okoniem. Tak jak kiedyś prezydent Łomży. Gospodarz stolicy dawnego województwa łomżyńskiego wprowadził zakaz jazdy przez miasto pojazdów o masie całkowitej powyżej 10 ton w godzinach od 22. do 6.  Kolosy powodowały za dużo hałasu.

Podobny zakaz tirów, ale z innego powodu,  powinien wprowadzić Tadeusz Truskolaski. Tylko tych jadących do granicy z Litwą.  W dzień.
Inaczej północna część miasta zakorkuje się na amen. Przynajmniej do czasu zakończenia  przebudowy ulicy gen Maczka.  Już teraz gdy do skrętu na Augustów ustawiają się w kolejce trzy tiry, szlak (drogowy) kierowcę trafia. A kolejka ciągnie się od  Auchan.

Zakaz spowodowałby, że ciężarówki do Budziska jechałyby przez Łomżę albo przy wjeździe do Białegostoku skręcały na Szosę Ełcką i i dalej do Grajewa, a potem  Augustów, Suwałki i Budzisko. Problemem mógłby być ruch tirów  jadących 19, ale pewnie dałoby się to jakość obejść (no. od Bielska przez Zambrów na Łomżę). Zwłaszcza, że póki co jest jest ich niewiele w porównaiu z tymi jądacymi ósemką od Warszawy.

I prawdę powiedziawszy mało mnie obchodzi, że prawdopodobnie rząd się obruszy, może ambasady i jakieś lobby. Interes białostoczan wymaga, by na czas przebudowy Maczka, tiry w biały dzień po niej nie jeździły.

Myślę, że Łomża nie będzie miała nic przeciwko temu. W końcu  to taka namiastka Via Baltiki, którą i tak tamtędy będzie biegła. Z woli rządu. 

I z tej samej woli Ministerstwo Rozwoju Regionalnego skreśliła przebudowę krajowej ósemki na odcinku  – Budzisko na wniosek Ministra Infrastruktury. Pieniądze (prawie dwa miliardy złotych) na drogę ekspresową mieliśmy zapewnione dzięki unijnemu programowi Infrastruktura i Środowisko.
Zabranie pieniędzy na drogę jest konsekwencją poprzedniej decyzji rządu. W październiku ubiegłego roku rada ministrów przyjęła nową sieć dróg krajowych, ekspresowych i autostrad.

Wobec tego prezydent Białegostoku powinien wprowadzić zakaz jazdy tirów przez Białystok. Do spółki z prezydentami, burmistrzami, wójtami innych miast leżących na odcinku Białystok-Budzisku. Lepsze to niż być na wieki zakładnikiem polskiej racji stanu. Coraz bardziej wątpliwej.

I tyle tej powtórki z Via na pobocze.

Robota dla białostockich śledczych

To kolejny przeciek. Jesteśmy świadkami sprawy w sprawie, afery w aferze. Poczekajmy na zakończenie prac komisji śledczej. Mówmy o dokumentach i faktach, a nie przeciekach i insynuacjach – tak szef klubu PO Grzegorz Schetyna publikację “Rzeczpospolitej. Sobotni dziennik ujawnił, że Ryszard Sobiesiak złożył 6 stycznia w warszawskiej prokuraturze okręgowej. Zwróciła ona uwagę, że w kilku miejscach jego wyjaśnienia różnią się od zeznań złożonych przez polityków PO przed komisją hazardową.
Sprawa jest poważna, bo prokuratura chce ustalić, miejsce przecieku. Rzeczniczka praskiej prokuratury Renata Mazur zaprzeczyła, by przeciek mógł mieć związek z tą prokuraturą. Zaznaczyła również, że nie było zgody prokuratora na udostępnienie i publikację tych materiałów.

Jeśli nie byłoby tej zgody, to znaczy, że zostały naruszone zasady praworządności. Ale z drugiej strony, czy dla dobra tej praworządności źle się stało, że doszło do przecieku? Czyż bowiem ta ‘afera w aferze” nie dowodzi, że komisja bez wszystkich dokumentów do niczego nie dojdzie? Nie tylko, dlatego, że traktuje świadków jak istoty z nie z tego świata? I co z tego, że ich przesłuchuje przez 13 godzin. Tym sposobem zamiast wyjaśniając  jeszcze bardziej ją zamulając (także dlatego, że ma marnych śledczych, także z opozycji). A że jest zamulona najlepiej świadczą słowa szefa klubu PO. Powinien  odnieść się (co zresztą zrobił) tylko do tego, czy podtrzymuje to, co mówił przed komisją. i nic więcej, ugryźć się w język. Bez zadnego komentarza, a tymczasom  zastosował klasyczną ucieczkę do przodu mówiąc o aferze w aferze. I taka taktyka nie dziwi. W polityce nie wygrywa ten, kto ma rację, a ten, kto przekonana do swoich racji. PO tak uczyniła, uderzając opozycję rykoszetem. Sondaże są tu bezwzględne.

Ale nie to miało być głównym wątkiem tego wpisu. Prokuratura praska zwróci się do prokuratury apelacyjnej o wyznaczenie jednostki, która sprawdzi, skąd wyciekły zeznania biznesmena. To jam mam propozycję: może by tak śledztwo przenieść do Białegostoku. Nasi śledczy prowadzili wiele zleconych im z warszawy spraw. A teraz mieliby wymarzona okazję, by dobitnie zaprzeczyć temu, co na kanwie wyroku w sprawie „lub czasopisma” napisał na portalu Money.pl Jan Płaskoń „W sprawie Aleksandry Jakubowskiej, która z pewnością będzie się jeszcze długo toczyć w kolejnych instancjach, wygrał na razie wymiar sprawiedliwości, dając jednoznacznie do zrozumienia, że nie jest na usługach polityków ani białostockiej prokuratury, która – tak jakoś się składa – usłużnie szanuje salony władzy”.

I nawet nie potrafiła wykryć Grupy Trzymającej Władzę. A z przeciekiem dałaby radę?

Mandat dożywotni

Byłe głowy państwa z dożywotnim mandatem senatorskim – to według ustaleń „Wprost” i  TVP Info jedno z założeń projektu konstytucji autorstwa Platformy Obywatelskiej.
Pomysł nie jest nowy. Bodajże już przy pisaniu obecnie obowiązującej konstytucji u niektórych ujrzał światło dzienne. Poźniej pojawił się na kanwie awantury o uposażenie byłych prezydentów. Usadowienie w Izbie Wyższej miało z jednej strony ich zinstytucjonalizować, a z drugiej stworzyć pole do dalszej aktywności politycznej. Tak, by działali nie tylko na forum zagranicznym. Teraz pomysł wraca.

Paradoksalnie w Senacie mamy już jednego senatora dożywotniego. Z Podlasia. I to nie z łaski sprawujących władzę, a z woli wyborców. Senatora, który jeśli tylko będzie startował, zawsze będzie miał mandat w kieszeni. I to bez  kompromisów  z partiami politycznymi. Co ciekawe, ta niekonieczność zawierania kompromisu sprawdza się tylko w odniesieniu do Senatu. W przypadku Sejmu czy prezydentury zamienia się w niewybieralność.
Swoja drogą ciekawy byłby to misz-masz: dożywotni senator z łaski i dożywotni senator z woli wyborców. Niby ten sam mandat, ale nie taki sam.

Białystok w drodze do Manaus

Kto widział film Wernera Herzoga „Fitzcarraldo” ten wie, do czego jest zdolny (w tym wypadku tytułowy bohater) maniak ogarnięty ideą bez reszty. Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru.
I choć to film, to opera faktycznie powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli Amazońskiej.

W  podobnej sytuacji jest nasza opera.  Przypomnę to, co napisałem pod koniec roku w Białostockim Informatorze Kulturalnym: powstający gmach opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów.  Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta. Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. Niewypał z utworzeniem studium wokalno- instrumentalnego pokazuje, że nie będzie to droga usłana różami.

Na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych umyka istota sporu, którego jesteśmy świadkami od czerwca ubiegłego roku  (jego konsekwencją jest planowany wyjazd dyrektora do Seulu na kontrakt).
Budowa opery początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Zwłaszcza, jeśli dorzucimy do tego jej utrzymanie (i nie ma co wierzyć zapewnieniom ministra kultury o dokładaniu, bo w obecnej mizernej sytuacji finansów publicznych prędzej należy sie spodziewać zaciskania pasa). Skoro jednak się zaczęło, to trzeba ciągnac ten wózek?. Wszak marzenia, tak jak w Manaus,  mogą być warte opery. I  nie tylko za trzy grosze.

Jeśli jednak opera ma być traktowana  jako dobro wspólne, to warto by obie strony sporu przedstawiły taka argumentację, która przekonałaby zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jaki i tych z Łap i Hajnówki, że powinni łożyć na jej utrzymanie (zamiast tego mamy kolejną eskalację sporu). Także wówczas,  jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my,  w odróżnieniu od szaleńców z Manaus,  kauczuku lub innego złotego runa nie mamy.

Zwinięty w szmatę leży sztandar ciała, szarpie go w strzępy ptaszysko dwugłowe

Sybir. Nie ma innego słowa, które bardziej odcisnęło piętno na losach Polaków w ciągu ostatnich dwustu latach. Na życiu kilku pokoleń.  Albowiem bez względu na to, czy na chorągwi Kremla powiewało dwugłowe ptaszysko czy krasnaja gwiazda z sierpem i młotem, Polacy byli traktowani jako najbardziej godzący w spokój owego  gasudarstwa. Najpełniej oddał to w swoim wierszu  Jerzy Czech:

Zbrodniczy spisek w gimnazjalnej klasie 
Zagraża państwu w jego spokój godzi 
Inspiratorów wkrótce wykryć da się 
Wciąż niepoprawni Polaczkowie młodzi…

Na przesłuchaniu wziął czterysta pałek
Konieczny był tu bezpośredni przymus
Śledztwo da skutek, jeśli jest wytrwałe
Bez końca przecież nie może się trzymać

Zwinięty w szmatę leży sztandar ciała
Szarpie go w strzępy ptaszysko dwugłowe
Krwią przekreślona pleców karta biała
Na niej napis: nie powiem, nie powiem, nie powiem

(a tak śpiewał go Przemysław Gintrowski)

YouTube Preview Image

 

Dla Polaków Sybir przez dziesiątki lat politycznie utożsamiany był z brakiem suwerenności i wolności narodu. W wymiarze ludzkim jako zsyłka, deportacja. Dziś mija rocznica pierwszej masowej wywózki obywateli polskich do ZSRR. 70 lat temu Sowieci wywieźli na Syberię tysiące polskich obywateli. Poźniej były jeszcze trzy takie deportacje.
Powinnością współczesnych jest o tym pamiętać. Z tego samego poczucia obowiązku, jakie każe Żydom przyjeżdżać na Marsz Żywych. Z owego poczucia obowiązku, o które spór toczyli w Wilnie  wiosnę 1940 roku Czesław Miłosz i Henryk Enzelberg. Póki mogli, póki miasto nie zostało jeszcze zajęte przez Sowietów.
Bo też dziś przypada jeszcze jedna rocznica. Zakończenia konferencji w Jałcie (formalnie 11 lutego). Tak o niej śpiewał Jacek Kaczmarski.

Więc delegacje odleciały
Ucichł na Krymie carski gród
Gdy na zachodzie działa grzmiały
Transporty ludzi szły na wschód

Świat wolny święcił potem tryumf
Opustoszały nagle fronty
W kwiatach już prezydenta grób
A tam transporty i transporty

Czerwony świt się z nocy budzi
Z woli wyborców odszedł Churchill
A tam transporty żywych ludzi
A tam obozy długiej śmierci

Nie miejcie więc do Trójcy żalu
Wyrok historii za nią stał
Opracowany w każdym calu
Każdy z nich chronił, co już miał
Mógł mylić się zwiedziony chwilą
Nie był Polakiem ani Bałtem
Tylko ofiary się nie mylą
I tak rozumieć trzeba Jałtę

YouTube Preview Image 

Najdroższy pączek w tłusty czwartek

Jak każda tradycja, także i tłustoczwartkowa, musi stawić czoła współczesności. Bo też sednem dzisiejszego dnia nie jest pytanie: ile, a za “ile”. Albowiem cena staje się powoli barierą, która za jakiś czas może sprawić, że tradycja zaginie.

W moim sklepie osiedlowym dziś rano najdroższy pączek kosztował 2,40 zł. Z adwokatem. Dla kierowcy nie do posmakowania. A nuż, widelec na dmuchaniu wyjdą promile.

Zapewne w innych sklepach niektóre pączki są jeszcze droższe. Oczywiście, są i tańsze. U mnie kosztował 0,95 złotego. Czyż jednak tego dnia nie powinien być to zarazem najdroższy pączek?

Gry hazardowe. Także po białostocku.

Przesłuchanie Ryszarda Sobiesiaka przed komisją. Gdy piszę te słowa trwa przerwa, podczas, której śledczy zastanawiają się czy utajnić przesłuchanie, by cokolwiek  wyciągnąć z przesłuchiwanego dzisiaj świadka. Klincz jest bowiem mocny, w końcu świadek kiedyś w sporcie nie tyle łamał zęby, co nogi „kopał” przeciwnikom. Nie sądzę, by posłom cokolwiek się udało z byłego piłkarza wyciągnąć. Ale życzę im powodzenia.

Hazard wkracza też do Białegostoku. Po latach. Niegdyś kasyno było w jednym z hoteli, ale pamiętają o nim chyba tylko nieliczni. Teraz ma nastąpić drugie podejście. Kasyno chce otworzyć jedna z firm, która przy Lipowej prowadzi salon gier. I o tym na najbliższej sesji (jeszcze w lutym) mają  się debatować białostoccy radni. A już jutro w Obserwatorze swoje rękawice skrzyżowało dwóch z nich radnych. Krzysztof Bil-Jaruzelski i Zbigniew Nikitorowicz. Pierwszy jest za kasynem, drugi przeciw. Dlaczego? Zapraszam do Obserwatora, piątkowego dodatku do „Porannego”.

I na koniec taka quasi hazardowa historia. Kupowałem dzisiaj w sklepie ziemniaki, zupki w proszku i coś tam jeszcze. Zapłaciłem banknotem 10 złotowym. Reszty zostało 3 złote z kawałkiem. Na pączki szkoda, kupiłem jeden zakład na dużego lotka. Akurat trzy złote. I zaraz po wyjściu z maszyny blankietu mówię do ekspedientki, że sumienia nie ma takie liczby dawać. Bo kto widział, żeby cokolwiek trafić skoro pierwsze trzy z nich to: 12,13, 14. ( z Z góry taki los jest zmarnowany (sprzedawczyni zaczęła tak trochę mimochodem się tłumaczyć, że to maszyna, że ona tylko nacisnęła enter). W końcu prawdopodobieństwo by taka kombinacja padła jest….

Kilka godzin później przez przypadek  zerknąłem na wyniki wtorkowego losowania. A w nich jak wół stoi, że padły 12, 13, 14 i jeszcze trzy inne. A ponieważ nikt ich nie trafił,  kumulacja się zwiększyła. Czy jest jednak możliwe, by dzisiaj taki sam układ się powtórzył? Wątpię. Wszak, jak pisała poetka od Nobla, nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Także przed komisją śledczą.

Juha Mieto

Dziś w Vancouver rozpoczynają się kolejne zimowe igrzyska. Polakom białe zmagania sportowców kojarzą się przede wszystkim ze złotym skokiem Wojciecha Fortuny i ostatnią dekadą: dwa medale Adama Małysza w Salt Lake City oraz wywalczony w Turynie brąz Justyny Kowalczyk i srebro Tomasza Sikory. Gdy dorzucimy jeszcze trzy krążki zdobyte  ponad pół wieku temu przez łyżwiarki szybkie Helenę Pilejczyk (brąz) i Elwirę Seroczyńską (srebro)  oraz dwuboistę Franciszka Groń Gąsiennicę (brąz), to raptem osiem medali. Dość skromnie, jak na kraj, w którym śniegu (co udowodniła chociażby tegoroczna zima) nie brakuje. Oby za dwa tygodnie pula ta się powiększyła.  I oby to był najlepszy start Polaków w historii zimowych igrzysk.
A gdy już przy tej historii jesteśmy, to zimowe igrzyska miały swoje legendy. Nie sposób ich wszystkich opisać: finał hokeja w Lake Placid w 1980 roku, Ingemar Stenmark, Gustavo Toni, Franz Klamer, Toni Inauer i naprawdę setki innych sportowców i wydarzeń. Dla mnie zimowe igrzyska to przede wszystkim dwa symbole.

Pierwszy z nich to Juha Mieto – dwumetrowy, brodacz z Kurrika. Jego bieg po złoto w 1980 roku, które ostatecznie przegrał z Thomasem Wassbergiem o 0, 01 sekundy na zawsze zapamiętałem jako najpełniejszy i najpiękniejszy przejaw  idei olimpijskiej.
I jej zaprzeczenie, ten drugi symbol, Sarajevo. W 1984 roku  Vuko sympatyczny wilczek zwoływał świat na igrzyska w stolicy Bośni. To jego , ponad miarę przeciągnięte Sarajevooooooooooooooo  najbardziej utkwiło mi w pamięci z tamtej olimpiady. Znacznie bardziej niż wspaniałe bolero Jaen Torvill i Christophera Deana.
Bo w połowie lat 90. jeszcze raz Sarajevoooooooooo rozpaczliwie wołało do świata. Tym raze o pomoc.  Do tej pory nie mieści się w głowie, że arena igrzysk olimpijskich stała się dekadę później areną ludobójstwa, cmentarzyskiem nie tylko duchowym Europy. I to nie podzielonej żelazną kurtyną, a demokratycznej, wyzwolonej z okowów totalitaryzmów.

Dzieje grzechu. Epilog

Dlaczego epilog? Bo czwartkowy wyrok na Andrzeja Leppera jest dopełnieniem tekstu, który napisałem zaraz po objęciu przez niego teki wicepremiera i ministra rolnictwa.  I choć od tamtej pory upłynęły już prawie cztery lata i rzeczywistość polityczna już inna, przypomnę go niemal całości (bez odniesień międzynarodowych i innych wątków, które przeminęły). Bez tego nie sposób odnieść się do  czwartkowego wyroku w sprawie seksafery. Przede wszystkim jednak komentarzy liderów partii politycznych.

Przypominam jest to tekst z 2006 roku: Dojście do władzy zajęło Lepperowi 15 lat.  Jak to się stało, że lider Samoobrony, który wielokrotnie łamał prawo, zdobył tak mocną pozycję w polskiej polityce?.
Najprostszym wytłumaczenie jest użyteczność Leppera. Dla Prawa i Sprawiedliwości to liczba głosów jakimi w Sejmie dysponuje Samoobrona. Podobnie było pięć lat temu, gdy SLD zabiegał o względy Samoobrony w samorządach wojewódzkich. Z kolei Lech Wałęsa, przyjmując Leppera w Belwederze po blokadzie pod Mławą i okupacji Ministerstwa Rolnictwa, próbował rozgrywać swoją partię z rządem Jana Olszewskiego. – Wałęsa przysłał do nas łącznika, zaprosili mnie na spotkanie w kancelarii prezydenta. Byli obecni Wachowski, Falandysz, Drzycimski, Zakrzewski. Twierdzili, że to czego chcemy, czyli obniżenie stóp procentowych, mogą załatwić. I załatwili to w ciągu jednego dnia, już o 17.00 leciało w ,,Teleekspresie” – czytamy na stronie www.lepper.com.pl. Niektórzy twierdzą, że gdyby nie ten akt polityczny, Samoobrona być może zniknęłaby tak szybko, jak się pojawiła.
Nie podlega też dyskusji użyteczność Leppera dla mediów. Blokada drogi czy mównicy jest łakomym kąskiem dla dziennikarzy
Przekonanie o utylitaryzmie Leppera to nie jedyny zbiorowy rachunek, który obciąża klasę polityczną. Równolegle, zarówno w wymiarze moralnym, jak i prawnym kiełkowała tzw. miękka postawa. W tym drugim przypadku przejawiała się w pobłażliwości orzekania kary i winy wobec lidera Samoobrony. We wszystkich procesach w ostatnich siedmiu latach, a miał ich Lepper niemało, otrzymywał wyroki w zawieszeniu. Tylko raz, za nazwanie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego nierobem i znieważenie wicepremierów Leszka Balcerowicza oraz Janusza Tomaszewskiego, został skazany na karę bezwzględnego więzienia. W apelacji gdański sąd zamienił pobyt w celi na karę grzywny. – Poprzedni wyrok został złagodzony, ponieważ karanie więzieniem za wypowiedziane słowa nie jest celem wymiaru sprawiedliwości – tak uzasadniał swoją decyzję sędzia Jerzy Grubba.
Ale już 2005 roku takich oporów nie miał warszawski sąd, który skazał Andrzeja Leppera za pomówienie polityków o związki ze światem przestępczym. Był to pierwszy w Polsce wyrok w sprawie karnej, w którym skazano posła za to, co powiedział z sejmowej trybuny. Szef Samoobrony otrzymał maksymalną karę za pomówienie, ale w zawieszeniu.
Skoro jednak swoim czynem zburzył istniejący porządek, to czy wymierzona mu kara nie powinna przywrócić zachwianej równowagi. Czy mogłaby nią być kara sprawiedliwa, czyli taka, która zniechęcałaby do popełnienia kolejnych przestępstw? Życiorys polityczny Leppera pokazuje, że nie.
Ta bezkarność w dużym stopniu zbudowała popularność szefa Samoobrony. Wyborcy pomyśleli:- Jeśli ten Lepper robi takie rzeczy, które są wyraźnym łamaniem prawa i nic mu się nie dzieje, to zapewne władza rozumie, że on działa słusznie. W przeciwnym razie za czyn bezprawny spotkałaby go sprawiedliwa kara, czyli wyrównanie niesprawiedliwości.
Czy miarą odkupienia nie mogą być wyroki bez zawieszenia, a zarazem pozbawienie praw publicznych? To, że sądy i ustawodawca (poprzez odpowiednie zmiany w prawie) nic w materii nie uczynili, jest przejawem miękkiej filozofii
Konsekwencją takiej postawy jest zmniejszenie moralnych wymagań stawianych sobie. Czy zatem nie jest tak, że pobłaża się innym, aby móc też pobłażać samemu sobie. Toleruje się małe zło u siebie i u innych, wybaczą drobne przewinienie, nie dostrzegając przy tym związku ze złem wielkim i ciężkim?
Spróbujmy porównania te przenieść na grunt polityki. Czy flirt Jarosława Kaczyńskiego z Samoobroną nie jest w duchu miękkiej postawy? Ale tym samym był w poprzedniej kadencji układ Leszka Millera z Andrzejem Lepperem. Na jego mocy lidera Samoobrony został wicemarszałkiem Sejmu.
- Sojusz Leppera zrobił, a teraz, powiedzmy, dokonuje na nim swego, rodzaju aborcji, aborcji politycznej. My akurat w tej sprawie jesteśmy za aborcją polityczną i to mu ułatwiamy – mówił w listopadzie 2001 roku Ludwik Dorn, poseł PiS. (Słowa te padły przed słynną debatą o odwołanie Leppera z funkcji wicemarszałka. Pretekstem do tego było to, że lider Samoobrony jako wicemarszałek uniemożliwił eksmisję nielegalnego targowiska we Włocławku).
I dlatego Platforma może mówić, że dzisiaj PiS przeprowadza transplantację polityczną. Tylko, że w tej polemice, nie powinna podnosić roszczeń natury moralnej. Dlaczego? Bo żądania etyczne powinny być podnoszone wyłącznie w stosunku do siebie. Zabrakło tego Platformie w 2001 roku, kiedy Donald Tusk bez żadnych wątpliwości zasiadł w prezydium Sejmu obok Leppera (nie zrobiło tego PiS, ale tylko dlatego, że SLD nie zgodziło się, by Lech Kaczyński został wicemarszałkiem). Czy lider PO miał alternatywę? Tak, dowiódł tego swoją postawą w ubiegłym tygodniu Stefan Meller.
Tej miękkości moralnej Platformie, mimo późniejszej konsekwentnej walki z Samoobroną, nie da się wymazać. Podobnie jak w przyszłości PiS-u z Samoobroną, który rodzi się na prawnych i moralnych gruzach III Rzeczpospolitej. Naznacza zarazem grzechem pierworodnym IV Rzeczpospolitą. Bez szans na odkupienie. Mówienie, że “nie mieliśmy innego wyjścia, bo Platforma nie chciała samorozwiązania Sejmu” lub “moralnie jesteśmy rozgrzeszeni, bo Samoobrona miała za sobą przecież poparcie wyborców” jest tylko uproszczenie godnym szyderczego śmiechu.
Klasa polityczna zrodzona przy Okrągłym Stole, i ta, która to poczęcie traktuje jako największe zło współczesnej Polski, powinny uderzyć się w pierś. Lepper u władzy jest produktem jej pobłażliwości. A kto twierdzi, że jest bez winny, niech pierwszy rzuci kamień.

Tak pisałem cztery lata temu. Bo Lepper u władzy był produktem pobłażliwości klasy politycznej. I jeśli dziś jej przedstawiciele na kanwie czwartkowego wyroku tak ochoczo wieszczą, że jest to koniec kariery politycznej Leppera, to prawda jest taka, ż nie mają prawa  wypowiadać się w sprawie. Bo do tej kariery przyłożyli rękę. Jeśli dziś wszyscy mówią, że w końcu zapadł wyrok bezwzględnego więzienia, to też ich głosy są nieuprawnione. Bo nic nie stało na przeszkodzie, by takie wyroki zapadały wcześniej. A gdyby zapadł tylko jeden w duchu owej twardej filozofii prawa,  tego czwartkowego by nie było. Jak i seksafery. Bo nie byłoby Samoobrony.
Co do jej lidera,  to koniec jego politycznej drogi najlepiej oddają słynne słowa z “Wesela” Stanisława Wyspiańskiego o złotym rogu i zapcze z piór.

Ammann zemstą Szwajcarów za Fortunę

Adam Małysz wrócił do wielkiej formy. Srebro wczorajsze to trzeci olimpijski medal Małysza – po srebrnym i brązowym z Salt Lake City w 2002 roku. Wczorajsze złoto Simona Ammanna to trzeci olimpijski medal Szwajcara – po złotym i złotym z Salt Lake City w 2002 roku.

Swoim wyczynem Szwajcar nie tylko wyrównał rekord Matty’ego Nykannena (trzy złote medale indywidualnie, ma szansę jeszcze go poprawić). Pozbawił nas czegoś jeszcze: przekonania, że to Adam Małysz zostanie zapamiętany jak najlepszy skoczek ostatniej dekady.

Za kilkanaście lat świat będzie wspominał li tylko trzykrotnego mistrza olimpijskiego. Oczywiście wśród miłośników skoków nazwisko Adama Małysza nadal będzie dużo  znaczyło. Podobnie jak wśród Polaków. Ale to Simon Ammann na zawsze pozostanie na szczcie Olimpu nie tylko w skokach narciarskich.

W sporcie tak już bywa, że zawodnicy latami wygrywają Mistrzostwa Świata, Europy, Puchar Świata. A jednak nie jest im dane sięgnąć po olimpijskie złoto. Trudno to wytłumaczyć.
Czasami pojawiają się zawodnicy, którzy wygrywają tylko na olimpiadzie. Meteoryty. Tylko po to,  by wygrać na przekór faworytom.  Potem znikają, by po latach powrócić i znowu na olimpiadzie pokonać tych samych faworytów. Można by ich nazwać prześladowcami wielkich mistrzów.
I tak jest z Simonem Ammannem i Adamem Małyszem.
W 2002 roku to Polak był murowanym faworytem do złotego medalu. Mistrz świata, zdobywca Kryształowej Kuli, zwycięzca sprzed roku turnieju czterech skoczni. Murowany faworyt, którego wydawało się, że może zastopować jedynie Sven Hannawald (w turnieju czterech skoczni wygrał jako jedyny do tej pory wszystkie konkursy). A tymczasem niczym z łuku Wilhelma Tella wystrzelił Simon Ammann. 20-letni młokos zgarnął dwa złote krążki, by w następnych latach w gruncie rzeczy tułać się od skoczni do skoczni.

Z olimpiadą w Turynie zupełnie mu nie wyszło. Podobnie jak Małyszowi, ale w międzyczasie nasz skoczek coś tam jeszcze ugrał. Ammann raczej skromnie – jeden tytulik mistrza świata. Aż do dzisiaj. Oczywiście od początku sezonu Szwajcar był w czubie skoczków, ale jego triumf nad Małyszem to jakieś fatum. Żeby nie było nieporozumień: bardzo cenię medal  Adama Małysza. Należał mu się jak nikomu innemu z naszych sportowców.  Ale patrząc na twarz naszego skoczka widać było niedosyt. I nie dlatego, że był drugi. Ale dlatego, że znowu ten Ammann.

Mam wrażenie, że jest to zemsta (a zarazem klątwa) Szwajcarów za złoty medal Wojciecha Fortuny w Sapporo. Wtedy nasz skoczek wygrał o 0,1 punktu z Walterem Steinerem ze Szwajcarii. Myślę, że pan Wojciech bardzo chciałby w końcu zdjąć z siebie to brzemię jedynego polskiego złotego medalisty zimowych igrzysk. To może być dziełem Justyny Kowalczyk, ale w skokach nadal Wojciech Fortuna będzie nosił ten ciężar.  Mimo, że najlepszym polskim skoczkiem w historii jest Adam Małysz. Ale ten nie ma tego jedynego złota. Co prawda przed nim jeszcze konkurs na dużej skoczni, ale znowu jest i Ammann. Obym tym razem się pomylił.

IRCH-a była kiedyś w gumofilcach, dziś powraca w białych kołnierzykach

Minister rolnictwa wydał walkę spekulantom. Wspomoże go  Międzyresortowy Zespół do spraw Zwiększenia Przejrzystości Rynku Artykułów Rolno-Spożywczych i Poprawy Funkcjonowania Łańcucha Żywnościowego (w skrócie MZ ds. ZPRAR-SiPFŁŻ). Czyli jakby nie patrzeć wraca IRCH-a.
Inspekcja Robotnicza-Chłopska była wynalazkiem epoki poststanowojennej. Grasowała po zapleczach, nie tylko sklepów, by dorwać spekulantów. Później pokazywano ich w telewizji. .
Także zespół ministra Sawickeigo chce podawać nazwy spekulantów do publiczje informacji.  A tworzą go wchodzą wiceministrowie rolnictwa, skarbu, spraw zagranicznych, gospodarki oraz wiceprezes UOKiK.

Jak dawna IRCH-a. Tyle,że  w nowych szatach z inna nowomową. Już nie w gumofilcach, a garniturach, krawatach i spinkach  za grube pieniądze. Pieniądze podatników. Zespół ma monitorować, ile za żywność dostaje rolnik, ile pośrednicy i wreszcie za ile sprzedaje ją sklep – i hipermarket, i sklepik osiedlowy. Wprowadzenie cen producenta jest konieczne, bo jak twierdzi resort rolnictwa, “w okresie ostatnich ośmiu lat ceny, po jakich producenci sprzedają żywność, wzrosły o 16 proc., ceny surowców rolnych – także o 16 proc., a ceny detaliczne żywności – o 25 proc., co obrazuje nieproporcjonalny wzrost marż handlowych”.
Jaki jest najlepszy sposób na niższe ceny, to w swoim czasie udowdnił  Władimir Putin. Premier Rosji zrugał jeden z supermarketów za zbyt wysokie ceny kiełbasy i wieprzowiny.  Szef rosyjskiego rządu też uważał, że ceny w handlu detalicznym muszą być bardziej zrównoważone .  No i po tej reprymendzie największa sieć handlowa w Rosji obniżyła ceny.
Tyle, że Polska to nie Rosja, a minister Sawicki to nie premier Rosji. I jego reprymenda znaczyłaby mniej wiecęj tyle, co słynne chrupiące bułeczki innego speca od walki z cenami (z czasów stanowojennych) ministra Zdzisława Krasińskiego.

Początkowy entuzjazm społeczeństwa dla IRCH-y przygasł jednak w połowie lat. 80, gdy okazało się, że półki sklepowe są nadal puste. Nie wiem, czy w ogóle jakikolwiek entuzjazm wzbudził pomysł ministra rolnictwa. Jeśli jednak na metodach rodem z minionej epoki ma się opierać inwencja naszych polityków,  to zaiste daleko po 20 latach zaszliśmy.

A tak swoją drogą: w tej Warszawie urzędniki mają łeb nie od parady. Bo jakże tęgą trzeba mieć głowę (wychodzi, że nie jedną), by wymyślić nazwę:  Międzyresortowy Zespół do spraw Zwiększenia Przejrzystości Rynku Artykułów Rolno-Spożywczych i Poprawy Funkcjonowania Łańcucha Żywnościowego. Tak, ktoś o słabej głowie tego by nie wymyślił. Nawet po mocnym znieczuleniu.

Pozorowane odśnieżanie na niby

Białostoccy radni PiS wzięli się za odśnieżanie. Słownie. Postulują to, o co ludzie i media  walczą od dawna (na razie niestety nieskutecznie) z magistratem: by za parkowanie w nieośnieżonej strefie płatnego parkowania nie płacić.

– Lepiej późno niż wcale – można by powiedzieć na owo nagłe poruszenie radnych PiS. Tyle, że w odróżnieniu od białostoczan oni mają narzędzie, by zwolnienie z opłat wyegzekwować. I to już za tydzień. Niech zgłoszą na sesji uchwałę w tej sprawie. Nie są bez szans. Lewica już wcześniej też rzucała podobne pomysły. Razem mogą zmusić magistrat, by w końcu ustąpił i przestał pobierać opłaty. I jeśli już nie w tym roku, to w każdym kolejnym, w którym powtórzy się to, co teraz dzieje się w strefie płatnego parkowania.

A jeśli nawet radnym się nie uda, to przynajmniej pozostawią po sobie wrażenie, że coś próbowali robić. To znacznie lepsze niż zwoływanie konferencji na parkingu w sprawie oczywistej oczywistości. Lepsze byłoby jeszcze to, gdyby radni PiS zamiast słów przeszli do czynów i trochę tych parkingów odśnieżyli (ja trochę dzisiaj sobie łopatą pomachałem na publicznym parkingu).

A tak serio: gdybyśmy mieli poważną opozycję w radzie miejskiej, to już dawno zgłosiłaby ona wniosek na sesji o odwołanie osób odpowiedzialnych za tegoroczny nadzór nad akcją zimą.

Nielot nad kukułczym gniazdkiem

Ekolodzy znów mają uwagi do lotniska. Jeżeli  będzie w gminie Tykocin, nigdy z niego nie skorzystam. To nie jest bezpieczne miejsce – mówi Marta Wiśniewska, przedstawicielka organizacji Polska Zielona Sieć. Dlatego znów wysłała swoje uwagi do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Białymstoku. Zastrzeżenia zgłosili też szefowie okolicznych parków i mieszkańcy gminy Tykocin.

Każdy kto, choć trochę interesuje się przyrodą i od tej strony śledzi batalię inwestycyjne to wie, że lokalizacja lotniska nie jest najlepsza. Nic dziwnego, że ekolodzy i przyrodnicy protestują. Tak jak kiedyś w Dolinie Rospudy. Może mniej emocjonalnie, bardziej biurokratycznie. Ale jednak. Bo są pewni swoich racji.

Ale to nie jedyna przykra niespodzianka, która może spotkać lotnisko. Problemy zaczną sie wtedy, gdy przyjcie w bijać w ziemie łopatę. Kto wie, co ona skrywa. A jak archeolodzy tam ugrzezną, to na lata.
A czas biegnie. Tylko na Krywlanach jakby się zatrzymał.

Co ma piernik do Białegostoku

YouTube Preview Image

Ten film to reklamówka Torunia, kandydata do Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Spotkał się z przychylnym przyjęciem Internautów. Jedyny zarzut Internautów, to brak w nim odniesień do pierników, jako symbolu najbardziej toruńskiego z toruńskich. Jeśli jest to potknięcie autorów, to pewnie do nadrobienia.

Ale niewątpliwą zasługą Torunia jest to, że ten film już ma. I można go obejrzeć. I że w mieście Mikołaja Kopernika przymiarki do przejścia przez pierwszy etap konkursu nabrały tempa. Widać jakąś dynamikę, wystarczy zajrzeć na stronę Toruń2016. W przeciwieństwie do statyki, w której tkwi Białystok.

Co do tej pory udało nam się zrobić? Po pierwsze mamy pełnomocnika. Jest też logo. Ponoć też jest komitet honorowy patronujący naszym staraniom w tym prestiżowym konkursie. Do niedawna tajny, bo teraz już ujrzał światło dzienne (mam nadzieję, że zwrócono się w tej sprawie chociażby do Tomasza Bagińskiego czy Jerzego Maksymiuka).  Magistrat  prowadzi korespondencję z miastami hiszpańskim (jednemu z nich w tym samym roku, co polskiemu przypadnie ten tytuł).  I to by było na tyle.

W ostatnich dniach pojawiła się propozycja (spoza budynku przy ul. Słonimskiej), by ściągnąć do nas festiwal Camerimage, który po rozwodzie z Łodzią szuka nowego domu. Pomysł świetny, ale mało realny. Bo musielibyśmy już w tym roku przygarnąć rozbitków. Na stałe i to przed końcem sierpnia. Wtedy upływa czas na złożenie aplikacji z pomysłem na bycie ESK. I jeśli nawet prezydent wyszperałby gdzieś tam pieniądze (zapewne całkiem niemałe), to i tak nie mielibyśmy gdzie zadomowić operatorów. Budynek opery ma być gotowy dopiero pod koniec 2011 roku. To za późno.

Co więcej, Białystok sam strzela sobie w stopę, nie wspomagając w tym roku finansowo jednej ze swych największych kart przetargowych w staraniach o miano ESK. Albowiem Podlaska Oktawa Kultur jak ulał odpowiada dwóm najważniejszym kryteriom, na które komisja oceniająca oferty poszczególnych miast będzie zwracać przede wszystkim uwagę: “wymiar europejski” oraz “miasto i obywatele”.
 O tych wymiarach pisałem już podczas ubiegłorocznej Oktawy, a także w “Szkicu do portretu miasta” w BIK (podsumowałem w nim ubiegłoroczną kulturę w kontekście jej miastotwórczej roli). Przypomnę to jeszcze raz:

“Podmiotowość kulturalną jeszcze bardziej było widać podczas lipcowej Podlaskiej Oktawy Kultur. Zarówno białostoczan, jak i esperantystów. Powiem wprost: gdyby nie Oktawa, to kongres naprawdę stałby się – tak jak zapowiadali przed jego otwarciem nasi esperantyści – zjazdem zamkniętym. Tymczasem na rynku znów po latach mieszały się w tyglu kultury, narodowości i języki. A zarazem każdy czuł się jak u siebie.  I dlatego wyprowadzenie Oktawy poza mury filharmonii było zbawieniem i dla samego festiwalu (bliższy kontakt z publicznością), i dla rynku.
Oktawa pokazała coś jeszcze. Do tej pory wydawało się, że adresatami wszelakich zmian w centrum są ludzie młodzi To oni mieli zapełniać koncerty czy lokale, puby, a w przyszłości restauracje wokół placu. Oktawa przywróciła temu miejscu grupę wydawałoby się na stałe przypisaną do wschodniej jego części, tej wokół pomnika Marszałka. Skazanej na patriotyczno-religijne uroczystości. Tymczasem swoim tak licznym udziałem w koncertach białostoccy seniorzy dali jasny sygnał: My też chcemy być beneficjentami zmian. I to niekoniecznie konsumpcyjnych.”

I okazuje się, że w tym roku Oktawa znowu może być w murach filharmonii. Nie tylko ona straci swój klimat, ale przede wszystkim odnowiony rynek, jako miejsce i jako idea. A wszystko przez to, że w tym roku miasto nie dołożyło się do organizacji festiwalu.  Festiwal miał szanse jeszcze na wsparcie od ministra kultury, ale i ten nie okazał sie zbyt łaskawy. Jednak o ile do niego nie można mieć pretensji (bo w końcu takich projektów z kraju pewnie są setki), to trudno zrozumieć logikę białostockiego magistratu.

 Jak tłumaczą jego pracownicy, projekt nie dostał dofinansowania, ponieważ festiwal odbywa się w drugiej połowie roku. – Nie ma  przeciwwskazań, żeby dofinansować go w drugim etapie rozdzielania pieniędzy – mówi Urszula Sienkiewicz, rzeczniczka prezydenta Białegostoku. – Na taki wniosek czekamy do końca marca.

Brzmi to niczym zapewnienia innych urzędników, że nie ma w mieście większych problemów ze śniegiem. I powodów, by zawiesić  opłaty w strefie parkowania. Chociaż białostoczanin, nawet ten najmniejszy,  widzi zupełnie, co innego. Zaśnieżone miasto i zaśnieżoną strefę płatnego parkowania.

Toruń z piernikiem sobie poradzi, Białystok z takim podejściem do Oktawy strzela sobie samobója.

Dzień niepodległości

Rocznice białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czas, logikę. Pierwsza z nich dzisiaj.

Dla białostoczan ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma taką samą wymowę jak dla poznaniaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązaków ich trzy powstania.  A wszystkie łączy to samo: powrót do macierzy.
- Dzień 19 lutego 1919 roku winien być uznawany po wsze czasy za moment przełomowy w dziejach Białegostoku – pisze w jutrzejszym Obserwatorze prof. Adam Dobroński. Zapraszam do lektury.

Dzieci zabijają dzieci. Nożem.

Siedemnastolatek zabił nożem policjant. Siedemnastolatek zabił nożem piętnastolatkę. Dwaj bracia (starszy miał 10 lat) tak pokłócili się o komputer, że młodszy rzucił się na starszego z nożem. Dlaczego dzieci sięgają po ten przedmiot? Dzieci, bo zabójca nastolatki jak pokazano na filmie, to jeszcze tak na dobrą sprawę dziecko. Przynajmniej z wyglądu, bo z litery prawa powinien odpowiadać według mnie jak dorosły. Podobnie jak zabójca policjanta.

Co dzieciakom daje posiadanie w kieszeni noża? Poczucie siły, bezkarności? I dlaczego są w stanie go użyć ze skutkiem śmiertelnym? Czyżby liczyli, że nie zostaną złapani? Dlaczego widmo zmarnowania sobie życia nie powstrzymuje ich o cofnięcia ręki? Dlaczego tak beztrosko robią ostateczny ruch ręką, zabierając inne życie? Dlaczego nie mają strachu przez zabraniem tego życia? Może dlatego, że dziś życie wbrew retoryce, którą słyszymy zewsząd, nie jest w Polsce wartością najwyższą?
A przecież był czas, ze tzw. finka była atrybutem niejednego młodego człowieka. Ale nikomu do głowy nie przyszło, by użyć jej do odebrania innemu człowiekowi życia. A jeśli już zdarzały się takie przypadki to nie na przystanku, w autobusie czy samochodzie.  Dziś dzieci nie tylko zabiją dorosłych. Zabiją dzieci. Tak łatwo.

Avatar Małysza

I wyszło na moje , chociaż jak zaznaczyłem tydzień temu w tekście “Ammann zemstą Szwajcarów za Fortunę”, wolałbym się pomylić.
W nadziei i w oczekiwaniu na złoty medal (ten upragniony, pierwszy od niepamiętnych, dla większości czasów) media, politycy, kibice aż nadto zakrzywiają czasoprzestrzeń.
I tylko Bogdan Tomaszewski próbował ją znowu wyprostować prosząc: “Nie mówmy, że biegnie czy skacze po złoty medal. Mówmy, że biegnie, skacze w duchu olimpijskim”. Ale Pan Bogdan to ostatni przedstawiciel innych czasów, innych igrzysk. Tych lepszych Olimpiad.

A może czas na śpiew jednym głosem

200 tys. zł dotacji z resortu kultury dostał Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cerkiewnej w Białymstoku. Hajnowskie Dni Muzyki Cerkiewnej ani grosza. 

Rok 2003. Lewicowy zarząd województwa podlaskiego przekazał 100 tys. zł na organizowane po raz drugi Hajnowskie Dni Muzyki Cerkiewnej. Ani złotówki nie dostał Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cerkiewnej.

To wydarzenie sprzed siedmiu lat przypomniałem, bo różnie z tymi dotacjami było. Raz jedni są preferowani, raz inni. Często zależy to od ścieżek, jakie prowadzą do decydentów.  I tego,  ile w kulturze jest polityki. Tej dużej i tej małej.

Jak tłumaczył minister kultury Bogdan Zdrojewski w białostockim dodatku “Gazety Wyborczej” tegoroczną dotację podzielono w ten sposób, bo: Eksperci uznali, że najlepszym rozwiązaniem jest wzmocnienie jednego festiwalu. Gdy się organizuje imprezy o bardzo podobnie brzmiącej nazwie i charakterze, w ocenie specjalistów obie wypadają słabiej. W tej sytuacji dokonano wyboru, by wskazać mocniejszą imprezę. Za festiwalem w Białymstoku przemawiała m.in. dłuższa tradycja (za chwilę świętować będzie trzydziestolecie), silny patronat (m.in. prezydenta Polski i Krzysztofa Pendereckiego), nieco bogatszy wybór profesjonalnych uczestników.

Minister dodał, że podobna sytuacja jest z wrocławskim festiwalem gitarowym. I zaapelował do organizatorów obu festiwali muzyki cerkiewnej o porozumienie się.

Właśnie, czy to jest możliwe?. Czy po dekadzie schizmy możliwy jest powrót do jedności? Czy w obliczu coraz mniejszych dotacji w następnych latach (budżetowe cięcia) nie warto pokusić się o ową zgodę, by ratować tradycje festiwalowego śpiewu? A może podział jest na tyle głęboki, że nawet widmo utraty dotacji nie zmusi, by organizatorzy obu imprez zaśpiewali jednym głosem?

Podlaski szklany dom w Brukseli

Od wczoraj nasz region jest współwłaścicielem w Brukseli Domu Polski Wschodniej, wspólnego przedstawicielstwa Podlaskiego, Warmińsko-Mazurskiego, Lubelskiego, Podkarpackiego i Świętokrzyskiego.
Do tej pory każdy z tych regionów miał w Brukseli swojego przedstawiciela. Ich działalność – jak przyznawali sam urzędnicy – była mało efektywna. Wystarczyło, że w tym samym czasie były dwa istotne dla regionu spotkania – mówił jesienią ubiegłego roku Michał Podbielski, zastępca dyrektora departamentu współpracy z zagranicą urzędu marszałkowskiego.
A ja dodam jeszcze coś: to biuro było zbędne. I jego każdy kolejny klon też.

Dotychczas biuro kosztowało nas 300 tys. złotych rocznie. Za te pieniądze mamy wymagać, by zorganizowało lobbing znacznie lepszy niż zrobili to ekolodzy w sprawie Rospudy. A tymczasem oddaliśmy bój prawie bez walki.

Wielokrotnie w tym dwudziestoleciu bywało tak, że najlepiej lobbowanie czy promowanie wychodzi nam wtedy, gdy jest pozbawione całej biurokratycznej machiny. I gdy robią to ludzie, których nazwiska coś znaczą, albo ci, których pomysły nie są jeszcze zakażone urzędnicza mitręgą.

Ale prawdą jest też to, że w Brukseli najwięcej dla regionów znaczą europosłowie. To oni są w stanie wydeptać dla swoich regionów nawet najmniej dostępne ścieżki i otworzyć dla nich nawet te najbardziej oporne drzwi. Problem polega na tym, że Podlasie takowych eurodeputowanych nie ma (nie chcę przypominać dlaczego, tyle razy było to wałkowane przy eurowyborach i tuż po nich).

To jest o tyle ważne, że w tym roku europejskie instytucje zaczną na poważnie planować przyszły budżet Unii Europejskiej. Od tego, jaką przy tym przyjmą ogólną zasadę (wspieranie innowacyjności lub wyrównywanie poziomu rozwoju) zależy ilość pieniędzy, jaka trafi do najbiedniejszej części Polski. I tutaj ten lobbing europoselski by się przydał.

Nie sądzę, że będzie on skuteczny za sprawą połączenia sił pięciu województw. Wszak mimo podobieństw między nimi, to jednak znacznie więcej ich dzieli niż łączy. Zwłaszcza Podlaskie i Warmińsko-Mazurskie. Ciekawe czy w przypadku, gdy będą ważyć się losy przebiegu Rail Baltiki, ten wspólny chór będzie śpiewał jednym głosem.

Co najwyżej dom brukselski dowartościuje niektórych polityków samorządowych, którzy w końcu będą mogli spełnić sen o prowadzeniu dyplomacji w choćby małym zakresie. Wszak na czele takie zjednoczonego pięciu województw będzie stał marszałek województwa, rotacyjnie zmieniany po roku przez marszałka z innego regionu.
Dobra okazja, by wyrwać się na kilka weekendów do Brukseli, zorganizować parę rautów, bywać na salonach. Jednym słowem łyknąć świata zarezerwowanego dotychczas do wąskiego szczebla najwyższych władz państwowych.

Partia wystawiła ministra Sikorskiego na pożarcie pozapartyjnej konkurencji

Nie ma nic gorszego dla wizerunku kraju jak ostry spór polityczny o politykę zagraniczną. Byliśmy tego świadkami w ciągu ostatnich lat wielokrotnie. Jego apogeum medialne to słynna batalia o krzesło i samolot. Wycofanie premiera z wyścigu o prezydenturę ani trochę nie rozładowało napięcia. Albowiem jesteśmy świadkami kolejnego odcinka  tego marnego serialu.

Dla wszystkich choć trochę antycypujących realia polskiej polityki było wiadome, że kandydatura Radosława Sikorskiego (jako jednego z dwóch kandydatów PO na prezydenta) od razu stanie się sygnałem do wojny podjazdowej pomiędzy dwoma ośrodkami władzy.  A tym samym uderzy  wprowadzoną przez niego politykę zagraniczną. Od dawna bowiem konkurencyjny ośrodek władzy nie zostawia na niej suchej nitki. Najlepszym dowodem z ostatnich dni jest sprawa represji wobec polskiej mniejszości na Białorusi.
 
Liderzy Platformy prawybory przedstawiają jak wkroczenie polskiej polityki na wyższy stopień demokracji: bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie było, bo wypowiedzą się jak najszersze kręgi partyjne. Można by się z tym zgodzić, gdyby nie skutek uboczny: polityka zagraniczna jako pole ostrego sporu. Jeśli liderzy Platformy traktują dyplomację z taką wartością jak deklarują, to nie powinni dać przeciwnikowi powodu do rozpoczęcia tego boju.

Mieli trzy wyjścia: po pierwsze znaleźć innego kontrkandydata dla marszałka Komorowskiego, choćby posła Sekułę.  Wtedy nie byłoby mowy o szpiegach, hakach listach i jak to jeden z polityków określił publicystyki politycznej zakończonej na razie remisem 1:1.

Po drugie: jeśli już zdecydowali się na Sikorskiego jako jednego z potencjalnych kandydatów, to szef dyplomacji do czasu zakończenia prawyborów nie powinien kierować resortem spraw zagranicznych. Tymczasowo lub na stałe.

Po trzecie: jeśli już zdecydowano się na prawybory, to de facto powinny już się odbyć. Czas, który dzieli nas od przełomu marca i kwietnia, to prawie 40 dni. I nie będzie to w polityce czas postu wielkanocnego. Zwłaszcza na kierunku wschodnim.

Reasumując: Nie ma co się dziwić, że obóz prezydencki atakuje dziś ministra Sikorskiego. To Platforma wystawiła go im na pożarcie. Ze szkodą dla polskiej polityki zagranicznej i racji stanu państwa. A to, że połykając to danie, jego smakosz może się zadławić, to już temat na inną opowieść.

Sędzia Laguna lepszym patronem białostockiego stadionu niż główny sponsor

Francuzi do spółki z polska firmą wybudują stadion miejski w Białymstoku. Z zadaszonymi trybunami, sztucznym oświetleniem. Będzie można na nim rozgrywać mecze w europejskich pucharach, poza finałami.

Ciekawe, ile firm z Białegostoku i Podlasia będzie podwykonawcami na tej największej sportowej budowie na wschód od Wisły? Chyba coś z tych 156 milionów, które otrzymają Francuzi, powinno im też skapnąć.

Przy nadziei powinny być także władze Białegostoku. Bo utrzymanie stadionu będzie nie lada wyzwaniem. Komplet na otwarciu nie wystarczy. Najlepiej, by 22,5 tys. kibiców zasiadało na nim nie tylko raz na dwa tygodnie. To zależy głównie od tego, czy będziemy mieli wielką piłkę w Białymstoku. Na razie szanse na to są niewielkie.

Stadion musi zarabiać na siebie. Jednym ze sposobów jest zgoda, by obiekt nosił nazwę głównego sponsora. Takie rozwiązania są ostatnio bardzo modne. Lepsze to niż ochrzczenie stadionu nazwiskiem polityka.

Białostocki stadion ma być gotowy za półtora roku. Może już teraz warto rozpocząć debatę o jego przyszłym patronie. Osobiście, głównie z powodu nostalgii za dawnymi złotymi latami piłki,  uważam, że nasz stadion powinien nosić imię sportowca związanego z Białymstokiem. Zapewne piłkarza, bo będzie to obiekt typowo piłkarski. Tak jak w Mediolanie stadionowi patronuje Giuseppe Meazza, w Wiedniu Ernst Happel, w Madrycie Santiago Bernabau. Takich przykładów można jeszcze podać bez liku.

I dlatego warto już teraz rozstrzygnąć (do końca tego roku) sprawę patrona białostockiego stadionu. Jest to o tyle łatwe, bo kibice Jagiellonii wybierają na jubileusz 90-lecia klubu najlepszą jedenastkę w historii. Po drugie: jeśli już w tym roku patronem zostałby piłkarz, władze miasta miałby znacznie więcej czasu, by znaleźć inne źródła utrzymania stadionu.

Gdyby jednak władze z kibicami nie mogły dojść do porozumienia, to jeszcze pozostaje sędzia. Nie po to, by oddać pod jego osąd sprawę, ale by w końcu spłacić to, co cała Polska słyszała na własne uszy: że społeczeństwo Białegostoku wystąpi do wojewody o przyznanie tytułu honorowego obywatela miasta sędziemu Lagunie (bądź co bądź zlamał poprzeczkę Związkowi Radzieckiemu). Patronowanie stadionowi byłoby w jakimś stopniu zadośćuczynieniem za 20-letnią zwłokę w dotrzymaniu słowa.

Lepiej jednak, by do tego nie doszło i władze miasta z kibicami już teraz rozpoczęły debatę nad patronem stadionu.

Plagiat może uratować marszałka

No i szykuje się nam powtórka z logo. Białostoccy architekci w nowozaprojektowanym budynku Książnicy Podlaskiej dopatrzyli się plagiatu (Tomek Mikulicz pisze o tym dziś w “Porannym”). Według nich budynek jest łudząco podobny to obiektu już istniejącego na terenie niemieckiej kopalni Zollverein, a  wymyślonego przez japońską firmę. Twórcy gmachu podlaskiej biblioteki odpierają te zarzuty, twierdząc, że najpierw trzeba dokładnie porównać oba te obiekty.
Jednak na podstawie wizualizacji dla laików sytuacja jako żywo przypomina historię ze znaczkiem transseksualnej organizacji z Nowego Jorku.

Czeka nas zapewne nie lada zamieszanie. Paradoksalnie jednak może być ono na rękę  marszałkowi i zarządowi województwa. I dać im  ailbi do wycofania się z umowy i projektu, na który nie ma pieniędzy ( koszt inwestycji to co najmniej 70 milionów). Nawet wtedy, gdy okaże się, że o plagiacie nie ma mowy. Czyż nie tak samo było z logo i Eskadrą?

Brąz na wagę złota

I stało się tak, jak napisałem dwa tygodnie temu. Justyna Kowalczyk zdjęła z Wojciecha Fortuny brzemię jedynego polskiego złotego medalisty zimowych igrzysk. Szkoda, że nie dane było to Adamowi Małyszowi.  Bo w skokach nadal Fortuna będzie nosił ten ciężar.  Mimo, że najlepszym polskim skoczkiem w historii jest Adam Małysz.  Ech, gdyby nie ten Avatar skoczka z Wisły…

Złoto Justyny Kowalczyk cieszy i raduje. Był to jednak krążek kardynalny. To znaczy oczekiwany i pewny (chociaż i nasza biegaczka miała w Kanadzie swoją Avatarkę, co było najlepiej widać podczas wczorajszego finisz). Medalem nie złotym, a na wagę złota, był brąz naszych panczenistek. Bo dziewczyny dokonały czegoś, czego w polskim sporcie już dawno nie widzieliśmy. I nie chodzi o to, że ich medal jest pierwszym od pół wieku wywalczonym przez polskich łyżwiarzy szybkich (czekaliśmy na niego jeszcze dłużej niż na złoto).

Nasze panczenistki pokazały cechy, które dotychczas były przypisywane wszystkim innym ekipom, tylko nie polskiej (nie mam na myśli Adama Małysza i Justyny Kowalczyk, bo są to – jak już wspomniałem – postacie kardynalne). Udowodniły, że mogą pokusić się o niespodziankę, że nie sfrajerzą, że nie są ekipą li tylko do bicia i ostatnich miejsc. Że z otchłani nicości potrafią wypłynąć na powierzchnię. Dlatego ich medal mierzony tymi kategoriami jest równie cenny jak złoto Justyny Kowalczyk. 

Napisałem tydzień temu, że  w nadziei i w oczekiwaniu na złoty medal media, politycy, kibice aż nadto zakrzywiają czasoprzestrzeń. Ale dopiero po tym złocie jest ona zakrzywiona do niebotycznych granic. Słowa o polskiej sobocie w Vancouver są tego najlepszym przykładem (ciekawe, jak określą ten dzień Kanadyjczycy czy Amerykanie). Oby tylko te dwa medale nie przysłoniły faktu, że w perspektywie kolejnych olimpiad sporty zimowe bez postaci kardynalnych w kraju nie istnieją. I obyśmy na następne złoto nie musieli czekać 38 lat.
Z resztą nie tylko my musimy wystawić sobie prawdziwy rachunek sumienia. Jeszczy gorszy niesmak mają chociażby Finowie i Rosjanie. Jak też Europa, która dała się ograć Kanadzie i Stanom Zjednoczonym.

Świętokradztwo na Rynku Kościuszki

IMG_0574

Patrząc na powyższe zdjęcie (autorstwa Anatola Chomicza) nawet osoby mające kłopoty ze wzrokiem (nie obrażając broń Boże nikogo) dostrzegłby jak bardzo polityczną pokazówką był wczorajszy happening na Rynku Kościuszki. Jedynie przedstawiciele producenta aut wydawali się ciałami obcymi w tym gronie.

Marszałek Sejmu mówił, że na przekazanie nowych autobusów zaproszony był już kilka miesięcy temu, zanim jeszcze była mowa o prawyborach w Platformie Obywatelskiej. Tak samo cztery lata temu mówił ówczesny wiceprezydent miasta, kandydat w  wyborach na prezydenta Białegostoku. Też zorganizował piknik autobusowy, na którym inny producent przekazał  miejskim firmom przewozowym nowe autobusy. I też zapewniał, że polityki nie uprawiał. A jego pryncypał tak dodawał: Termin przekazania autobusów został‚ zawarty w umowie. Kiedy ją podpisywaliśmy, nie była jeszcze znana data wyborów w samorządowych

Tyle że okazja namaszcza na  polityka.  I trudno się spodziewać, by politycy takich darów losu nie wykorzystali. Tylko, po co się zapierają bardziej niż święty Piotr.

Gdy w sierpniu ubiegłego roku otwarto rynek napisałem, że “znając kreatywność białostoczan pomysłów na ożywienie tego miejsca nie powinno brakować. Ich spełnienie stanie się miarą tak deklarowanej przez prezydenta otwartości. By rynek nie stał się zawłaszczony przez jego twórców, chociażby na wiece wyborcze. A za rok czeka nas ten serial.”

O wyborach napisałem nie bez kozery, pomny tego, co działo się na rynku przed czerwcową euroelekcją. A zwłaszcza w październiku 2007 roku, gdy otwarto jego część od strony księgarni Akcent w dniu ciszy wyborczej. Czyż przekaz nie był jednak  czytelny? Albo słynna wiosna plakatowa z tego samego roku? Wczorajszy happening nie tylko zawrócił nas do przeszłości, ale  pokazał, że  jak silne są pokusy możnowładztwa.

Nie znaczy to, że nie doceniam sukcesu władzy  w staraniach o pieniądze na te samochody u ministra rozwoju regionalnego. I tego, że dzięki temu lobbingowi udało się wyszarpać znacznie więcej. Ale przypomnę też to, co napisałem podczas sierpniowego otwarcia ostatniego odcinka Trasy Kopernikowskiej: Miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest celibat od wszelkich takich pomp, a nie ich celebrowanie. Nawet jak się ma powód do dumy. 

I dlatego wczoraj prezentowane autobusy nie powinny parkować na Rynku Kościuszki, a od razu wyjechać na trasę. I to byłby najlepszy przekaz do białostoczan. Bez lansu, blichtru, pompy,  propagandy sukcesu,  swoistego politycznego świętokradztwa na rynku.

PS.

I na koniec trzy retoryczne w gruncie rzeczy pytania:
1. Po co było ściągać aż tyle autobusów na rynek, którego nawierzchnia i tak odczuła skutki tegorocznej zimy (trzy pojazdy wystarczyłyby)?
2. Jak to jest możliwe, że dla potrzeb pokazówki skuwa się lód do bruku, a wcześniej zapominało o zasypanych ulicach chociażby na osiedlach domków jednorodzinnych?
3. Jeśli tak władze naszego miasta i nie tylko przyjęły kandydata na kandydata, to jak podejmą drugiego kandydata na kandydata? Czyżby na Rynku Kościuszki miały wylądować F-16? A może ta część politycznego Białegostoku już wybrała i drugiej pokazówki  nie będzie?

Żandarmi z Saint-Tropez w Białymstoku

Raz na miesiąc w redakcji „Porannego” koledzy odbierają telefon z aresztu śledczego. Więźniowie żalą się, że marzną w celi. Innym razem, że wody zimnej  mają jak na lekarstwo. Ale czyż takie żale nie są w istocie dowodem na “demokrację” za kratami?. I gdzie te czasy, gdy pod celą były  czarny chleb i czarne kawa.

Zupełnie inaczej jest na Litwie.Tam więźniowie mają płacić za prąd dostarczany do celi.  Bezpłatne będzie tylko korzystanie z maszynek do golenia i odbiorników radiowych, których moc nie przekracza 10 watów.
Taksa na energię ma zmniejszyć koszty utrzymania zakładów karnych. I zachęcić osadzonych do podjęcia pracy i zarabiania, a także do dostosowywania swych wydatków do dochodów.

 Póki, co będą mogli nucić, chyba jednak nadaremnie, słowa: skąpo nam tutaj klawisze prądu dali. Chyba, że zrobią użytek  z mięśni nóg. Wytwarzając darmowy prąd kręcąc pedałami. Bo jak się dobrze zakręcą, to i do celi rower przemycą. I jeszcze na tym mogą zarobić.

A jak ważna jest siłą nóg dowiódł aresztant, który wczoraj zbiegł konwojentom sprzed prokuratury w Białymstoku. I to w kajdankach. Kiedy wysiadał z radiowozu uderzył głową jednego z policjantów. Mundurowy upadł, a aresztant uciekł. Drugi strażnik był tak zaskoczony, że dopiero po chwili zaczął go gonić. Czyż nie przypominało to scen z filmów o żandarmach z Saint-Tropez?

Wymiana spodenek, czyli wariacje na temat symboli narodowych

Ledwie się zakończyły igrzyska w Vancouver, a już szykuje się kolejny zgrzyt ubraniowy. Za sprawą nowych strojów piłkarskiej reprezentacji. Nie dość, że koszulki są koloru granatowego, to jeszcze na rękawach mają barwy Monaco! Trochę jak stroje polskich biatlonistów na igrzyskach w Vancouver.
–  Obyśmy grali lepiej niż wyglądają te koszulki – mówi trener reprezentacji Polski Franciszek Smuda na widok nowych strojów kadry.

No właśnie, Panie selekcjonerze. Jak dla mnie to Pana podopieczni mogą grać bez strojów, obyśmy tylko nie musieli się wstydzić za ich występy na murawie. W końcu to nie szata zdobi człowieka.

Zresztą nie ma co się zżymać na te stroje. Po tym co usłyszeliśmy przed pamiętnym meczem na mundialu w Korei, należało się spodziewać kolejnych wariacji na temat symboli narodowych.

W zielonym autobusie nie jest źle

O imprezie autobusowej na Rynku Kościuszki pisałem obszernie w poniedziałek. Dziś tylko krótkie wtrącenie na temat awarii nowych empeków.
Można powiedzieć, że przy skali inwestycji są to pierdoły lub jak mówią przedstawiciele miasta –  choroba wieku niemowlęcego. Jednak lepiej było poświęcić czas na dokładne sprawdzenie wozów niż na organizowanie niedzielnej fety. 

Powtórzyła się bowiem z sytuacja z sierpniowego otwarcia ostatniego odcinka Trasy Kopernikowskiej. Drogowy i urzędnicy tak szykowali się do pompy, że zapomnieli zsynchronizować sygnalizację z nowym oznakowaniem. I kierowcy byli zdezorientowani (zapraszam do tekstu, który wtedy napisałem).

Tak, jak wtedy, tak i teraz naszym władzom bardzo zależało na medialnym błyśnięciu. Tyle, że jak to w takich sytuacjach bywa, wyszło i jak wyszło: i śmiesznie, i strasznie.
I zupełnie niepotrzebnie. Bo  miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest celibat od wszelkich takich pomp, a nie ich celebrowanie. Nawet jeśli ma się powód do dumy.

Na pocieszenie jednak naszym władzom dedykuję piosenkę Jacka Kaczamrskiego. Z tym, że kolor autobusu, należy zmienić na zielony.

YouTube Preview Image

Czas podejrzanego, czas sędziego

Bez wątpienia takiej sprawy jeszcze nie było. Gdyby wydarzyła się przed wojną, nasi współcześni historycy zbiliby dziś niezły kapitał.
 
Powoli na światło dzienne wypływają szczegóły tego, co wydarzyło się pierwszej styczniowej nocy w tym roku w bloku przy ulicy Starobojarskiej w Białymstoku. Ale dopiero po przeniesieniu sprawy do Suwałk. Tyle, że upływający czas, wbrw fizyce, ma dwa końce. Jeden działa na korzyść podejrzanego. Drugi przeciw białostockiemu wymiarowi sprawiedliwości.

Ponowię tezę postawioną w styczniu, że tę sprawę powinnien osądzić sędzia białostocki. Bo może właśnie te okoliczności każą inaczej spojrzeć na niezawisłość sędziowską. Na przekór konwenansom, poprawności  i oczekiwaniom towarzyskim.
 
Czy białostocki sędzia, który podjąłby się tej sprawy wydając wyrok na podstawie prawa i w granicach prawa nie byłby zaiste pierwszym sprawiedliwym? Nawet za cenę ostracyzmu własnego środowiska? Ale nie ma niezależnego sądu bez niezależnych sędziów, tak jak nie ma niezawisłości bez jej gwarancji, a najpełniejszą gwarancją jest niezależność sędziów.

A wtedy wydany przez białostockiego sędziego wyrok byłby czymś w rodzaju absolotu. Niepodoważalnym, sprawiedliwym, prawdziwym.

Na razie czas czas działa na niekorzyść białostockiego wymiaru sprawiedliwości

Jaga w siódmym niebie

Nareszcie. Nie będzie rekordu Guinnessa w wykonaniu Jagiellonii. I chwała Bogu. A raczej Jarosławowi Lacie i Remigiuszowi Jezierskiemu. Byli piłkarze Śląska Wrocław nie mieli litości dla swych dawnych kolegów i zapewnili Jagiellonii trzy punkty na wyjeździe. Pierwsze trzy punkty po tasiemcu niemocy, który trwał 32 kolejki. Ponad dwa lata. Ale w końcu zła passa została przerwana.

Oby tylko na własnym boisku nie było odwrotnie. Zatem Panowie pokażcie, że i Wy zasługujecie na miano Rycerzy Wiosny. U siebie i na wyjeździe. Bo jak mówi stare porzekadło pierwsza jaskółka jeszcze wiosny nie czyni.

PiS na bis, czyli powtórka z kompromisu historycznego

W tle zjazdu PiS w Poznaniu   słychać było pomruki rodzącej się koalicji sejmowej . Co prawda jeszcze nie teraz, ale po wyborach 2011. Część polityków PiS, by odsunąć Donalda Tuska od władzy, nie wyklucza zawarcia aliansu z SLD (zalążek takiej koalicji, wprawdzie medialnej, ale jednak, już mamy w TVP). – Nie jestem zwolennikiem lewicy, ale to mniejsze zło dla Polski niż rządy Tuska – przekonywał przed zjazdem poseł Adam Hoffman
Z kolei eurodeputowany PiS na swoim blogu pisał niedawno: – Rozumiem konieczność zawierania taktycznych sojuszy między PiS i SLD w sprawach ważnych dla kraju i by nie dopuścić do monopolu władzy PO, ale  utworzenie wspólnego rządu jest nie do zaakceptowania. (…) Także dla sensu uprawiania polityki – bo polityka musi być czymś więcej, niż tylko sztuką zdobywania władzy. A w sobotę dodał: Pierwszy dzień sojuszu PiS z SLD będzie moim ostatnim dniem w gronie ludzi PiS .

Historyczne kompromisy w polityce nie są czymś nowym. Pierwszy raz termin ten pojawił się w połowie lat 70. Określano nim zwrot jaki dokonali włoscy komuniści pod wodzą Enrico Berlinguera. W skróceniu polegał on na współpracy komunistów z chadekami, co w praktyce oznaczało możliwość utworzenie wspólnego rządu. Ostatecznie do tego nie doszło. Ale to, czego nie udało się włoskim eurokomunistom przed upadkiem układu dwubiegunowego, stało się dziełem ich spadkobierców w ostatnim dwudziestoleciu.

A zatem przejście PiS na pozycje  kompromisu historycznego nie byłoby niczym nadzwyczajnym. Tym bardziej, że partia ta ma na swoim koncie w gruncie rzeczy inny historyczny kompromis. Nie tak nośny, ale bardziej zgniły: sojusz z Samoobroną. Czyż nie jest to najlepszy dowód na to, panie doktorze Migalski, że polityka nie jest niczym innym, jak tylko sztuką zdobywania władzy (gorzej z jej utrzymaniem).

Pytanie tylko czy partner  z lewej strony, który  gotowy byłby do takiego „małżeństwa kochającego politycznie inaczej”. Być może nie będzie musiał, bo na razie coraz bardziej chwieje się nad progiem wyborczym.

Zarówno słowa Hoffman, jaki i Migalskiego, a także wbrew temu, co słychać było wczoraj w Poznaniu, dowodzą, że PiS nie ma pomysłu na przyszłość. Nie tylko swoją. Bo za perspektywę bycia w Egipcie, to ja dziękuję (a nie byłem tam ani razu, wolę chłodne lasy nad suwalskimi jeziorami).

A tak swoją drogą czy już kiedyś w Polsce nie rozbrzmiewała podobna tonacja jak ta poznańska? Czy hasła w stylu “Zwyciężymy, Polska wśród nabogatszych państw świata” jako żywo nie przypominają retoryki, która zaczęła się od słynnego “pomożecie”?  I wystarczy, że już raz Polacy przechodzili przez może Morze Czerwone.

A co do sojuszu PiS z lewicą, to taki mały mieliśmy w białostockiej radzie miejskiej obecnej kadencji. Przez dłuższy czas był to alians niemocy. W ostatnim czasie jednak jakby nastąpiło przebudzenie z tego letargu. To znak, że zbliża się nie wiosna, a jesień. Wyborcza.

Parytety, czyli niezależna kobieta w białostockiej polityce

Dlaczego właściwie potrzebujemy kobiet w samorządzie? Czy wnoszą do polityki białostockiej, a także i regionalnej, coś innego niż ich koledzy?

Pięć radnych w radzie miejskiej Białegostoku, w sejmiku jeszcze mniej – tylko dwie. W obu tych instytucjach żadnej  z pań nie ma w ciałach decyzyjnych. Prezydent Białegostoku ma czterech zastępców, tyle samo marszałek członków zarządu. I żadnej z pań.

Może to wina procesu wyborczego, określającego typ osób, a więc i kobiet, które mają zasiąść w radzie – głównymi czynnikami są lojalność wobec partii i hierarchii politycznej. I w którym na samodzielność nie ma miejsca.

Sąsiad

Spoglądam na niego kilka razy dziennie, mijam raz dziennie. Stoi przy ulicy Poleskiej w miejscu, w którym dwadzieścia lat temu wypadł sowiecki pociąg z chlorem. Na szczęście żadna z cystern nie pękła.

Dziś kolejna rocznica w dekalogu białostockich świąt  (o ich nietypowości pisałem przy lutowej rocznicy odzyskania niepodległości przez miasto). Gdy 9 marca 1989 roku eszelon wypadał z szyn, Białystok był dla mnie czymś bardzo odległym. Los jednak tak sprawił, że kilka lat później zamieszkałem w pobliżu  krzyża. To sąsiedztwo na zawsze wryło się w moją białostockość.

Białystok, miasto cudownie ocalone? Może opatrzność, za stawiennictwem ks. Sopoćki (katastrofa wydarzyła się nie opodal jego kaplicy) czuwała nad miastem. Może białostoczanie zawdzięczają to ratownikom, którzy przy całej  mizerii wyposażenia (w porównaniu z dzisiejszym)  jakim dysponowali, dokonali rzeczy niemożliwej. A może materiałowi, z którego wykonane były cysterny. Bo w końcu okazał się bardziej niezłomny niż Związek Radziecki.

Co przeważyło? A może wszystkie te czynniki zadziałały synchronicznie?
Jedno jest pewne: Los pomógł wrócić białostoczanom z podróży w jedną stronę.
 
Przypomina o tym ten krzyż przy torach. Nikt pod nim nie śpi. Na szczęście.

Białostocka szarża ministra Sikorskiego

Musi być co najmniej na miarę tej spod Samosierry. Bo w przeciwnym razie nie uda mu się przebić tego, co podlascy liderzy Platformy zgotowali drugiemu kandydatowi na kandydata podczas sławetnego happeningu autobusowego na Rynku Kościuszki.

Tym bardziej, że jasno wtedy dali do zrozumienia, kto jest kandydatem regionalnej  PO w wyborach na kandydata na fotel prezydencki. I dlatego dzisiejsza wizyta szefa dyplomacji w Białymstoku będzie trochę, wbrew temu co napisałem, w tytule syzyfowa. Nawet jakby wylądował F-16 na Rynku Kościuszki.

Białostoccy radni jak Kopernik. Ruszą ziemię

Przynajmniej spróbują, zresztą po raz kolejny. Przy ulicy Bohaterów Monte Cassino.   Firma  Kopernik Devolopment chce tam od siedmiu lat postawić galerię. Ale nie może ze względu na sprzeczne przepisy, uchwalone jeszcze przez poprzednich radnych. Z jednej strony pozwalały na wznoszenie w tej okolicy tak dużych obiektów handlowych, z drugiej zabraniały inwestycji szkodliwych dla środowiska. jednym słowem klasyczny dysonans po białostocku. Radni tej kadencji już raz podchodzili do tej sprawy.

Ale w między czasie wybuchła afera. “Poranny” ujawnił, że w tej sprawie prowadzone jest śledztwo. W ubiegłym tygodniu prokuratura stwierdziła, że nie było próby wręczenia łapówki przy uchwalaniu planu zagospodarowania. A wczoraj prezydent miasta zdecydował, że uchwałą w tej sprawie znów powinni zająć się radni. Bo inwestor wykonał kolejny ruch. Jego przedstawiciele zapewnili, że pokryją wszelkie koszty przebudowy dróg i infrastruktury w otoczeniu planowanej inwestycji, czyli ulic Wyszyńskiego i Bohaterów Monte Cassino.

Po umorzeniu sprawy przez prokuraturę jasne było, że sprawa zmiany planu zagospodarowania przestrzennego przy ulicy Bohaterów Monte Cassino wcześniej czy później wróci na sesję.

Skoro jednak inwestor zadeklarował, że przebuduje układ ulic w tym miejscu (nie trzeba nikogo przekonywać jak bardzo zmiana w tym miejscu jest potrzebna, zresztą jakby spojrzeć na planowanie drogowych inwestycje w mieście to chyba urzędnicy na to liczyli), prokuratura nie dopatrzyła się niczego złego, to nic nie stoi na przeszkodzie, by radni sprzeczne przepisy poprawili. Dokonując tym samym swoistego przewrotu kopernikańskiej w tej kadencji. Byłaby to pierwsza zgoda na galerię od czasów słynnej sesji w żółto-czerwonych barwach. Ale to było u schyłku urzędowania poprzedniej rady.

Łatwiej być podejrzanym prawnikiem niż ściganym menelem

W ubiegłym tygodniu rozmawiałem z sędzią Bakone Justice Moloto. Południowoafrykański prawnik zasiada w Międzynarodowym Trybunale Karnym dla byłej Jugosławii. Sędzia mówił o perspektywach sądownictwa międzynarodowego karnego. Ubolewał, że najważniejsze kraje nie uznają jurysdykcji stałego sądu karnego. Na moje pytanie, czy gdyby uznawały, on nie miałby oporów przed sądzeniem prezydenta Stanów Zjednoczonych, powiedział: Gdyby powierzono mi taką sprawę, doprowadziłbym ją do końca.

Według mnie jest to podręcznikowy przykład rozumienia niezawisłości sędziowskiej. Jakże odmienne od logiki białostockiego wymiaru sprawiedliwości. Powinien on zrobić wszystko, by prowadzić do końca sprawę tajemniczej śmierci  aplikantki przy Starobojarskiej. Tu koneksje i powiązania korporacyjne w żaden sposób nie powinny ograniczyć niezawisłości i niezależności  sędziowskiej.

Adwokat wynajęty przez rodzinę ofiary będzie domagał się procesu w innym mieście. Już samo to żądanie kładzie się cieniem na niezawisłości białostockich sędziów, rodzi podejrzenia, że mogliby zachowywać się stronniczo. Oczywiście adwokat ma do tego prawo . Jednak białostoccy sędziowie powinni zrobić wszystko, by poprowadzić ów proces.   Albowiem rozumienie niezawisłości i niezależności jest jednowymiarowe. Tu o podwójnej optyce nie może być mowy. Na przekór konwenansom, poprawności i oczekiwaniom towarzyskim. Nie można bowiem w jednej sprawie być niezawisłym i niezależnym, a w drugiej nie. Tu miejsca na dualizm nie ma.
 
Tydzień temu napisałem, że powoli na światło dzienne wypływają szczegóły tego, co wydarzyło się pierwszej styczniowej nocy w tym roku w bloku przy ulicy Starobojarskiej w Białymstoku. Ale dopiero po przeniesieniu sprawy do Suwałk. Tyle, że upływający czas, wbrew fizyce, ma dwa końce. Jeden działa na korzyść podejrzanego. Drugi przeciw białostockiemu wymiarowi sprawiedliwości.

 Jego upór przed tą sprawą kontrastuje  z uporem z jakim tropi dwóch bezdomnych. To oni przygarnęli błąkającą się przy ulicy Broniewskiego trzyletnią Nikolę. W melinie nakarmili dziecko i położyli spać. Sami pili dalej. Nie zawiadomili policji. Prokurator oskarżył ich o przetrzymywanie dziewczynki wbrew woli rodziców. Z kolei inny przedstawiciel organów praworządności chciał, by sąd odebrał rodzicom prawo opieki nad trzyletnią Nikolą i jej trójką rodzeństwa. I sąd się na to zgodził.

Mamy tu swoisty paradoks. Wychodzi na to, że menele są ścigani za to, za co rozgrzeszył ich inny sąd podważają wolę rodziców. A poza tym: czy znalezienie na ulicy wieczorem dziecka, przygarnięcie go, nakarmienie i położenie spać nie jest uczynkami jakby wziętymi z katechizmu: głodnego nakarmić, spragnionego napoić, bosego przyodziać?. I za co ich tu karać? Że nie zadzwonili na policję? Podejrzewam, że wykręcenie numeru 112 lub 997 jest ostatnią rzeczą, o której by pomyślał w swoim życiu menel lub bezdomny. Pomijając to, czy miał, z czego wybrać taki numer.
Czyż na swój sposób nie postąpili szlachetnie? Wszak okazali dziecku dobroć, a nie krzywdę. A że pili dalej? Widać taki ich los.

Ich proces się  po raz drugi się nie rozpoczął, bo sąd nie ustalił adresu ich przebywania, by dostarczyć im wezwanie. Nic dziwnego. Takie jest życie bezdomnego i menela. Dzisiaj tu, jutro tam.

Lewa strona całkiem przygaszona

Podlaskie SLD świętowało wczoraj jubileusz. Skończyło dziesięć lat. Jaka była to dekada dla regionalnej lewicy? Najpełniej oddają to słowa o złotym rogu i czapce z piór z „Wesela” Wyspiańskiego.

Poczęta w przysłowiowym czepku. Bo w końcu degrengolady AWS, SLD stało się naturalnym dziedzicem do przejęcia schedy po prawicy(syndrom wahadła wyborczego). Nie tylko w kraju, ale i regionie. I tak się stało. Jedynie Białystok, jako miasto,  oparł się lewicy.

W 2001 roku miała  6 posłów i 2 dwóch senatorów. Rok później rządziła też województwem podlaskim. Potem z każdymi wyborami było coraz gorzej. Po części odzwierciedlało to trend ogólnopolski (w 2005 roku dziedzictwo  milleryzmu, w 2007 roku nieskuteczny, a przede wszystkim mało przejrzysty sojusz z demokratami, jeszcze mniej zrozumiała dla elektoratu socjalnego adwokatura stylu libertyńskiego, kompromitacja kampanii opartej na byłym prezydencie).

Ale to tylko część przyczyn  odzwierciedlających równanie w dół podlaskiej lewicy. Efekt jest taki, że w sejmiku ma dziś tylko trzech radnych, tyle samo w białostockiej radzie miejskiej. I  prawdę powiedziawszy żadnych widoków na poprawę notowań. Podobnie w Sejmie. Tutaj nie mają żadnych swoich . A mandat dla nowej twarzy podlaskiej lewicy Jarosława Matwiejuka?

To konsekwencja nie jego lewicowości, a raczej reprezentowania środowiska, które – jak potwierdziły ostatnie wybory parlamentarne (casus posłą Czykwina i po  trochu dogrywka regionalna z maja 2007) – nadal jest utożsamiane z jedną opcją (przykład Białegostoku pokazuje, że być może już niedługo). Przy dalszej marginalizacji lewicy Matwiejuk jest na dobrej drodze, by pójść w ślady Cimoszewicza, a z czasem zastąpić go na Podlasiu w roli, którą w naszym regionie pełni były premier.

A sam senator i były szef polskiej dyplomacji już dawno temu zdystansował się od podlaskiej lewicy.  Ta alienacja Cimoszewicza była bardzo wymowna. Nawet do podstawowej komórki SLD zapisał się w Warszawie, a nie na Podlasiu. A co oznacza brak Cimoszewicza dla podlaskiej lewicy, pokazały właśnie czerwcowe eurowybory.

Twardy elektorat pozwoli eseldowskiej lewicy w kraju przekroczyć pięcioprocentowy próg, ale marzenia o odegraniu kiedykolwiek większej roli przeminęły z wiatrem. Z drugiej strony, jest to poparcie na tyle duże, by zablokować stworzenie zupełnie innej, alternatywnej formacji lewicowej.

 Na Podlasiu próg wyborczy do rady miasta czy sejmiku może być dla lewicy za wysoki. Co ma bowiem lewica ciekawego do zaprezentowania dla białostoczan? Opalony radny Kochan może być atrakcyjny dla aktywu partyjnego, ale nie pozostałych, potencjalnych wyborców. Programowo, społecznie i intelektualnie miejskiej i regionalnej lewicy nie ma. 

Ale czy może być inaczej patrząc na samozadowolenie jej działaczy bijące z podestu urodzinowego? Jubileuszu w “domu burżua”.

Zakaz jazdy tirów przez Białystok

I zaczął się remont na ulicy gen. Maczka. Tym, którzy dziś stali tam w korkach uznanie za cierpliwość. Ja jeszcze nie miałem okazji, ale co się odwlecze, to nie uciecze.  Tylko czy białostoczanie muszą stać w korkach? Czy nie mają innej alternatywy? Czy jest tak, jak  powiedział jeden z liderów miejskich inwestycji drogowych: tranzyt, wiadomo jest najważniejszy, a białostoczanie muszą uzbroić  się w cierpliwość. 

Przypomnę to, co napisałem, gdy drogowcy robili przymiarki do tego remontu. 
Prezydent Białegostoku powinien postawić się okoniem. Tak jak kiedyś prezydent Łomży. Gospodarz stolicy dawnego województwa łomżyńskiego wprowadził zakaz jazdy przez miasto pojazdów o masie całkowitej powyżej 10 ton w godzinach od 22. do 6.  Kolosy powodowały za dużo hałasu.

Podobny zakaz tirów, ale z innego powodu,  powinien wprowadzić Tadeusz Truskolaski. Tylko tych jadących do granicy z Litwą.  W dzień. Inaczej północna część miasta zakorkuje się na amen.   Już teraz gdy do skrętu na Augustów ustawiają się w kolejce trzy tiry, szlag (drogowy) kierowcę trafia. A kolejka ciągnie się od Auchan.

Zakaz spowodowałby, że ciężarówki do Budziska jechałyby przez Łomżę albo przy wjeździe do Białegostoku skręcały na Szosę Ełcką i dalej do Grajewa, a potem  Augustów, Suwałki i Budzisko. Problemem mógłby być ruch tirów  jadących19, ale pewnie dałoby się to jakość obejść (np. od Bielska przez Zambrów na Łomżę). Zwłaszcza, że póki co jest jest ich nie tak znowu wiele w porównaniu z tymi jadącymi ósemką od lub do Warszawy.

I prawdę powiedziawszy mało mnie obchodzi, że prawdopodobnie rząd się obruszy, może ambasady i jakieś lobby. Interes białostoczan wymaga, by na czas przebudowy ul.gen. Maczka, tiry w dzień po niej nie jeździły.

Myślę, że Łomża nie będzie miała nic przeciwko temu. W końcu to taka namiastka Via Baltiki, którą i tak tamtędy będzie biegła. Z woli rządu.

To napisałem w grudniu. A dzisiaj dodałbym jeszcze, że ten zakaz powinien też obowiązywać w nocy. Bo tego, wbrew temu, co mówił lider miejskich inwestycji drogowych, wymaga interes białostoczan. A on dla urzędników w tym mieście powinien być najważniejszy. W perspektywie długofalowej, jak i każdej kolejnej godziny.

Trenerzy magicy

Ledwie się zaczęła runda wiosenna, a karuzela z posadami rozkręciła się na dobre. I to na szczycie ligowej tabeli. Trener Maciej Skorża pożegnał się z Wisłą, a Jan Urban z Legią. Tego pierwszego zastąpił Henryk Kasperczak, drugiego Stefan Białas. Obaj już trenowali swoje obecne drużyny. A trener Białas to i nawet Jagiellonię, w której ustanowił swoisty rekord Guinnessa: nie poprowadził naszej drużyny w żadnym meczu.

Jakie licho kusi tych, którzy przychodzą w miejsce zwolnionych?. Przecież za kilka kolejek, a w najgorszym razie już po pierwszej, mogą znaleźć się w podobnej sytuacji.
Dostając angaż muszą w zamian coś obiecać. Ale jak można cokolwiek obiecywać, skoro gołym okiem widać, że w naszej ekstraklasie to i Salomon by nie nalał. Bo i z czego? Z pustego?. Jeśli przesłanką do wskakiwania na karuzelę trenerską jest chęć utrzymania się w fotelu za wszelką cenę do pierwszego zakrętu (tu się kłania scena z Dyzmy, który zszokowany po ofercie Kunickiego marzył, by na posadzie utrzymać się choćby miesiąc, dopóty nie wyda się, że nie ma pojęcia o zarządzania majątkiem), to w ogóle nie powinni parać się tym rzemiosłem. Cóż, nie od dziś wiadomo, że nasza piłka jest chora.

A jej główną dolegliwością jest nadmiar pieniądza i łatwość, z jakim się nim obraca. Ta choroba zaczęła się jeszcze w poprzedniej epoce. Taką swoistą cezurą czasową był rok 1983. Wraz z transferem Dariusza Dziekanowskiego ze stołecznej Gwardii do łódzkiego Widzewa, z naszej piłki uszło powietrze. Okazało się, że także nad Wisłą nie trzeba już ją dobrze kopać, wystarczy dobrze się sprzedać. Ta mentalność jest piętnem każdej kolejnej generacji. Także po zmianie systemu.
I zapewne dosięgłaby też Miroslava Klose czy Lukasa Podolskiego, gdyby ich rodzice zostali w kraju urodzenia. Dopóki młodzi piłkarze (ale także trenerzy i działacze) będą myśleć o tym jak się ustawić, dopóty nadal będziemy w piłkarskim zaścianku.

Obraz tego zaścianku był zamazywany także przez tzw. centralnych specjalistów okołofutbolowych, przez stworzenie celebry otaczającej rozgrywki ligowe. Iluzji,   która przykrywa i toleruje analfabetyzm piłkarski (wczorajszy dzień był tego dobitnym przykładem, wystarczyło posłuchać i obejrzeć audycji sportowych).
Nie widzę żadnych przesłanek, by polski futbol, niczym przyroda po zimie, się odrodził. Ani teraz, ani za kolejne dwanaście miesięcy, ani kiedykolwiek. I dlatego EURO 2012 zapowiada się niczym film 2012. Tyle,  że to nie będzie fikcja, a rzeczywistość.

I na koniec jeszcze jedno: są dwie filozofie piłkarskie współczesnego świata. Pierwszą uosabia Abramowicz, który wpompował w Chelsea miliony funtów. Wychodząc z założenia, że nie ma, co czekać w nieskończoność i wszystko załatwi kasa, ściągnął do klubu, kogo tylko się dało. I tak na dobrą sprawę nigdy tego najważniejszego celu nie osiągnął.

I druga szkoła, której przedstawicielem jest Alex Ferguson. Najlepszy dowód, że tak na dobrą sprawę pieniądze nie są najważniejsze. Liczy się zobowiązanie i czas. A ten dla szkockiego trenera Czerwonych Diabłów wynosi już ponad dwadzieścia lat.

Gdy pojawił się na Old Traford Manchester United był przeciętną drużyną, jak na ligę angielską. Nikt nie oczekiwał cudu, ale też nikt nie załamywał rąk podczas niepowodzeń. Pierwsze sukcesy nie przyszły tak łatwo, a te w Europie jeszcze później. I mimo, że media po porażkach spekulowały o szybkiej odprawie Fergusona, on spokojnie dorobił się  za trenerkę MANUTD tytułu szlacheckiego.
I nie mam wątpliwości, że to on, a nie rosyjski miliarder, zostanie zapamiętany na wieki przez futbolowe pokolenia. Oby też przez naszych działaczy, którzy w żonglerce trenerami widzą panaceum na szybki zysk.

A na pocieszenie byłym już trenerom i tym, którzy przyszli po nich, a którzy już niedługo też będą tylko byłymi, a także ich pryncypałom, piosenka Maanamu.

YouTube Preview Image

Sprawa Kornelii Marek

Od dwóch dni w kraju lament jeno i jęki. Bo okazało się, że najlepsze igrzyska zimowe w historii polskiego sportu kończą się dla nas minorowej tonacji. Jeśli za miarę weźmiemy ilość zdobytych medali, to faktycznie start nam się udał. Ale mając w perspektywie przyszłość sportów zimowych, to nie rysuje się ona różowo. Pisałem o tym na zakończeniu igrzysk w tekście “Brąz na wagę złota“.

I oby tego nie przesłoniła afera dopingowa z Kornelią Marek. Co jest jej sednem? Czy to, że stosowała środki dopingujące (świadomie czy nieświadomie to nie ma znaczenia) czy to, że dała się złapać jako jedyna z ponad 3 tysięcy zawodników startujących w Vancouver? Słuchając wszystkich tych buńczucznych zapowiedzi okraszonych ostracyzmem mam wrażenie, że to drugie właśnie wszystkich uwiera.

Uchwyty

To było gdzieś w połowie lat 90. Może rok, dwa później. Wtedy raz w miesiącu odwiedzałem budynek Uchwytów przy Łąkowej. Mieścił się tam na dole punkt kasowy Powszechnego Banku Gospodarczego w Łodzi (kto jeszcze dziś pamięta tę nazwę). Można było w nim opłacać bez prowizji rachunki za prąd. A ponieważ był dosłownie o przysłowiowy rzut beretem od mojego bloku, przeto raz w miesiącu dreptałem zapłacić w nim fakturę za energię.

Raz się stało w dłuższej kolejce, raz w krótszej. Często do okienka kasowego przychodzili pracownicy Uchwytów, by pobrać w nim pieniądze z konta. Wystarczyło, że powiedzieli końcówkę rachunku, a od razu mieli do niego dostęp. Bez żadnych czeków (o kartach wtedy nikt jeszcze nie myślał).
To chyba był jeden z pierwszych zakładów w Białymstoku, który zastosował takie rozwiązanie. Trochę zazdrościłem pracownikom, bo ja musiałem przychodzić do owego okienka z gotówką. A oni mogli tak niemal od ręki pobierać pieniądze. Tak, to były złoty czas Uchwytów.

Potem… Potem scenariusz podobny w gruncie rzeczy jak w przypadku innych podlaskich firm z tradycją (oczywiście Uchwyty miały także swoje własne osobliwości).

Dzień wagarowicza

Kończy się najdłuższa zima nowoczesnej Europy. Czy nauczy ludzi pokory przed przyrodą? Wątpię, bo natura ludzka ma to do siebie, że jakoś nie po drodze jej z Naturą.

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Kiedyś w gwarze szkolnej był to Dzień Wagarowicza. Piszę kiedyś, bo z biegiem czasu został zinstytucjonalizowany przez szkołę. Sprowadzało się to do tego, że wprawdzie nie było lekcji , ale uczniowie pod okiem nauczycieli mieli zagospodarowywany ten czas. To było takie świętowanie na pół gwizdka: ni to lekcje, ni to wagary

Na szczęście w tym roku Dzień Wagarowicza wypada w weekend, przeto choć kalendarz złagodzi nieco upadek dawnych obyczajów. Bo kiedyś zerwać się z lekcji 20 lub 21 marca , to było coś. 

A jednego z takich zrywów nie zapomnę do dziś. A właściwie kary za niego. Tak się też złożyło, że świadkiem jej wymierzenia była koleżanka siostry (bawiąca wtedy u nas w domu), a zarazem córka mojej wychowawczyni. Ostrej i zasadniczej kobiety. A trwoga przed każdą lekcją biologii na zawsze utkwiła mi w pamięci. I pewnie reszczcie klasy.
Ale nazajutrz po tamtych wagarach, gdy cała klasa w trwodze czekała na zbiorową karę, tej kary nie było. I tylko ja jeden wiedział dlaczego. A każdy, nawet najmniejszy ruch na krześle, mi o tym przypominał.

Jagiellonii pora na zwrot

Z trudnych przeciwników naszym piłkarzom pozostała Legią. Ale to pozory. Bo po ostatnich meczach Legia nie jest taka straszną jak ją malują (zresztą nasi pokonali ją u siebie jesienią). A ponadto tak się wszystko w naszej lidze wymieszało, że pojęcie „trudny przeciwnik” jest względne i komiczne.
Marne to alibi dla naszych piłkarzy. Remisy, a tym bardziej porażki, nie wchodzą już w grę.  Nawet te w Pucharze Polski. W środę nasi muszą odrobić straty z Kielc. Nie tylko by awansować do kolejnej rundy rozgrywek, ale nadać nadzieję, że podobnie grać będą w lidze.

Korek po białostocku

Historia lubi się powtarzać za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa – mawiał klasyk dawnego systemu. Wczoraj byliśmy świadkami i tragedii, i farsy. Po białostocku. Mam na myśli korek spowodowany awarią tira.

Przymusowy postój ciężarówki na skrzyżowaniu 27 Lipca, Wasilkowskiej i Andersa jako żywo przypomniał sceny, które rozegrały się w tym samym miejscu trzy lata temu. Wtedy miasto także się zakorkowało. Powód był inny: awaria sieci gazowej.
Jednak zarówno tamta, jak i ta wczorajsza, udowodniły jakim wąskim gardłem jest to skrzyżowanie na mapie Białegostoku. Pisałem o tym na blogu wielokrotnie. Takim miejsc jest jeszcze kilka, ale to skrzyżowanie u zbiegu 27 Lipca, Wasilkowskiej i Andersa jest szczególne. Do końca 2013 roku powinno być przebudowane, ale tak na dobrą sprawę puszczenie alternatywnej drogi (jest na etapie bodajże przedprzetargowym) do traktu wasilkowskiego może  zapobiec takim sytuacjom, jak wczoraj. Zwłaszcza wtedy, gdy kierowca tira zostawi samochód na kilkadziesiąt minut i zniknie. A policja rozkłada bezradnie ręce mówiąc, że nic ni może zrobić. I to jest ten cały aspekt wczorajszego zatoru zasługujący na miano farsy.

W praktyce czeka nas z każdym dniem coraz większa “tragedia korkowa”. Pisałem o tym wielokrotnie. Najlepiej byłoby, by prezydent na czas remontu obwodówki zakazał jazdy tirów przez Białystok. A wtedy koszmaru dnia wczorajszego spowodowanego korkiem na Andersa, Wasilkowskiej i i 27 Lipca w ogóle by nie było. Bo problemem głównym nie było to, że auto się zepsuło, ale to, że go tam wcale nie powinno być. Przynajmniej do zakończenia remontu obwodówki.

Pechowa strategia

Fatalnie zaczęły się konsultacje o strategii rozwoju Białegostoku na najbliższą dekadę. Garstka ludzi na Dojlidach, jeszcze mniej na Bojarach. Taka mała frekwencja może świadczyć, że na pozór mieszkańców, problem ten może nie interesować. Ale przyczyn niskiej frekwencji może być kilka.

Przede wszystkim brak informacji o spotkaniach. Narzekali na to mieszkańcy Dojlid. Widać zapowiedzi, które poczyniły białostockie media nie powinny być dla urzędników wystarczającym punktem odniesienia. Informacje o konsultacjach powinny być na przystankach, w sklepach czy szkołach osiedlowych.

Po drugie: termin konsultacji. Chyba czas przedświąteczny nie był najlepszym momentem na początek kampanii. Co więcej w piątek spotkanie ogólne (nie dla poszczególnego osiedla, ale całego miasta) zaplanowano godzinę przed drogą krzyżową, w której jak co roku będzie uczestniczyło bardzo dużo białostoczan. I im zapewne nie w głowie tego dnia konsultacje.

Po trzecie: sposób konsultacji.  Naiwnością było sądzić, by podczas takich spotkań mieszkańcy nie będą poruszali spraw, które im są bliskie na co dzień. Przez pryzmat najbliższego chodnika. Co prawda pomysłodawcy konsultacji mówili, że ich przedmiotem będą dylematy  i sprawy ogólne, ale trzeba być krótkowzrocznym (nie obrażając nikogo), by nie dostrzec o czym ludzie chcą rozmawiać. To dowodzi tego, jak mówił w Poranym Zbigniew Sulewski z Centrum A.Smitha, że urzędnicy powinni siąść i napisać sami strategię, w  oparciu o dostępną wiedzę: - ”To ma być dokument, który trzeba napisać; poprzez liczne spotkania i konsultacje strategii się nie stworzy”.

Zwłaszcza jak się zadaje na nich pytanie: Czy Białystok powinien bardziej nastawić się na współpracę ze Wschodem czy Zachodem Europy? Odpowiedź mieszkańców, że na jednych i drugich jest z jednej strony dowodem ich rozsądku, a z drugiej ograniczenia urzędników. Załóżmy sobie taką sytuację. W strategii wskazano na Zachód. W połowie dekady zgłasza się inwestor ze Wschodu, który chciałby w pompować miliony do Białegostoku. I co, ma mu się tego zabronić tylko dlatego, że na papierze napisano o  współpracy tylko z przedstawicielami Zachodu? Przecież to jakiś absurd.
 Po czwarte: pech. I nie mam tu na myśli liczby spotkań (będzie ich trzynaście), ale to, że Białystok ma bardzo poważny kłopot ze stworzeniem jakiejkolwiek strategii. O tej promocyjnej z zeszłego roku nie warto już nawet wspominać (tyle razy pisałem o niej na blogu). O kulturalnej, czyli strategii na bycie ESK w 2016 roku, też jak na razie nie da się wiele dobrego powiedzieć. Ta o rozwoju też kroczy w niebezpieczną stronę. Ale czy w ogóle jakakolwiek strategia jest nam potrzebna do szczęścia? Bo, że urzędnikom, to nie wątpię.

Symbol krzyża

Rocznice i święta białostockie. Wydarzenia, które niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę. Jedno z nich dzisiaj. Za kilka godzin Rynkiem Kościuszki przejdzie, jak co roku, Droga Krzyżowa. Niby jedna z wielu, jakie są w tych dniach w kraju, ale ma już własną tradycję. A przemarsz od Fary do białego kościoła na wzgórzu nadaje jej niepowtarzalnego charakteru.

Gdy piszę te słowa sąd w Szczecinie oddalił oddalił powództwo mieszkańca Świnoujścia, który domagał się zdjęcia krzyża z sali sesyjnej rady miasta Świnoujścia. Twierdził, że obecność krzyży w magistracie odbiera jako próbę narzucenia mu religii katolickiej.

Ta sprawa to pokłosie słynnego listopadowego wyroku strasburskiego Trybunału.  Jego sędziowie zdecydowali, że z klas we włoskich szkołach powinny zniknąć krzyże. Sprawa była szeroko komentowana w całej Europie.

Pisałem wtedy, że tym werdyktem Europa zgotowała sobie pierwszą po 800 latach krucjatę krzyżową. A Mirosław Miniszewski w Obserwatorze pisał wtedy tak: – Próba systemowego usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej ma w istocie charakter wojny religijnej: współczesna religia suwerennej, „świeckiej” władzy przeciw chrześcijaństwu i także, co jest już faktem nie pozostawiającym wątpliwości, przeciwko islamowi. Jeśli niektórzy ludzie niewierzący cieszą się dzisiaj z tego, że „ktoś wreszcie zrobi porządek z tymi klechami”, to niech uświadomią sobie, że nowa religia bezwzględnej i technokratycznej współczesnej władzy jest niepewna oraz niebezpieczna. Kwestią czasu jest tylko to, kiedy inne sfery naszego życia zostaną poddane urzędowej kontroli suwerena.

To jeden z najważniejszych tekstów jaki ukazał się w ponad dwuletniej historii piątkowego tygodnika (dodatku do Magazynu Porannego). Autor kończy tak: ”Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać”.

Dziś to przesłanie przez znaczną cześć białostoczan będzie prezentowane publicznie. Takich publicznych budynków, jak ten w Świnoujściu, są w tym kraju, tysiące.

Myślę, że Europa w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?.

Zbyteczna godzina dla ziemi, konieczna minuta dla miasta

Jagiellonia gra jutro po południu przy ulicy Słonecznej z Piastem Gliwice. Wyobraźmy sobie, że mecz ten rozgrywany jest dzisiaj o godz. 19.15. Do końca gry pozostaje pięć minut  i nagle gaśnie na stadionie światło. Nie z powodu awarii, ale „Godziny dla ziemi”. Bo właśnie dzisiaj o godz. 21 w Białymstoku w ramach ogólnoświatowej akcji zgaśnie iluminacja na publicznych budynkach. A czyż stadion nie jest takim obiektem?

W praktyce trudno sobie wyobrazić, by zgasło światło z tego powodu podczas meczu. Bo transmisja telewizyjna, bo kontrakty reklamowe.  Tak samo jak trudno sobie wyobrazić, by prądu nie było podczas premierowego spektaklu After Party, który inauguruje dziś właśnie o godz. 21. sezon na Węglowej. By po omacku rozdawano laury na wieczornej gali Podlaskiej Marki Roku czy bez prądu grano podczas licznych koncertów, które w tym czasie są w mieście.

Odnoszę wrażenie, że jesteśmy poprawni na siłę. Łatwiej przychodzi nam pstryknąć przycisk (bo takie są trendy światowe) niż wyrzucić śmieci tam, gdzie ich miejsce lub nie przechodzić obok nich obojętnie. A przecież wysypisk czy śmietnisk w mieście i wokół niego, nie tylko z racji tego, że już po zimie,  jest bez liku. Tak jak zaśmiecone przejście pod wiaduktem na ul. Sienkiewicza czy Las Turczyński (pisaliśmy o obu w ostatnim tygodniu w Porannym).

Zamiast sztucznej Godziny dla Ziemi, pora na prawdziwą minutę dla miasta. A ziemi będzie lżej. Znacznie dłużej niż godzinę.

Galeria na placu Inwalidów. Inna niż wszystkie

Dwa koncerty, w dwóch różnych miejscach, ale jakże bliskich sobie. Na przekór nowym czasom. Pod takim tytułem w  białostockim kinie Pokój koncertowali wczoraj o godz. 19. Andrzej Piaseczny i Seweryn Krajewski. W tym samym czasie w kinie Forum grał zespół Raz, Dwa, Trzy.

W kinie Pokój Andrzej Piaseczny powiedział trochę tak żartobliwie, że na przekór nowym czasom  jest m.in. ta sala. Pewnie to samo powiedziałby, gdyby grał w Forum. A może rzekł to tam Adam Nowak?

Obie sale to jeszcze nie tak dawno główne kina w Białymstoku. Koncerty w nich są raczej z musu. A ten mus wynika stąd, że nie ma w Białymstoku sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia. Co prawa jest filharmonia, ale przeznaczona głównie dla melomanów innej muzyki. A poza tym wczoraj był w niej finał Podlaskiej Marki Roku.

Brak sali koncertowej to największy ból Białegostoku w sferze kultury. Pisał o tym już kilka lat tem w Obserwatorze Michał Franczak:  „Niestety, budowana właśnie Opera Podlaska nie zmieni tej infrastrukturalnej nędzy – będzie tu zaledwie 828 miejsc dla melomanów. Niewiele ponad tysiąc, gdy doliczymy dostawki. Białystok nadal pozostanie bez obiektu, w którym można by zorganizować imprezę masową lub przynajmniej porządny rockowy koncert.
O występie zagranicznej gwiazdy możemy zatem tylko pomarzyć.”

Lepiej jest z koncertami plenerowymi. Tutaj za salę koncertową pod chmurką robi Rynek Kościuszki. Ale nie wszystkie koncerty mogą być otwarte dla publiczności tzn. być za darmo. Dzieje się tak zazwyczaj, gdy pieniądze na nie wyłoży samorząd lub sponsor. Prawda jest taka, że większość koncertów jest organizowana z myślą, by na nich zarobić.  A tego w plenerze w zasadzie nie da się zrobić. I dlatego potrzebna jest sala koncertowa. Ale nie hala sportowa (w Białymstoku też jej nie ma, choć ma powstać przy ul. Ciołkowskiego). Tu powinien być ścisły rozdział na zasadzie: co boskie Bogu, co cesarskie Cesarzowi. A zatem: co sportowe, to sportowi – co kulturalne, to kulturze. W przeciwnym razie czeka nas powtórka tego, co stało się z halą przy Antoniukowskiej. A nie jest to bynajmniej powtórka z rozrywki.

Może władze miasta powinny pomyśleć nad taką salą koncertową. Tym bardziej, że przy tej ilości imprez kulturalnych zarabiałaby na siebie. Poza tym jej budowę pewnie wsparłaby Unia.

I dlatego zamiast sprzedawać ponownie (tym razem będzie to w formie wieczystego wydzierżawienia) plac Inwalidów, może warto pomyśleć, by powstała tu galeria. Nie handlowa, a muzyczna. Pierwsza w mieście, a może i w kraju.
PS. Piszcie jak było na koncertach Raz, Dwa, Trzy oraz Andrzeja Piasecznego i Seweryna Krajewskiego.

Powroty

Jak co roku trwa niesamowity spektakl. Zaczęły się powroty. Rozlewiska Biebrzy i ich mieszkańcy. Wolni, swobodni, beztroscy. 

Masz szybki samochód

Tracy Chapman skończyła wczoraj 46 lat. Przed laty okrzyknięta buntowniczką z Ohio. Dzisiaj już nie tak wojownicza, ale nadal wierna swoim tekstom i muzyce.

Moje spotkanie z Tracy Chapman zaczęło się dwie dekady temu. Nikomu nie znana dziewczyna wychodzi z pudłem na londyński Wembley i zaczyna grać. I śpiewa o rzeczach, które nad Wisłą, wydawały się wówczas abstrakcją.

Pamiętam jak dziś tłumaczenia jej tekstów, które prezentował w radiowej Trójce niezapomniany Tomasz Beksiński. Gdzieś jeszcze na starym magnetofonie szpulowym mam to nagranie. “Masz szybki samochód, a ja bym chciała uciec dokądkolwiek. Może zawrzemy układ”. Tak śpiewała w utworze “Fast car”.

To drugi utwór na jej pierwszym krążku.
1. Talkin’ ‘Bout a Revolution
2.Fast Car
3.Across the Lines
4.Behind the Wall
5.Baby Can I Hold You
6.Mountains O’ Things
7.She’s Got Her Ticket
8.Why?
9.For My Lover
10.If Not Now
11.For You

Kolejności utworów z tej płyty trudno zapomnieć. Bo też ten pierwszy album Tracy Chapman jest dla mnie płytą skończoną, absolutną. I też z tego powodu potem zapomniałem o Chapman. Choć wiedziałem, że nagrywa nowe płyty, jakoś nie sięgałem po nie. Wychodząc z założenia: Czy po tak absolutnej płycie można przekazać coś więcej?

I było to długie zapomnienie, bo aż 20 letnie. Dopiero jesienią 2008 roku roku, po informacji o europejskiej trasie koncertowej, coś mnie tknęło, by poznać ją na nowo. I słucham jej niemal codziennie. Bo takie granie potrzebne jest światu jak tlen.
A może by tak zagrała na Dniach Białegostoku? Fajnie byłoby usłyszeć na Rynku Kościuszki “Subcity” czy “Talkin’ ‘Bout a Revolution”.
Wiem, to marzenie ściętej głowy.

Po przerwie 1:0

To nie prima aprilisowy żart. Ale fakt czystej wody. Jagiellonia pokonała w Krakowie Cracovię. Lepszego prezentu na święta sobie i kibicom, nasi piłkarze nie mogli sprawić.  Jak to powiedział sprawozdawca radiowy Wesołego Jagielluja.

Lekcja umierania. Pięć lat później

Zjednoczenie Polaków, narodowe rekolekcje, niezwykły czas, Wielki Tydzień – tak mówiono o pamiętnych dniach, kiedy żegnaliśmy Jana Pawła II. Ludzie przed kamerami obiecywali, że będą lepsi. Nawet kibice zwaśnionych klubów się jednali. Politycy różnych opcji na wyścigi zapewniali o tym, że wdrożą w życie nauczanie Papieża, że będą pamiętać jego przemówienie w Sejmie, że teraz będzie inaczej.

– W tamtym czasie towarzyszyła nam zaduma nad śmiercią, cierpieniem, przemijaniem. Na powierzchni tego nie widać, ale ta zdolność w nas została –  mówił w 2006 roku socjolog profesor Zdzisław Krasnodębski, który nie wyobrażał sobie, żeby do takiego narodowego zjednoczenia doszło na przykład w Niemczech.

Ale też naturalnym zjawiskiem psychologicznym po śmierci osoby wybitnej, szanowanej czy kochanej jest autoidentyfikacja z nią i jej dokonaniami. Niektórzy zachodni krytycy już  w kwietniu zwracali uwagę, że nasza pamięć o Janie Pawle II niewiele odbiegała od zachowań typowych dla fanów rocka po śmierci ukochanej gwiazdy. Wszyscy słuchają jej muzyki, kupują płyty i zawieszają plakaty. A potem? A potem znów powraca pluralizm, zmieniają się płyty i plakaty. Czyż podobnej traumy nie doświadczyli Brytyjczycy po śmierci księżnej Diany? Albo w zeszłym roku Amerykanie po śmierci Michaela Jacksona?
Jeszcze dalej poszedł Nicholas D. Kristof , który  dwa dni przed pogrzebem Papieża na łamach „New York Times” pisał  o hipokryzji jaką jest demonstracyjna żałoba politycznego świata i  jednoczesne odwrócenie oczu od ludobójstwa w Darfurze. – Jeśli jakaś lekcja płynie z pontyfikatu Jana Pawła II to jest to lekcja o sile moralnych przekonań – pisał amerykański publicysta.

Młodzi, niepewni
Najsilniej hipokryzję wyczuwają ją i reagują na nią ludzie młodzi. W kwietniu 2005 roku większość z nich śmierć Jana Pawła II nazwała przeżyciem pokoleniowym. Sprawdzaniem tej tezy zajął się w kwietniu i maju 2005 roku zespół dr. Krzysztofa Koseły, socjologa z UW. Badania przeprowadził wśród studentów Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Okazało się, że 90 proc. ankietowanych śmierć Jana Pawła II uświadomiła, że jego osoba łączy ich z innymi, ale jedynie 45 proc. uważało, że jest to na tyle trwałe doświadczenie, iż może nabrać charakteru pokoleniowego. Co trzeci badany było przekonany, że rok później nie znajdziemy śladu po wzruszeniach i postanowieniach, które złożyły się na powstanie w publicznej wyobraźni „pokolenia JPII”.

Potwierdziły to za rok badania CBOS. 25 proc. uczniów i studentów nie czuło żadnej więzi z Papieżem. Jak pisała w komentarzu do badań Bogna Wciórka, „na tle innych badanych przedstawiciele kształcącej się młodzieży wyjątkowo często twierdzą, że nie znają papieskiego nauczania i nie kierują się nim”.  Co dziesiąty spośród pytanych o najważniejsze cechy nauczania Jana Pawła II wymienił nie tyle treści tego nauczania, co przymioty samego Nauczyciela: „Obezwładniał mnie swoją otwartością i bliskością. Jego ciepło, które w czasie choroby było ukazane – porażało”; „Był taki życzliwy i uśmiechnięty, ale gdy trzeba było, potrafił być stanowczy i walczyć o sprawę„; „Cisza, spokój i opanowanie – chciałbym się tego kiedyś nauczyć”; „Jego poczucie humoru udzielało się każdemu z nas„.

Już po dwóch latach od narodowych rekolekcji aż 67 proc. Polaków uważało, że śmierć papieża tylko na krótko zmieniła nas na lepsze. Jedynie 12 proc. twierdziło, że odejście Jana Pawła II trwale zmieniło nas na lepsze – wynikało z sondażu Pentora przeprowadzonego na zlecenie “Wprost„ . 14 proc. oceniało, że wydarzenie sprzed dwóch lat nie zmieniło nas w ogóle, a 3.5 proc. – że zmieniło na gorsze.

Przemiana na chwilę
Na stadionie Cracovii, gdzie w 2005 roku odprawiano nabożeństwa w intencji papieża, dwa lata później zawieszano hasła, które nawoływały nie do przebaczenia, a nienawiści.  W tym samym czasie  młody białostoczanin, oskarżony o napaść na kibiców i policjantów, mówił przed sądem: Siekierę dostałem w prezencie od… dziewczyny z okazji tego, że spotykamy się od trzech miesięcy. Napisane na niej było: “Kocham Cię na zabój„.

W polityce też strasznie.  W kampanii wyborczej rywal stał się dla rywala bulterierem. Słychać było wzajemne oskarżenia oraz próbę zaistnienia przy każdej możliwej okazji. Warcholstwo, chamstwo, dureń, łżelity, wykształciuchy, szambo. kretyn, zdrajca – epitety były wyciągane niczym asy z rękawa.  To, co nastąpiło w polskiej polityce w następnych latach, między rokiem 2007-2010, jeszcze bardziej stało w opozycji do słów Papieża, wypowiedzianych podczas pierwszej wizyty w parlamencie. 
– Wykonywanie władzy politycznej, czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo, powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu – mówił w 1999 roku w Sejmie Ojciec Święty.

Z kolei w przesłaniu encykliki “Laborem exercens” Papież mówi coś, co wydaje się oczywiste: że to praca, której daje pierwszeństwo przed kapitałem, jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy. A jak wielu pracodawców o tym dziś zapomina? Jeśli pracownicy są – poprzez swoją wydajność twórcami – ożywienia gospodarczego, to dlaczego nie są jego beneficjentami (poprzez wzrost płac).
Tęsknimy za solidarnością społeczną, powtarzamy za Janem Pawłem II, że nie ma solidarności bez miłości, angażujemy się w akcje charytatywne. Jednocześnie istnieje potężne bezrobocie, jeszcze więcej ludzi żyje na granicy minimum. Ukuty w ostatnich latach termin “społeczna odpowiedzialność biznesu”, mający być swoistym alibi na trudne czasy, stał się nic nie znaczącym frazesem.
 
W sondażach nadal pozostajemy jednym z najbardziej religijnych społeczeństw Europy, ale już z  przełożeniem tych deklaracji na codzienność mamy kłopot. Za wprowadzenia nauczania religii do szkół, przyszło Kościołowi płacić rozluźnieniem więzi młodych ludzi z parafią czy lekceważeniem religii przez uczniów.

W ostatnich latach wzrastał odsetek osób przeciwnych aborcji i uważających małżeństwo za nierozerwalny związek mężczyzny i kobiety. Jednocześnie istniała turystka aborcyjna, kilkanaście procent dzieci rodziło się poza małżeństwami, rosła liczba rozwodów. Jeśli idzie na przykład o antykoncepcję to papieskie nauczanie zostało powszechnie ignorowane.

A Kościół? Tak jak w latach przełomu polski Kościół – dotąd stanowiący jedność z narodem – okazał się nieprzygotowany na nadejście czasów dopuszczających różnorodność światopoglądową, tak nie był przygotowany na czas po śmierci Jan Pawła II.  Okazało się, że wielka postać papieża przez lata stanowiła dla polskich hierarchów parawan, za którym chowali wstydliwe rzeczy. Lustrację, nadużycia finansowe, przypadki molestowania seksualnego (choć to ostatnie jest promilem, w porównaniu z tym, co ostatnio usłyszeliśmy z Irlandii). 

Jeszcze nie czas
Pod koniec swego pontyfikatu Papież zwrócił się z zapytaniem zatroskanego ojca do Polaków: „Co wyście zrobili z tą wolnością ?” Pytanie to boli do dziś. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie wizytę Ojca Świętego z 1991 roku. Wówczas papieska katecheza oparta na Dziesięciorgu Przykazaniach dotyczyła pułapek i zagrożeń jakie owa wolność przynosi (dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich był Białystok). Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II. Część mediów i społeczeństwa zarzucała Papieżowi, że nie rozumie liberalnej demokracji oraz ingeruje – jako osoba duchowna – w strefę działalności politycznej. Ale papież niezłomnie powtarzał: Demokracja zapewnia udział obywateli w decyzjach politycznych i kontrolę rządzących, wolna ekonomia pozwala na rozwój inwencji gospodarczej człowieka.
I zastrzegał: Ale taka demokracja, która ma oparcie na gruncie stałych wartości i tylko taka wolna ekonomia, która służy człowiekowi, służy kształtowaniu świata bardziej ludzkiego i sprawiedliwego.

Zastanawia, że po tylu latach wśród tak wielu wartości dostrzeganych przez młodych ludzi w nauczaniu Jana Pawła II nie znalazło się pojęcie wolności. Czy dlatego, że młodzi nie zrozumieli jeszcze koncepcji wolności prezentowanej w nauczaniu Papieża, czy też się z nią nie zgadzają, ale przez szacunek dla Jego osoby nie dotykali w ogóle tego zagadnienia. A może nie mają kompleksu wolności, bo odkąd pamiętają cieszą się wolnością, którą zawdzięczają Janowi Pawłowi II?

Jeśli jednak wydarzenia z kwietnia 2005 roku nie były grą pozorów, to na zewnętrzne efekty wewnętrznej przemiany będziemy musieli poczekać kilkanaście lat, jeśli nie dekad. Być może dopiero wtedy depozytariusze papieskiego  nauczania wezmą to, co niego najważniejsze – kierunkowskazy prowadzące wierzących do Boga, niewierzących do drugiego człowieka, a wszystkich do „odmiany oblicza ziemi”. Tej ziemi.

A jednak tych kilkanaście dni z kwietnia 2005 roku zapadły w pamięć na zawsze. Dla mnie były niezwykłym świadectwem człowieczeństw bijącego z choroby, starości, niepełnosprawności. Że można nadać bólowi sens wykraczający poza doczesność.
W rocznicę śmierci Jana Pawła II przypadającą w tym roku w Wielki Piątek to wspomnienie nabiera jeszcze większej wymowy.

Babska to rzecz, gospodarza też

W Wielką Sobotę gospodynie miały dużo pracy. Babska to rzecz przygotować święcone. Na południe musiało być gotowe. Od świtu wszyscy się krzątali. Gospodynie z córkami zamykały się w izbie; piekły baby. Wielka to sztuka, bo baby musiały być ogromne, doskonale wyrośnięte, pulchne i lukrowane.
Ale gospodarzowi też nie brakowało pracy; musiał dać żywinie świeżą podściółkę, urżnąć sieczki na trzy dni, narwać królikom mleczu, a wieprzkom pokrzywy. Jeśli chłop z synami zgłodnieli, zaglądali w okienną szybę, a zdenerwowana gospodyni podawała im przez szparkę kilka placków z paskowego ciasta. Gospodarz jadł i szedł dalej oprzątać. Chłopcy biegli z nim w pole i tam, ukręciwszy kawałek bułeczki rzucali w ziemię. ( Fragment książki Ewy Ferenc „Polskie tradycje świąteczne” Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha Sp. z o. o. Poznań 2000
)

A jak jest dzisiaj w mieście? Co jest babską rzeczą, a co gospodarza? A może tego podziału w miastowych realiach już nie ma?.

Alleluja, Bez Jacka i wielkolud z lufą na ramieniu

 Alleluja. A najlepsze  jakie słyszałem, to ballada Leonarda Cohena w wykonaniu Macieja Zembatego.

YouTube Preview Image

Czas zmartwychwstania.  Arcydzieło grupy Bez Jacka.

4 kwietnia. Dzień urodzin Wiktora Wołkowa. Białostoczanina z krwi i kości, Podlasiania w każdym calu. Wielkoluda w kapeluszu z wielką armatą na ramieniu, z której zamiast ognia klatką po klatce od prawie już pół wieku utrwala świat wokół nas. Taki bliski, ale i taki zarazem daleki. Wyłania się o poranku znad ogarniętych mgłą bagien, by pokazać nam to, co nie dane jest nam dostrzec. A że ma oko jak mało kto, to  wychodzą istne cudeńka. Sto lat, mistrzu.

PS. “Alleluja”  Zembatego i “Czas zmartwychwstania” Bez Jacka, to dwie stałe, o których wspominam pierwszego dnia Wielkanocy.  Jest i zmiena,odpowiadająca wspomnieniu z dnia, w którym w danym roku wypada Wielkanoc. W zeszłym roku był to 12 kwietnia i wspominka urodzonego tego dnia czeskiego barda Karela Kryla. W tym roku jest 4 kwietnia i stąd  Wiktor Wołkow.

Misiowi prosto w oczy

To zdjęcie zrobiłem wczoraj podczas spaceru w Parku Konstytucji 3 Maja, dawniej zwanym Parkiem Zwierzynieckim, a w zasadzie tej jego części, w której mieści się Akcent Zoo. Ładna pogoda w niedzielę wielkanocną przyciągnęła tu wielu mieszkańców i ich świątecznych gości.

 W zoo dało się słyszeć głosy nie tylko na temat stanu, w jakim przebywają zwierzęta, ale też, i to chyba jest zmiana w postrzeganiu tego przytułku, że nie potrzebnie przebywają w tych klatkach. Że ich miejsce jest tam gdzieś w puszczy, po lasach, matecznikach, bagnach, na łąkach.

Może w te głosy powinny się wsłuchać władze Białegostoku, które chcą za wszelką cenę wyremontować, po nieudanych wcześniej próbach, białostockie zoo. Może  jednak lepiej, by dzieciaki poznawały faunę w Białowieży, nad Biebrzą, w Pętowie, nad Narwią, na innych ścieżkach edukacyjnych, których w pobliżu Białegostoku może być wiele.

A misio? Wpatrzony w zwiedzających swym, zawsze od lat tym samym, błędnym wzrokiem. Tak, jakby chciał powiedzieć… Lepiej nie mówmy nic, lepiej nie mówmy nic.

Pod latarnią nie jest już najciemniej

Parę słów pochwały pod adresem urzędników białostockich. Tych, co dbają o czystość miasta. Bo też Białystok, a przynajmniej jego centrum było w święta, czyste. I to nie jest tylko jakieś tam moje widzimisię, ale osąd osób, które przyjechały do Białegostoku na ostatni weekend. A miały one z czym porównywać Białystok, bo niektóre z nich przyjechały do naszego miasta także z zagranicy.

Faktem jest, że po zimie miasto zostało wysprzątane. Pewnie znajdą się też zakamarki, gdzie nie jest tak różowo, ale porównując do tego, co był w centrum w roku poprzednim, to poprawa jest kolosalna. Zapewne to zasługa firm sprzątających, ale też i miejskich urzędników z departamentu środowiska, którzy w końcu potrafili wywrzeć na nie odpowiedni nacisk. A ponieważ ta cała działka podlega pod wiceprezydenta Aleksandra Sosnę, przeto i jego to w pewnym sensie sukces.

A dla mnie najlepszym dowodem, że coś w tym temacie drgnęło, są poniższe zdjęcia.
 

To powyższe zrobiłem w czerwcu ubiegłego roku podczas spaceru na Plantach. I podpisałem je wtedy tak: Zniszczona tabliczka udowadniająca, że wbrew swej nazwy jest to raczej bulwar … I także to, że najciemniej jest pod latarnią.

W Wielką Niedzielę, gdy spacerowałem alejkami w parku, z ciekawości zajrzałem pod tę samą latarnią. I okazało się, że nie jest pod nią już najciemniej. Że nazwisko patrona alejki da się odczytać beż żadnego trudu, bo przerdzewiała tabliczka została wymieniona na nową. Jednym słowem niespodziewana niespodzianka. Taka mała rzecz, a cieszy.

Od Rosji nic więcej nie wywalczymy

Naiwni byli ci, którzy liczyli na coś więcej podczas dzisiejszych uroczystości w Katyniu. Bo też przełomu być nie mogło. Z drugiej strony to, co tam się dzisiaj wydarzyło, to nie jest jakiś nadzwyczajny krok w polityce historycznej Rosji wobec Polski w sprawie zbrodni katyńskiej. Kolejny, ale nie nadzwyczajny krok. Bo wcześniej były inne. Jasno świadczące, że Rosja uznała swoje winny, choć nigdy tego nie powie. I tak należy rozumieć dzisiejsze gesty podczas obdchodów 70. rocznicy zbrodni w Katyniu, która był ludobójstwem.

W prawie międzynarodowym istnieje pojęcie uznania. W gruncie rzeczy bardziej jest to kategoria polityczna niż jurysdyczna. Są różne formy owego uznania. Między innymi milczące. Następuje ono nie w sposób jawny, na mocy deklaracji podmiotu uznającego, ale na podstawie zaistnienia pewnych faktów, z których domyślamy się, że jakieś państwo czy rząd uznał inny podmiot za pełnoprawnego członka społeczności międzynarodowej. Dzieje się tak zazwyczaj wtedy, gdy państwo uznające z pewnych względów prestiżowych lub historycznych nie może sobie pozwolić na taką jawną deklarację. I tak jest ze współczesną Rosją. Nie doczekamy się nigdy z ust jej przedstawicieli tego, na co tak bardzo liczymy, ale na podstawie zdarzeń możemy de facto uznać, że w zasadzie to się już dokonało.

Po pierwsze: jeszcze zjazd deputowanych ludowych ZSRR w końcówce jego żywota potępił pakt Ribbentrop – Mołotow. Po drugie: 13 kwietnia 1990 roku ukazał się komunikat agencji TASS, potwierdzający odpowiedzialność NKWD za mord w Katyniu i określający go mianem jednej z największych zbrodni stalinizmu. A czyż istotą zbrodni stalinowskich nie było ludobójstwo? Po drugie: przyznanie się przywódców politycznych Związku Radzieckiego 13 kwietnia 1990 roku i później słowa prezydenta Rosji Borysa Jelcyna wypowiedziane podczas jego wizyty w Warszawie w 1993 roku są wystarczającym, nieodwołalnym i jednoznacznym przyznaniem się Rosji do odpowiedzialności za Katyń.
Po trzecie: symboliczny gest Putina w 2002 roku  pod pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, przy którym oddał hołd jego bohaterom. Czyż nie jest to najbardziej wymowne przyznanie się do tego, że stanie bezczynne Sowietów na drugim brzegu Wisły było równie wielką zbrodnią, jak bezczynność Holendrów w Srebrenicy w 1995 roku, gdy Serbowie mordowali muzułmanów?
Po czwarte: wizyta Putina na Westerplatte. Akt ostateczny, dopełnienie całego procesu, bo choć niewypowiedziane, to jakże wymowne – obecnością w tym dniu i w tym miejscu – przyznanie się do agresji na Polskę.
Po piąte: zaproszenie wystosowane przez Putina do Tuska.
To oznacza, że Rosja poczuwa się do winy jako kontynuatorka Związku Radzieckiego. Bo ten – jak twierdzi politolog Zbigniew Cesarz – w istocie nigdy nie upadł, on przekształcił się w Rosję. W sensie geopolitycznym oczywistym jest, że takiego bytu jak Związek Sowiecki nie ma od 18 lat. Ale w sensie prawnym niekoniecznie.

I tu drobna uwaga. Jeszcze w czasach istnienia układu dwubiegunowego w stosunkach międzynarodowych takie pojęcia jak Związek Radziecki, Rosja, Federacja Rosyjska były w potocznym rozumieniu tożsame. Także politycy zachodni częstą używali ich zamiennie. Z tego powodu w znaczeniu semantycznym sukcesja po ZSRR była naturalnie przypisana Rosji czy też, jeśli użyje się bardziej formalnego terminu, Federacji Rosyjskiej. Chociażby w uznanym przez wszystkich wyłącznym prawie Kremla do przejęcia całego potencjału nuklearnego po byłym ZSRR (Białoruś i Ukraina musiały oddać Rosji stacjonujące u nich garnizony nuklearne). Ale też w zgodzie byłych republik radzieckich na przejęcie przez Federację Rosyjską wszystkich placówek dyplomatycznych ZSRR oraz zajęcie przez nią jego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Powyższe przykłady świadczą o sukcesji w wymiarze politycznym. I tylko politycznym. Do prawnej nie ma podstaw, bo Rosja jest kontynuatorką ZSRR. A wszystko dlatego, że – jako jedyna z byłych republik – nie ogłosiła deklaracji niepodległości, a jedynie suwerenności państwowej. Oczywiście możemy dyskutować o tym, jakie motywy w 1991 roku pchnęły Borysa Jelcyna do takiego kroku, ale to nie jest ważne dla naszych rozważań. Istotne jest to, że taka decyzja parlamentu Federacji Rosyjskiej spowodowała, że jest ona kontynuatorką ZSRR. Bo on – jeszcze raz powtórzę – nie upadł w sensie prawnym (w politycznym tak), a przekształcił się w Rosję.

A skoro tak, to pięć faktów-symboli, o których wspomniałem powyżej, jasno określają poprzez ciągłość odpowiedzialność Rosji postsowieckiej, postputinowskiej i kogokolwiek by jeszcze ona nie była, za Katyń i wszelkie inne niegodziwości wyrządzone Polsce. I dlatego możemy mówić i pisać, opierając się na prawie i zwyczaju międzynarodowym, że Rosja uznała swoje winy wobec Polski. Milcząco, ale jednak. Nawet, jeśli Kreml ustami swojej propagandy będzie szedł w zaparte i próbował wciągać nas w awantury werbalno-historyczne.

Motocykliści kontra życie

Ledwie zaczął się z sezon motocyklowy, a już są ofiary. Można rzec, że hasło  ubiegłorocznej kampanii policyjnej o nazwie „Użyj wyobraźni” nada jest wyrocznią.  W jej ramach przy polskich drogach zawisły billboardy z bardzo mocnymi hasłami, skierowanymi do motocyklistów, m.in. “Idzie wiosna. Będą warzywa”.

Z powodu tego hasła na forach internetowych zawrzało. I jest pewnie do dziś, po każdym wypadku. Motocykliści dowodzą, że to nie tylko oni są sprawcami wypadków. Wskazują na kierowców, zły stan dróg. Czują się, że  się ich uważa za gorszych uczestników ruchu drogowego, że ich się lekceważy.

Z kolei zwolennicy kampanii nie zostawiali (i nie zostawiają także dziś) na braku wyobraźni i rozwagi motocyklistów suchej nitki (podpierając się statystką). I to w ostrych słowach. Tak jak Zbigniew Głos na portalu redakcja. pl. Pisze tak:” Ja osobiście, wcale nie uważam motocyklistów za gorszych użytkowników dróg, tym bardziej, ani przez myśl mi nie przejdzie, by ich lekceważyć. Co więcej, ja ich niezwykle szanuję, a nawet jestem im, w pewnym sensie, wdzięczny… Chodzi o to, że to właśnie oni, częściej niż inni obywatele, stanowią rezerwuar organów, których używa się do przeszczepów, a tym samym przyczyniają się do ratowania istnień ludzkich, dla których nowa nerka, wątroba czy inny narząd wewnętrzny, stanowi jedyną szansę na przedłużenie życia.”

Każda ze stron sporu okopała się wtedy ( teraz pewnie też okopie się) na swoich pozycjach. A na potwierdzenie swoich racji mogą wskazywać wypadki, które wydarzyły się w ostatnich dniach na białostockich drogach. Oby takich sytuacji, potwierdzających rację jednej lub drugiej strony, było jak najmniej.

W tym miejscu przypomina mi się mecenas Edward Wende. Na pytanie jednego z dziennikarzy dlaczego jeździ na motorze powiedział: – Jeżdżę dla poczucia wolności i relaksu. Za kierownicą zapominam o wszystkich stresach i to jest wspaniałe.
Robił to w taki sposób, że nie stwarzał zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych uczestników ruchu drogowego. A odszedł z tego świata po długiej i ciężkiej chorobie.

Ale przed oczami mam także kolegę z lat młodości, z którym nie jeden meczyk w piłkę graliśmy. Wtedy, a było to wczasach, gdy ruch na drogach było o wiele mniejszy niż teraz i znacznie gorsze nie tylko samochody, wyjechał na ulicę jawą. Na dość szerokiej wydawałoby się arterii wyprzedzał samochód. Niestety, tak tragicznie, że wyjechał wprost na jadącą z przeciwka furgonetkę. Dziś dobiegałby czterdziestki…

Pokonamy Legię

Kto wierzy, że tak się w niedzielę  w Warszawie  stanie, niech się wpisuje.

A kto nie wierzy, też niech się wpisuje.

Początek meczu Jagiellonii z Legią w Warszawie o godz. 17

Katastrofa pod Smoleńskiem

Prezydencki Tupolew rozbił się pod Smoleńskiem.  Leciał na uroczystości 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

Nazajutrz

Mijają 24 godziny po katastrofie. Najgorszej rzeczy, która w czasach pokoju mogła się przydarzyć państwowości polskiej (i chyba każdej innej też). Mimo procedur, które składają się na ciągłość władzy, to jednak mam nieodparte wrażenie, że to nazajutrz to zarazem pierwszy dzień  nowej ery w dziejach państwowości polskiej. Że jej czas trzeba pisać na nowo. Że ta rozpoczęta 14 kwietnia 966 dobiegła końca  10 kwietnia 2010 roku.

1573/1935/2010

Drugi dzień nowej państwowości polskiej. Ale na chwilę wrócę do tego pierwszego. Obserwując na ekranie redakcyjnego telewizora przejazd żałobnego konduktu ulicami Warszawy i te nieprzerwane tłumu, które żegnały prezydenta Polski, prezydenta Warszawy, przez głowę przemykały obrazy zapamiętane z filmów. Bo te niedzielne sceny przypominały dwa podobne wydarzenia z historii Polskie. Jedno sprzed wieków, drugie sprzed 75 lat.

Tak, bowiem w maju 1935 roku Polacy żegnali marszałka Józefa Piłsudskiego. Wtedy też na trasie konduktu ustawiły się tłumy warszawiaków. Widać to na przedwojennych filmach dokumentalnych.  I drugi obraz nakreślony dzięki filmom fabularnym i kronikom pisanym, to kondukt żałobny ciągnący z Tykocina do Krakowa po śmierci Zygmunta Augusta.

I te analogie nasuwały się same. Ale też mam nieodparte wrażenie, że te wczorajsze tłumy pogrążone w smutku przywróciły zbiorowej świadomości, a może i nawet bardziej nadały nowe znaczenie majestatowi urzędu prezydenta RP.  Wytrwanie w tym jesteśmy winni Lechowi Kaczyńskiemu. Jego następca też.

Gdy tak ów kondukt przemierzał ulice Warszawy, tak dobrze mi znane, bo przed laty przemierzałem je pieszo wielokrotnie, oprócz tych odniesień do historii i przyszłości, w głowie miałem słowa starego standardu:

Stałem długo przy mym oknie
Chmurny, chłodny to był dzień
Wtem karawan się wytoczył
Aby ojca zabrać hen

Jeśli koło to wytrzyma
Wkrótce Panie, wkrótce już
Lepszy dom tam czeka go
W niebie, w niebie Panie mój

Rzekłem do karawaniarza
“Ruszaj wolno, nie śpiesz się
Przy tej trumnie, którą wieziesz
Dłużej wtedy będę szedł”

Jeśli koło to wytrzyma
Wkrótce Panie, wkrótce już
Lepszy dom tam czeka go
W niebie, w niebie Panie mój

Wawel. Miejsce zaszczytne, miejsce niebezpieczne

Oglądałem w telewizji, jak kardynał Stanisław Dziwisz tłumaczył dziennikarzom, skąd się wzięła inicjatywa pochowania pary prezydenckiej na Wawelu. Nie wiem, czy koledzy tam zgromadzeni zrozumieli metropolitę krakowskiego,ale sprawiali wrażenie, że nie takich wyjaśnień oczekiwali.

A ta inicjatywa nie dziwi. Pośrednio napisałem o tym wczoraj na blogu we wpisie 1573/1935/2010. Choć bezwątpienia jest to miejsce zaszczytem na wieczny spoczynek, to zarazem bardzo niebezpieczne. Zważywszy na to, co zaczynać się już niebezpiecznie tlić (a przykładem są właśnie niektóre pytania zadawane przez dziennikarzy pod adresem metropolity krakowskiego)pod stosem autentycznych emocji. I chyba zdaje sobie  z tego sprawę Jarosław Kaczyński, który poprosił o czas do namysłu (wieczorem ma zadecydować czy w odpowiedzi na inicjatywę gospodarza katedry, para prezydencka tam spocznie). To będzie dla niego równie trudna i dramatyczna decyzja, jak sytuacje z ostatnich czterech dni. Jego kamienna twarz tego nie zdradza, ale bezwątpienia tak jest.

30 trumien

Ostatnia scena filmu „Demony wojny” Władysława Pasikowskiego rozgrywa się na pokładzie wojskowego samolotu transportowego. Wraca nim z Bośni  (oprócz załogi) major Keller. Siedzi sam, a wokół niego ustawionych jest bodajże osiem trumien żołnierzy poległych podczas dowodzonej przez niego akcji. To robiło na widzach porażające wrażenie. Tyle, że to był film, w rzeczywistości nigdy takiego transportu do kraju poległych nie było. Do dzisiaj.

Dziś z Moskwy do Warszawy zostanie przetransportowanych 30 trumien z ciałami ofiar sobotniej katastrofy. Ich widok wynoszonych z samolotu na Okęciu, przewożonych karawanem za karawanem ulicami Warszawy i w końcu ustawionych na Torwarze zostawi na wszystkich Polakach piętno. A przecież jeszcze do kraju ma wrócić 64 trumny. Zaiste, jaźń tego nie jest w stanie ogarnąć.

Drużynowy jest wśród nas

Duma Białegostoku, której mogą nam zazdrościć inne miasta. Tak napisałem na blogu 26 listopada ubiegłego roku, w 90. urodziny prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Rówieśnik niepodległości Białegostoku, honorowy obywatel miasta, ostatni prezydent II RP. Swój szlak zaczął w Białymstoku. Potem była  Kołyma,  Monte Cassino, Londyn. 20 lat temu znowu Polska i Białystok.

Tamten listopadowy wpis zakończyłem słowami: Sto lat, Panie Prezydencie. Niestety, los sprawił, że Panu Prezydentowi dane było jeszcze tylko pięć miesięcy. A swój szlak zakończył w Smoleńsku, tak blisko Katynia.

Podczas ubiegłorocznych prezydenckich uroczystości urodzinowych w Białymstoku miała miejsce niezwykła wieczornica. W studio Radia Białystok spotkali się białostoccy harcerze i Ryszard Kaczorowski. Choć za oknem był chłód i ciemno, to klimat tamtego spotkania przypominał harcerskie, wakacyjne ognisko. Prezydent Ryszard Kaczorowski opowiadał o przedwojennym Białymstoku i harcerstwie, jego etosie i plonach, które wydało. O oczekiwaniu  na wyrok śmierci, zamienionym na zsyłkę, armii Andersa, powojennej emigracji, powrocie do kraju i dzisiejszym Białymstoku. Patriotyzmie.

Słów tych słuchałem przy odbiorniku razem z córką, też harcerką. Czuliśmy, że jest jak w harcerskiej pieśni:

“Płonie ognisko i szumią knieje
Drużynowy jest wśród nas
Opowiada nam starodawne dzieje
Bohaterski wskrzesza czas”

Dzisiaj o godz. 12. 38 drużynowy Ryszard Kaczorowski po raz ostatni powrócił do domu. Znowu jest wśród nas. Na zawsze…

***
Dziękuję Panu Prezydentowi Ryszardowi Kaczorowskiemu, białostockim harcerzom i dziennikarzom Radia Białystok, że mogłem wysłuchać tamtej wieczornicy. Jeśli to możliwe, warto nadać ją jeszcze raz.

Cień wielkiej chmury

Nie przystoi spierać się o miejsce  wiecznego spoczynku prezydenta. Tak jak nie warto było spierać się o to, ile razy Lech Kaczyński podczas swej prezydentury ogłaszał żałobę narodową.  Gdy zrobił to po raz ostatni, we wrześniu ubiegłego roku po katastrofie w kopalni “Wujek”, w internecie zawrzało. Dziwne to było, bo prezydent i tak bardziej liberalnie podszedł do tej żałoby niż przy poprzednich tragediach. Nie ogłosił jej od razu, dał szansę na dokończenie przez weekend wszelkich imprez muzycznych, festynów, a zwłaszcza zawodów sportowych, których w całym kraju było tysiące.
A i tak na forach zawrzało, i to zanim jeszcze prezydent ogłosił żałobę. Rozgorzała dyskusja, że nie powinien tego robić. Że tragedia miała charakter lokalny, że nie tyle ofiar, co w poprzednich wypadkach, że w ostateczności może tylko w województwie śląskim.
Polemiki te przypomniały ubiegłororczny, kwietniowy pożar hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim. Wtedy też fora internetowe i portale pełne były komentarzy i pytań o zasadność wprowadzenia żałoby.
Po tragicznym pożarze w Kamieniu na pisałem na blogu tak: „Prezydent Kaczyński podczas swej kadencji ogłaszał żałobę czterokrotnie: po zawaleniu hali w Katowicach, po katastrofie pod Grenoble, po wybuchu metanu w kopalni Halemba, po katastrofie Cesny. Można dyskutować czy w każdym tym przypadku słusznie. Ale jeśli już tak uczynił, to nie widzę powodów dlaczego nie miałby tego samego zrobić po tragedii w Kamieniu Pomorskim. A gdyby tego teraz nie ogłosił żałoby? Od razu zaczęłaby się licytacja, dlaczego wtedy, a nie teraz, że jedno tragicznie utracone życie ceni bardziej, a inne mniej, że teraz to tylko socjalni. Pewnie swoje dorzuciliby też politycy, którzy zapewne zwęszyliby okazję, by jeszcze bardziej  dołożyć przeciwnikowi”.
Tamten wpis zakończyłem tak: Pozostaje mieć nadzieję, że do końca kadencji limit ogólnonarodowych tragedii został już wyczerpany. I nie tylko tej prezydentury.
Niestety. Los tak sprawił, że Lech Kaczyński musiał ogłosić jeszcze raz żałobę po katastrofie w kopalni “Wujek”, a jego następca musiał ogłosić żałobę, najdłuższą w historii kraju, po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i całej delegacji lecącej na uroczystości w Katyniu.
To symboliczne, a zarazem tragiczne następstwo, pokazuje jak mało istotne i w gruncie rzeczy błahe były tamte spory o żałobę. I podobnie jest sporem o miejsce pochówku. Na szczęście emocje (nie mam wątpliwości, że tylko na razie) opadły.  A po części zostały przykryte przez cień wielkiej chmury, który zawisł nad Europą.  
Czy jednak gdyby przez to zjawisko atmosferyczne do Krakowa nikt z przywódców światowych nie przyjechał, pogrzeb prezydenta byłby mniej godny?

Samoloty latają nad Polską

To zdjęcie zrobiłem kwadrans po godz. 11. Ślad nad białostockim niebie dowodzi, że samoloty latają nad Polską. Leciał ze wschodu na południe. Może to był ten najważniejszy z tych, które  dolecą dziś do Krakowa. Mimo chmury pyłu.

I dobrze, że ich nie było

Ma rację Vaclav Klaus i prasa europejska, że nieobecność przywódców Unii Europejskiej oraz państw zachodnich na uroczystościach w Krakowie była żenująca. Tym bardziej, że samolot to nie jedyny środek transportu. Z Ameryki tak (co pokazuje przykład prezydenta Obamy, a zwłaszcza kanclerz Merkel, która wracała zza Oceanu przez Lizbonę a potem niemal autostopem), ale nie z Brukseli, Londynu, Rzymu czy Paryża. Wystarczyło wskoczyć odpowiednio wcześniej w pociąg lub taksówkę (lub jak prezydent Niemiec w helikopter) i przybyć.
Według włoskiej „La Repubbliki” nieobecność polityków z Zachodu “może rozbudzić w Polakach gorzkie wspomnienia przeszłości, kiedy wielokrotnie byli pozostawiani samym sobie”. Otóż nie. W piątek napisałem, że przez to, że gdyby przez cień wielkiej chmury, który zawisł nad Europą do Krakowa nikt z przywódców światowych nie przyjechał, pogrzeb prezydenta wcale nie będzie mniej godny.

Są przywódcy usprawiedliwieni (jak kanclerz Merkel i prezydenta Obama, chociaż dla gry golfa nie ma zrozumienia). Tych nieusprawiedliwionych nic nie usprawiedliwia. Dowodzi tego przykład prezydenta Rosji, a zwłaszcza premiera Maroka. Kto mógł i chciał pod Wawel przyleciał, przyjechał samochodem lub pociągiem, a może i przyszedł pieszo.
Dziękując Dmitrijowi Miedwiediewowi i innym, którzy stawili się w Krakowie, wcale nie żałuję, że nie było koronowanych głów europejskich, prezydentaSarkozego, premierów Browna, Berlusconiego, Zapatero,  sekretarza NATO, szefa Komisji Europejskiej czy prezydenta Unii Europejskiej, którego nazwiska nikt nie pamięta. Dobrze, że ich nie było. Bo swą obecnością pomniejszyliby wagę niedzielnych uroczystości.

A jeśli islandzki wulkan zwiastuje trzeciego jeźdźcę

Eyjafjallajokull – ta nazwa od tygodnia budzi strach w Europie. Strach przed lataniem. Samoloty nie latają, pasażerowie koczują, branże liczą straty w miliardach. Według islandzkich wulkanologów aktywność Eyjafjallajokulla cały czas rośnie.  Sytuacja jest tym poważniejsza, że Islandia weszła ostatnio w fazę wysokiej aktywności wulkanicznej, która może potrwać około 60 lat. Brakuje tylko, by tak samo mocno przebudziłą się Etna lub Wezuwiusz. A wtedy Europa będzie otoczona. 

A jeśli to nie jest wybryk, a pierwszy nieśmiały zwiastun (podobnie jak kryzys czy świńska grypa) czegoś, być może jeszcze odległego, ale nieuchronnego. I jakże przeciwstawnego do tego, czym straszyli nas obrońcy przyrody wszelkiej maści. Bo też przyroda sobie sama poradzi, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. I od milionów lat sama na świecie wyrównuje rachunki.

Najlepiej widać to w hollywoodzkich filmach katastroficznych. Z tym, że w wizji kataklizmów spowodowanych anomaliami geologiczno-astronomiczno-fizycznymi zawsze scenarzyści znajdowali miejsce na w miarę jakiś tam happy end. W rzeczywistości takiego szczęśliwego końca nawet garstka może nie doświadczyć.

A gdyby tak naprawdę natura zbuntowała się na dłużej? Bez prądu, bez ciepła, wody, a w dalszej perspektywie żywności. Czy współczesny człowiek, produkt rewolucji informatycznej i technicznej, byłby w stanie przetrwać?. Czy paliłby w blokowiskach ogniska, czy dałby radę znaleźć żywność poza sklepem? Jak długo dałby radę przetrwać bez światła? Czy byłby w stanie wrócić do tego, z czego kiedyś się wyzwolił? Jak wyglądałaby walka o ogień we współczesnym świecie? Zwyciężyłby instynkt przetrwania czy poddania?
Pytanie nieretoryczne. Bo technika dała nam dużo, ale też zrobiła z nas zakładników. Ubezwłasnowolniła.

W kwietniu ubiegłego roku na blogu napisałem komentarz pod tytułem: “Jeźdźcy Apoklaipsy”:” A jeśli dwóch już wyruszyło? I jeżeli jeden to głód, a drugi to zaraza? Kto zatem ten trzeci i czwarty? Kto wojną, kto śmiercią? I kiedy wyruszą? A może już są w drodze? Tylko tego jeszcze nie wiemy, jeszcze tego nie widać, nie słychać, nie czuć.
I jeśli nawet ten trzeci podążać będzie w podobnym tempie jak dwaj pierwsi, to może ten czwarty już niekoniecznie. Wszak nie na próżno mówią o nim jako tym  naważniejszym z  jeźdźców. Wszak  tylko on wlecze za sobą towarzyszkę – otchłań”

 
Wpadła mi ostatnio w ręce ksiązka Peter D. Ward, amerykańskiego paleontologa. W „Hipotezie Medei”sugeruje, że największym wrogiem życia jest samo życie. Twierdzenie to pozostaje w sprzeczności z hipotezą Gai, zaproponowaną przez Jamesa Lovelocka, zgodnie z którą to właśnie dzięki życiu panują na Ziemi warunki sprzyjające organizmom żywym. W odpowiedzi na hipotezę Gai, “kochającej matki”, która pielęgnuje życie, Ward przywołuje postać Medei, mitycznej matki-dzieciobójczyni.
Ward twierdzi, że wszystkie, poza jednym, masowe wymierania, które dotknęły Ziemię, były spowodowane przez same organizmy. Przerażająca prognoza obejmuje całe potencjalne życie we Wszechświecie. Ward dowodzi wprawdzie, iż możemy uniknąć zagłady, lecz zarazem ostrzega, że czas nagli.

I tak z perspektywy roku patrząc od strony tego, co dzieje się z naszą staruszką Ziemią, czas chyba nagli. Brakuje tylko, by ktoś odkrył, że na kursie z nami jest ciało niebieskie. Na kursie kolizyjnym.

Debilitas formidinis

Kiedy lęk znaczy tylko bezsilność i strach
W końcu wszyscy wierzymy, że musi być tak
Lecz do życia wracamy gdy ginie ktoś z nas

-  te słowa ze słynnej piesni Luisa Llacha “Debilitas formidinis” (w tłumaczeniu Carlosa Marrodana Casasa) przyszły mi do głowy obserwując  dzisiejsze uroczystości pogrzebowe w Białymstoku. Największe w mieście od czasu pogrzebu prezydenta Andrzeja Lussy.  Wtedy też był kwiecień.

A jeśli kwiecień, to znowu przyszła mi do głowy pieśn Luisa Llacha ( w tym samym tłumaczeniu).

“A jeśli smutny los tak sprawi, że śmierć przyjdzie…”

Prawo i sprawiedliwość jest iluzją

Sąd Najwyższy Federacji Rosyjskiej skierował do ponownego rozpatrzenia przez Moskiewski Sąd Miejski skargę stowarzyszenia Memoriał na orzeczenie tego sądu dotyczące mordu NKWD na polskich oficerach w 1940 roku. To znaczący postęp w walce o prawdę o zbrodni sprzed 70 lat.
Ale nie ulega wątpliwości, że tego kroku Sądu Najwyższego Federacji Rosyjskiej nie byłoby nigdy, gdyby nie odwilż w stosunkach polsko-rosyjskich i to, co bezpośrednio nastąpiło w nich po tragedii pod Smoleńskiem. Ze strony rosyjskich polityków padło wiele ważnych słów, dających nadzieję na ujawnienie wszystkich dokumentów i rehabilitację ofiar.
Z decyzji sądu należy się cieszyć, ale z drugiej strony dobitnie pokazuje ona jaką fikcją jest niezależność sądów w Rosji. Jak bardzo wymiar sprawiedliwości zależny jest od polityki i od Kremla. I jak bardzo daleko Rosji do podziału władzy w duchu monteskiuszowskim (a na nim opiera się współczesna demokracja).

Dopóki władza wykonawcza (polityczna) twardo obstawała (przed wydarzeniami w Smoleńsku) przy swoim poglądzie na zbrodnię katyńską, dopóty wszystkie kolejne instancje odrzucały wszystkie kolejne wnioski stowarzyszenia Memoriał. Teraz władza zmieniła ton. I sąd też zmienił ton. Tym samym udowodniając, że w Rosji prawo i sprawiedliwość jest iluzją.

Białostocki Hyde Park

Wjechał do Białegostoku czołg. Pierwszy, którzy wykurzał Niemców. Sowiecki. I utknął na pagórku przy obecnym wiadukcie na Sienkiewicza. Stanął, bo się zepsuł. Tak mówiła czerwona legenda.
Do tego stopni, że w połowie lat 70. przyjechał do Białegostoku ten, co kierował tym czołgiem (T34 podarowało na uroczystość LWP). Czerwonoarmista odsłonił pamiątkową tablicę, która w 1989 roku znikła z czołgu.

Kilka lat temu T34 odjechał do muzeum. Pozostał postument. Po co?  Diabli wiedzą. Jedno jest pewne: nijak nie pasuje do otoczenia. Czyżby czekał na kolejną „rzeźbę”. Wątpliwe jednakby wylądawało na nim F-16, bateria Patriotów czy Rosomak.

A może ten cokół czego na innego gospodarza? W zasadzie to dobre miejsce na Hyde Park polityczny zwłaszcza przez wyborami do samorządu. Ogłuszający ryk tirów zjeżdżających z wiaduktu tłumiłby wszelkie słowa, ale zarazem ciężarówki rozniosłyby przesłanie naszych kandydatów po województwie, Polsce i Europie.

Oko Mordoru

26 kwietnia 1986 roku, godzina   01:24:20 sekund dochodzi do pierwszej eksplozji w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Tak rozpoczęła się   największa katastrofa w historii  i jedna z największych  XX wieku (chociaż jej geneza była wcześniejsza i tkwiła w niedopracowanej technologii i błędach ludzkich). Co było potem, dzisiaj już wiemy dokładnie. Ale wtedy Kreml w nieświadomości utrzymywał nie tylko swoich obywateli ale świat.

Cztery kilometry od bloku, który eksplodował, leży Prypeć. To było wtedy całkiem zwykłe miasto  jakich tysiące  na wschodzie Europy. Niektórzy z jego mieszkańców jeszcze rano z trampy kolejowej obserwowali, to co dzieje się w elektrowni. Później wszyscy dostali kilka godzin na spakowanie. Opornych wyłapywało wojsko.  Powiedziano im, że wyjeżdżają tylko na kilka dni, że wrócą. Od 23 lat Prypeć jest opuszczonym miastem. Są w nim miejsca, do który boją się wchodzić nawet naukowcy w kombinezonach. Ktoś nazwał kiedyś je miasto duchów. Trwa upiorna cisza, którą na swoich zdjęciach oddał ją Wojciech Sawicki ( galeria jest na stronie internetowej). Optymistyczne prognozy mówią, że ludzie wrócą do niego najwcześniej za 300 lat. Chociaż już teraz kwitnie turystyka postatomowa.

Wśród setek zdjęć zrobionych przez Wojciech Sawickiego jedno zwróciło moją uwagę. To jakby rozłożysta trakcja elektryczna, tyle że w poziomie. Długie pręty wygięte na końcu w charakterystyczny sposób. To radar stacji obrony.  Zbyt potężny, by był na usługach zwykłej bazy przeciwlotniczej. Czyżby już wtedy Sowieci pracowali na własną wersją tarczy antyrakietowej?

Wybuch w elektrowni zatrzymał też budowę stacji. Po rozpadzie ZSRR granica między Ukrainą a Białorusią przedzieliła stację na pół. Ale i tak się nikt tam (z powodu radioaktywności) nie zapuszcza. Stoi kupa żelastwa. O złowrogiej nazwie Oko Moskwy.

Rada (nie)rada

Dzisiaj dwie sesje i dwie sprawy chyba  jednak już wyborcze. Pierwsza na posiedzeniu radnych miejskich. Mają oni głosować na objęciem rejonu ulic Andersa i dzielnicy Pietrasze planem zagospodarowania przestrzennego. Przyjęcie tego pomysłu może zablokować powstanie spalarni przy ulicy Andersa. O tej inwestycji miejskiej pisałem na blogu wielokrotnie i wielokrotnie krytycznie. Syntezą tych wszystkich moich komentarzy było to, że biorąc pod uwagę wszystkie zapewnienia miasta najlepszym miejscem na jej lokalizację byłby plac Inwalidów. I dlatego pozwolę sobie na stwierdzenie, że inicjatywa radnych jest w gruncie rzeczy akcją chyba wyborczą. Gdzie byli wtedy, gdy ważyła się sprawa lokalizacji. Dopiero przejrzali na oczy, gdy zaczęli ludzie protestować, a za plecami czuć oddech wyborczej atmosfery?
Podobnie ma się z sprawa z likwidacją oddziałów dziecięcych szpitala wojewódzkiego przez władze województwa . Najlepiej wykładnię jej aspektów politycznych  dał na swoim blogu radny wojewódzki Jacek Cywlik (podaje link).

Nie ma w kim wybierać

22 kandydatów spełniło wstępne wymogi i zostało zarejestrowanych w wyścigu o najwyższy urząd w państwie. Dość zróżnicowane to grono. Wśród nich starzy znajomi. Właściwie to byłoby dziwne, gdyby się nie zgłosili: Kornel Morawiecki, Janusz Korwin-Mikke,  Andrzej Lepper,  Bogusław Ziętek. Do tego grona można zaliczyć też Gabriela Janowskiego i Zdzisława Podkańskiego. Wszystkich ich łączy, to, że w polityce nie są nowicjuszami. Oni już w niej byli. Mimo to są niezłomni.
Kolejną grupę tzw. meteorytów tworzą Bogdan Szpryngiel, Roman Sklepowicz, Ludwik Wasiak, Zdzisław Jankowski, Józef Wójcik, Krzysztof Mazurski, Bartłomiej Kurzeja, Krzysztof Sadurski, Paweł Soroka i Dariusz Kosiur. Ilu z nich ma szansę zebrać 100 tys. Podpisów? Warto o to spytać bukmacherów.
Kolejną grupę tworzą tzw. Iluzjoniści, czyli Waldemar Pawlak, Grzegorz Napieralski,  Andrzej Olechowski, Marek Jurek. Warto żyć marzeniami.

Ostatnią grupę tzw. misjonarzy tworzą Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński. W ich przypadku motyw misji będzie niczym brzemię.

W sumie jest ich 22. Ta liczba może świadczyć o demokratyzacji wyboru prezydenta (i to mimo, że nie startuje żadna kobieta). Ale tak naprawdę nie są to wybory reprezentatywne. Bo już teraz liczy się tylko dwóch. Taka jest bowiem logika i dynamika naszej polityki. Zarazem jednak tak duża liczba kandydatów świadczy o zbyt wielkiej łatwości ubiegania się o najwyższy urząd.
Jakże brakuje nam takiej postaci, jaką w 1990 roku był powracający z emigracji Ryszard Kaczorowski. Dziś potrzeba nam takiego autorytetu. Tyle, że na próżno go szukać. Zarówno w kraju, jak i zagranicą.

Wspomnienie

W dawnych czasach, dla nas małolatów, 1 maja najważniejsze był sprawy przyziemne. Tego dnia zaczynał się bowiem sezon na lody. Może to dziś zabrzmi dziwnie, gdy są one dostępne przez cały czas, ale wtedy zawsze 1 dnia maja, w granicach godz. 15, na naszym osiedlu swoje podwoje otwierała „Jublilatka”. W dawnej nomenklaturze to była klubokawiarnia, przez ścianę sąsiadująca z biblioteką. Smak tmatych lodów i w gruncie rzeczy szczeniackich czasów, w których zaczynało się je smakować, pozostał na zawsze.

A jeśli już jesteśmy przy 1 maja, to trochę z innej beczki. Ostatnio słuchajac radiowej Jedynki, natknął się na plebiscyt, który nawiązujac do dawnej nomenklatury dnia dziesiejszego moglibyśmy nazwać “Muzyczni ploretariusze bratnich krajów łączcie się”. Otóż dziennikarze radiowej Jedynki poprosili słuchaczy o zestwienie największych szlagierów demolodów.  No i w pierwszej trójce znalazły  hity Heleny Vondrackovej, Ałły Pugaczowej (była to piosenka “Wsio mogut Koroli, ja prezentuję poniżej moim zdaniem lepszą, chociaż nie najlepszą z repertuary piosenkarki) i Lili Ivanovej.

YouTube Preview Image YouTube Preview Image YouTube Preview Image

Ale też była inna strona tamtych czasów, ta mniej lukrowana, ta bardziej cięższa. Jak węgierska Omega ze swoją dziewczyną o perłowych włosach  (z resztą nie tylko ona, cała plejada zespołów z nad Dunaju z Lokomotivem GT, który koncertował na stadionie białostockiej Gwardii) wschodnioniemiecki Puhdys,  czechosłowacki Katapult, bułgarska Signa, rumuński Holograf, sowiecki Arie, no i przede wszystkim jugosłowiański  Bijelo Dugme z Goranem Bregovicem. Znany krytyk muzyczny Grzegorz Brzozowicz nazywa to zjawisko rokiem rolniczym. I zalicza do nich także polskie zespoły takie jak Budka Suflera, Exodus,  RSC, Bank, Cytrus, Krzak czy wczesne Kombi.

Jak zwał tak zwał, to posłuchać po latach chyba jednak warto. W końcu każdy orze jak może. Pamiętając zarazem, że byli także tacy ludzie jak w Polsce Jacek Kaczmarski, na czeskiej emigracji Karel Kryl, w Moskwie Włodzimierz Wysocki i wielu innych w innych krajach (pisałem o nich wielokrotnie na blogu).

A skoro zacząłem od lodów, to pora na lodach zakończyć. Pachnących wanilią.

YouTube Preview Image

A jeśli szperacze uziemią lotnisko

Fragment sygnetu z wizerunkiem herbu, żelazna kłódka i srebrne monety. To tylko część skarbów, jakie odkryli archeolodzy w pobliżu projektowanej drogi ekspresowej z Białegostoku do Jeżewa. W sierpniu ma się rozpocząć przebudowa tej trasy.

Znaleziska archeologów pośrednio  potwierdzają, że  to nie ekolodzy i rolnicy, a archeolodzy mogą uziemić lotnisko w Sanikach. Bo przecież w okolicach Tykocina rejonie strach łopatę w ziemię wkopać. Bo jak już się zacznie, to archeologicznie wykopaliska mogą trwać co najmniej pięć lat. I co będzie jeśli (nie) daj Boże szperacze przeszłości dokopią się do rzeczy historycznie bezcennych?.Czyżby czekał nas nielot nad kukułczym gniazdem?

Jutro przetarg na plac Inwalidów, wczoraj wyrok za oczyszczalnię

Jednak zaszła zmiana. Bo tak trzeba określić to, że w końcu pojawili się chętni na plac Inwalidów. W czwartym przetargu (i to na gruntownie zmienionych warunkach w porównaniu do tego, co był w pierwszym podejściu), ale jednak.

Magistrat na razie nie ujawnia, kto wpłacił wadium, ale nie zdziwiłbym się, gdyby wśród tych trzech odważnych byli Irlandczycy (właściciele sąsiedniej działki). Byłoby to racjonalne z kilku powodów.

Bez względu na to, jak zakończy się piątkowy przetarg na (w samo południe, w Pałacyku Gościnnym), osąd tego, co, dzieje się po obu stronach Jurowieckiej wymaga pełnowymiarowego spojrzenia. Wrócę do tego za parę dni, a teraz chciałby napisać o mniej przyjemnej dla miasta sprawie.

Przed sądem apelacyjnym zapadł wyrok w sprawie oczyszczalni odcieków w Białymstoku. Jej historię chyba zna w Białymstoku nawet każde małe dziecko, więc nie ma sensu jej przypominać. Od wczoraj za nieprawidłowości związane z jej odbiorem prawomocnie zostali skazani: były wiceprezydent Białegostoku i były członek zarządu miasta. Dlatego pierwszego jest to także bolesny wyrok pod względem samorządowo-politycznym. Odwieczny kandydat  na urząd prezydenta będzie musiał zaprzestać działalności publicznej.

Sąd apelacyjny utrzymał uniewinnienie (kwestionowała to prokuratura) dwóch innych urzędników magistratu.  W stosunku do orzeczenia pierwszej instancji nie wniósł żadnych zmian. Z tego powodu orzeczenie sądu apelacyjnego jest niczym innym jak suchym, prawniczym control, control V. 

Nierozerwalnym częścią orzeczenia w tej sprawie było uzasadnienie, jakie podczas wyroku w tej sprawie w Sądzie Rejonowym wygłosił sędzia orzekający. A nie postawił on na magistracie. I to jego obecnych władzach suchej nitki. To była ostra krytyka obecnych władz Białegostoku za dziwną apatię w sprawie oczyszczalni odcieków Hryniewiczach.

Zresztą magistratowi wytknął to już wcześniej także, zeznający w tej sprawie, biegły rewident. Nie mógł zrozumieć, dlaczego obecne władze miasta wydały opinie, w której napisały, że oczyszczalnia została oddana w terminie umownym.

Jesteśmy już po wyroku, prawomocnym. Może przyszła też pora, by magistrat sporządził coś w rodzaju białej księgi w tej sprawie.  Może znajdzie się w niej też odpowiedź na pytanie, które nurtowało biegłego rewidenta i stałą się postawą do ostrej krytyki magistratu przez sędziego.
I może sytuacja przy Jurowieckiej także warta jest takiej białej księgi?

I znowu Soplicowo gore

Tak, jak dwa lata temu, też w kwietniu. I też prawie przed weekendem majowym. Dziś to już prawie weekend.
Do Białowieży ściągało na majówkę zapewne wielu turystów. Wielu z nich zapewne też planowało zatrzymać się w Soplicowie. Bo też dworek robił wrażenie. Był urbanistyczno-ruralizacyjną atrakcją tej letniskowej miejscowości.
Szkoda, że gore.

Renesans bieli i czerwieni

Przez lata biel i czerwień symbolizowała polskość. W latach zaborów i okupacji zawieszane na ulicach w dniach świąt narodowych flagi dodawały otuchy. Teraz przypominają o naszej tożsamości, patriotyzmie.  To ważne w dobie globalizacji.

Powiewa flaga, gdy wiatr się zerwie,
a na tej fladze jest biel i czerwień.
Czerwień to miłość, biel serce czyste,
piękne są nasze barwy ojczyste.

Tę rymowankę pamięta niemal każdy z nas. Ale niewielu z nas wie, że w przeszłości kolejność barw była różna. Używano zarówno flag biało-czerwonych, jak i czerwono- białych. W ustawie z 1919 roku, za barwy Rzeczpospolitej Polskiej Sejm uznał kolory biały i czerwony o podłużnych pasach równoległych, z których górny był biały, dolny zaś czerwony. Ustawą tą wprowadzono również biało-czerwoną flagę z herbem państwa. Ale nasze barwy narodowe mają dużo starsze korzenie. Sięgają średniowiecza.

Już w XIII wieku Biały Orzeł umieszczony był w czerwonym polu tarczy herbowej. Taki znak po raz pierwszy pojawił się na chorągwi Przemysława II po jego koronacji w 1295 roku. Od tej pory zmieniającemu się stale wizerunkowi orła zawsze towarzyszyły biel i czerwień. Z czasem kolory te uzyskały samodzielne znaczenie w symbolice narodowej. Zaczęły się one pojawiać na tarczach rycerskich, proporcach husarskich i sztandarach wojskowych. Chorągwie w bieli i czerwieni widnieją na obrazach Jana Matejki i Wojciecha Kossaka, które przedstawiają triumf pod Grunwaldem. Barwy te noszono w formie kokard za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego.  Na szerszą skale w charakterze barw narodowych pojawiły się w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja.

W czasach zaborów
W okresie Kongresówki dominował biały kolor kokard, które noszono na kaszkietach pod głową metalowego orła. Miało to symbolizować przynależność państwową wojska. W chwili wybuchu powstania listopadowego zmieniono barwę kokardy wojskowej na biało-czerwoną. Odtąd miała też być kokardą narodową. Biel miała oznaczać dobro i czystość dążeń narodu polskiego, czerwień –dostojność i majestat władców polskich.

W latach zaborów symbole w kolorach biało-czerwonych towarzyszyły powstańcom, zesłańcom, emigrantom. Jak wszystkie inne polskie symbole, były tępione przez rosyjskie, niemieckie i austriackie
władze. Mimo represji przetrwały, a w listopadzie 1918 roku biało-czerwone morze zalało ulice polskich miast. Był to symbol jedności Polaków, którzy przez ponad sto lat byli oddzieleni granicami zaborów.

Od niepodległości  do niepodległości
W latach międzywojennych flaga biało–czerwona towarzyszyła Polakom we wszystkich uroczystościach. Była – wraz z Orłem Białym – symbolem jedności narodowej i niepodległego państwa. Pod tymi barwami wyruszali Polacy we wrześniu 1939 roku do walki z hitlerowskimi i sowieckimi najeźdźcami.
W czasie II wojny światowej pojawiały się na ulicach polskich miast w dniach świąt narodowych. Krzepiły serca, budziły nadzieję. Biało-czerwone opaski zdobiły hełmy i rękawy żołnierzy Państwa Podziemnego. Flagami znaczyli swój szlak bojowy żołnierze na wszystkich frontach.
W powojennej Polsce władze komunistyczne zakazały używania barw narodowych poza wyznaczonymi dniami. Za łamanie zakazu groziły sankcje w postaci aresztu lub grzywny. Chodziło o niedopuszczenie do jakichkolwiek protestów przeciwko ówczesnej władzy, pod barwami narodowymi. Ale i tak symbole te pojawiały się podczas uroczystości kościelnych, a na masową skalę – w latach pierwszej Solidarności. Już w wolnej Polsce, symbolem świadczącym o ciągłości tradycji II RP były uroczystości z 22 grudnia 1990 roku. Wtedy to Ryszard Kaczorowski, ostatni prezydent na uchodźstwie, przekazał prezydentowi Lechowi Wałęsie chorągiew Prezydenta RP z 1927 roku.

Nie tylko od święta
Mało tego. To, czego zabraniali komuniści, teraz jest naszym prawem! Od 20 lutego 2004 roku, kiedy to Sejm znowelizował ustawę o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej, możemy bez
ograniczeń uwidaczniać nasze symbole narodowe. Dodatkowo dzień 2 maja został ustanowiony Dniem Flagi Państwowej! Ale flagę warto wywieszać nie tylko od święta. Robią tak Amerykanie, Szwajcarzy, Duńczycy. Dzieje się tak, gdyż uwidocznienie symbolu narodowego podkreśla więź z państwem, umacnia ją. Sprawia, że czujemy się całością. Dlatego umieszczajmy flagę w różnych miejscach (balkonach, oknach, na ścianach) i przy różnego rodzaju okazjach: weselach, spotkaniach, uroczystościach.  Flaga jest symbolem narodowym najbardziej „wpadającym w oko”. To zarazem instytucja, która powinna być w sercu każdego z nas. Nie powinniśmy się tego wstydzić. A najlepszym przykładem okazywania do niej miłości były do niedawna imprezy sportowe: odlatujący biało-czerwony spodek czy tych samych barw morze pod Wielką Krokwią.

Warto zatem umieścić biało-czerwona flagę w miejscu, gdzie przebywamy każdego dnia, wszędzie tam, gdzie chcemy podkreślić naszą polskość i patriotyzm. Bowiem barwy narodowe zrośnięte są nierozerwalnie z przeszłością, współczesnością i przyszłością. Ostatnie wydarzenia kwietniowe to potwierdziły najdobitniej.

Czas patriotów

W te trzy dni majowe patriotyzm był odmieniany,  i jeszcze jest,  przez niemal wszystkie przypadki i w różnych konotacjach. Niektóre stacje radiowe, by być trendy grają tylko po polsku (pomijam jedną warszawską, już nieodbieraną w Białymstoku, a która, na co dzień gra tylko po  polsku).

Przez lata takie granie kojarzyło się nie tyle z Opolem, co Kołobrzegiem. Najlepiej zakręcenie minionej epoki na tej pięciolinii oddał Stanisław Bareja w “Misiu”, gdy dwaj milicjanci układają tekst piosenki na branżowy festiwal.

Ale w drugiej połowie lat 80. Powstawały utwory, które alternatywnie przedstawiały motyw patriotyzmu. I chyba nadal zachowały aktualność. Kult ze swoją “Polską”, ale też “Hej czy nie wiecie” czy opartą na podziale Berlina  “Arahją”, czy też “Spotkanie z…” Sztywnego Pala Azji, a jego  pytanie “Dokąd pójdziemy Polsko? - nadal jest otwarte. Tak jak było  w latach 90. i w poprzedniej dekadzie, kiedy motywy patriotyczne pojawiały się na zamówienie przy odzyskanych rocznicach (jak rap, hip hoop, czy wersje Leo Che przy rocznicy Powstania Warszawskiego). 

A dla tych, którzy chcą głębiej sięgnąć do przeszłości, historyjka. Mój znajomy pilnował swojego ośmiomiesięcznego siostrzeńca. Malec wpadł w taki płacz, że opiekun dla uspokojenia jego, ale chyba głównie siebie, zaczął śpiewać mu wszystkie pieśni patriotyczne. “Bogurodzicę”, “Pierwszą Brygadę”, “Z młodej piersi się wyrwało”. I nic. Dopiero, gdy rozpoczął skandować “Warszawiankę”, chłopiec przestał płakać. Zaczął zwrotką tej z 1931 roku, po czym przeplatał ją tą z roku 1905.
 
I jak tu nie wierzyć, że muzyka łagodzi obyczaje. Nawet te o skrajnie odmiennej tradycji. To ważne, wszak nastał  w Polsce od niedawna  „Czas Patriotów”? Jeszcze niedawno byśmy określili go dychotomią patriotyzm staroświecki-patriotyzm nowoczesny. Dziś nic nie jest pewne. Jeśli wydaje się, ze jesteśmy w stanie w dość jasny sposób zdefiniować go na potrzeby najbliższych dwóch miesięcy, to nic mylnego. Bo jak mierzyć ów patriotyzm w czasach współczesnych z powinnościami wobec państwa? Czy interes prywatny powinien przeważyć nad interesem wspólnym?

Zadaje to pytanie trochę tego na przykładzie Grecji. Nie dawno serwis podały, że najbogatsi Grecy wycofują pieniądze z banku i przenoszą je gdzie indziej? Czy w kraju będącym w stanie zagrożenia takie działanie licuje z patriotyzmem? A może właśnie licuje, bo w ten sposób owi najbogatsi Grecy uratują cokolwiek, by za jakiś czas z resztkami kapitału powrócić? I jak by się zachowali nasi najbogatsi, gdybyśmy byli w takiej samej sytuacji, co Grecja? Czy udawaliby by Greków czy też nie musieliby tego robić?

Takich pytań z pozoru niepatriotycznych lub z gruntu rzeczy patriotycznych można mnożyć bez liku. Bo tak naprawdę, co Polak, to inny patriotyzm. Mamy tak na dobrą sprawę 36 milionów patriotyzmów. Czy potrzebujemy takie swoistego wzorca? A jeśli tak, to, kto ma prawo do jego określenia?

To pytania niczym syna poety. Mimo że piosenka odnosiła się do innej epoki, tak na dobra sprawę pasuje do współczesności. Nie trzeba nic w niej zmieniać. A jeśli ktoś chce, to może zamienić Paryż na Białystok, Lipsk, Zambrów czy każde inne miejsce w Patrii. Umiłowanej Patrii (partii).
Trzeci oddech kaczuchy - pytania syna poety

Obudzony homo politicus

Ponoć jeszcze nigdy tyle osób nie podpisywało partyjnych  list poparcia kandydatów na urząd prezydenta.  Partie zbierają je za pomocą struktur i przy stolikach ustawionych na ulicach. Taki boom na podpisy jest zrozumiały w sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się od trzech tygodni. Ostatnie emocje obudziły poczucie homo politicusa. Gdzieś to uniesienie musi zostać siłą rzeczy skanalizowane. A przyspieszone wybory są ku temu najlepszą, ale zarazem naturalną, koniecznością.

Z drugiej strony, taka podaż poparcia nie jest tak na dobrą sprawą niczym nadzwyczajnym. W Polsce już raz mieliśmy taki naturalny, zupełnie spontaniczny tak dla przyjaciół spod szyldu partii, która wydawałoby się została powołana tak dla hecy, na fali dezaprobaty dla poczynań polityków, i która wprowadziła do Sejmu kilku posłów. Oj, naważyli oni wtedy piwa, nawarzyli. Po czym sami w niczym się nie różnili od tych, z którymi nie chcieli go pić.

Może to zbyt dość dalekie odniesienie nie tylko pod względem czasowym (bo dzisiaj mamy wzrost aprobaty dla polityków). Przypominam go jednak ku przestrodze. Bo już nieraz tak było, że nazajutrz po elekcji  (każdego szczebla), wielu zaczął dokuczać kac powyborczy. I trzymał dość długo.

Będzie o wiele mniejszy, jeśli zachowamy polityczną trzeźwość umysłu i zdolność krytycznej analizy (rozum, a nie tylko emocje określają naturę homo politicusa) tego, co się wydarzy po 6 maja (upływa wtedy termin na złożenie 100 tys. podpisów).  I nie dajmy sobie w mówić, że inaczej być nie mogło.

Nie tylko Grecy udają Greka

Nie zdziwiłbym się gdyby Grecy po rozróbach za chwilę się bawili. W myśl zasady wino, kobiety i śpiew. W końcu potomstwo Dionizosa i Zorby zobowiązuje.

Greka udaje też Unia. Bo zamiast pompować miliardy euro na Półwysep Peloponeski powinna każdemu Europejczykowi zafundować wakacje na wyspach grecki. Dla turystów z pożytkiem, i dla samych Greków, bo mieliby szansę nie zmarnować ciężko zarobionych pieniędzy na obsłudze turystów. Z tymi pożyczonymi już tak różowo nie musi być.

Unia udaje Greka też z innego powodu. Robi dobrą minę do złej, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że eksperyment pod nazwą integracja europejska nie tylko był złudzeń politycznym, ale co gorsze ekonomicznym.

No i Greka udaje polski rząd. Chciałbym wiedzieć, jaki ma w zanadrzu arsenał obronny polskiej złotówki. Bo takie mierne i bierne poddanie się przekonaniu „że i tak nie da się nic zrobić” jest marnym alibi.

Białystok, miasto szczęśliwe

Mieszkańcy 75 europejskich miast zostali zapytani o to jak im się mieszka, żyje i pracuje w rodzinnych miejscowościach. Według mieszkańców Białystok jest miastem czystym przede wszystkim (tak mówi o Białymstoku aż 90 proc. osób), ma czyste powietrze (Zielone Płuca), nie doskwierają tu problemy z hałasem. I jeszcze w dodatku posiada piękne parki i ogrody, i to na wyciągnięcie ręki, bo niemal w samym centrum.

Sondaże mają to do siebie, że często sprowadzają na manowce. Podobnie było roku temu, gdy publikacji „Wprost”.  W rankingu tygodnika Białystok okazał się najtańszym miastem pod względem wszelakiej maści opłat komunalnych. A przecież gdyby zapytać białostoczan czy odczuwają, że w mieście jest tanio w opłatach komunalnych, to nie mam wątpliwości, że odpowiedzi byłyby odwrotnie proporcjonalne do pozycji Białegostoku w rankingu. Także dlatego, że dane tam zawarte już niebawem będą nieaktualne. Bo za chwilę czeka nas podwyżka za wodę, ciepło, czynsze w lokalach komunalnych. 

Tak napisałem rok temu. I podobnie jest teraz z sondażem Eurobarometru. Wystarczy wskazać jedną dziedzinę, która budzi ten obraz szczęśliwości. Dla mnie taką jest brak wizji białostockiej oświaty i fakt, że choćby w gimnazjach klasy liczą po trzydzieści parę osób. Naturalną wydawałoby się reakcją było to, że miasto poszukuje rozwiązań zmierzających do zmniejszenia liczebności klas. A takich działań nie widać.

I takich innych cieni na pozorowanej szczęśliwości jest więcej.  Nie wspominam o tym by dolać przysłowiową łyżkę dziegdziu, ale by do różnego rodzaju sondaży podchodzić z dystansem.  Bo też często, jak już wspomniałem, sprowadzają nas na manowce.

Jagiellonia wygrała z Ruchem

Bardzo dobrze dla Jagiellonii zaczęła się druga połowa meczu z Ruchem Chorzów. Sześć minut po wznowieniu gry Andrius Skerla głową wpakował piłkę do bramki niebieskich. Do końca Jagiellonia prowadzenia już nie oddała.

Superjazda na placu

W niedzielę  kolejny, już 29. Rajd Podlaski. Kierowcy wyruszą na trasę sprzed  Politechniki Białostockiej. Pierwszy odcinek specjalny w okolicach Siekierek, potem zmagania w gminie Juchnowiec Kościelny. Wielka feta przed godz. 17 na Rynku Kościuszki od strony katedry.

Ale przedsmak rajdowych emocji mieliśmy już dziś. Na placu Uniwersyteckim zawodowcy, jak i amatorzy zmagali się w supersprincie. Każdy z kierowców dwukrotnie pokonywał trasę. Aby było na co popatrzeć. Palenie gumy w pozytywnym znaczeniu było przednio. Warte kilkunastogodzinnego oglądania.

YouTube Preview Image

Szkoda tylko, że mi bateria padła w aparcie i musiałem ratować się komórką. A to już nie to samo. Stąd taka jakoś filmu jak na załączonym obrazku. Jak macie lepszy, to podsyłajcie linki. Także z jutrzejszego rajdu.

Mocne uderznie w Białymstoku

YouTube Preview Image

To, że nie słychać muzyki, to skutek ułomności mojego aparatu. Ale naprawdę, proszę mi wierzyć, oba zespoły grały mocno. Ten pierwszy na scenie na Rynku Kościuszki, ten drugi w tym samym mniej więcej czasie na scenie przed Teatrem Dramatycznym. Tam studenci białostockich uczelni rozpoczynali tydzień świętowania, który czeka nas przez siedem najbliższych dni. Przed Ratuszem koncerty odbywały się w ramach  pikniku europejskiego zorganizowanego przez urząd marszałkowski. 

Po tych dzisiejszych przedpołudniowych koncertach mam dwie refleksje: po pierwsze być może jest to nieśmiały, ale jednak pierwszy krok, w postrzeganie braci studenckiej (także przez nią samą) jako  miastotwórczego czynnika Białegostoku.
Po drugie:  może scenę (tę mniejszą) na Rynku Kościuszki zostawić na cały okres wiosenno-letnio-wczesnojesienny. Tak by białostoczanie mogli z niej korzystać biernie (publiczność) i czynnie (zespoły) w ramach koncertów spontanicznych: ktoś wyciągnie klarnet, ktoś inny puzon, innym razem podłączy się jakaś młodzieżowa kapela czy pokaz da formacja taneczna). Ta wolna scena (choć w ramach pewnej umowy społecznej) mogłaby funkcjonować pod szyldem ”Spotkajmy się na Rynku Kościuszki”. Wolnym od zakusów polityków, co w roku wyborczym (prezydencko-samorządowym nie będzie łatwe).

PS. Jeśli wiecie, jakie kapele grają na filmie, napiszcie.

Idąc bluesową aleją

W centrum Białegostoku, pasażem od Rynku Kościuszki do parku na Plantach. Wytarta klawiatura, w większości nieczytelne tabliczki z nazwiskami muzyków. Wygląda to na zapomnienie miejsce.

Szkoda, bo ta aleja naprawdę mogłaby być atrakcją śródmiejską. Na miarę pomysłu, jaki przyświecał jej utworzeniu. Ale to wymagałoby stałego nadzoru nad pasażem .

Wiem, że wymiana płyt, które miały przypominać klawisze, co roku nie w chodzi w grę, ale przynajmniej tabliczki upamiętniające muzyków powinny, zwłaszcza po zimie, poddawane być zabiegom konserwatorskim.  Naprawdę, warto to zrobić.  Może  wtedy spacerując bluesowa aleją przechodnie choć trochę poczują bluesa. Bo teraz ani trochę.

Balony nad Białymstokiem

Bezwietrzne, słoneczne wieczory to idealna czas na latanie balonem. Pierwsze płótna wypełnione gazem już wzbiły się nad Białymstokiem. Wczoraj jeden z nich przeleciał nad moim osiedlem. Na tle kominów malowniczo i dostojnie, by chwilę potem polecieć w kierunku Fast, Dobrzyniewa może Jurowiec.

To tylko przedsmak wyjątkowych spektakli, które zapewne czekają nas przez cały sezon wiosenno-letnio-wczesnojesienny. Balony już na stałe wpisały się  w białostocki horyzont. Nie pozostaje nic innego, jak tylko życzyć baloniarzom pomyślnych wiatrów.

Marszałek Komorowski w Hajnówce. A w Białymstoku?

15 maja w Hajnówce na Festiwalu „Dni Muzyki Cerkiewnej” gościć będzie marszałek Sejmu RP Bronisław Komorowski. Marszałek przyjedzie na koncert galowy festiwalu, o godz. 15, który odbywać się będzie w Soborze Św. Trójcy.

Niewątpliwie wizyta ta wpisuje się w zapowiadaną od kilku dni przez polityków Platformy ofensywę ich kandydata na urząd prezydenta RP. Ale proponuję zostawić na chwilę tło wyborcze na boku i spojrzeć na wizytę Bronisława Komorowskiego przez pryzmat kultury. A z tego punktu widzenia wizyta ta jest swoistym precedensem. Bo Bronisław Komorowski pełni w tej chwili obowiązki głowy państwa, czyli obowiązki prezydenta RP. Korzysta ze wszystkich jego prerogatyw, tych głównych i najważniejszych (nie może tylko rozwiązać Sejmu), jak i tych najmniejszych, czasami wręcz symbolicznych. A wśród tych ostatnich są patronaty honorowe, nad którymi patronat sprawuje prezydent RP. A tak się składa, że jednym z nich jest patronat nad XXIX Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cerkiewnej „Hajnówka 2010″ w Białymstoku, który zaczyna się cztery dni później po hajnowskim koncercie galowym Festiwalu „Dni Muzyki Cerkiewnej.

Wiadomo, że miedzy organizatorami obu festiwali od lat trwają wzajemne animozje (historii sporu nie ma, co przypominać, zna go niemal każdy, kto interesuje się podlaską polityką, kulturą, muzyką, religią). I dotąd pory nic nie wskazywało na połączenie obu festiwali. Skoro jednak osoba patronująca białostockiemu festiwalowi gościć będzie na hajnowskim festiwalu, to może jest to swoiste światełko w tunelu zjednoczeniowym.

Jeśli jednak marszałek nie chce dać swoim przeciwnikom argumentów, by oceniali jego pobyt w kategoriach politycznych, to 23 maja podczas gali XXIX Międzynarodowy Festiwal Muzyki Cerkiewnej „Hajnówka 2010″ w Białymstoku powinien zasiąść w pierwszym rzędzie. Tym razem listy gratulacyjne już chyba nie wystarczą.

Ale powtórzę jeszcze raz to, co napisałem powyżej: Jeśli uda się to marszałkowi Komorowskiemu, to, kto wie, może będzie to znacznie większy sukces niż ewentualna wygrana w wyborach prezydenckich.

Doda pokona Snarskiego. Przez nokaut

Do pojedynku dojdzie dzisiaj w Białymstoku. Oczywiście nie bezpośredniego, ale symbolicznego. Dariusz Snarski o godz. 19 będzie walczył na gali boksu zawodowego w Hotelu Gołębiewski o swój kolejny pas. W tym samym czasie na terenie sceny juwenaliowej zaśpiewa Doda.Które wydarzenie zgromadzi większą publiczność?

Na pozór pytanie wydaje się retoryczne. Wszak pojedynek białostockiego boksera będzie w obiekcie zamkniętym, Doda zaśpiewa na obiekcie otwartym. Ale załóżmy, że walka naszego boksera odbywa się na stadionie Jagiellonii. Albo Doda śpiewa w białostockiej filharmonii? Kto (przy tak odwróconych proporcjach) przyciągnąłby większą publiczność?

Odpowiedź wydaje się oczywistą oczywistością. I nie tylko dlatego, że pojedynek naszego pięściarza nie jest z tych, o których tak wspaniale pisał w „Słynnych pojedynkach” legendarny Aleksander Reksza. Przyciągały one tysiące widzów. Ale to było w czasach, gdy sport był synonimem rozrywki. Dziś tak już nie jest, bo sport i rozrywka w parze nie chodzą. A i ta druga sama nie jest swoim synonimem. Dlatego w każdej sytuacji, bez względu na miejsce i czas współczesny, Doda pokona Snarskiego, przez nokaut.  Oczywiście symbolicznie, ale jednak. Smutne to, ale tak już jest i nic się na to nie poradzi.

I jeszcze jedna refleksja. Przy okazji białostockich juwenaliów odżywa dyskusja: czy dany wykonawca powinien zagrać na święcie studentów? Czy muzyka, której hołduje, nie jest przeciwieństwem tego, co powinno charakteryzować studencką kulturę? W zeszłym roku dylematy te tyczyły Boysów, w tym roku Dody. Dylematy z gruntu rzeczy pozorne. Choćby dlatego, że sami studenci wskazują, kogo chcieliby posłuchać na swoim święcie.  Ale przede wszystkim dlatego, że nie przez pryzmat tego czy innego wykonawcy patrzy się na kulturę studencką, ale przez jej miastotwórczą funkcję. A w Białymstoku określają lub definiują trzy instytucjonalne filary:  juwenalia, Podlaski Festiwal Nauki i Sztuki i przegląd twórczości artystycznej młodzieży akademickiej FAMA oraz ich zakotwiczenie w mieście. Pierwszy z nic właśnie trwa, drugi zaczyna się w poniedziałek, trzeci chyba tradycyjnie w czerwcu. Dopiero po ich zakończeniu będziemy mogli odpowiedzieć jak to jest z kulturą studencką? Występ Dody, ani nam nie pomoże, ani nie przeszkodzi w odpowiedzi na to pytanie. Jest neutralny, nie ma żadnego znaczenia.

I dlatego jak napisał kiedyś Jacek Kaczmarski:

Bawcie się i pijcie dzieci

Tak jak bawić i pić potraficie

Są …

 

13 maja 1981

YouTube Preview Image

Trenerzy magicy. Epilog

Ekstraklasa na finiszu. Mistrzem został poznański Lech. Ale tytuł dla Kolejorza nie jest skutkiem fenomenalnej gry piłkarzy ze stolic Wielkopolski, a nieuleczalnej choroby, która zżera nasze piłkarstwo. W tym miejscu przypomnę to, co napisałem 16 marca, po wymianie trenerów w Legii i Wiśle:

Ledwie się zaczęła runda wiosenna, a karuzela z posadami rozkręciła się na dobre. I to na szczycie ligowej tabeli. Trener Maciej Skorża pożegnał się z Wisłą, a Jan Urban z Legią. Tego pierwszego zastąpił Henryk Kasperczak, drugiego Stefan Białas. Obaj już trenowali swoje obecne drużyny. A trener Białas, to i nawet Jagiellonię, w której ustanowił swoisty rekord Guinnessa: nie poprowadził naszej drużyny w żadnym meczu.

Jakie licho kusi tych, którzy przychodzą w miejsce zwolnionych?. Przecież za kilka kolejek, a w najgorszym razie już po pierwszej, mogą znaleźć się w podobnej sytuacji.
Dostając angaż muszą w zamian coś obiecać. Ale jak można cokolwiek obiecywać, skoro gołym okiem widać, że w naszej ekstraklasie to i Salomon by nie nalał. Bo i z czego? Z pustego?. Jeśli przesłanką do wskakiwania na karuzelę trenerską jest chęć utrzymania się w fotelu za wszelką cenę do pierwszego zakrętu (tu się kłania scena z Dyzmy, który zszokowany po ofercie Kunickiego marzył, by na posadzie utrzymać się choćby miesiąc, dopóty nie wyda się, że nie ma pojęcia o zarządzania majątkiem), to w ogóle nie powinni parać się tym rzemiosłem. Cóż, nie od dziś wiadomo, że nasza piłka jest chora.

Dlaczego? Po odpowiedź odsyłam do tamtego tekstu. Można powiedzieć, że zostałem jasnowidzem ze skutkiem optymalnym. Ale marne to pocieszenie. Bo parafrazując artystę polskiej estrady

Żal mi trenerów magików

Choć sam już nie wiem dlaczego

 Blady księżyc na niebie,

 Nie wróży im nic dobrego.

Debatencja

Debata – słowo, które w ostatnich dniach odmieniane przez wszystkie przypadki, rodzaje i liczby (od pojedynczej do mnogiej). Debatować chcą kandydaci na prezydenta. Zwłaszcza ci, z tylnych rzędów. Ci z pierwszej linii ani myślą to robić. Po co marnować czas, skoro lepiej go poświęcić na rozgrywkę w ostatnim stadium kampanii z głównym rywalem? Trochę to przypomina zawody sportowe w lekkiej atletyce. W biegach eliminacyjnych faworyci oszczędzają się, czas nie ma znaczenia, liczy się tylko by wejść do finałowej rozgrywki. Nieraz bywało już tak, że wyznawanie takiej filozofii kończyło się dla jej krzewicieli fatalnie. Nie wiem, jak będzie w przypadku czerwcowych wyborów, ale chciałby zatrzymać się na dłużej przy tym debatowaniu. A potrafimy to robić, jako mało, który naród.

 W zasadzie jesteśmy tym dziedzicznie, jako naród, obciążeni. Czyż całe liberum veto  i niechlubne tradycje wolności szlacheckiej nie były jednym wielkim debatowaniem ze skutkiem śmiertelnym (patrz końcówka XVIII wieku).

I dlatego nieprawdą jest, jakoby Amerykanie wymyślili debaty. Oni tylko zrobili to, co potrafią perfekcyjnie: dobrze je sprzedali. Zaczęło się od słynnej debaty telewizyjnej Nixona z Kennedym. Później wzorce te powędrowały przez ocean. Po upadku komunizmu zawędrowały do Europy Środkowej, w tym nad Wisłę. Słynna debata telewizyjna Kwaśniewskiego z Wałęsą (z równie słynnym: panu to ja mogę nogę podać) czy ta ostatnia w 2007 roku, w której Tusk przechytrzył lidera PiS. I takie polityczne debaty, mimo ich głównej wady (nie wnoszą nic jakościowo wartościowego), wyborcy, niczym antyczni Grekowie igrzyska, uwielbiają najbardziej.
Ale jest też pewien krąg debat, który wyłamuje się ze schematów. Jak choćby słynny pojedynek pomiędzy Miodowiczem i Wałęsą czy też na swój sposób wybory z 4 czerwca. Bo też oba te wydarzenia były zaiste plebiscytami.

Swoistym rodzynkiem była też pamiętna debata Rakowskiego ze stoczniowcami w sali BHP. Ówczesnej władzy bardzo na niej zależało, więc puściła w telewizji. Chyba na żywo, jeśli pamiętać mnie nie myli. I stoczniowcy na Rakowskim nie zostawili suchej nitki, łącznie z tym słynnym krawatem. Być może w odwecie za tęgie lanie, które wtedy Rakowski zebrał w sali BHP, tak łatwo podjął decyzję o likwidacji stoczni.

Przed wyborami debaty rosną jak grzyby po deszczu. A raczej muchomory. Chociaż tak naprawdę ta debatencja trwa już dwie dekady. I zmierza ku ….

To nie deszcz gubi ten kraj

Potężna burza nad Białymstokiem. Na razie widać tylko efekty świetlne, gdzieś w dali słychać grzmoty. Przed chwilą, pięć minut po godz. 22, pierwszy grzmot był już mocno słyszalny w mieście. Zanosi się na nie spokojna noc. Jednak w porównaniu z ty, co dzieje się na południu kraju, u nas jest mała kropla deszczu. W radio słychać właśnie piosenkę Sidneya Polaka „Deszcz”: Deszcz gubi ten kraj, deszcz gubi ten kraj…

W telewizji trwa wymiana zdań między stronnikami dwóch głównych kandydatów. Przed chwilą u Rymanowskiego w TVN 24, teraz u Lisa w TVP2. Udzielają się nie tylko politycy, szefowie sztabów, ale  osoby z komitetów honorowych. Ich słowa od czasu do czasu zagłuszają krople padającego za oknem deszczu. I dobrze, bo to te słowa, a nie deszcz gubi ten kraj.

Białystok w 3D i Metropolish

Po jutrze zaczynają się jubileuszowe, już XXV Dni Sztuki Współczesnej. Przez dziesięć dni  festiwalowych zobaczymy przedstawienia teatralne i nie tylko. Równolegle na białostockich scenach gościć będzie muzyka, taniec, film, street art i sztuki wizualne. Zobaczymy m.in., przygotowaną specjalnie na tegoroczne DSW, wystawę fotografii w technice 3D pt. „Widzi Misie”, przedstawiającą spojrzenie na Białystok dwóch warszawiaków: Krzysztofa Gajewskiego i Macieja Szala.

A już jutro premiera „Metropolish”. Spektakl został wymyślony przez Jarosława Stańka oraz grupę Fair Play Crew. Występuje w nim kilkadziesiąt osób. Najpierw zobaczą go białostoczanie, a potem mieszkańcy 10 miast w Polsce. To część tegorocznej kampanii promocyjnej Białegostoku, która ruszyła na początku maja.

Jednym słowem miłośnicy sztuki współczesnej mają dziś swoje święto.

YouTube Preview Image

Marszałek – prezydent 2:0

 Nie chodzi tu o jakiś kolejny sondaż przedwyborczy, a korespondencyjny pojedynek promocyjny. Prowadzą go marszałek podlaski (urząd wojewódzki) i prezydent Białegostoku (białostocki magistrat). Walka toczy się o symbole promocyjne.

Właśnie światło dzienne ujrzał film promujący Podlasie, który na zlecenie urzędu marszałkowskiego zrobiła białostocka firma. I zyskał znacznie większe noty niż o kilka dni wcześniejszy klip promujący Białystok w kraju, przygotowany na zlecenie magistratu. Klip marszałkowski przedstawia w sposób o wiele przyziemny i bardziej atrakcyjny walory Podlasia,  niż nieziemski anioł odzwierciedlający zalety Białegostoku.

Nie jest to pierwszy sukces urzędu marszałkowskiego w starciu na symbole z białostockim magistratem. Wystarczy przypomnieć logo województwa zaprojektowane przez  Leona Tarasewicza  (Żubr z kolorowych kwadracików). Zyskało znacznie wyższe noty niż symbol Białegostoku Wschodzący Białystok.  Ale też gwoli sprawiedliwości trzeba oddać, że urząd marszałkowski uczył się na błędach białostockiego magistratu. I bynajmniej w tym przypadku nie jest to wada, a zaleta myśli twórczej zrodzonej w szklanym wieżowcu przy ulicy Wyszyńskiego.

Używając terminologii sportowej (a właściwie z judo) marszałek w tym korespondencyjnym pojedynku wykonał dwie akcje oceniane na yuko. W sumie dają notę ocenianą jako waza-ari. By w tym pojedynku prezydent wyszedł zwycięsko, musi wykonać akcję, którą w terminologii judo, ocenia się na ippon. Akcję, która przed czasem kończy każdy pojedynek na tatami.

W tym jednak przypadku będzie to niezwykle trudne. I nie tylko dlatego, że marszałek to były nauczyciel wychowania fizycznego. Po prostu prezydent może już nie mieć do tego okazji. W zasadzie to została mu już tylko jedna przysłowiowa deska ratunku: dzisiejszy spektakl Metropolish i wiara, że pokaz białostockich tancerzy zawojuje Polską. I stanie się symbolem Białegostoku o wiele bardziej rozpoznawalnym niż logo, plakat, billboard, anioł czy jakikolwiek inny gadżet zrodzony przez biurokrację.  I udowodni, że białostoczanie nie potrzebują symboli, by dobrze promować swoje miasto. Sami są najlepszymi ambasadorami. Nie zastąpi tego żadne hasło ani znak.

Podobnie jak Podlasianie są ambasodorami Podlasia. I dlatego, nawet nie wiem jak dobry byłby film promujący nasze województwo, jest on po prostu zbędny.

Nie brokliński most

Ale przemienić w jasny nowy dzień

Najsmutniejszą noc

To jest dopiero coś  

- pisał w swoim wierszu „Nie brokliński most” Edward Stachura . Dziś mija 137 rocznica oddania do użytku tego mostu. To jeden z najstarszych mostów wiszących na świecie o długości: 1834 m (przęsło główne znajdujące się nad wodą ma 486 m) szerokości: 26 i wysokości: 84 m. Łączy nowojorskie dzielnice Brooklyn i Manhattan, które oddziela od siebie East River. W chwili, gdy go ukończono był jednym z największych stalowych mostów wiszących.

Był też częstym punktem odniesienia artystów.  Nie tylko Stachury, ale Majakowskiego, Staszewskiego i wielu innych. O muzykach amerykańskich i filmowcach nie wspominając

To swoisty symbol nie tylko dzisiejszego Nowego Yorku, ale i dawnego świata.

W Polsce symbolem tamtego dawnego świata był maszt w Raszynie. Oddany do użytku także 24 maja, ale 1931 roku. Był swoistym oknem, takim mostem broklińskim Polski na świat. Posiadała nadajnik o mocy 120 kW i 2 maszty o wysokości 280 metrów każdy, pomiędzy którymi rozpięto antenę. Zastosowana moc nadajnika w tym czasie wystarczyła do pokrycia obszaru kraju zasięgiem “dobrego odbioru”, Do roku 1962 była to najwyższa budowla w Europie.

Hymn Białegostoku

W sobotę, o godzinie 15.30, czyli o porze rozpoczęcia spotkania Jagiellonia Białystok – Pogoń Szczecin, z białostockiego Ratusza popłynie melodia “Tylko Ty”, bardzo popularnego songu kibiców Jagiellonii.

Natknęło mnie do powrotu do dawnego pomysłu. Ruszyła promocja miasta w Polsce, mamy logo, nawet będzie odznaka zasłużonego dla Białegostoku. Do kompletu symboli brakuje jeszcze jednego.  Może pora w końcu pomyśleć też i o hymnie. Co prawda mamy hejnał, ale co hymn, to hymn. No, bo, skoro mają go Suwałki (skomponowany przez Skaldów), to dlaczego nie my? I podobnie jak w mieście nad Hańczą, także nad Białą mógłby być w miarę publicznie odśpiewamy. A najlepszą okazją są właśnie dni Białegostoku. Są już za miesiąc.

Oczywiście można ogłosić przetarg, ale zabrakłoby czasu na jego rozstrzygniecie. Albo wyszłoby jak z logo lub innymi symbolami promocyjnymi. W takim razie pozostaje wybór z tego, co już mamy. A co mamy? Może wspomniana pieśń kibiców? Czekam na propozycję.

Mi najbardziej do gustu przypadła  piosenka śpiewana przez białostockich przedszkolaków.  

|”Chociaż Białystok nie jest nad Wisłą,

i w sercu syrenki mu brak

to na Podlasiu

króluje na spośród miast” 

Jagiellonia i skopana Europa

 Jagiellonia wygrała 1:0 w finale Pucharu Polski z Pogonią Szczecin. Gola na miarę gry w pucharach europejskich zdobył Andrius Skerla. Kilka godzin póżniej zostanie rozegrany finał innych rozgrywek.

W Madrycie Inter Mediolan zmierzy się z Bayernem Monachium w finale Pucharu Europy (po finale angielsko-angielskim finał włosko-niemiecki to najgorszy jaki mógł się kibicom przytrafić). I chociaż dawno temu zmienił nazwę na Ligę Mistrzów,  to w przeciwieństwie do niej,  dla mnie nadal jest synonimem tego, co najlepsze w europejskim futbolu.  A dzisiejszy Inter i Bayern (w przeciwieństwie do Interu z lat.60 i Bayernu z lat 70) nie są symbolami wyżyn europejskiego futbol, a jedynie tym, co można w nim zrobić dzięki pieniądzom. Tak wielkim, jak nigdy dotąd.

Moje przygody z finałami Pucharu Europy rozpoczęły się w chwili,  polska telewizja zaczęła je transmitować. Pamiętam jak dziś finał Nottingham Forest-Malmoe. Fenomenalną grę Johna Robertsona, Tony’ego Woodcocka, Trevora Francisa, Viva Andersona, Petera Shiltona. I następny chłopców z miasta Roobina Hooda (w Madrycie) z hamburskim SV.  Ale najbardziej to chyba rok 1987 i pojedynek na wiedeńskim Praterze.

FC Porto grało z Bayernem Monachium. Bramki Portugalczyków bronił Józef Młynaczyk. Mecz ten oglądałem w telewizji austriackiej. Za spikera robił komentator polskiego radia (jeśli dobrze pamiętam to chyba Tomasz Zimoch), którego transmisję jakimś cudem odebraliśmy na tranzystorze.  I w taki to dziwny sposób kibicowaliśmy Portugalczykom. A bramki strzelonej piętą przez Madjera, nie zapomnę nigdy.
 
Rok wcześniej w finale grała faworyzowana Barcelona z piłkarskim wydawałoby się pucybutem – bukaresztańską Steuą. Ale to Rumuni sięgnęli po puchar, a świat usłyszał  po raz pierwszy takie nazwiska  jak Hagi, Ducanan, Boloni. Trzy lata później rozpoczynała się złota Milanu, która zwiastowała narodziny Ligi Mistrzów, a zarazem stworzyła barierę, której piłkarscy pucybuci nie mogą przeskoczyć do dziś.

O przynależności do elity nie decydowało już boisko, a swoisty cenzus majątkowy. Mecz i rewanż odeszły do lamus, pojawiły się rozgrywki grupowe. By dostać się do następnej rundy trzeba było mieć nie tyle końskie zdrowie, ale przede wszystkim  bankiera, który lekko ręką wyda miliony na co najmniej 30 „humanoidów”. Potencjalne zyski przesłoniły całą istotę europejskich rozgrywek. Pamiętacie mecze Widzewa z  Manchesterami czy Juventusem.  Można było wejść na boisko boso, ale zejść z niego w ostrogach. Dzisiaj jest to niemożliwe (marna to prognoza dla naszej Jagiellonii w perspektywie gry w europejskich pucharach).

Apologeci Ligi Mistrzów odrzucą te uwagi. Ale raz na cztery lata, i tak jest w tym roku, rozgrywki europejskie przechodzą weryfikacje podczas mistrzostw Europy, rzadziej mistrzostw świata. A triumf Greków w 2004 roku obnażył je bezlitośnie. Ale to już opowieść na drugą część skopanej nie tylko Europy, ale i świata. Wszak lada chwila kolejny mundial. Tym razem na afrykańskich Antypodach.

PS. Dzisiejszy finał w Madrycie poprowadzi Howard Webb, dla Polaków drugi sędzia Paduranu.  A w ogóle, co to za pomysł by najważniejszy finał rozgrywek klubowych w Europie był rozgrywany w sobotę, a nie w środę?

Ofiary interesu publicznego

Państwo Łupieńscy nie chcą mieszkać przy Barszczańskiej. Właśnie w tym miejscu miasto proponuje staruszkom lokal zastępczy za posesję z domem przy ulicy Grunwaldzkiej. Znajduje się ona w pasie drogi, która tu powstanie.

Historię opisujemy w poniedziałkowym Porannym. Historię, która jako żywo przypomina tę opowiedzianą przez Kazaimierza Kutza w filmie “Paciorki jednego rożańca”. Upór emerytowanego górnika, chcącego dożyć swoich dni we własnym domu,  wstrzymywał budowę wielkiego blokowiska osiedlowego. Habryka nie zgadza się na wysiedlenie i postanowił walczyć o swój dom. A że był człowiekiem upartym spowodował wielkie zamieszenie. Na swojej kopalni, w komitecie wojewódzkim, w rodzinie między synami.  Ileż w tym filmie symbolicznych scen (palenie mebli, żegnania się z sąsiadami, kłótni z synami). I te ostatnie, gdy Habryka umiera zaraz po przeprowadzce pierwszej nocy, a na jego grobie zdycha wierny pies.  Film wręcz obowiązkowy.

Oby historia Łupieńskich potoczyła się inaczej. Czy ich upór nie jest w sprzeczności z interesem społecznym, wynikającym z aspiracji i oczekiwań mieszkańców Białegostoku i regionu, którzy nie mogą się doczekać lotniska? Czy powinni uznać ciężaru tych oczekiwań i pod tym ciężarem wyzbyć się prawa do własności. Uznać prymat interesu publicznego nad własnym? Tak jak to bywało w poprzednim systemie, a czego ani myślał uznać Habryka?

 Bo też własność i prawa jednostki były  wartościami zaciekle zwalczanymi w minionej epoce. I to nie tylko na poziomie ideologicznym, ale tym przyziemnym.

Po zmianie systemu własność prywatna, prawa jednostki stały fundamentem, paradygmatem.  Podniesiono ją do rangi absolutu. I to ona dzierży prymat nad interesem społecznym w konstytucji. W ustawie zasadniczej wskazano, że podstawową ustroju gospodarczego jest społeczna gospodarka rynkowa oparta na: wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej. Co do tego ostatniego to dopuszcza wywłaszczenie byleby było ono dokonywane na cele publiczne, a poza tym ograniczenie własności dopuszczalne jest “w zakresie, w jakim nie narusza ona (czyli ustawa ograniczająca własność) istotę prawa własności”.

No, jeśli ograniczenie własności nie narusza istoty tego prawa to pojawia się pytanie, od kiedy będziemy mieli do czynienia z naruszeniem istoty prawa własności?

Czy wolno wykorzystywać własność prywatną przeciwko cudzej wolności w tym także wolności, która urzeczywistnia się w interesie społecznym?  A jeśli nie, to czyż w istocie nie oznaczałoby to bankructwa przekonania, tak fundamentalnego dla ostatniego dwudziestolecia, że nic nie przekona ludzi do tego, że własność prywatna jest wiele warta, jeśli sami nie zakosztują jej atrakcji. I że jeśli jak najszerzej upowszechnimy własność prywatną wśród polskich obywateli, to wtedy znikną uprzedzenia, zahamowania. A miliony właścicieli będą funkcjonować także inaczej, jako obywatele.

Państwo polskie znalazło alibi, by obejść te dylematy. Są nimi wszelkiego rodzaju specustawy (ponoć mamy ich sześć). Pozwalają w przyspieszonym tempie odzyskiwać od mieszkańców ich własność pod szczególnego rodzaju inwestycje kluczowe. I tak jest w przypadku państwa Łupieńskich. Niewątpliwie prawo nie jest po ich stronie, jest po stronie urzędników. Ale to nie oznacza, że zwalnia urzędników od wszelakiej pomocy „ofiarom specustawy ‘’. I to pomocy wykraczającej daleko poza literalne jej zapisy. W przypadku Łupieńskich potrzeba serca i zrozumienia, którego zabrakło urzędnikom z historii górnika Habryki.

Rozwód Centrum Zamenhofa z BOK

Po niespełna roku działalności. Miesiącach, które nie zostały zmarnowane. I udowodniły, że tak na dobra sprawą misja Centrum nijak ma się do misji Białostockiego Ośrodka Kultury (podlega mu Centrum). I dlatego radni mają zdecydować o zniesieniu tej podległości i powstaniu kolejnej miejskiej instytucji.

Jeśli tak zrobią, to będzie to zarazem pierwszy krok w dość długim marszu. Marszu do uczynienia z Centrum Zamenhofa podobnej roli, jaką spełnia sejneński Ośrodek Pogranicze. Znamienne jest to, że Białystok, który tak bardzo szczyci się swoją multikulturowością nie dorobił się niezależnej instytucji o misji podobnej do sejneńskiego ośrodka. By tak się stało w przypadku Centrum Zamenhofa, musi stać się ono instytucją niezależną od magistratu, pod względem finansowym, organizacyjnym i misyjnym.

Oczywiście w najbliższej przyszłości takie rozwiązanie nie w chodzi w grę, ale jest nieuniknione. Także dlatego, by Centrum raz na cztery lata nie stało się synekurą polityczną czy partyjną. Na to przeobrażenie  trzeba jednak czasu. A i nawet wtedy miasto nie musiałoby się rezygnować ze wspierania tej instytucji, którą mogłaby prowadzić fundacja, stowarzyszenie lub inny podmiot. Może esperantyści.

Dziękuję posłowi Robertowi Tyszkiewiczowi

To, co stało się w sobotę na konwencji  PO, zakończyło pewną epokę w podlaskiej polityce. Jej symbolami byli Krzysztof Putra i Robert Tyszkiewicz. Przez niemal ostatnie pięć lat to oni kształtowali podlaską scenę polityczną i oni byli jej głównymi postaciami i oponentami przenosząc na nią wzorce krajowe ( o bilansie pozytywnym i negatywnym dla Podlasia tej rywalizacji napiszę innym razem). Wydawało się, że jest to podział utrwalony na lata. Tragiczna śmierć Krzysztofa Putry pod Smoleńskiem zburzyła tę konstrukcję. Jej politycznym dopełnieniem była porażka Roberta Tyszkiewicza w wyborach na szefa podlaskiej PO. Jest też w tym trochę symboliki metafizycznej – kto wie, jaki byłby wyniki sobotniego głosowania, gdyby odbyło się ono w pierwotnym terminie (w połowie kwietnia – zostało przesunięte ze względu na żałobę).

Jak już wspomniałem na bilans tej pięciolatki, po obu stronach podlaskiej barykady przyjdzie jeszcze czas. Teraz jednak chciałbym wspomnieć o jednej wartości w spuściźnie politycznej Roberta Tyszkiewicza, jako szefa regionu PO, którą należy docenić i to bez dwóch zdań. Chodzi mianowicie o jego zaangażowanie w sprawy polskiej mniejszości na Białorusi. Zawsze był adwokatem naszych rodaków, oni sami obdarzyli go tytułem męża zaufania. Bo Robert Tyszkiewicz cieszy się wśród nich dużym poważaniem nie tylko z racji wiceprzewodniczenia sejmowej komisji spraw zagranicznych.  Od lat udziela on znaczącego wsparcia społeczności białoruskiej, nie tylko polskiego pochodzenia, gnębionej przez reżim.

W tym dorobku jedna rzecz zasługuje na szczególne wyrazy uznania i podziękowania dla posła Roberta Tyszkiewicza. To, co zrobił we wrześniu 2008 roku nie tylko dla polskiej mniejszości na Białorusi, ale i polskiej racji stanu. A nie było to łatwe, bo jako poseł koalicji rządzącej, pełni rolę swoistego listonosza linii naszego rządu. Tymczasem nie bał się podjąć działań opartych nie na ideologii i pragmatyzmie, a szacunku dla osoby ludzkiej oraz zachowaniu demokracji. A więc kanonu, który legł przeszło dwadzieścia lat temu u podstaw odrodzonej polskiej dyplomacji i naszej polityki zagranicznej.

Za tamten wrzesień sprzed dwóch lat – ma pan moje chapeux bas, panie pośle.

W żółtych płomieniach liści

Wczoraj  minęła 68. rocznica urodzin Łucji Prus. Białostoczanki, której niezpomniane piosenki rozbrzmiewają w pamięci wielu pokoleń. Przez lata chyba trochę w rodzinnym mieście zapomniana, od niedawna przywrócona do publicznej pamięci. Choćby przez festiwal piosenki literackiej “W żółtych płomieniach liści”.

Belka, czyli powtórka z Cimoszewicza

Ruch marszałka Komorowskiego, który zapowiedział zgłoszenie kandydatury Malak Belki na szefa Narodowego Banku Polskiego, przypomina ruch Donalda Tuska z desygnowaniem Włodziemierza Cimoszewicza na kandydat do fotela szefa Rady Europy. I podobnie jak wtedy, tak i teraz w największej irytacji jest Lewica. Wszak zarówno Cimoszewicz, jak i Belka, byli jej twarzami przez wiele lat. W końcu obaj piastowali tekę premiera i obu w owym czasie patronował Aleksander Kwaśniewski, do którego spuścizny odwołuje się dzisiejsze SLD Grzegorza Napieralskiego. Napieralskiego,  kandydata SLD na fotel prezydenta.  Przypartego do muru ruchem  Komorowskiego.

- Wydaje mi się rzeczą absolutnie nieprawdopodobną, aby klub Lewicy nie oddał swoich głosów na Marka Belkę, jako prezesa NBP – mówił marszałek Komorowski. I ma rację, czego potwierdzeniem są słowa Wojciecha Olejniczaka.

Z tej strony marszałek zaliczył plusa, ale każdy taki plus jest minusem dla Grzegorza Napieralskiego. Adam Hoffmann z PiS wprost twierdzi, że posunięcie marszałka jest nastawione na odebranie elektoratu swojemu rywalowi z lewej strony.

Nie brakuje głosów natury konstytucyjnej, że marszalek Komorowski zbyt pochopnie wyskoczył z kandydaturą Belki. Ze powinien zrobić to nowy prezydent. Bo jak twierdzi Waldemar Pawlak, wyznaczenie kandydata na prezesa NBP przynależy – zgodnie z konstytucją – prezydentowi wybranemu w powszechnych wyborach. A jeśli wierzyć sondażom, i tak byłby to Komorowski.

Wicepremier Pawlak  zapowiedział, że PSL będzie broniło jak lew konstytucji i nie zagłosuje za kandydaturą Belki. Zaznaczył, że Stronnictwo nie zgadza się też z jego poglądami ekonomicznymi. Czyli rozumiem, że jak Komorowski przepchnie przed wyborami, czy po wyborach  kandydaturę Belki (z pomocą Lewicy, bo z powodu przytoczonych wyżej musi zagłosować na tak), to będzie po koalicji i  PSL przechodzi do twardej opozycji.
Swoją drogą to ciekawe, że poglądy Belki nie pasują ludowcom, a odpowiadają im poglądy liberalne Platformy. Może uważają, że Belka jest za mało liberalny.

Ciekawe, czy gdy doszło do wybierania prezesa NBP już po wyborach, i gdyby prezydent został marszałek Komorowski, to czy nadal podtrzymywałby kandydaturę Belki.  Pytanie warte zakładu u bukmacherów.  Ale o wiele większego zakładu warte jest pytanie, czy gdyby marszałek nie kandydował , a tylko pełnił obowiązki głowy państwa, zgłosiłby tę kandydaturę?

 Przeto ruch z Belką, tak jak ruch Tuska z Cimoszewiczem, z mocjo punktu widzenia nie ma żadnego znaczenia. Jest neutralny.

Platforma tak, wypaczenia nie

Minął tydzień od konwencji Platformy. Przez media miejskie przetoczyła się fala komentarzy, dyskusji rozmów, analiz. Obserwatorzy są zgodni, że coś znaczącego stało się w podlaskiej polityce.  Nie są jednak w stanie znaleźć wspólnego mianownika, słowa bądź wyrażenia, które by w pełni i jednoznacznie oddawało, desygnowało znaczenie zbitki „coś znaczącego się stało”. 

Po pierwsze: wbrew temu, co mówią i piszą niektórzy obserwatorzy Damian Raczkowski nie jest posłem młody (ten zwrot „młody poseł” wybijał z doniesień na temat podlaskiej konwencji PO). Ani wiekiem ani stażem. Wprost przeciwnie, jest politykiem tak samo doświadczonym w posłowaniu, jak Józef Klim czy Robert Tyszkiewicz.  Z drugiej strony nie bardzo wiem, czemu to ciągłe podkreślanie słowa młody, miałoby służyć. Miałoby stanowić alibi w razie niepowodzeń? Czy nadziei na powiew nowej myśli, idei, koncepcji, programu, którą zazwyczaj każda młodość wnosi?. Tutaj ani o jednym, ani o drugim nie może być mowy. Dla polityka nie ma alibi, o nowej ideowości też nie może być mowy, bo Damian Raczkowski żadną nadzwyczajną koncepcją do tej pory nie błysnął.

Niektórzy obserwatorzy przedstawiają go, jako reprezentanta konserwatywnego nurtu w PO. Przeciwwagą dla dotychczas dominującego w regionie centrolewicowego (skupionego wokół Roberta Tyszkiewicza).  Tyle, że do tej pory byliśmy świadkami czegoś, co przeczy podziałowi (mało istotnemu): centrolewicowe skrzydło-konserwatywne skrzydło. Bo nurt centrolewicowy ( jak jeden mąż w prawyborach poparł konserwatywnego przecież Bronisława Komorowskiego -słynna parada autobusowa na Rynku Kościuszki), a nurt konserwatywny w osobie Damiana Raczkowskiego był promotorem wizyty w Białymstoku liberalnego Radka Sikorskiego (spotkanie na wydziale prawa).

Partyjna centrolewica za konserwatystą, partyjni konserwatyści za kandydatem bardziej liberalnym. Fizycy mogliby mówić o usterce partyjnego kompasu – swoistym przebiegunowaniu partyjnych.  Nic mylnego.

Akces Raczkowskiego za Sikorskim tak na dobrą sprawę był niczym innym, jak sprzeciwem wobec sposobu podejmowania decyzji przez dotychczasowy nurt dominujący.  I to dopiero wyjaśnia i tłumaczy istotę zmiany na sobotniej konwencji. Gdyby okrasić ją (jak wspomniałem na początku) jednym, nośnym sloganem, to na myśl przychodzi mi parafraza słów z poprzedniej epoki „Platforma tak, wypaczenia nie”. 

Jasno to widać z rozmowy Marty Gawiny z Damianem Raczkowskim w dzisiejszym „Porannym”. Nowy szef podlaskiej Platformy bez ogródek wskazał i zdefiniował te wypaczenia.  By nie zostały tylko parafrazą, podlaska i białostocka polityka muszą opierać się na nowej aksjologii. To samo dotyczy białostockiego PiS. Wartości te szkicuję w dzisiejszym Obserwatorze. Zapraszam do lektury.

Dycha za Polskę

Podważona wiarygodność Polski, straciliśmy ważne stanowisko w Brukseli – lamentują polscy europosłowie po tym, jak z miejscem w gabinecie unijnego komisarza do spraw rolnictwa pożegnał się Andrzej Dycha. Związany z PSL były wiceminister, który do Brukseli trafił po rekomendacjach rządu. Patrząc na życiorys byłego wiceministra (za Wikipedią, choć nie ma tam wszystkich informacji np. że w europarlamencie był asystentem europosła Zdzisława Podkańskiego (PSL), i że jest synem członka Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL.) można by powiedzieć, że rekomendacja jest zrozumiała.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na styl rozwodu byłego wiceministra z Brukselą. Oficjalnie odszedł z powodów osobistych. Półoficjalnie – został poproszony o odejście. Nieoficjalnie – wyleciał za swoją niekompetencję. To ostatnie nie dziwiłoby, zważywszy na to, że jego szef Dacianie Ciolos akurat na uprawie roli się zna (za Wikipedią). Jak widać agrowiedzy nie wystarczy odziedziczyć, trzeba ją jeszcze trochę zdobyć. Jak widać Rumun to potrafi, a Polak chyba nie.

 Jeśli polski wiceminister się nie sprawdził, to Bruksela nie powinna  owijać w bawełnę i otwarcie to przyznać. Nawet za cenę wstydu i upokorzenia polskiego rządu. Bo tak niczym Bruksela nie różni się od tych, którzy niezadowoleni z towarzyszy w bratnich krajach odsyłali ich od władzy ze względu na zły stan zdrowia. A także dla dobra polskiego rządu. Być może po tym, jak spali się on ze wstydu, zastanowi się w końcu kogo, za co i po co wysyła do pracy w Komisji Europejskiej. Bo przypadek wiceministra Dychy jako żywo przypomina wypowiedź byłego ministra skarbu w rządzie lewicowo-ludowym, który powiedział, że byłego koalicyjnego ministra obrony, dlatego zrobił szefem największej spółki energetycznej, bo Staszek chciał się sprawdzić. A przecież takich praktyk w epoce PLL-u miało nie być.

Grzeszny żywot dobiega końca

Krajowej rady Radiofonii i Telewizji. Senat odrzucił jej sprawozdanie. To samo ma zamiar zrobić pełniący obowiązki prezydenta marszałek Komorowski. W Sejmie może być różnie ( bo w drodze retorsji i rewanżu za sprawę Belki, PSL może nie zagłosować wspólnie z PO; a i SLD, nie chcą tracić wpływu na media publiczne uzyskanego na mocy kompromisu z PiS, też może zachować się na zasadzie obrotowego, z lewej strony).

KRRiT, mająca umocowanie konstytucyjne, miała stać na straży ładu medialnego w Polsce. Tymczasem sama go nieraz poniewierała. A permanentnie czynili to politycy. Nie ma w zasadzie w kraju partii, która nie odcisnęła swojego piętna na tym bezładzie. Nawet stosując daleko idące porównanie można powiedzieć, że i Polska Partia Przyjaciół Piwa nawarzyła w tej beczce piwa. Wszak w jej szeregach zaczął poselską karierę, późniejszy członek KRRiT (wtedy już rekomendowany przez SLD, autor słynnego SMS-a o chwale naszych chłopaków, siepactwie i tak dalej ) .

Dlatego jeśli na dniach rada odpowiedzialna za nieład (w szczególności w mediach publicznych) dokona żywota nie będę po niej płakał.

Ale też nie mam cienia wątpliwości, że to, co powstanie na jej gruzach, będzie choć odrobinę lepsze.  Wszak ten włada masami, kto włada mediami telewizyjnymi (zwłaszcza publicznymi).  I dlatego naiwnością byłoby sądzić, że narodzi nam się nowy, zdrowy ład.  Także, dlatego, że owe masy (widzowie, społeczeństwo, opinia publiczna, publiczność, audytorium czy tam, jakiej innej nazwy użyjemy) nie chcą takowego ładu. A przecież to one trzymają klucz do tego ładu, a raczej pilot. Wystarczyłoby, żeby przez miesiąc, a może i przez tydzień, nie używały go. Ład zrodziłby się wtedy sam.

Zaiste szczęśliwi są ludzie, którzy potrafią w dzisiejszych czasach obejść się bez telewizora, czasem radia. Coraz częściej wracam do chwil i czasu, gdy żyło się bez tych skrzynek. Wydaje się, że to tak niedawno było.

Dowód na koniec wojny polsko-polskiej

Musimy “skończyć raz na zawsze z polsko-polską wojną” mówił podczas wiecu w Zakopanem Jarosław Kaczyński. Po tej deklaracji na forach internetowych zawrzało. Prawdę mówiąc mało mnie obchodzi, kto i z jakiej pozycji robił to mocniej. O wiele bardziej interesujący jest dowód potwierdzający koniec wojny polsko-polskiej. I taki dowód można przeprowadzić.

Tu muszę zrobić zastrzeżenie, by uniknąć posądzeń o stronniczość. Nie jestem zwolennikiem żadnego z kandydatów startujących w tych wyborach. Pisałem o tym wielokrotnie, że nie ma, w kim wybierać. A wybór na zasadzie mniejszego zła, nie jest żadnym wyborem. Zło jest zawsze złem bez względu, jakiego przymiotnika użyjemy do jego stopniowania.  Co więcej, uważam, że zarówno Bronisław Komorowski, jak i Jarosław Kaczyński zmarnowali szansę by po 10 kwietnia zapisać się w historii Polski czymś bardziej wartościowszym niż ewentualna wygrana prezydentury ( o tym napiszę innym razem).

I na tym koniec zastrzeżenia. Teraz pora do sedna sprawy. Jaki jest ten tytułowy dowód?

Otóż, po takiej deklaracji Jarosława Kaczyńskiego oczekiwałbym, że zostanie zakończona “wojna” suwalsko-suwalska jaką z prezydentem Suwałk od lat toczy Jarosław Zieliński, suwalski poseł PiS i sekretarz generalny tej partii. A jak bardzo święta jest to wojna, najbardziej widać podczas 3 Maja czy 11 Listopada. W tedy w mieście nad Hańczą organizowane są podwójne uroczystości rocznicowe: jedne oficjalne, przez urząd miasta i drugie, sygnowane przez posła Zielińskiego i skupione wokół niego środowiska. To chyba jedyny w kraju przypadek na taki dualizm. Ten dysonans, oprócz historycznego, ma także inne wymiary.

Tak się jednak składa, że już w tym tygodniu nadarza się okazja, by zakończyć ową wojnę suwalsko-suwalską, a zarazem uwiarygodnić słowa o końcu wojny polsko-polskiej. W piątek przypada 21. rocznica wyborów 4 czerwca. Rok temu była mocno obchodzona, dzisiaj pewnie nikomu  do głowy nie przyjdzie (ze względu na powódź i wybory) urządzać huczne zabawy. A i rocznica nieokrągła.

Wystarczyłoby jednak by tego dnia Jarosław Zieliński pokazał się na wspólnej konferencji czy briefingu z prezydentem Józefem Gajewskim  i podał mu rękę.  

Ktoś może pomyśleć, że to nic nadzwyczajnego skoro np. PiS i SLD współdziałają w mediach publicznych. Jednak w przypadku suwalsko-suwalskiego konfliktu taka interpretacja jest złudna i błędna. Bo ma on wymiar prestiżowy, honorowy i osobisty.

Gdy tak się stanie, to znaczy pokój suwalsko- suwalski zostanie zawarty i to wieczysty, a nie na jakiś czas, to prawdziwość słów Jarosława Kaczyńskiego zostanie udowodniona.

Dzieci gorszego Boga

Dziś Międzynarodowy Dzień Dziecka. Dawna hipokryzja z lat zimnej wojny buńczucznie obchodzonego święta ustąpiła miejsca nowej. Spokoju sumienia nie da się ukoić obserwując chociażby poniższe zdjęcia na klipie:

YouTube Preview Image

Dzieci to nie tylko ofiary współczesnych konfliktów zbrojnych. Coraz częściej są narzędziami prowadzenia wojen, a niekiedy już nawet ich sednem. Jedne ustają, wybuchają kolejne. Dlatego gdy dzieci lepszego Boga będą dziś świętować, dzieci gorszego Boga znowu gdzieć chwycą za karabin.

Sceny z miasta

Scena 1. Na rogu alei Piłsudskiego i Malmeda natknąłen się na korek. Sznur samochodów ciągnął się niemal od ronda Lussy po kościół św. Rocha. I prawdopodobnie taki obraz będzie w mieście już codziennie. Przynajmniej  do zakończenia remontu wiaduktu. Współczuję kierowcom, którzy wczoraj musieli stać w tym korku.
O ulicznej polityce remontowej miasta pisałem na blogu wiele razy: od filozofii  swoistego blitzkriegu, nie wszędzie się sprawdzającego), potrzebie budowy nowej przeprawy nad torami lub ich całkowitym rozebraniu,  aż po propozycję, by na czas remontu ul. Gen Maczka tiry nie jeździły przez Białystok.  W końcu chyba nastał czas pieszych spacerów, skoro i transport publiczny stoi w korkach.

Scena 2. W tym samym czasie, dwie przecznice wcześniej, stała grupka dżentelmenów i dżentelmenek. Co rusz podchodzili  kolejni. Niemal wszyscy elegancko ubrani. Półtorej godziny później można było obserwować, jak część owego grona dżentelmenów podążało w górę ulicą Malmeda. Jedni trójkami, innym nawet w pięcioosobowych grupach. Dla postronnego obserwatora byli nic nieznaczącymi przechodniami. Ci bardziej zorientowani mogli łatwo dostrzec zafrasowane miny dżentelmenów.  Nic dziwnego, bo doprawdy mają nad czym dumać.   

Scena3. Trochę oddalona od centrum. Przy Łąkowej  trwa wyburzanie budynków Bison Bialu. Chodzi o tę część, która kiedyś była azylem dla sądu, mieścił się tu sklep  meblowy, potem KRS i wiele innych firm.  Jakże to wyburzanie ma symboliczny wymiar, zwłaszcza w zestawieniu z transparentem o akcji protestacyjnej, który wisi nad drzwiami wejściowymi do fabryki. Jednej chyba z ostatnich klasycznych fabryk, które ostały się w tak niegdyś fabrycznym Białymstoku.

Białostocka Temida ma oczy szeroko zamknięte

W środę w białostockim sądzie zapadł wyrok na bezdomngo. Ale zanim o meritum,  poniżej krótka historia sprawy (posiłkuję się wpisami na blogu z poprzednich miesięcy), która po roku znalazła swój finał. 

 18 maja 2009 roku (“Sąd nad bezdomnym menelem”)

„Zawsze twierdziłem, że wyroków sądu się nie komentuje. Uzasadnienie – tak. Ale ponieważ w sprawie aresztu dla tych, którzy zaopiekowali się w piątkową noc małą Nicolą, uzasadnienie nie ujrzało światła dziennego,  parę słów o wyroku. Mądrość sądu wzięła górę nad nadgorliwością prokuratury.
I całe szczęście. Bo w przeciwnym wypadku w podobnym (oby go już nie było), będzie tak jak napisał na forum jeden z Internautów:  „A co by było gdyby menel olał temat i poszedł pić. Dziecko by spało w śmietniku? Dla tych gości to powinno się przynajmniej podziękować, że zajęli się, tak jak umieli dzieckiem. A nie ścigać sądami i policją. Innym razem wszyscy się wypną”.

Po kilku tygodniach okazało się, że wymiar sprawiedliwości zatracił swoją mądrość, a strażnicy praworządności z jeszcze większą nadgorliwością tropili bezdomnych.

2 października 2009 (wpis „Filmowcy, menele i jednoręcy bandyci”)

„Białostocka prokuratura oskarżyła dwóch bezdomnych. To oni przygarnęli błąkającą się przy ulicy Broniewskiego trzyletnią Nikolę. W melinie nakarmili dziecko i położyli spać. Sami pili dalej. Nie zawiadomili policji. Teraz prokurator oskarża ich o przetrzymywanie dziewczynki wbrew woli rodziców. Z kolei inny prokurator chce, by sąd odebrał rodzicom prawo opieki nad trzyletnią Nikolą i jej trójką rodzeństwa.
Mamy tu swoisty paradoks, bo wychodzi na to, że menele dobrze zrobili, skoro i prokuratura ma obiekcje i podważa wolę rodziców. A poza tym: czy znalezienie na ulicy wieczorem dziecka, przygarnięcie go, nakarmienie i położenie spać nie jest uczynkami jakby wziętymi z katechizmu: głodnego nakarmić, spragnionego napoić, bosego przyodziać?. I za co ich tu karać? Że nie zadzwonili na policję? Podejrzewam, że wykręcenie numeru 112 lub 997 jest ostatnią rzeczą, o której by pomyślał w swoim życiu menel lub bezdomny. Pomijając to, czy miał, z czego wybrać taki numer.
Ale w tym przypadku jakoś nie słyszę oburzonych artystów, którzy stanęliby po stronie meneli. Nie słyszę z ust filmowców: ” Uwolnić Barabasza”. Czyż nie, dlatego, że za swój czyn, mimo swojego marnego życia, menele w każdej chwili mogą znaleźć się w raju? Czyż na swój sposób nie postąpili szlachetnie? Wszak okazali dziecku dobroć, a nie krzywdę. A że pili dalej? Widać taki ich los.”

Powyższy wpis miał szerzy kontekst. Odnosił się do postaw i sądów, które w tym samym czasie pojawiły się w sprawie Romana Polańskiego i afery hazardowej. Zachęcam go do przeczytania w całości.

O sprawie bezdomnych napisałem jeszcze raz. W marcu tego roku. Bo upartość w tej sprawie naszego, białostockiego, wymiaru kontestowało z jego biernością w sprawie radcy prawnego zamieszanego (i to dość poważnie) w śmierć aplikantki. Poniżej krótkie przypomnienie, zapraszam do przeczytania całości.

12 marca (“Lepiej być podejrzanym prawnikiem niż ściganym menelem” )

Upływający czas, wbrew fizyce, ma dwa końce. Jeden działa na korzyść podejrzanego. Drugi przeciw białostockiemu wymiarowi sprawiedliwości. (…) Jego upór przed tą sprawą kontrastuje  z uporem z jakim tropi dwóch bezdomnych. To oni przygarnęli błąkającą się przy ulicy Broniewskiego trzyletnią Nikolę. (…) Mamy tu swoisty paradoks. Wychodzi na to, że menele są ścigani za to, za co rozgrzeszył ich inny sąd podważają wolę rodziców (…). Proces bezdomnych  po raz drugi się nie rozpoczął, bo sąd nie ustalił adresu ich przebywania, by dostarczyć im wezwanie. Nic dziwnego. Takie jest życie bezdomnego i menela. Dzisiaj tu, jutro tam.”

Po tamtym wpisie okazało się, że jeden z tych bezdomnych zmarł. Drugi dość długo unikał spotkania wymiarem sprawiedliwości. Ale ten nie dał za wygraną. I w końcu go dopadł i aresztował. W środę ów człowiek, który zaopiekował się dzieckiem usłyszał wyrok: dwa miesiące w zawieszeniu na dwa lata. 

Tyle że tego wyroku nie powinno być. I nie jest to symboliczna kara. Ta kara nie jest sprawiedliwa, bo jest sprzeczna z poczuciem sprawiedliwości. Albowiem tej sprawy być nie powinno. Co więcej, ów skazany człowiek powinien doczekać się podziękowania, a może i medalu. Zaś jego kolega pośmiertnie.

I na koniec coś jeszcze: ich postawa nadaje całkiem nowego znaczenia słowu menel. Jeśli Temida tego nie widzi, to doprawdy jest ślepa.

Biała sukienka

 To film o typowym polskim miasteczku, w którym trwają przygotowania do Bożego Ciała. A na ich tle, wiele większych i mniejszych tragedii: spalona sukienka dziewczynki, która miała sypać kwiatki, brak sprawnego mikrofonu w parafii i trochę wstawiony kościelny. Ale zamiarem reżysera było, moim zdaniem, nie ukazanie, że każde przygotowania w polskim Kościele kończą się tak, a nie inaczej, ale obrazu ludzi, którzy w tej sytuacji starają się pomóc i tych, którzy ciesząc się z cudzego nieszczęścia, „wietrzą” coś dla siebie.

Ten fragment recenzji internauty przypomniałem nie bez powodu. Tradycyjna procesja mimo swej uniwersalności, jest w każdym mieście, parafii inna. Ma swoją własną specyfikę, klimat,  jak choćby w Łowiczu.

Tak jest i w Białymstoku. Przemarsz od kościoła do kościoła główną (do niedawna) ulicą miasta jest w gruncie rzeczy wyjątkowy. I wpisuje się w katalog, który określiłem terminem “Święta białostockie”. Wydarzenia, rocznice, które nas wyróżniają. Lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.

Najważniejszy dzień w najnowszej historii Białegostoku

 5 VI 1991 roku zapisał się na zawsze w pamięć nie tylko Kościoła lokalnego, ale i Białegostoku całego miasta. Wielka, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju uroczystość. Być może najważniejszą jaką doświadczyło miasto nad Białą, choćby też z powodu wizyty Papieża w cerkwi św. Mikołaja.
A ilu z nas pamięta słowa wypowiedziane wtedy przez Jana Pawła II na białostockich Krywlanach: „Jest zadaniem szczególnie doniosłym dla naszego społeczeństwa, ażeby przezwyciężając następstwa ustroju, który okazał się ekonomicznie niewydolny, a etycznie szkodliwy, budować w ramach nowego ustroju sprawiedliwy ład … Chrystus uczy nas, że ponad poziomem dóbr, które można i trzeba dzielić wedle miar sprawiedliwości – człowiek jest powołany do miłości, która jest większa od wszelkich dóbr przemijających”.
Jan Paweł II przestrzegał polskie społeczeństwo, by nie podążało ślepo drogą wolnego rynku, myśląc tylko o korzyściach materialnych pomijając względy etyczne: – „Dlatego czeka nas wielki wysiłek natury organizacyjnej, ustrojowej, ale równocześnie moralnej. Moralnej! Musimy uczyć się tworzyć sprawiedliwe społeczeństwo przy założeniu wolnego rynku. To wszystko jest powiązane z tym jednym, prostym przykazaniem „Nie kradnij”.
Bo właśnie tamta pielgrzymka poświęcona była przypomnieniu Polakom znaczenia prawa i zasad zawartych w Dekalogu. Dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich Białystok. Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II.

Od roku trwają prace nad upamiętnieniem papieskiej wizyty na Krywlanach. Skoro mniejsze miejscowości, a także osoby prywatne (dla przykładu podam kapliczkę w Tobołowie w otulinie parku wigierskiego) dawno już to zrobiły, tym bardziej powinien to uczynić Białystok. Zwłaszcza że miejsce spotkania z Papieżem jest dziś zapomniane i zdewastowane, a główną tamtejszą atrakcją jest palenie gumy przez miłośników motoryzacji. I dlatego renowacja wydawała się racjonalnym pomysłem. Mimo nieszczęśliwej nazwy, którą określono pomysł.

Po roku prace projektowe są na ukończeniu. W najbliższych tygodniach miasto pokaże ostateczną wersję miejsca pamięci. I na pewno nie będzie to miało zbyt wiele wspólnego z kopcem (choć nazwa już zapewne została na zawsze).

Według wcześniejszych zapewnień miejsce upamiętniające wizytę Papieża w Białymstoku ma być gotowe w kwietniu przyszłego roku, w kolejną rocznicę śmierci Jana Pawła II. Może to ostatni moment, by dokonać w projekcie takich zmian, aby upamiętnić też kwiecień 2010.  Napisałem o tym pod koniec kwietnia w tekście “Kopiec nie tylko papieski”. Po jego opublikowani nie brakowało głosów za, jak i przeciwnych. Także takich, które protestowały przeciwko zawłaszczaniu pamięci Jana Pawła II.

Ale dlatego dziś przypomniałem słowa wypowiedziane przez Papieża na Krywlanach, by podkreślić, że główną spuścizną spotkania sprzed 19 lat są właśnie te słowa, które Papież nam pozostawił. I jakże chciałbym, aby ich adresaci zawłaścili je. Być może to, co określa się dzisiaj jakże modnym określeniem “społeczna odpowiedzialność biznesu”  stałoby się rzeczywistością, a nie iluzją.

Ale wtedy na Krywlanach padły też inne ważne, mniej masowe, a raczej bardziej osobiste słowa Papieża. Jak te wypowiedziane w rozmowie z prezydentem Ryszardem Kaczorowskim: “Proszę przekazać rządowi w Londynie podziękowania za przechowanie suwerenności Rzeczypospolitej.
I słowa te widnieją także na marmurowej tablicy, która przykryła trumnę z ciałem prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego w Świątyni Opatrzności Bożej.

Propunując o uzupełnienie krajobrazu wokół kopca o cztery symboliczne, naprawdę symboliczne elementy, nie miałem na myśli zawłaszczanie pamięci tamtego spotkania. Wiem natomiast, że w żadnym wypadku nie stoją one  w sprzeczności ze słowami głoszonymi przez Papieża nie tylko na Krywlanach, ale podczas całej tamtej pielgrzymki.

I na koniecjeszcze jedna uwaga. Z biegiem lat otoczenie owego kopca może być uzupełnione o kolejne symbole (oby to jednak nigdy nie miało miejsca). A sam kopiec może  stać się miejscem, którego do tej pory w Białymstoku nie było. Może z czasem miejscem pojednania zostawionym dla potomnych.

W Supraślu otwarto bulwary

Ładna pogoda ściągnęła do Supraśla tłumy nie tylko białostoczan. Nic dziwnego, przed południem zaczynał się trzeci  dzień tegorocznego Uroczyska. Z tradycyjnymi już mistrzostwami świata w pieczeniu i smakowaniu babki i kiszki ziemniaczanej. Za nim wszyscy przyjezdni oddali się tym smakołykom, otwarto supraskie bulwary. Były białe konie ciagnące biały powóz z gospodarzami bulwarów (burmistrzem Supraśla i wicestarostą białostockim).  W tle countrowe kawałki grał zespół Old Dziads, letnicy na dobre zasiedli przy stołach, trochę dalej grano w siatkówkę plażową, inni opalali się na bulwarze. 

KULTura młodych

Po raz pierwszy tego terminu i w ten sposób pisanego  – KULTura młodych – użyłem w tekście, który pod koniec ubiegłego roku napisałem do Białostockiego Informatora Kulturalnego. Użyłem go do zobrazowanie jednego z dwóch kanonów czy też paradygmatów, a zatem wartości stałych, niezmiennych, które identyfikują  miastotwórczą funkcję kultury w Białymstoku (obok nich są wartości zmienne, które zazwyczaj po roku ustępują miejsca innym czy też są przez nie wypierane). Tymi stałymi wartościami, determinantami obecnymi od lat są KULTura opery i KULTura młodych.

O tej pierwszej pisałem wielokrotnie. W skróceniu przypomnę jeszcze raz: wznoszona opera stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym cz kartą przetargową w różnego rodzaju konkursach czy rankingach.  Magnesem przyciągającym artystów, ale i turystów. Zarazem jednak będzie swoistym cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, bo koszty działania opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych (są jeszcze inne uwarunkowania KULTury opery, ale zapraszam do tekstu w grudniowym  BIK-u -  strona nr 48).

Jeśli chodzi o KULTurę młodych to od ponad trzech lat jest tonieformalna wizytówka miasta, od ponad roku wpisana w jego strategię promocyjna. Do tego stopnia, że każde wejście na żywo z Białegostoku na ogólnopolska antenę telewizyjną prywatną czy publiczną rodzi pytanie: No dobrze, a gdzie w tym mieście podziali się jego ciut starsi mieszkańcy? W praktyce najbardziej widocznym symbolem owego kultu młodości jest taniec nowoczesny i przekonanie, że Białystok jest zagłębiem tanecznym.

Tak pisałem pół roku temu, a w sobotę podczas imprezy na Rynku Kościuszki mieliśmy dowód  najbardziej aksjomatyczny potwierdzający tezę o KULTurze młodych.   

Nie bez powodów jednak piszę wyrażenie KULTura młodych podkreślając cztery pierwsze litery.  Bo też jest w tym zawarty swoisty rytuał, powodujący trwanie w czasie i niezdolność zmiany tego trwania w czasie. Najlepiej oddaje to (zarazem obraz tego, co widać w relacjach z sobotniej imprezy na Rynku Kościuszki) lekka parafraza utworu Jacka Kaczmarskiego:

Bawcie się dzieci,

tak jak bawić potraficie

są miasta, co dojrzały …

Ostatnie słowa przed śmiercią

Po ujawnieniu nagrań z kabiny pilotów specjaliści, politycy dziennikarze, wojskowi mówią, ze trzeba jeszcze poczekać na dodatkowe parametry, które pokażą po słowach drugiego pilota „odchodzimy” nastąpiło zwiększenie obrotów silnika świadczące, że pilot próbował podnieść Tupolewa. Zarazem ci sami wojskowi, specjaliści, politycy, dziennikarze nie stronią od interpretacji. Podejrzewam, ze nawet, gdy komisja lotnicza zakończy badania i ustali przyczynę katastrofy, to jej werdykt i tak będzie nadinterpretowany, przeinterpretowany, zinterpretowany itd.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ostatnie słowa zarejestrowane na ujawnionych taśmach: K..wa mać. 

Gdyby po raz pierwszy o tym przeczytałem, od razu przypomniały mi się ostanie słowa zarejestrowane z pokładu PLL Kościuszko, który rozbił się w Lesie Kabackim: “Cześć, giniemy”.

Nie zasługujemy na EURO 2012

Po porażce naszych piłkarzy z Hiszpanią odetchnąłem z ulgą; jak to dobrze, że nie gramy w rozpoczynających się w piątek mistrzostwach świata. Oczywiście pojawią się głosy, że wczorajsza gra w Murcii to tylko sprawdzian towarzyski, że to dopiero budowanie drużyny na EURO, że Hiszpanie to przecież jedni z faworytów do wygrania mundialu. I taki ton było też słychać podczas wczorajszej transmisji. Same na usta cisnęły się słowa z piosenki Lombardu: „ A spiker cedził ostre słowa, od których nagła zbierała złość”.

Otóż, nie znawcy futbolu szerokiej maści. Skandalem i kompromitacją jest to, że używacie takich słów. Że przez całe lata przymykaliście oko na wyczyny naszych futbolistów. Stwarzaliście iluzje wielkości naszej piłki, rozdętymi do granic absurdu złudzenia. Tak, bowiem narodził się ów (pół)światek, na który z jednej strony składa się jego mafijność i korupcyjność, a drugiej degrengolada piłkarskiego fachu. Pojęcia o futbolu i jego przełożenia na praktykę. Przecież jak się ogląda grę polskich drużyn futbolowych, to człowieka nie tylko krew zalewa, ale też przerażenie jak wielką krzywdę polskie piłkarstwo robi dla rozwoju tej dyscypliny na świecie. A w skrócie chodzi mi o analfabetyzm piłkarski. 

Pisałem o tym na blogu wielokrotnie. Dlatego porażka Wisły w ubiegłorocznych eliminacjach do Ligi Mistrzów, wyczyny naszych narodowych futbolistów ( i nie  ma tu znaczenia czy pod wodzą Latającego Holendra czy obecnego selekcjonera) jest dla mnie potwierdzeniem tej prawidłowości. I wystarczającym powodem, by UEFA odebrała nam mistrzostwa Europy. Nie z powodów organizacyjnych (chociaż i z tym nie jest najlepiej; co prawda wielkim bólu stadiony postawimy, ale nic poza tym; a przecież miało być inaczej), ale czysto sportowych. My po prostu nie zasługujemy by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy. Ba, nawet nie zasługujemy by im buty nosić.

Solidarni 2010 inaczej

Wbrew nazwie nie będzie to o filmie. Tym bardziej że go nie oglądałem. Wychodzę, bowiem z założenie, że im większy szum wokół jakiegoś filmu, to tym bardziej nie warto go oglądać. Podobnie jest z projekcjami nagrodzonymi Oskarami. Im więcej statuetek otrzyma film, tym bardziej jest do kitu. Rzadko od tej reguły zdarzają się wyjątki. A jeśli już, to tylko potwierdzają ową zasadę.

Przeto nie będzie o filmie, a o realnym scenariuszu, który czeka nas po wyborach. Nie wiem, co zrobi w piątek Państwowa Komisja Wyborcza, ale wiem, co powinien zrobić Sąd Najwyższy, jeśli wpłynie do niego protest wyborczy związany z organizacją wyborów na terenach zalanych. A że nie wszystko na nich pójdzie dobrze to pewne, jak to, że woda jeszcze nieraz przesiąknie przez wały.  Już sama zapowiedź, że komisje wyborcze będą pływały niemal amfibiami (co będzie jak urna wpadnie do wody), jest sygnałem do unieważnienia wyborów. Ordynacja mówi, że są one równe. Tyle że nie da się postawić znaku równości między warunkami głosowania na terenach podtopionych i tymi niezalanymi. Mimo że te pierwsze dotyczą tylko 3 proc. powierzchni kraju.

A zatem jeśli do Sądu Najwyższego wpłynie protest wyborczy od mieszkańców zalanych terenów, to ciekawe czy sędziowie staną na straży równości prawa czy też poprawności oczekiwań zdominowaną przez poprawność oczekiwań występujących na terenach niezalanych. To będzie być może najważniejszy test dla polskiej doktryny państwa i prawa, demokracji polskiej, istoty rozdziału władzy sądowniczej od wykonawczej i ustawodawczej.  Bez względu, kto wygra 20 czerwca. Na swój sposób rewers napisu Solidarni 2010. Na jego awersie jest bowiem solidarność i pomoc dla powodzian, z którą ruszyli mieszkańcy terenów niedotkniętych kataklizmem.

A jeśli już jesteśmy przy kandydatach (wielokrotnie pisałem, że żaden z nich mi nie pasuje), to nie słyszałem, aby chociaż jeden zaapelował do Polaków, by zamiast podróżować po plażach europejskich i kokosowych, pojechali wydawać pieniądze w rejonach dotkniętych powodziom. Czyż nie byłoby przejaw solidaryzmu 2010 i swoiste koło zamachowe do odbudowy zalanych terenów?

Ktoś powie, że to demagogia, bo Polacy nie posłuchają kandydatów. Jeśli tak, to dowiodłoby to tylko tego, jakimi słabymi  autorytetami są dla Polaków  kandydaci.

Trzydzieści dni w ukryciu

Chciałbym zapisać dziecko do dermatologa. Dostało uczulenia od słońca, każdy kontakt z promieniami słonecznymi kończy się wysypką – zadzwoniłem do jednej z białostockich przychodni  dermatologicznej.  W słuchawce usłyszałem: – Pierwszy wolny termin 8 lipca.

Chwilę potem słuchawka sama wypadła mi z rąk. Bo wychodzi, że przez miesiąc muszę ukrywać dziecko. Najlepiej chyba zamknąć w piwnicy, bo akurat nadciągnęła fala upałów.  A przecież jeszcze dwa tygodnie nauki. Póki, co na razie została w domu.

Patrząc na to, co od lat dzieje się w podlaskim systemie ochrony zdrowia (są miejsca gdzie na wizyty trzeba czekać nie miesiąc, a nawet niekiedy dziewięć nie pozostaje nic innego jak….. A przecież żyć, by każdy chciał. Chyba tylko grabarzom to marne nasze zdrowie wychodzi na zdrowie. Nie da się ukryć, że śmierć idzie za nami krok w krok. Tyle że na Podlasiu przyspiesza. Zwłaszcza od strony, od której nie powinna.

Stadion ma zarabiać czy cieszyć oko

Wczoraj w Białymstoku prezydent miasta wbił pierwszą łopatę przy budowie stadionu. Obiekt na 22, 5 tysiąca miejsc ma być gotowy niemal równocześnie z otwarciem EURO 2012. Inwestycję śledzić będą z zapartym tchem białostoczanie. Nie tylko kibice, bo oni i tak co dwa tygodnie na własne oczy zobaczą postępy na budowie.

 To ma być jedna z wizytówek miasta, które będzie musiało pomyśleć nad sposobami utrzymania stadionu. Bo zapewne nie w każdym sezonie  trafiać się nam będą puchary europejskie.

Jednym ze sposobów na pozyskanie pieniędzy może być sprzedanie nazwy stadionu. Pisałem o tym wielokrotnie, wolałbym jednak by obiekt  przy Słonecznej nosił imię sportowca. W takim wypadku sposób na utrzymanie stadionu byłby jeszcze większym wyzwaniem dla władz miasta. Mają one nad czym myśleć. Wbrew pozorom czasu nie jest zbyt dużo.

Klose i Podolski dali przykład, jak zwyciężać mamy

Miroslav Klose grał na mundialu w Korei osiem lat temu. Cztery lata temu dołączył do niego Lukas Podolski. Obaj grają w reprezentacyjnym ataku Niemiec do dziś. I tak jeszcze jak!. Pogrom Australii pokazuje dobitnie, czym są obaj Polacy z pochodzenia dla reprezentacji Niemiec. Mimo że w ciągu tych ostatnich lat nie za bardzo wiodło im w klubach (choćby w Bayernie Monachium). Ale bez nich reprezentacja narodowa Niemiec byłaby niczym. Czy obaj byliby tak dobrymi piłkarzami, gdyby ich rodzice nie wyjechali z kraju urodzenia? Patrząc na to, co dzieje się w polskiej piłce od wielu lat (z uporem maniaka powtarzam, że taką cezurą czasową był transfer Dariusza Dziekanowskiego z warszawskiej Gwardii do łódzkiego Widzewa w 1982 roku), pytanie to wydaje się zapewne retoryczne. Ich też by dosięgła mentalność, która jest piętnem każdej kolejnej generacji od prawie już 30 lat: dopóki młodzi piłkarze (ale także trenerzy i działacze) będą myśleć o tym jak się ustawić, dopóty nadal będziemy w piłkarskim zaścianku.
Mimo całej ułomności światowej piłki, o której pisałem w piątek.

Skoro jesteśmy już przy mundialu, to do tej pory żadna z drużyn nie zachwyciła. Argentyna, dla znającego się na piłce tego kraju obserwatora, gra tak samo, jak w poprzednich latach, czyli by przegrać mistrzostwa. Przereklamowany Messi jest zupełnie bezradny po prawej stronie boiska. Gdy znajdzie się w takim położeniu, w którym konieczne jest kopnięcie prawym butem, to ma problem. Musi zrobić kółko, by przejść na lewą nogę. Zupełnie nie dorasta ona choćby do tej lewej, którą po prawej stronie boiska operował Diego Maradona. A skoro już jesteśmy przy trenerze Argentyny, to powinien chyba zatrudnić stylistę. Bo w tym garniturze wyglądał fatalnie.

Od zawsze, gdy zaczyna się mundial, chciałbym, by wygrała go Argentyna. I zawsze po pierwszym meczu w jej grze widać elementy, które to uniemożliwią. Jeśli nie biało-niebiescy, to kto? Zasada jest prosta: ten, kto nie zdobył nigdy mistrzostwa i jego gra w niesie coś nowego do rozwoju piłki.  Gdy brać łącznie te dwa elementy to jeszcze przed mundialem tytuł powinien być przypisany do Hiszpanii albo Holandii. A dla świata i stosunków społecznych w nim panujących najlepiej byłoby, gdyby z RPA z sukcesem wyjechali Koreańczycy z Północy.

As z rękawa marszałka, czyli zgrana lewa

Nie ma nic dziwnego w tym, że Włodzimierz Cimoszewicz poparł Bronisława Komorowskiego. To kolejny element świadczący nie tyle o ewolucji poglądów podlaskiego senatora, a odzwierciedlający ich właściwe rozumienie. Wcześniej były takie sygnały jak start w wyborach do Senatu, niestartowanie z listy partyjnej w wyborach do europarlamentu, kandydowanie na szefa Rady Europy, a przede wszystkim dość jednoznaczne od lat dystansowanie się od lewicy spod szyldu SLD. Syntezę tych elementów przedstawiłem w październikowym tekście   Waterloo Cimoszewicza (pierwsza część i druga).

Nie dziwi też, że nie rozumienie tego SLD tęskniąc za Cimoszewiczem, jak onegdaj złotówka za dolarem.  Widać w tym symptom dziecięcej choroby lewicowości, czego dowodem było wyznanie Grzegorza Napieralskiego, że tak po ludzku jest mu przykro, że Włodzimierz Cimoszewicz poparł przed pierwszą turą Bronisława Komorowskiego. Trochę ten szloch przypominał przysłowiowego mazgaja z piaskownicy.

Co do Platformy, to jeśli liczy, że za Cimoszewiczem tym samym tropem pójdzie elektorat lewicy, to może się przeliczyć. Bo udowadnia jak bardzo przedmiotowo traktuje wyborców z lewej strony. I tym samym nie jest to as z rękawa, a raczej zgrana lewa.

Niewypał na Rynku Kościuszki

YouTube Preview Image

To miał być bal na sto pa, a tańczyło zaledwie kilka par. Trudno powiedzieć czy maturzyści zbojkotowali nową świecką tradycję czy też jej pomysłodawcy trochę z czasem nie trafili. Gdyby tak zaprosili też kandydatów na prezydenta, to impreza zapewne przeszłaby do legendy. A tak może za rok będzie lepiej. W końcu nie matura, a chęć szczera zrobi nie tylko oficera. Tancerza także.

Jeśli przegram, umrę

Si no gano muero – “Jeśli nie wygram umrę” – to zdanie padło 42 lata temu na olimpiadzie w Meksyku. Wypowiedział je Felipe Munoz, pływak gospodarzy przed startem do finałowego wyścigu. I tym samym postawił swoich rywali pod murem. Czyż nie był to bowiem swoisty szantaż. Bo cóż oni biedni mieli zrobić płynąc ze świadomością, że im mocniej brać będą zamachy w wodzie, to za chwilę będą mieć na sumieniu jednego z zawodników. Z drugiej strony nie mogli odpuścić, bo w takim wypadku to w ogóle nie powinni stanąć na słupki startowe. Słowa Munoza na stałe zapisały się czarnymi głoskami w historii sportu. Być może znacznie gorszymi niż wszelkiej maści afery dopingowe.

Ostatecznie Munoz zdobył ten złoty medal (rzeczywiście jego wyższość nie podlegała dyskusji). Jego historia przypomniała mi się patrząc na mecz Brazylijczyków z Koreańczykami z Północy. Czyż canarinhos nie byli pod taki samym murem jak rywale Munoza. Zewsząd, bowiem słychać, ze jak Koreańczycy nie wygrają, to mogą pożegnać się z życiem. Czy rozgrywanie meczu pod taką presją ma sens?. W końcu nikt przecież nie chciałby mieć na sumieniu po mistrzostwach człowieka, z którym jeszcze nie tak dawno grał w piłkę. Anormalność tej sytuacji mogła rzutować na grę Brazylijczyków (a i zapewne w najbliższych dniach Portugalczyków i Wybrzeża Kości Słoniowej) z Koreańczykami.

Teraz druga historia z życia sportowego, też prawdziwa, zaczerpnięta z autobiografii Pele. Pod koniec lat 60. Jego drużyna, Santos, zawitała do Afryki, bodajże Nigerii. W towarzyskim meczu Brazylijczyk popisywał się niesamowitymi sztuczkami ośmieszając bramkarza drużyny przeciwnej. Do tego stopnia, że ten zszedł z boiska zapłakany. Po meczu Pele poszedł do szatni przepraszać bramkarza. Zdał bowiem sobie sprawę, jak bardzo i zupełnie niepotrzebnie ośmieszył go przy jego kibicach.  Golkiper tych przeprosin nie przyjął, Pele obiecał zaś, że już nigdy nie będzie sportowo wyżywał się na znacznie słabszych.  I właśnie niechęć przed takim wywyższaniem się graniczącym z pastwieniem  mogła powstrzymać Brazylijczyków od lepszej grą z Koreą Północną i wyższego zwycięstwa.

Trzecia historia, wzięta już z tego Mundialu. Skoro inne drużyny azjatyckie do tej pory radzą sobie nieźle w RPA, to niby dlaczego, tego samego nie mieliby czynić gracze Korei Płn.

Mając na uwadze powyższe uwarunkowania, trzeba jednak powiedzieć, że co innego zaważyło na wyniku tego meczu. Od ponad trzydziestu lat każde kolejne pokolenie Brazylijczyków  piłkarsko ustępuje swoim poprzednikom. Dawni  mistrzowie przewracają się w grobach patrząc na grę ich następców. Mimo zdobycia mistrzostwa w 1994 i 2002 roku, tak naprawdę Brazylijczycy nie zasługiwali na żaden z tych finałów. Bo nawet wtedy gdy je wygrywali byli , to piłkarsko byli o lata świetlne za ekipą Edera, Scocratesa, Zico, Edinho, Juniora, Falcao, Reinaldo itd. Nie wspominając o drużynie Clodoaldo, Carlosa Alberto, Jairzinho, Tostao, czy jeszcze wcześniejszych tuzach jak Garrincha, Vava, Santosowie Nilton i Djalma i setki innych piłkarzy. Patrząc na Kakę, Robinho, Lucio to widać gołym okiem, że  Brazylia gra źle, nie po brazylijsku. I to jest wytłumaczenie słabego wyniku i gry kanarków z Koreą Płn.

Autostrada do raju, droga do piekła

Wyścig na niej właściwie trwa cały rok, tylko latem nabiera tempa. To dziwne, bo o tej porze roku warunki pogodowe są najlepsze. Dzień długi, zjawiska ekstremalne tylko od czasu do czasu. A jednak …

Jak wynika z policyjnych statystyk najczęstszymi przyczynami zdarzeń drogowych jest nadmierna prędkość, niedozwolone wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa i alkohol.

Zdjęcia zmiażdżonych samochodów dominują w gazetach, telewizji  i Internecie. Powinny przemawiać do wyobraźni. A jednak…

Kiedyś wracałem starym kangurem z Warszawy. Niedaleko Białegostoku przede mną  kawalkada wszelakiej maści koni mechanicznych. Z lewej strony podwójna ciągła, bo za chwilę zacznie się wzniesienie. Z tyłu też tir, ale byłem spokojny. Do czasu, gdy usłyszałem trąbienie. Jadący za mną Litwin najwyraźniej poczuł w sobie przypływ mocy i zaczął wyprzedzać. Całe szczęście, że  ze wzniesienia nikt nie zjeżdżał. W przeciwnym razie ze wszystkich zostałaby na asfalcie jedna czerwona plama.

Nie chce oskarżać wszystkich kierowców ciężarówek, ale większość zachowuje się tak, jakby pierwszeństwo na drodze dawała tylko masa samochodu. Zresztą właściciele osobówek też nie żałują gazu i to do dechy. Dla ilu z nich zaczynające się za tydzień wakacje będą ostatnimi?.

Za tydzień jadę do Warszawy. Pociągiem.

Bilet powrotny do domu

Kilka dni temu napisałem, że Klose i Podolski dali przykład, jak zwyciężać mamy. We wczorajszym meczu z Serbią udowodnili, że w sam raz nadawaliby się do polskiej drużyny narodowej. Bo też dostroili się do jej poziomu swoją grą.

Zasada w mistrzostwach jest taka: jak się w eliminacjach grupowych nie odprawia do domu takich drużyn jak Francja, Włochy, Niemcy, Anglia, to potem one dochodzą w turnieju najdalej. Tym razem jest bardzo duża szansa, by te europejskie ekipy zaczęły pakować walizki już niebawem. Zapewne Urugwaj zagra z Meksykiem na remis (to oznacza, że Francuzi wracają do domu). Wystarczy, że Słowenia nie przegra ostatniego meczu i zafunduje Anglikom powrót do domu. I to samo inni mogą zafundować Włochom, Niemcom, a może i Hiszpanom.

Dylemat

Ciężki orzech do zgryzienia mają białostoczanie. Bo o tej samej porze dziś wieczorem są trzy ważne wydarzenia: wieczór wyborczy w telewizjach wszelkiej maści, w jednej z nich mecz mundialowy Brazylijczyków z Wybrzeżem Kości Słoniowej i koncert (w ramach Dni Białegostoku) na białostockich Plantach Małgorzaty Walewskiej i Ryszarda Rynkowskiego z podlaskimi filharmonikami. Osobiści skłaniam się ku temu trzeciemu, bo też nie od dziś wiadomo, że  muzyka łagodzi wszelkie obyczaje. A czasami jest niezłym klinem na kaca wszelkiej maści. Ty bardziej, że jutro budzimy się w innym wymiarze. Wszak o godz. 2 zacznie się lato.

Błogosławieni cisi albowiem oni posiądą władzę 4 lipca

Jeśli wierzyć sondaż powyborczym to frekwencja w pierwszej turze przekroczyła 53 proc. ( w granicach błędu statystycznego).  To niewiele. Wydawało się, że tragedia Smoleńska i jej skutki państwowe, a także negacja tego wszystkiego, czego byliśmy świadkami w ostatnich latach oraz wyzwania stojące przed krajem, zmobilizują znacznie więcej Polaków do głosowania. Skoro tak się nie stało, to znaczy że kandydaci w ogóle nie walczyli o poparcie tej drugiej połowy. Czyżby, dlatego, że tak na dobrą sprawę nic nowego nie mieli im do przekazania i zaoferowania? Do tego stopnia, że zadowalali się podbieraniem elektoratu swoich najważniejszych konkurentów, a nie tego, który został w domu.

Oczywiście można powiedzieć, że to drugie nie miało sensu, bo przy każdych wyborach są ci, którzy nie idą głosować? Ale może część z nich nie idzie do urn właśnie dlatego, że kandydaci nie starają ich się do tego przekonać? Ba, marginalizują ich, ograniczając się do swojego, twardego elektoratu. Nie twierdzę, że przy urnach stawiłby się komplet. Ale wystarczyłoby 15-20 proc. z nich. A wtedy druga tura nie byłaby potrzebna.

Już z pierwszych przemówień dwóch kandydatów, którzy zapewne przeszli do drugiej tury widać, że wolą oni słać umizgi wobec elektoratu byłych konkurentów niż powalczyć o tych, którzy w pierwszej turze zostali w domu. To, że ci ostatni wczoraj nie poszli do urn wcale nie oznacza, że zrobią to samo za dwa tygodnie. Co więcej ich stawienie się  przy urnie 4 lipca będzie miało większą wymowę, wagę i swoistą legitymizację niż stawienie się wczoraj w lokalach wyborczych tych, którzy nie mieli swojego kandydata, a głosowali na zasadzie mniejszego zła. A wtedy czyż nie byliby błogosławieni wczoraj cisi albowiem to oni posiądą władzę 4 lipca.

To tyle takich ogólnych refleksji, a teraz szczegóły, o których póki, co cisza w innych mediach:

Największym przegranym pierwszej tury jest Bronisław Komorowski. Mając wszelkie atuty i narzędzia w ręce, zawalił (osobno czy razem ze sztabem, to nie ma znaczenia) zwycięstwo w pierwszej turze. Pora wyjść do ludzi nie tych przekonanych, ale tych, o których pisałem powyżej. 

Przegranym jest białostocki PiS. I to bardzo dobitnie. Bez zmian, o których pisałem w tekście “Miejskie rozrachunki partyjne” skazany jest na wegetację. Podobnie jak białostocka lewica. Mam wrażenie, że towarzysze niewiele zrobili, by wynik Napieralskiego w stolicy województwa był lepszy.

Przegranym jest Waldemar Pawlak. Gdyby miał w sobię choć odrobinę krzty z etosu Wicentego Witosa, do którego tak bardzo się odwołuje, to już dziś rano wycofałby się z polityki.

Przegranymi są Marek Jurek i Andrzej Olechowski. Chyba przyszła ta wiekopomna chwila, by obaj dali sobie spokój z polityką.

Przegranym jest TVN, który w prognozie powyborczej dał się ograć w dziecinny sposób tak przez siebie niemal poniewieranej telewizji publicznej.

I przegranym są ci, którzy dziś piszą, że wszyscy ulegli czarowi sondaży przedwyborczych. Nie wszyscy, o czym pisałem w pierwszej części tego tekstu.

Wygranym pewnie jest Napieralski, ale nie do końca. Przykładem tego jest powiat hajnowski, do niedawna stały bastion lewicy. W niedzielę Napieralski musiał tam uznać wyższość Bronisława Komorowskiego. Tym samym Platformie udało się w końcu to, o czym śniła od dawna – poparcie środowiska mniejszościowego. Podlaska Platforma potwierdziła też supremację w podlaskich największych miastach.

A Jarosław Kaczyński? W jego przypadku sukcesem pewnie jest to, że ugrał drugą turę. Ale nie zrobił też nic, by przekonać do siebie tych, którzy zostali w domu.

I na deser zostawiłem sobie Janusza Korwin-Mikke. Czwarty wynik. Jeśli odnieść to do wyniku Pawlaka, to pewnie sukces. Jeśli mierzyć do Napieralskiego, to już nie za bardzo. Nie dziwię się, że spodziewał się więcej.

Zwolennicy radnego Kochana kontratakują. Przeciwnicy nie poddają się i zwierają szyki

22. czerwca godz. 18. -Przedostatnie popołudnie w naszym plebiscycie należało do sympatyków Hanusz Kochana. Po odparciu rannego ataku zwolenników przewodniczącego Kusaka, przystąpili do zmasowanego kontrataku. Ale mimo takiej mobilizacji, nad drugim radnym w naszym rankigu, lider ma tylko 4 proc. głosów więcej.

Gruszek w popiele nie zasypują zwolennicy innych radnych. Zwłaszcza tych, z drugiej dziesiątki. Tu konta poszczególnych  radnych zasilają kolejne SMSy. Głosy przychodzą też na tych radnych, którzy okupuja ostatnie miejsca w naszym plebiscycie. Widać ich sympatycy za punkt honoru wzięli sobie to, by to nie ich przedstawiciel w radzie miejskiej był najgorszy. Mają na to czas do jutra, do godz. 23.55. O tej porze zamykamy głosowanie.

22 czerwca. godz. 12 – Po sześciu godzinach wtorkowego głosowania zakotłowało się w czołówce naszego plebiscytu. Do zdecydowanego ataku przystąpili sympatycy Włodzimierza Kusaka. Widać, że są zdeterminowani i zrobią wszystko by ich faworyt, niedawny lider w naszym rankingu,  nie  oddał już na stałe plebiscytowej palmy pierwszeństwa. I bardzo ostro, oczywiście SMS-owo, zaatakował pozycję lidera. Od poranka konto radnego Kusaka wzbogaciło się kolejne 15 proc. głosów. Jednak ten atak odparli sympatycy Janusza Kochana. I nadal radny SLD jest na czele rankingu.  Na trzeci miejscu plasuje się  Sławomir Nazaruk, który traci do lidera tylko 3,5 procent głosów.

Przybywa też głosów w środku stawki. Bardzo dobrze radzi sobie Marek Kozłowski dla którego po wyroku sądowym może być to ostatnia kadencja w radzie miejskiej. Dzięki głosom swoich sympatyków na swoim koncie ma o ponad 1 procent głosów więcej niż radny Krzysztof Bil-Jaruzelski. Kolejne wieści z frontu plebiscytowego już niebawem. A na radnych można głosować w każdej chwili (jak to zrobić podajemy na końcu tego wpisu).

22 czerwca godz. 6- Głosować można jeszcze do środy, 23 czerwca, do godz. 23.55. Do tego czasu jeszcze wszystko może się w naszym plebiscycie zdarzyć. Każdy radny może pokusić się o przysłowiowy rzut na taśmę. Tak jak wczoraj radny Janusz Kochan, który głosami swoich sympatyków objął prowadzenie w rankingu.   Nic dziwnego, że dzisiejsze przebudzenie poranku było  dla niego jak z dawnego szlagieru: „Jak dobrze wstać, skoro świt”. Ale też stare porzekadło mówi, że nie warto chwalić dnia przed zachodem. I dlatego kolejne wieści z ostatnich godzin walki na plebiscytowym froncie już niebawem.

  • Beata Antypiuk (nr 01)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.01

  • Alicja Biały (nr 02)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.02

  • Maciej Biernacki (nr 03)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.03

  • Krzysztof Bil-Jaruzelski (nr 04)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.04

  • Jacek Chańko (nr 05)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.05

  • Marek Chojnowski (nr 06)

SMS pod nr 72051 o treści radni.06

  • Andrzej Danieluk (nr 07)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.07

  • Kazimierz Dudziński (nr 08)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.08

  • Mariusz Gromko (nr 09)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.09

  • Michał Karpowicz (nr 10)

SMS pod nr 72051 o treści radni.10

  • Wiesław Kobyliński (nr 11)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.11

  • Janusz Kochan (nr 12)

SMS pod nr 72051 o treści radni.12

  • Halina Komaszyło (nr 13)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.13

  • Marek Kozłowski (nr 14)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.14

  • Danuta Krawiel (nr 15)

SMS pod nr 72051 o treści radni.15

  • Włodzimierz Kusak (nr 16)

SMS pod nr 72051 o treści radni.16

  • Tomasz Madras (nr 17)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.17

  • Marek Masalski (nr 18)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.18

  • Mirosław Mojsiuszko (nr 19)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.19

  • Sławomir Nazaruk (nr 20)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.20

  • Stefan Nikiciuk (nr 21)
             SMS pod nr 72051 o treści radni.21
  • Zbigniew Nikitorowicz (nr 22)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.22

  • Józef Nowak (nr 23)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.23

  • Izabela Pietruczuk (nr 24)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.24

  • Kazimierz Romanowski (nr 25)

SMS pod nr 72051 o treści radni.25

  • Rafał Rudnicki (nr 26)

SMS pod nr 72051 o treści radni.26

  • Krzysztof Stawnicki (nr 27)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.27

  • Filip Tagil (nr 28)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.28

Ostatnie godziny plebiscytu na najlepszego radnego. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie

23 czerwca 13,59 - Ostatnie nowości z plebiscytowego frontu przed ciszą wyborczą: niezły galimatias na szczycie tabeli, ale i w dole nagły rwetes. Czyżby niektórzy radni chcieli udowodnić prawdziwość powiedzenia: “ostatni będą pierwszymi, ….”. Wszystko może się jeszcze wydarzyć. Głosowanie trwa do 23.55. Wyniki podamy w poniedziałkowym Porannym.

23 czerwca, 13.08 - Tuż przed godz. 14 ostatnie informacje z pola frontu walki o tytuł najlepszego radnego. Potem cisza niemal wyborcza. Ale głosowanie trwa jeszcze przez ponad 10 godzin. I wszystko jeszcze jest możliwe.

23 czerwca, godz. 9. 23  – Jedną z trwałych tendencji w naszym plebiscycie była dominacja radnych Platformy. Gdy sumowało się wszystkie głosy oddane na radnych tego klubu, to ich przewaga nad kolegami z innych klubów była – wydawało się – nie do zniwelowania.  Tymczasem ostatnie godziny całkowiecie odwróciły hierarchię klubową w rankingu. Sytuacja jest na tyle dynamiczna, że nawet pojedynczy głos oddany na radnego zmienia klubowy układ sił. Ale wszsyko może się jeszcze zdarzyć, głosowanie trwa. do godziny 23.55.

  • Beata Antypiuk (nr 01)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.01

  • Alicja Biały (nr 02)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.02

  • Maciej Biernacki (nr 03)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.03

  • Krzysztof Bil-Jaruzelski (nr 04)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.04

  • Jacek Chańko (nr 05)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.05

  • Marek Chojnowski (nr 06)

SMS pod nr 72051 o treści radni.06

  • Andrzej Danieluk (nr 07)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.07

  • Kazimierz Dudziński (nr 08)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.08

  • Mariusz Gromko (nr 09)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.09

  • Michał Karpowicz (nr 10)

SMS pod nr 72051 o treści radni.10

  • Wiesław Kobyliński (nr 11)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.11

  • Janusz Kochan (nr 12)

SMS pod nr 72051 o treści radni.12

  • Halina Komaszyło (nr 13)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.13

  • Marek Kozłowski (nr 14)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.14

  • Danuta Krawiel (nr 15)

SMS pod nr 72051 o treści radni.15

  • Włodzimierz Kusak (nr 16)

SMS pod nr 72051 o treści radni.16

  • Tomasz Madras (nr 17)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.17

  • Marek Masalski (nr 18)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.18

  • Mirosław Mojsiuszko (nr 19)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.19

  • Sławomir Nazaruk (nr 20)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.20

  • Stefan Nikiciuk (nr 21)
             SMS pod nr 72051 o treści radni.21
  • Zbigniew Nikitorowicz (nr 22)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.22

  • Józef Nowak (nr 23)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.23

  • Izabela Pietruczuk (nr 24)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.24

  • Kazimierz Romanowski (nr 25)

SMS pod nr 72051 o treści radni.25

  • Rafał Rudnicki (nr 26)

SMS pod nr 72051 o treści radni.26

  • Krzysztof Stawnicki (nr 27)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.27

  • Filip Tagil (nr 28)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.28

23 czerwca, godz. 8.51 - Mocny atak sympatyków szefa klubu PiS. To na jego konto od godzin porannych przybyło najwięcej głosów. Jeśli tendencja ta utrzyma się przez najbliższe godziny, to pozycja lidera zajmowana przez radnego Kochana może być zagrożona.

23 czerwca, godz. 6.23 -  Ostatnie 17 godzin naszego plebiscytu. Noc upłynęła spokojnie. Radny Kochan nieznacznie powiększył swoją przewagę nad Włodzimierz Kusakiem. Ten z kolei ma tylko o niespełna jeden procent głosów więcej niż Sławomir Nazaruk. Ale podczas ostatnich godzin głosowania wszystko może się jeszcze zmienić. Także na dole tabeli. Kolejne wieści z walki na plebiscytowym froncie już niebawem.

  • Beata Antypiuk (nr 01)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.01

  • Alicja Biały (nr 02)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.02

  • Maciej Biernacki (nr 03)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.03

  • Krzysztof Bil-Jaruzelski (nr 04)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.04

  • Jacek Chańko (nr 05)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.05

  • Marek Chojnowski (nr 06)

SMS pod nr 72051 o treści radni.06

  • Andrzej Danieluk (nr 07)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.07

  • Kazimierz Dudziński (nr 08)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.08

  • Mariusz Gromko (nr 09)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.09

  • Michał Karpowicz (nr 10)

SMS pod nr 72051 o treści radni.10

  • Wiesław Kobyliński (nr 11)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.11

  • Janusz Kochan (nr 12)

SMS pod nr 72051 o treści radni.12

  • Halina Komaszyło (nr 13)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.13

  • Marek Kozłowski (nr 14)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.14

  • Danuta Krawiel (nr 15)

SMS pod nr 72051 o treści radni.15

  • Włodzimierz Kusak (nr 16)

SMS pod nr 72051 o treści radni.16

  • Tomasz Madras (nr 17)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.17

  • Marek Masalski (nr 18)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.18

  • Mirosław Mojsiuszko (nr 19)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.19

  • Sławomir Nazaruk (nr 20)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.20

  • Stefan Nikiciuk (nr 21)
             SMS pod nr 72051 o treści radni.21
  • Zbigniew Nikitorowicz (nr 22)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.22

  • Józef Nowak (nr 23)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.23

  • Izabela Pietruczuk (nr 24)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.24

  • Kazimierz Romanowski (nr 25)

SMS pod nr 72051 o treści radni.25

  • Rafał Rudnicki (nr 26)

SMS pod nr 72051 o treści radni.26

  • Krzysztof Stawnicki (nr 27)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.27

  • Filip Tagil (nr 28)

 SMS pod nr 72051 o treści radni.28

Noc niepodobna do innych

To, co działo się dzisiejszej nocy zaprzeczało jej nazwie. Wszak to była noc świętojańska, czas poszukiwania kwiatu paproci, puszczania wianków, ogni sobótkowych. Przy jasnej, cieplej nocy czerwcowej. Tymczasem aura splatała nm figla i uraczyła scenami raczej  z późnej jesieni.

Noc z 23 na 24 czerwca to jeden z symboli europejskich. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości – obchodzone dawniej na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, bałtyjskie, germańskie i celtyckie. Także przez część narodów wywodzących się z ludów ugrofinskich np. Finów (w Finlandii noc świętojańska jest jednym z najważniejszych świąt w kalendarzu) i Estończyków. Noc świętojańska – Līgo na Łotwie jest świętem państwowym, a po odzyskaniu niepodległości 23 i 24 czerwca stały się dniami wolnymi od pracy. Również w Republice Litewskiej dzień 24 czerwca jest od 2005 roku wolny od pracy.

Bo też ten dzień był, za nim człowiek nie wymyślił kalendarza i sylwestra, swoistym Nowym Rokiem. Kończył się stary w czerwcu, zaczynał kolejny. Wszak dni od tego momentu sa coraz krótsze. I za chwilę znowu zapadniemy w jesienno-zimowe ciemności. Coś znowu uleciało nam z życia.

Mały wielki kraj

Po raz pierwszy od 40 lat Urugwaj ma szansę zagrać w półfinale mistrzostw świata. W 1970 roku w batalii o finał uległ najlepszej drużynie, jaka kiedykolwiek nie tylko zdobyła mistrzostwo, ale chyba grała w piłkę:  Tostao, Gerson, Jairzinho, Clodoaldo, Carlos Alberto, Everaldo, Wilson Piazza, Brito, Rivelinho , Felix. I oczywiście Pele.  Ale nie to przesądziło o wyjątkowości tamtego meczu w Guadalajarze. To był bowiem rewanż za porażkę canarinhos z Urugwajem na Maracanie w finale mistrzostw świata w 1950 roku. Wtedy “urusi” z takimi tuzami jak Juan Alberto Schiaffino, Victor Andrade czy Alcide Ghiggia (strzelił wówczas bramkę taka samą jak Brazylijczyk Meycon w meczu z KRLD) . To, co stało się ich udziałem, nie dane było w 1970 roku drużynie, której bramki strzegł fenomenalny Ladislao Mazurkiewicz (Polak z pochodzenia), w obronie grał Roberto Matosas, w pomocy Juan Rocha i Pablo Forlan, a w ataku prym wiedli Luis Cubilla i Victor Esperago.

Ale porównując grę piłkarzy z roku 1970 do ich następców z boisk RPA, mam nieodparte wrażenie, że piłkarsko byli znacznie lepszym pokoleniem niż to obecne z Luisem Suarezem i Diego Forlanem. A przecież w ciągu tych czterdziestu lat od meczu w Meksyku były jeszcze bardziej zdolne pokolenia. To, które wygrało w 1980 roku turniej Mundialito, generacja Enzo Francescolliego  „Księcia Paryża” czy złote dzieci Danubio Montevideo, które na przełomie lat 80. I 90 zachwycały piłkarski świat. Ale to pokoleniu Luisa Suareza i Diego Forlana przyszło nawiązać do wielkich tradycji swoich poprzedników.

Wystarczy tylko by w ćwierćfinale pokonali Ghanę. Jest to realne, ale muszą kondycyjnie wytrzymać cały mecz (w drugiej połowie meczu z Koreą PŁD po prostu stanęli). Jeśli pokonują Afrykańczyków, być może w walce o finał spotkają się z Brazylią. A zatem rewanż za 1970 rok. I Urugwaj nie jest bez szans. Bo choć jest małym krajem w stosunku do swoich dwóch wielkich sąsiadów (Argentyny i Brazylii), to piłkarsko jest równym partnerem. Mógł prze lata przegrywać z Paragwajem, Peru, Chile, Kolumbią, ale gdy przychodzi do pojedynków z Argentyną i Brazylią, to nie stoi na straconej pozycji. Tym bardziej teraz, gdy Brazylia nie gra najlepiej. A potem, kto wie może finał z Argentyną? Pod warunkiem, że ekipa Diego Maradony tam dotrze.

Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili

Słowa słynnego songu Salonu Niezależnych przyszły mi do głowy, kiedy usłyszałem komentarze po debacie kandydatów na prezydenta. Znawcy, i to bynajmniej nie od nawozów, lecz od Polski i od świata, orzekali, że coś się po niej zdarzy.  Osąd tak na dobrą sprawę zależał od tego, kto i z jakiej pozycji to czynił. I prawdę powiedziawszy owe osądy mało mnie obchodzą, chociaż debaty nie oglądałem. Nie tylko dlatego, że o wiele ciekawsze rzeczy działy się na mundialu. Po prostu, wszystko to, co miałem do powiedzenia o debatach, zawarłem w tekście Debatencja.

Sędzia wypaczył wynik, bramkarz zasady fair play

Wczoraj na mundialu telewizja dobitnie pokazała (bez względu na to, czy kamerzysta był liberałem, nacjonalistą, socjalistą, homofonem, globalistą lub kimkolwiek innym), że sędziowanie to czarna, jeśli nie mokra, robota. Po błędach w meczach Anglia-Niemcy i Argentyna –Meksyk, wielu oczekuje, że FIFA w końcu zdecyduje się na wprowadzenie takich rozwiązań technologicznych (podobnych do tych w innych dyscyplinach), które bardzo łatwo wyprowadzą sędziów z błędów wypaczających wynik gry.

FIFA ugnie się, ale nie pod ciężarem tych oczekiwań. Zrobi to z obawy, że dalszy konserwatyzm spowoduje, iż od piłki nożnej odwrócą się stacje telewizyjne. A bez wpływów z transmisji cały ten kopnięty biznes przestanie się kręcić. Zresztą lada moment, a same stacje telewizyjne będą się tego domagać. Stanie się to w chwili, kiedy nadawcy telewizyjni uzmysłowią sobie, jakim narzędziem nacisku dysponują na związki piłkarskie.

Słychać komentarze, że gol nieuzna