platforma blogowa portalu
kurier poranny

Przewielmożny Pan

W takim oto państwie, jak można się spodziewać

Wnet zakazali pisać, zakazali śpiewać

A było im to mało, nakazali dzieciom

Modlić się jak zapragnie Przewielmożny Kat

 

Dziś mija 23. rocznica śmierci autora tych słów – Karela Kryla. Odszedł młodo, stanowczo za młodo. Dosłownie miesiąc przed swoim półwieczem. Ale zostawił, nie tylko Czechom, coś  niezapomnianego: swoje pieśni i wiersze.

Porównywany do Jacka Kaczmarskiego, ale chyba trochę na wyrost. Bard Solidarności (chyba niesłusznie z tylko tym utożsamiany) w swoich improwizacjach oddawał cechy przynależne Polakom od dawna: zapał do walki, bojowość, zapalczywość i wszystko to, co możemy określić cytatem z Warszawianki: “Hej, kto Polak na bagnety”.

Ta czeska, to była zupełnie inna poezja, inna ballada. Kryl na pierwszy rzut oka uosabiał typowe czeskie podejście do osiągania celów: małymi krokami, bez niepotrzebnych ofiar. Ot, niby takie to trochę knedlikowate, i zarazem gulaszowe. Ale w rzeczywistości jego pisnićka była – jak to ujęła w swojej rozprawie Dorota Bielec („Czescy autorzy w polskim drugim obiegu a polsko-czeskie stereotypy”) – antydechovka. Dechovka to nic innego jak orkiestry dęte, które razem piosenkarzami lat 70. tworzyły niezbyt interesujący obraz czeskiej muzyki. Gdzieś na uboczu, funkcjonował nurt piosenki autorskiej, zaangażowanej, której główna postać był Karel KryL. Od początku lat 70. wyśpiewywał swoje strofy już na emigracji. Jak pisze Dorota Bielec „Kryl wyśpiewywał w swoich piosenkach całą gorycz czeskiego społeczeństwa, bez osłonek nazywał rzeczy po imieniu. Na lata „normalizacji” patrzył bardzo krytycznie. Nie szczędził także w tekstach słów krytyki dla swoich rodaków, którzy biernie poddają się odgórnemu praniu mózgów”.

Tak, jak nie byłoby w Polsce kultu Leonarda Cohena bez tłumaczeń Macieja Zembatego, tak nie byłoby mody na Kryla bez przekładów Maryny Miklaszewskiej. „Miła” rozpoczynająca się od słów „Szczur kończy gulasz mdły” urastała do rangi swoistego hymnu pacyfistycznego młodych ludzi wcielanych do bratnich armii. Jego piosenki śpiewała Antonina Krzysztoń i Andrzej Michalski. Kasetę i śpiewnik wydała w drugim obiegu niezależna oficyna Nova. Dziś w zasadzie już chyba białe kruki, świadkowie czasu sprzed trzech dekad. Kasety co prawda nie mam już jak odsłuchać, ale do śpiewnika nie sposób dziś nie sięgnąć.

Pojedyncze przekłady pojawiały się już wcześniej (Michał Tarkowski „Velićenstvo kat” – „Przewielmożny kat”), ale i w ostatnich latach nie brakowało nowych przekładów. Jak „Ukolebavka – Kołysanka” w tłumaczeniu Renaty Putzlacher, czy tłumaczenia Leszka Sanetry fantastycznie wyśpiewane przez Elżbietę Czyż, w tym „Dziękuję” a przede wszystkim „Moritui te Salutant”. Paradoksalnie, to jeden z tych utworów, które nie tyle trudno przetłumaczyć, co nie powinno się w zasadzie tego robić. Ale duet Sanetra i Czyż pokusili się o majstersztyk. W końcu do dziś ponoć niektórzy Czesi sami nie wiedzą, o co chodzi w „Morituri te salutan”.

Ten utwór Karel Kryl wykonał jako pierwszy na wielkim koncercie po aksamitnej rewolucji w 3 grudnia 1989 rok. To był też pierwszy występ barda na ziemi ojczystej po 20 latach. Ale jak to często bywa z bardami, niebawem okazało się, że śpiewak także „był sam”. Jak w interpretacji „Murów” Jacka Kaczmarskiego. Podobnie było też z polskim. Też miał swoje wielkie chwile po powrocie z emigracji, ale później bywał sam. Aż wyjechał na Antypody.

Karel Kryl nie krył goryczy do tego, co działo się w kraju od początku lat 90. Szczególnie bolał go rozpad Czechosłowacji. Jedną nogą nadal był w Monachium, gdzie zmarł na serce 3 marca 1994 roku. Miał niespełna 50 lat. Jacek Kaczmarski odszedł 10 lat później wieku 47 lat. A przecież obaj mogli nam jeszcze tyle wyśpiewać, wykrzyczeć.

Na szczęście ich utwory oparły się zębowi czasu, ba, niektóre wręcz nabrały charakteru niemal proroczego, uniwersalnego znaczenia. Jak te przytoczone na początku.

W takim oto państwie, jak można się spodziewać

Wnet zakazali pisać, zakazali śpiewać

A było im to mało, nakazali dzieciom

Modlić się jak zapragnie Przewielmożny Pan

Po roku od wygranej w drugiej turze

24 maja mija rok, gdy Andrzej Duda wygrał II turę wyborów prezydenckich. Przystępował do niej w roli czarnego konia. Dwa tygodnie wcześniej kandydat PiS sprawił niespodziankę, bo w cuglach wygrał pierwszą turę. I choć liczbowo owe cugle to było raptem 1 proc., ale pokonał swoistą barierę psychologiczną. Do tej pory zwolennicy starającego się o reelekcję Bronisława Komorowskiego tłumaczyli, że ich faworyt nie ma z kim przegrać wyborów. Tymczasem okazało się, że były to pomrukiwania niedźwiedzia. Tyle że papierowego.

Dobitnie pokazał to poranek po pierwszej turze, gdy nagle Bronisław Komorowski zapowiedział rozpisanie referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, zmian w finansowaniu partii politycznych i w prawie podatkowym. Ten ruch wzorcowo odzwierciedlał stare porzekadło: tonący brzytwy się chwyta. Bo skoro po takim czasie niepodzielnego sprawowania władzy w kraju przez PO, jej kandydat sięga po zapomniane półkowniki, to naprawdę musiał czuć, że grunt pali mu się pod nogami. Tego pożaru nie udało się już ugasić.

Od roku historię własnej prezydentury pisze Andrzej Duda. Co prawda urząd objął trzy miesiące później, ale rocznica majowej Wiktorii skłania do oceny, co zostało z tamtej zmiany. W końcu była preludium do tej bezprecedensowej, która nastąpiła pięć miesięcy później. Po raz pierwszy po 1989 roku jedna partia ma większość parlamentarną. I nadal, jak wynika z naszego sondażu przeprowadzonego wspólnie z  17 dziennikami regionalnymi Polska Press Grupy, cieszy się największym poparciem wśród Polaków – i Podlasian też ( przez weekend telewizyjne Wiadomości TVP1 wybijały to, na plan pierwszy) . Można by rzec: nie ma mocnych na dobrą zmianą PiS, choć u części Polaków budzi ona kontrowersje. Zobojętniały za to ich odczucia wobec prezydentury Andrzeja Dudy (przez weekend o tej części sondażu telewizyjne Wiadomości TVP już raczej nie wspominały) . Jego postawa napawa dumą niespełna co trzeciego ankietowanego (w Podlaskiem jeszcze mniej). Można powiedzieć, że po roku od triumfu ówczesny czarny koń dla znacznej większości przybrał maść bezbarwną. Kto wie, może za rok znów zmieni kolor?

No i mamy w Warszawie Budapeszt

Zmiana władzy jest normalną koleją losu w demokracji. Rzadko zdarza się jednak, by wyborcy tak spektakularnie oddali rządzenie w ręce tych, których w tak spektakularny sposób pozbawili w 2007 wpływu na losy kraju. Tamto głosowanie było plebiscytem przeciwko PiS, wczorajsze w pewnym sensie przeciwko PO. Ten zjazd po równi pochyłej partii rządzonej od roku przez Ewę Kopacz zaczął się ciut wcześniej – z chwilą, gdy światło dzienne ujrzały taśmy nagrane przez kelnerów w warszawskiej restauracji. To chyba wtedy coś w ludziach pękło. Potwierdziły to majowe wybory prezydenckie, zwłaszcza na wsi i na wschód od Wisły. Po wygranej Andrzeja Dudy jego macierzyste ugrupowanie nabrało wiatru w żagle. Platforma zaś coraz bardziej zaczęła nabierać wody, by w końcu osiąść na dnie z retoryką straszenia PiS-em, zupełnie nie rozumiejąc, że to nie ten czas i nie ta epoka.

Jeśli wyniki sondaży exit poll się potwierdzą, to Jarosław Kaczyński jest o krok od upragnionego Budapesztu w Warszawie. Tak przed laty nawiązał do sukcesów Viktora Orbana na Węgrzech. Po raz pierwszy w historii polskiego parlamentaryzmu po 1989 roku jedno ugrupowanie będzie miało bezwzględną większość w Sejmie, po raz pierwszy też PSL nie powie, że wygrał wybory nasz przyszły koalicjant, po raz pierwszy poza Wiejską może być lewica. Tym samym wczorajsze wybory zaprzeczyły tezie, że polski system partyjny zmierza w kierunku dwubiegunowości. Jak widać nie trzeba zmiany ordynacji wyborczej czy obniżki progu wyborczego, by rozhermetyzować scenę partyjną.

Prawu i Sprawiedliwości do pełnej powtórki w Warszawie z Budapesztu brakuje większości konstytucyjnej. Stąd wczorajsze zaproszenie Jarosława Kaczyńskiego skierowane do tych, którzy chcą dobrej zmiany pod biało-czerwonym szyldem. Kto może odpowiedzieć i z jaką mocą, dowiemy się po ogłoszeniu oficjalnych wyników.

Rozterek nie ma za to w Podlaskiem. W naszym regionie pogoda wyborcza zawsze była łaskawa dla PiS. Od dekady zdobywał najwięcej mandatów (podobnie jak w sejmiku wojewódzkim, choć tu nie zawsze przekładało się to na zdolność do współrządzenia). Wiele wskazuje jednak na to, że po raz pierwszy będziemy świadkami precedensu. Ugrupowanie kierowane przez Krzysztofa Jurgiela prawdopodobnie zgarnie więcej niż połowę miejsc podlaskiej reprezentacji w poselskich ławach. Jeśli ten naddatek ponad 50 proc. będzie co najmniej trzymandatowy, to dotychczasowa dominacja w praktyce stanie się początkiem hegemonii.

Między prawem, polityką i precedensem

Od stwierdzenia, że ewentualnie wiceprezydent Białegostoku Rafał Rudnicki mógł popełnić przestępstwo w związku z zabytkową kamienicą przy ulicy Lipowej, do osądzenia, że tak było naprawdę, droga bardzo daleka. Zresztą nieraz bywało tak, że początkowe wątpliwości CBA nie wytrzymały próby czasu. Ba, nawet te, które zaprzęgnięto w ryzy zarzutów prokuratorskich. Tak było w lutym 2011 roku, gdy olsztyńscy śledczy postawili je byłemu marszałkowi województwa i jego najbliższym współpracownikom. Kilka miesięcy później prokuratorzy wycofywali się z nich okrakiem. Nie byli w stanie przekuć ich w akt oskarżenia.

Nawet jeśli już sprawa trafi do sądu, to często zdarza się tak, że od strony prawnej zapowiada się długa batalia. Nieraz daleko wykraczająca poza jedną kadencję samorządu – z domniemaniem niewinności do momentu ostatecznego wyroku skazującego. I tą praktyką poprzedzoną wcześniejszymi deklaracjami w ciągu dwóch kadencji uwypuklał prezydent Tadeusz Truskolaski.

Z tego punktu widzenia wiceprezydent Rafał Rudnicki może być spokojny o swój los. Na dodatek jego mocny związek z prezydentem cementuje to, że były szef klubu PiS stał się jednym z jego najbardziej zagorzałych akolitów. Widać to było dobitnie po ostatnim przetasowaniu w magistracie, które nastąpiło już po wybuchu afery z Lipową 41. Mimo że w przyszłości mogła być dużym balastem wizerunkowym dla Tadeusza Truskolaskiego, prezydent udzielił mocnych gwarancji swojemu zastępcy (radni PiS domagali się odwołania Rafała Rudnickiego).

Ale oprócz wymiaru prawnego i polityczno-samorządowego warto wskazać na jeszcze jeden, który odróżnia naszych wybrańców od wielu zachodnich polityków. W zasadzie nie zdarza się, by z sami siebie już na wstępie sprawy rezygnowali z zajmowanych posad i na marginesie czekali na rozstrzygnięcie. A przecież gdy będzie dla nich korzystne, wtedy ich powrót do życia publicznego miałby niewspółmiernie większą legitymizacją, na dodatek w glorii podwójnej chwały. Czy stać Rafała Rudnickiego na taki precedens, do którego w przyszłości równać będą inni w podobnych sytuacjach? Jeśli tak, to dopiero wicher odnowy przemknąłby nie tylko przez Białystok.

Kto leje wodę, ten słono płaci

Gdy na czerwcowej sesji prezydent   Białegostoku Tadeusz Truskolaski ogłaszał swój dekalog, jego współpracownicy zapowiadali  tę mowę jako przełomowe wystąpienie. Teraz okazuje się, że przynajmniej w jednym wymiarze  była to burza w szklance wody.

Zmiany prezydenckie  dotyczyły głównie zaciskania pasa przez władze spółek komunalnych. Poniekąd odnajdujemy w nich wzorzec słupski. Z tą różnicą, że Robert Biedroń nie tylko ograniczył zarobki oraz liczbę członków zarządów oraz rad nadzorczych, ale też zlikwidował  jedną z nich. Co ważne, zapowiedział to dwa miesiące po zaprzysiężeniu. Tadeusz Truskolaski potrzebował na to aż pół roku. A i  zmiany, przynajmniej pod względem osobowym, są bardziej kosmetyczne niż rewolucyjne.

Najbardziej liczebnie dotkną wodociągów, które przez wynajęcie skyboxu  na stadionie mimochodem dały opozycji wymarzoną okazję  do  ataku na prezydenta. Radni PiS co rusz powtarzali, że białostoczanom zafundowano  podwyżki opłat za wodę po to, żeby zarząd spółki świetnie bawił się w luksusowej loży dla VIP-ów. Było to przysłowiowe doszukiwanie się drugie dna  tam, gdzie go nie było, ale nie ulega wątpliwości, że wizerunkowo  zupełnie nie po myśli Tadeusza Truskolaskiego.

W końcu prezydent po to wyznacza swoich przedstawicieli do pięcioosobowej rady nadzorczej, by takich wpadek trzyosobowego zarządu nie było. Nie wspominając o tym, że na tle innych spółek gremia wodociągowe i tak brały procentowo największe uposażenia. Nic dziwnego, że został im wystawiony rachunek. W końcu nie od dziś wiadomo, że kto leje wodę, ten słono płaci.

Tonący brzytwy się chwyta

Tak należy zinterpretować deklaracje Bronisława Komorowskiego o rozpisaniu referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, zmian w finansowaniu partii politycznych i w prawie podatkowym. Zapowiedzi te jako żywo przypominają hasła Platformy sprzed lat. Skoro po takim czasie niepodzielnego sprawowania władzy w kraju jej kandydat sięga po zapomniane półkowniki, to naprawdę musi czuć, że grunt pali mu się pod nogami.

Nie da się ukryć, że to swoista ucieczka do przodu między dwiema turami. Zamiast przekonać tych, którzy zostali w domu, prezydent woli łasić się do wyborców Pawła Kukiza. Czyżby dlatego, że tak naprawdę dla nieobecnych nie ma żadnej kolędy?

Wynik Bronisława Komorowskiego był pokłosiem plebiscytowego głosowania przeciwko PO. Prezydenta i partię łączyła swoista pępowina. Chwycenie za antysystemową brzytwę jest próbą jej odcięcia. Jednak bez żadnych gwarancji na pożądany skutek. Tym bardziej że efekty końcowe deklarowanych zmian nie będą widoczne przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Na dodatek niemożliwe do przeprowadzenie bez samej Platformy, której pomysły prezydenta niekoniecznie muszą przypaść do gustu.

PO, dla której była to pierwsza od ośmiu lat porażka, być może będzie musiała stanąć przed nie lada dylematem: bronić do końca obecnej prezydentury nawet za cenę utraty władzy jesienią czy też próbując zachować ostatnie widoki na jej utrzymanie poświęć 24 maja Bronisława Komorowskiego i samemu wcześniej przeciąć pępowinę.

Wielka klapa w I turze

Jeśli wierzyć sondażom powyborczym to frekwencja była znacznie gorsza niż w 2010 roku. Ale tamte wybory były wyjątkowe. Po katastrofie smoleńskiej naród, jak nigdy wcześniej, nie był tak zjednoczony z klasą polityczną. Przez 5 lat zrobiła ona jednak wiele, by zerwać na resztki kłębków tej nici.

Wydawało się, że to wymarzona okazja dla tych kandydatów, którzy swój start opierali na negacji systemu. Tymczasem wychodzi na to, że i oni nie byli w stanie zachęcić Polaków do głosowania. I choć wynik Pawła Kukiza robi wrażenie, to frekwencja świadczy, że połowa Polaków już nikomu nie wierzy.

Z przemówień kandydatów, którzy zapewne przeszli do drugiej tury widać, że wolą oni słać umizgi wobec elektoratu byłych konkurentów niż powalczyć o tych, którzy w I turze zostali w domu.

Nie da się jednak ukryć, że głównym przegranym 10 maja jest Bronisław Komorowski. Ze swoim zapleczem i sztabem wyborczym w pół roku dokonał rzeczy niebywałej. W historii powszechnej wyborów wyczyn ten – przy wszystkich uwarunkowaniach i ograniczeniach wynikających z odmienności systemów politycznych, czasu i miejsca – można jedynie porównać do tego, co zrobił Jimmy Carter w 1980 roku.   

Samorządni czy ubezwłasnowolnieni?

.

Instytucje samorządowe na pierwszy rzut oka kojarzą się z organami uchwałodawczymi lub wykonawczymi rad gmin, powiatów lub sejmików. Albo z organizacjami, w których samorządy są podmiotami. W szerszym rozumieniu powinny odzwierciedlać normy postępowania i funkcjonujące na ich podstawie sposoby działania. Do tych pierwszych można zaliczyć (poza tymi, które wynikają z odpowiednich ustaw regulujących samorządność), chociażby wszelkiego rodzaju sprawy związane z ceremoniałem samorządowym oraz wzorce polityczne, oparte na transparentności, które zmuszają do ograniczeń. Tym zaś będzie powstrzymywanie się m.in. od wszelkiego rodzaju pokazówek, zwłaszcza partyjnych np. podczas otwarcia nowych dróg czy sprowadzenia taboru komunikacyjnego. Ostatnia kampania wyborcza dobitnie pokazała jak bardzo nasi samorządowcy są na bakier z takim zwyczajem.

Instytucje są o tyle istotne, że zapewniają powtarzalność określonych zachowań w przyszłości i zmniejszają niepewność wynikającą z udziału w życiu polityczno-samorządowym. Stają się regulatorem, do którego będą się odnosić i równać następcy. Także dlatego, że będą czuć na sobie brzemię opinii publicznej, która nie pozwoli na odchylenia od tego wzorca. Uznają odziedziczony zwyczaj czy obyczaj za wartość bardziej trwałą niż przecięcie wstęgi na nowo wybudowanej drodze, która i tak trzeba będzie kiedyś remontować.

W powyborczym krajobrazie takim zwyczajem powinno być przekonanie (mocno zakorzenione w utrwalonych demokracjach), że to zwycięskie ugrupowanie ma pierwszeństwo w tworzeniu większości decyzyjnej W podlaskim sejmiku najwięcej mandatów ma PiS. I to lider (choć na razie nie za bardzo wiadomo, który z radnych jest desygnatem wyrazu lider) tego ugrupowania powinien rozpocząć misję tworzenia większości sejmikowej. Dopiero, jeśli mu się nie powiedzie inicjatywa powinna przejść do innych ugrupowań. Ktoś może zadać to pytanie, po co te ceregiele i strata czasu, skoro wiadomo, że chęć utworzenia koalicji dającej większość zadeklarowały PSL (9 mandatów) i PO (osiem mandatów)? Po to, by zapewnić powtarzalność określonych zachowań w przyszłości, gdy być może role się odwrócą. Taka praktyka potwierdzona zwyczajem z czasem nabierze rangi niemalże kanonu. Oczywiście nie oznacza to, że dziś PiS może z tego zwyczaju skorzystać bezrefleksyjnie. Na rewersie jest bowiem poczucie odpowiedzialności i racjonalizmu. Jeśli już teraz wie, że nie będzie w stanie dogadać się z nikim, to powinno bez obstrukcyjnie przekazać pałeczkę pozostałym ugrupowaniom w podlaskim sejmiku.

To, że PSL i PO nadal zamierzają kontynuować koalicje sejmikowe zapowiedzieli już po pierwszej turze premier Ewa Kopacz i wicepremier Janusz Piechociński. I tylko do tej deklaracji powinni ograniczyć swą aktywność. Jeszcze wielu wyborców ma w oczach spot, w którym premier Ewa Kopacz zamykała za sobą drzwi mówiąc, że i ona ma dość awantur w samorządach. Jeszcze też nieprzebrzmiały głosy lidera PSL, który przekonywał, że w tych wyborach nie głosuje się ma Piechocińskiego, Millera, Kaczyńskiego, Kopacza, ale na sprawdzonych w gminach kandydatów. Jeśli tak, to powinni powstrzymać się od narzucania, jak ma szczegółowo wyglądać skład władz sejmików. Kto za kogo i dlaczego, ten a nie tamten. Tak samo powściągliwi powinni być też Wojciech Dzierzgowski, szef wojewódzkiego PSL i Robert Tyszkiewicz, lider regionalnej PO. Nawet, jeśli mają powody do zadowolenia. Ten pierwszy, choć sam w tych wyborach nie zdobył mandatu, to kierowane przez niego ugrupowanie zdobyło najwięcej mandatów. Ponadto na razie pełni też obowiązki wojewody. Ten drugi, bo choć kierowane przez niego ugrupowanie nie osiągnęło w Podlaskiem żadnego spektakularnego sukcesu, to uzyskało wynik o wiele lepszy niż zwiastowały majowe eurowybory. Ponadto zachował największy wpływ na kształt powyborczej władzy w sejmiku. Także dlatego, że jako szef ogólnopolskiej kampanii wyborczej Platformy, zrealizował strategię, która pozwoliła osiągnąć partii fundamentalne cele: współrządzić w sejmikach i zachować kontrolę nad największymi miastami. Symboliczną kropką nad i było odbicie z rąk PiS Radomia – tak bardzo leżącego na sercu premier Kopacz.

Tym bardziej wymienieni powyżej aktorzy powinni zachować powściągliwość, bo historia podlaskiego pokazuje jak mogą zakończyć się ingerencje z zewnątrz sejmiku. W 2007 roku było to rozwiązanie wojewódzkiego samorządu z powodu niemożności wyboru jego władz, w 2010 roku desygnowanie przez władze centralne konkretnej osoby poprzedzone wcześniejszymi wizytami klubu radnych w budynkach rządowych.

I dlatego albo nowo wybrani 16 listopada radni są – jak wskazuje charakter ostatnich wyborów – samorządni w każdym albo ubezwłasnowolnieni. Nie po to dostali mandat (niektórzy bardzo silni) od wyborców, by odgrywali rolę marionetek. Tylko oni powinni zdecydować jak będzie wyglądać skład zarządu województwa i podział kompetencji (bez osobowego wpływu struktur regionalnych czy centralnych) . Stworzą dobry obyczaj, który jeśli będzie w przyszłości powielany, stanie się instytucją samorządową.

Druga tura na własne życzenie

I chyba właściwa ocena ostatnich czterech lat rządów Tadeusza Truskolaskiego. Bo wbrew temu, co mówili w kampanii jego zwolennicy i przeciwnicy, białostoczanie wystawili prezydentowi notę nie za dwie, a jedną kadencję. Ta pierwsza została oceniona w 2010 roku już w pierwszej turze. Dlatego nawiązywanie do tamtego wyniku zarówno w celach chwalebnych, jak i dyskredytujących, jest gwałtem na rozumie i matematyce. Stąd niedzielny wynik może być tylko oceną drugiej kadencji.

Była ona nierówna. Z jednej strony konsekwencja jeśli chodzi o sprzedaż MPEC-u (abstrahując od za lub przeciw tej transakcji), z drugiej jej brak w sprawie klikania, buspasów czy budżetu obywatelskiego. W tym ostatnim przypadku dopiero, gdy okazało się, że nie taki diabeł straszny, prezydent zalegitymizował oczekiwania białostoczan. Budowa trasy generalskiej, stadionu, parku naukowo-technologicznego, ale też fatalne wprowadzenie ustawy śmieciowej.  Sprawa braku ekranów akustycznych na skrzyżowaniu Piastowskiej i Piasta, ale też upór w ich stawianiu na Raginisia przerodzony w ostry spór z właścicielami jednej z posesji. Sprzedaż działek w białostockiej podstrefie SSSE, ale też kuriozalny pomysł wypowiedzenia kupcom z Wasilkowkiej umów, by działki  na których stały ich stragany zamienić w przyżłobkowy trawnik. Szybka reakcja po opluciu przez kibola  piłkarza Jagiellonii Ugo Ukaha, ale zupełna bierność gdy premier Tusk mówił, że świat publiczny Białegostoku jest powiązany ze światem skinhedzkim. Takich paradoksów było znacznie więcej. Z tym największym: im bardziej prezydent stawał się rasowym politykiem, tym bardziej tracił kardynalny dla naukowca (samo)krytycyzm.

Jeszcze rok, dwa po drugim zaprzysiężeniu prezydent mówił, że dwie kadencje optymalnym czasem na realizację swoich wizji. Im jednak upływały kolejne miesiące, a wraz z nimi malały szanse na lukratywne miejsce na liście wyborach do europarlamentu, prezydent coraz bardziej skłaniał się do kolejnej reelekcji. Choć czasami można było odnieść, że ten start bardziej niż jemu samemu potrzebny jest środowisku, któremu patronował. A ono utwierdzało go w tym przekonaniu coraz bardziej. Widać to było w kontekście rautów czerwcowych.

Można się licytować, czy w ocenie ostatniej kadencji więcej jest plusów czy minusów, ale  i tak nie zniosą one faktu, że prezydent Tadeusz Truskolaski już znalazł poczesne miejsce w historii miasta. I to nie tylko, że zastał Białystok drewniany, a pozostawi wybetonowny. Dyskurs publiczny dość mocno oscylował wokół tej dychotomii, choć tak na dobrą sprawę o wiele ważniejsze było to, że prezydent nie wykorzystał szansy, by zostało coś jeszcze – szczególnego rodzaju instytucje.

Chodzi mianowicie o utrwalone normy postępowania i funkcjonujące na ich podstawie form działania. Do tych pierwszych można zaliczyć (poza tymi, które wynikają z odpowiednich ustaw regulujących samorządność), chociażby wszelkiego rodzaju sprawy związane z ceremoniałem miejskim oraz wzorce polityczne, oparte na transparentności, które zmuszają do ograniczeń. Tym zaś będzie powstrzymywanie się od wszelkiego rodzaju pokazówek, zwłaszcza partyjnych np. podczas otwarcia nowych dróg czy sprowadzenia taboru komunikacyjnego. Bo miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest stronienie od takich celebr. Nawet jeśli ma powody do dumy. Nie powinno być też  tak, że pełnienie powinności wobec miasta przez jakiegoś urzędnika uzależnia się od tego, jak rysuje się jego przyszłość w innych strukturach władzy samorządowej czy nawet rządowej. Taka sytuacja rodzi wrażenie, że od misji publicznej ważniejsza staje się przyszłość osobista danego urzędnika. Powinien  szybko i jednoznacznie zadeklarować co wybiera, nawet jeśli zgodnie z prawem ma się na podjęcie decyzji siedem czy znacznie więcej dni. Ta błyskawiczność  to swoista wypadkowa wzorców kreowanych przez prezydenta i oczekiwanego przez niego postepowania. Zabrakło ich także w tzw sprawie radnego starającego się o dotację na galę sportu,  a zarazem będącego ekspertem komisji przyznającej dofinansowanie, jak  i w tolerowaniu przez lat dwoistej roli, w której występował szef jednej ze spółek komunalnych.

Instytucje są o tyle istotne, że zapewniają powtarzalność określonych zachowań w przyszłości i zmniejszają niepewność wynikającą z udziału w życiu polityczno-samorządowym. Staną się regulatorem, do którego będą się odnosić i równać następcy prezydenta Truskolaskiego. Także dlatego, że będą czuć na sobie brzemię opinii publicznej, która nie pozwoli na odchylenia od tego wzorca. Uznają odziedziczoną polityczność opartą na instytucjach za wartość bardziej trwałą niż wybudowane drogi, które w końcu kiedyś trzeba będzie i tak remontować.

Gdy w kwietniu 2013 pytałem prezydenta czy ma żal, że białostoczanie się od niego odwrócili, odpowiedział, że nie ma podstaw do stawiania takiej tezy. Niedzielne głosowanie symbolicznie ją potwierdziło. Nie tylko dlatego, że w ciągu czterech lat gdzieś ubyło 20 proc. wyborców. O wiele bardziej istotne jest te brakujące 0,64 proc (595 głosów)., które przesądziło o drugiej turze.  Może przez głosy nieważne?. Tych więcej niż z jednym skreśleniem było w dzielę 930 . Nikt mi nie powie, że głosowanie na prezydentów mogło dostarczyć jakichkolwiek kłopotów logistycznych czy technicznych. Nawet osoby niepiśmienie potrafiłyby postawić krzyżyk w odpowiednim miejscu. Skoro zatem pojawiły się głosy nieważne, to być może nie bez kozery. Może w ten sposób ci wyborcy chcieli zamanifestować: że żaden kandydat nie był w stanie ich przekonać do siebie już w pierwszej turze.

Prezydent wygrał ze swoimi rywalami, ale przegrał na własne życzenie z większością białostoczan, która 16 listopada została w domach. I to o nich rozegra się w andrzejki walka między Tadeuszem Truskolaskim i Janem Dobrzyńskim (choć punkt wyjścia obu pretendentów będzie inny, także przez układ sił w radzie miasta i sejmiku.

Tusk, Budapeszt i utracony moment pędu

Jesienią 2006 roku przez Węgry przetoczyła się ogromna fala protestów. Madziarzy zbuntowali się przeciwko wypowiedzi premiera Gyurscyany’ego, która ujrzała wtedy światło dzienne (została wypowiedziana kilka miesięcy wcześniej): „Spieprzyliśmy sprawę. Nie trochę, ale bardzo… Gdybyśmy mieli zdać relację krajowi z tego, co zrobiliśmy przez cztery lata, co powiemy?”.

I potem jeszcze dodał: „kłamaliśmy rano, w południe i w nocy” i przyznał, że podczas poprzednich rządów jego partii Węgry przetrwały dzięki „boskiej opatrzności, obfitości gotówki w gospodarce światowej i setkom sztuczek”.

Gyurcsany poczynił te krzepiąco szczere uwagi podczas zamkniętego spotkania. Ale ktoś je nagrał i zrobił przeciek. Po jego wypłynięciu premier twierdził, że chodziło mu o to, by w dobitny sposób przekonać swoich kolegów o pilnej potrzebie przeprowadzenia na Węgrzech radykalnych reform gospodarczych, przez które rozumie wyższe podatki (jego partia obiecała, że będą obniżone) oraz cięcia budżetowe (jego partia obiecywała, że ich praktycznie nie będzie). I trzymał się tego, niezbyt pewnie, ale jednak.

Ludzie tolerują wiele rzeczy jeśli są „wstydliwie” zmiatane pod dywan. Ale premier Gyurscany przyznał cynicznie, że kłamał i oszukiwał. Świadomie wprowadził ludzi w błąd i co więcej przyznał że nie ma pojęcia jak z tego dołka wyjść. Po tych słowach przetoczyły się przez Budapeszt krwawe zamieszki. Trwały kilka tygodni, ale premier przetrwał. Ten, który oparł się społecznemu zadowoleniu z powodów obyczajów i przyzwoitości, teraz odchodzi pod ciężarem kryzysowych trudności ekonomicznych. Pod presją spodziewanej fali protestów nie politycznych, ale socjalnych. Obfitość gotówki w gospodarce światowej się skończyła, opatrzność od Węgier odwróciła, arsenał sztuczek się wyczerpał.

Presja społeczna w całej Europie jest tym czynnikiem, który może zmieść każdy rząd. Na całym tym wzburzonym europejskim morzu Polska wydaje się samotną wyspą. I chyba jest jedynym krajem w Europie, w którym władza prędzej zmieni się pod wpływem spraw i afer obyczajowo-koteryjnych niż socjalnych.

W taśmach, którymi od kilku dni żyje Warszawa i Polska, jako żywo odnajdujemy wątki budapesztańskie sprzed siedmiu lat. I mniej więcej taką samą logikę tłumaczenia tego, co usłyszeliśmy z nielegalnych nagrań dokonanych w mokotowskim szynku Sowa i przyjaciele. I nawet jeśli w poprzednich, kryzysowych sytuacjach byłaby ona atutem, to w tym przypadku nie ten wygra, kto ma racje (jeśli w ogóle ma), ale ten kto przekona do swoich racji. Z tego punktu widzenia na wczorajszej konferencji prasowej premier Donald Tusk zapomniał chyba, że odbiorcami jego logiki nie są dziennikarze, ale wszyscy Polacy.

W życiu bywa tak, że moment, nieraz minuta decyduje o losach polityka. Donald Tusk swoją szansę zaprzepaścił bynajmniej nie wczoraj, gdy po ujawnieniu podsłuchów pozostawił w rządzie ministra Sienkiewicza. Ani nie rok temu podczas sprawy Amber Gold czy wcześniejszej afery hazardowej lub wielu pomniejszych sprawa typu a’la złoty zegarek.

Zaprzepaszczenie tej szansy nastąpiło w marcu 2009 roku, gdy zamiast zmuszać posłów do wyboru między Sejmem a biznesem, powinien im podziękować. Być może przez ten krok straciłby dużo przyjaciół, partię, koalicję i premierostwo. Ale już wtedy prezydenturę miałby w kieszeni.

Gdyby premier wówczas to dostrzegł, nie musiałby wypowiadać potem słów o żyrandolu w pałacu, ani tym bardziej teraz patrzeć na to, jak jego partia się szarpie i traci resztki nadziei na to, że po latach niepodzielnego rządzenia wyborcy uwierzą w retorykę troski o dobro państwa.

Skazani na siebie

Po 1990 roku przedstawiciele mniejszości narodowych czy religijnych wielokrotnie byli zapraszani na listy wyborcze innych ugrupowań. Głównie lewicy, szczególnie tej postpezetpeerowskiej. Klasycznym przykładem takich długowiecznych aliansów są poseł Eugeniusz Czykwin czy w sejmiku Jan Syczewski. Z młodszego pokolenia  to chociażby Jarosław Matwiejuk. Jednak wyciągnięcie przed ośmiu laty przez PO ręki do prawosławnych przebudowało krajobraz samorządowy Białegostoku. Już nie pojedyncze osoby, ale całe środowisko uzyskało instytucjonalną podmiotowość w strukturach władzy lokalnej. Fotel wiceprezydenta, wiceprzewodniczącego rady, koło w radzie odzwierciedlały w praktyce zawarty przed laty sojusz.

W przypadku FMP  pozwoliło to wyjść poza krąg stygmatyzacji postrzegania mniejszości, jako satelitów lewicy. Wyrosło nowa generacja działaczy, które swoje aspiracje widziały w zupełnie innych afiliacjach. Nie chciała wiecznie czekać, aż poprawią się widoki na zastąpienie starszego pokolenia. Ono już w przeszłości posmakowało władzy, kolejne nie zamierzało dozgonnie zdawać się  na zrządzenie losu. Pierwszym krokiem do tego upodmiotowienia była konsolidacja w ramach wspólnej reprezentacji, konglomeratu różnych środowisk. Drugim znalezienie na tyle mocnego partnera, który swoim potencjałem gwarantowałby udział we władzy. Kimś takim przed ośmiu laty była Platforma, która szykowała się do niepodzielnego panowania w Białymstoku. Jej samej sojusz z FMP z jednej strony pozwolił poszerzyć elektorat, z drugiej odgrywać mecenasa środowisk mniejszościowych i prawosławnych. Skutecznie wykorzystała prawie już dekadę temu lukę zostawioną przez słabnące  SLD. Na efekty tego kompromisu nie trzeba było czekać długo.

To nie tylko współrządzenie w mieście, ale też preferencje w wyborach ogólnopolskich. Szczególnie widać było to podczas wyborów głowy państwa w 2010 roku czy też wyborów parlamentarnych w 2007 roku, a przede wszystkim 2011. Pokłosiem tych ostatnich jest to, że w przypadku objęcia euromandatu przez minister Kudrycką jej miejsce w Sejmie zajmie Aleksander Sosna. Oczywiście, jeśli się zdecyduje, ale w obecnych prognozach przed elekcją samorządową, a i zważywszy na fakt, że jest najsłabszych ogniwem w kwartecie wiceprezydentów, trudno sobie wyobrazić, by nie skorzystał z daru od losu. Nawet, jeśli miałoby to trwać jedynie 15 miesięcy. Przejście ze Słonimskiej na Wiejską oznacza zwolnienie fotela zastępcy prezydenta przez reprezentanta środowiska mniejszościowego, ale zważywszy na niezbyt odległy czas do wyborów samorządowych, zapewne FMP nie będzie domagało się od  prezydenta Tadeusza Truskolaskiego, by powierzył dotychczasowe obowiązku Aleksandra Sosny innej osobie z mniejszości.  Choć już teraz nie brakuje wśród przedstawicieli FMP osób znacznie lepiej predysponowanych do roli wiceprezydenta niż dotychczasowy ich emisariusz. Bardziej racjonalnym wydaje się jednak rozdzielenie dotychczasowych obowiązków czwartego zastępy pomiędzy trzech innych wiceprezydentów.

Jeśli w ciągu tych ośmiu lat dochodziło do różnicy zdań miedzy FMP i PO to miały one charakter symboliczny niż praktyczny. Choć nie brakowało momentów, w których PO nie potrafiła w pełni wykorzystać potencjału FMP. Tak jak podczas kampanii przed wyborami parlamentarnymi w 2007 roku. Tu wymowny jest casus Marka Masalskiego. Jeśli już Platforma zdecydowała się na afiliowanie przedstawiciela środowisk prawosławnych na listę sejmową, to powinna zrobić wszystko, by zapewnić mu takie poparcie i taką kampanię, dzięki której obalony zostałby dogmat, że głosują one na lewicę. Masalski najlepsze poparcie uzyskał w Białymstoku i w powiecie hajnowskim. To najlepszy dowód, że już wtedy była możliwy był „poselski przewrót mniejszościowy”, który de facto nie dokonał się do tej pory. Bo to Eugeniusz Czykwin startujący z list SLD jest posłem ze środowiska prawosławnego. Wymagało to jednak od strategów partyjnych Platformy innego podejścia. Tym bardziej, że uzyskany w 2007 roku mandat poselski przez Jarosława Matwiejuka był konsekwencją nie tyle jego lewicowości, a raczej reprezentowania środowiska, o które walczyła Platforma. I co ważne, nie w powiecie hajnowskim, ale w Białymstoku

Znacznie lepiej sojusz PO-FMP radził sobie podczas wyborów samorządowych. Apogeum było w roku 2010 i utrzymanie w białostockim magistracie oraz w radzie miasta bonusów z 2006 roku plus mandat Marka Masalskiego w sejmiku.

Dziś PO i FMP nadal są skazani na siebie. I to jeszcze bardziej niż dotychczas. Białostocka  Platforma, po ostatnich przejściach,  poza FMP nie ma innej alternatywy. W przypadku prawosławnych skupionych w Forum raczej nie jest możliwy nagły zwrot na lewo w stronę SLD. Tu różnice światopoglądowe jak chociażby in vitro są barierą nie do pokonania. Nie wspominając o Twoim Ruchu czy PiS. W tym drugim przypadku wołanie z 2007 roku podlaskiego posła tej partii Jarosława Zielińskiego: „bracia prawosławni chodźcie z nami” pozostało bez echa. Dlatego PO I FMP nie mogły zrobić nic innego, jak tylko nadal trwać przy sobie.  Z tą różnicą, że teraz pozycja FMP w tym aliansie jest mocniejsza niż do tej pory. Wczorajsze podpisanie listu intencyjnego o dalszej współpracy jest tego potwierdzeniem, co zresztą i tak już zostało zadeklarowane podczas ubiegłorocznego zjazdu miejskiej Platformy, na którym triumfował Robert Tyszkiewicz (zapraszam do artykułu „Układ-system białostocki”). Bo ogłoszenie deklaracji o przedłużeniu porozumienia już teraz, w szczycie kampanii do europarlamentu, jest bez wątpienia zwarciem szyków w odpowiedzi na to, co dzieje się w innych segmentach białostockiej sceny samorządowej.

 

MPEC. Dylematy prezydenta.

Jest ich sporo, choć nie natury polityczno-prawnej. Tu nadal obowiązuje uchwała radnych, mimo kilku prób jej uchylenia, o zezwoleniu na przeprowadzenie sprzedaży MPEC-u. Dodatkowo legitymizację Tadeusza Truskolaskiego (także polityczną, skoro w radzie nie ma większości, która postanowiłaby inaczej) wzmacnia też ubiegłoroczne referendum.

Oczywiście to nie jest tak, że – jak to mówił prezydent nazajutrz po głosowaniu – większość poparła jego punkt widzenia. Nieważne referendum oznacza jedynie, że zbyt mała liczba uprawnionych poszła do urn. Co nie zmienia faktu, że prezydent wciąż jest w prawie. I gdyby nawet, złożył podpis pod transakcją dzień po przegranych przez siebie kolejnych wyborach (lub nawet wtedy, gdyby w nich nie startował), to nadal byłby w prawie. Oczywiście w takim przypadku miałoby to wydźwięk co najmniej daleko posuniętej złośliwości i mściwości. Z jednej strony taki ruch byłby klasycznym jajem kukułczym zostawionym swoim następcom, którzy być może nie uznają prywatyzacji spółki za pożądane. Z drugiej strony skoro prezydent i tak nie realizowałby swojej wizji, to nie ma powodów, by sprzedawał MPEC. Wielokrotnie deklarował, że pieniądze są potrzebne na wkład własny do kolejnych inwestycji miasta, które planuje z unijną pomocą.

Póki te uwarunkowania się jednak nie zmienią, to jedyną przeszkodą, która może powstrzymać sprzedaż spółki, jest zbyt niska cena zaproponowana przez potencjalnego inwestora. Prezydent wielokrotnie wcześniej zapewniał, że nie odda spółki, jeśli nie otrzyma satysfakcjonującej oferty.

Jednak jaką miarą ją oceniać? Czy tylko widełkami wynikającymi z propozycji cenowej  firmy (jest nią ENEA Wytwarzanie) dopuszczonej jako jedynej do ostatecznych negocjacji. A jeśli tak to, czy nie powinno się to odbywać pro publico bono – przy otwartej kurtynie? Tym bardziej, że oferent od lat działa na białostockim rynku energetycznym i jest na nim potentatem, a  po przejęciu MPEC-u stanie się na tym rynku monopolistą. Na dodatek dochodzi kwestia budowanego źródła ciepła w spalarni i wtłoczenie tego, co wytworzy w przyszłości do miejskiego systemu cieplnego. Tak, by nie okazało się za parę lat, że z tego kotła para zamiast do grzejników bucha w niebo. Tyle że obecne działające źródła mają ponoć taką moc, że mogą obejść się bez kolejnego. Rozwiązanie tych wszystkich dylematów będzie najtrudniejszym sprawdzianem dla prezydenta u progu końca jego drugiej kadencji.

A może premier przeprosiłby Białystok za słowa sprzed roku

Od maja w Białymstoku nie doszło do żadnego poważnego incydentu na tle rasistowskim – tak wynika z raportu MSW. Dokument powstał po serii ubiegłorocznych incydentów i wizycie ministra Bartłomieja Sienkiewicza, który wypowiedział słynne słowa pod adresem autorów tych incydentów: „Idziemy po was”. Paradoks polega na tym, że służby policyjne po dwunastu miesiącach do nikogo nie dotarły i nadal nie wiemy, kto stał za podpaleniami mieszkań cudzoziemców. Natomiast Białystok nadal przedstawiany jest siedlisko zachowań skrajnie ksenofobicznych (ostatnio choćby w „Polityce”). Choć od roku nic poważnego się nie stało.

Dowodzi to, jak trudno pozbyć się przyklejonej raz na zawsze łatki. Zwłaszcza w zdigitalizowanym świecie, w którym skrajne incydenty kształtują wyobrażenia ludzi o innych miejscach, bardzo szybko przekraczając wszelkie granice. Zarówno te haniebne o podłożu ksenofobicznym, jak i te wypowiedziane w dobrej wierze, choć znacznie wcześniej niż pomyśli głowa. A takimi bez wątpienia były słowa premiera Donalda Tuska o niepokojących powiązaniach świata kryminalnego ze światem publicznym Białegostoku. Po nich blady strach padła na miasto, bo dosłownie każdy jego mieszkaniec był w sferze podejrzeń. Już wtedy, nawet jeśli szef rządu miał ku temu przesłanki, słowa zostały wypowiedziane, zbyt pochopnie. Po roku widać to dobitnie.

Skoro nie udało się ustalić tych powiązań, nikt nie został zatrzymany, nikomu nie przedstawiono zarzutów, nikomu nie wytoczono procesu, to może Białystok usłyszy od premiera jedno słowo: przepraszam. To być może pomogłoby w zdjęciu tej fatalnej etykiety, choć nie zwalnia to od dalszej pracy od podstaw, by wyjałowić glebę miejską od chęci nie tylko działań, ale wręcz myślenia ksenofobicznego.

 

Obywatele miasta B.

Wiedziałem, że tak będzie – tak w zasadzie mogę speuntować to, co dzieje się wokół tegorocznego budżetu obywatelskiego. W piątek napisałem, że w roku wyborczym stał się przedmiotem licytacji partyjnej i środowiskowej w białostockim samorządzie. I że możemy spodziewać się dalszej walki o pierwszeństwo bycia bardziej obywatelskim. Jednak to, co wydarzyło się od piątku, zakrawa już na groteskę.

Dlatego powtórzę jeszcze raz: dla Białegostoku fundamentalne znaczenie ma jesienna elekcja samorządowa, także na szczeblu wojewódzkim. Decyzje lub ich brak przy urnie zaważą na naszej przyszłości. Koncentracja społecznej aktywności na budżecie obywatelskim i oddanie bez „walki” jesiennej elekcji będzie przysłowiową wodą na młyn dla zakonserwowanych aktorów sceny partyjno-samorzadowej.

Co prawda oni, podobnie jak przyroda, już dawno przebudzili się z letargu, jednak w przeciwieństwie do natury, nie zwiastuje to wiosny. Raczej przypomina przedwcześnie wyrwanego z zimowego snu niedźwiedzia. Niby coś pomruczy, zaryczy, pomacha łapą, ale tak na dobrą sprawę chciałby pospać jeszcze jedną kadencję. Jak nie u władzy, to chociaż w opozycji.

Zamiast rautu

Atrakcyjność gospodarcza Białegostoku – to tytuł dwudniowej konferencji, którą w połowie czerwca magistrat organizuje w partnerstwie z Suwalską Specjalną Strefą Ekonomiczną. O ile tytuł może nie jest zbyt najszczęśliwszy, to pomysł zaproszenia kierowników wydziałów promocji handlu i inwestycji polskich placówek dyplomatycznych zasługuje na uznanie. Nawet jeśli jest pokłosiem programu Rozwój Polski Wschodniej. Trudno bowiem znaleźć lepszych ambasadorów naszych interesów poza granicami kraju.

Czy przełoży się to na wzrost notowań Białegostoku wśród inwestorów zależy od tego, jaką ofertę pokaże miasto dyplomatom. Nie mam tu na myśli tej tzw. części artystyczno-kulturalnej, bo ta – zgodnie z wymogami przetargu na obsługę konferencji – zapowiada się okazale. Ba, przewidziano nawet próbę generalną. Chodzi o to, by pokazać przejrzystą wizję, dokąd chce zmierzać Białystok. Tak, by po powrocie na placówkę dyplomaci nie mieli oporów przed ukazaniem jej światu.

Co więcej, białostockie przyjęcie dyplomatów oznacza, że doroczny, czerwcowy raut prezydencki, traci rację bytu („Cztery rauty i niedosyt”). Wszystko to, co zdaniem magistratu uzasadniało w poprzednich latach jego organizowanie, teraz zawiera się w tej dwudniowej biesiadzie.

Nasze Złotko. Panie prezydencie, Panie marszałku, miejcie odwagę!

Nasze Złotko. Tym tytułem (nawiązującym do określenia siatkarek-podopiecznych Andrzeja Niemczyka) określiłem w połowie lipca 2013 roku Kamilę, wtedy jeszcze Stepaniuk, dziś już Lićwinko. Skoczkini wzwyż z Podlasia Białystok wywalczyła w lipcu 2013 roku pierwsze miejsce podczas uniwersjady. I choć rangą studenckim zmaganiom w Kazaniu daleko do mistrzostw świata, to nie da się ukryć, że nasza lekkoatletka była w życiowej formie. Miesiąc wcześniej pobiła prawie 30-letni rekord kraju. W Opolu białostoczance zabrakło 1 centymetra do pokonania magicznej granicy dwóch metrów.

Bez względu na to, czy Kamila Stepaniuk z tych najważniejszych 2013 roku zawodów rozgrywanych w Moskwie wróciłaby z tarczą czy na tarczy, to i tak już była murowaną faworytką do tytułu sportowca roku w Podlaskiem. Kamili w stolicy Rosji się nie powiodło, ale co się odwlecze to nie uciecze. Białostoczanka  życiowa formę potrafiła zachować przez kilka miesięcy. Potwierdziła to tegorocznymi wynikami w hali, kilkanaście dni temu pokonała owa granicę 2 metrów i zdobyła mistrzostwo kraju. „Kropkę nad i” postawiła dzisiaj w Sopocie na mistrzostwach świata. Skoczyła 2 metry i wspólnie z Rosjanką Marią Kucziną zdobyła złoty medal. To największy sukces białostockiej lekkoatletyki od czasów triumfów nieżyjącego już Waldemara Kikolskiego na paraolimpiadach, w klasycznych zawodach kulomiotki Krystyny Danilczyk-Zabawskiej.

Za ubiegłoroczne sukcesy wyróżniliśmy w lutym Kamilę Złotymi Kluczami Porannego 2013. Nie było jej na gali, bo przygotowywała się do mistrzostw świata. Odbierający w jej imieniu nagrodę prezes Podlasia Białystok prosiłby trzymać za Kamilę kciuki. Nie wątpię, że dzisiaj zaciskało je nie tylko wielu Podlasian. Nie ma też wątpliwości, że za rok Nasze Złotko będzie triumfowało na dorocznej Gali Podlaskiej Rady Olimpijskiej.

Co ważne, Kamila Lićwinko  reprezentuje dyscyplinę, która obok pływania i gimnastyki jest fundamentem rozwoju fizycznego. I najlepszym dowodem, jaki potencjał właśnie w lekkoatletyce ma Białystok. Od wyłuskiwania młodzieży przez prowadzenie w wieku juniorskim, aż po sukcesy na arenach światowych. Pokazuje to dobitnie nie tylko złoto studentki Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego i Turystyki, ale też wyniki innych naszych lekkoatletów. Dobrze, że po latach dogmatycznego zapatrzenia w szmacianą piłkę kopaną zaczęli w końcu to dostrzegać białostoccy decydenci odpowiedzialni za promocję przez sport. Bo też dla promocji Białegostoku Kamila uczyniła mniej więcej tyle samo, co twórcy łazika marsjańskiego Hyperiona. Studentów Politechniki Białostockiej prezydent docenił przyznając im specjalne nagrody. Mam nadzieję, że nie będzie zwlekał z takim samym wyróżnieniem dla Kamili. Co prawda w maju przyznaje doroczne nagrody i stypendia dla sportowców za poprzedni rok. Zapewne w gronie laureatów znajdzie się też Kamila (za rekord Polski i złoto uniwersjady), podobnie już jest murowanym faworytem do tego samego wyróżnienia w przyszłym roku (za złoto Mistrzostw Świata w Sopocie). Tu jednak chodzi o ekstra nadzwyczajne docenienie Kamili Lićwinko za promocję Białegostoku. Ufam, że swoje i to nie małe trzy grosze, dorzuci marszałek. W końcu jest nauczycielem wychowania fizycznego. Dla promocji miasta Kamila Lićwinko zrobiła więcej niż Jagiellonia przez wszystkie lata, dla promocji województwa – więcej niż Opera Podlaska.

O naszych dwóch decydentach wspomniałem nie bez kozery. Gdy Zbigniew Bródka wywalczał w Soczi złoty medal w panczenach, a tydzień później srebrny dorzuciła nasza drużyna kobieca oraz brązowy ich koledzy, przez Polskę jak długa i szeroka poszło błaganie pod adresem krajowych polityków, by w końcu zbudowali kryty tor dla łyżwiarzy szybkich. Decydenci gremialnie odpowiedzieli, że teraz już nie mają wyjścia i go wybudują. Dopóki go nie zobaczę, to nie uwierzę. Chociaż paradoksalnie tych sukcesów panczenistów zapewne by nie było, gdyby nie musieli zmagać się nie tylko z wiatrem i zimnem, ale też i pod wiatr. Przeciwności hartowały ich do tego stopnia, że musieli w końcu te medale wyślizgać. Bo prawda jest taka, że w Polsce to nie ekstra obiekty są gwarantem sukcesów sportowych. Koronnym dowodem jest piłka nożna. Stadiony wyrosły jak grzyby po deszczu, niektóre za grube miliony, by nie powiedzieć miliardy, i nic. Im większe boiska, tym coraz słabsze wyniki. I nie pomogą najlepsi trenerzy magicy, którzy swoimi poczynaniami jeszcze bardziej pogłębiają dno polskiej piłki nożnej.

Po złotym medalu Kamili Stepaniuk można analogicznie zaapelować: Panie prezydencie, Panie marszałku, nie czekajcie, zbudujcie w Białymstoku  halę sportową z prawdziwego zdarzenia. Paradoksalnie lekkoatletom nie jest ona potrzebna, bo do treningu wystarczy im baza, którą mają. Są zahartowani z wiatrem i pod wiatr. Taka hala bardziej jest potrzeba miastu i województwu. Wielofunkcyjna dla sportu wszelakiego, zwłaszcza zespołowego, biznesu, rozrywki, kultury. Ile Białystok i region traci bez takiego pod każdym względem, widać na przykładzie Sopotu. Nie twierdzę, że i w Białymstoku rozegrane byłyby mistrzostwa świata. Do tego potrzebne jest lotnisko, a jak wiadomo u nas go nie będzie.

Problem w tym, że widoki na halę są znacznie mniej optymistyczne niż było to podczas planowania pierwszej perspektywy unijnej. Kto miał postawić hale, ten postawił. Białystok miał wtedy inne priorytety. I to zaniechanie, bądź może bardziej niedostrzeżenie potencjalnych korzyści, znacznie większych niż wynikających z budowy stadionu, dziś odbija się czkawką. Bo Bruksela niezbyt przychylnym okiem patrzy na wznoszenie takich obiektów. Chyba, że się ją przekonana do tego, że taki obiekt nie tylko będzie służył sportowcom, biznesowi, naukowców, ale przyczyni się do swoistej rewitalizacji ekonomicznej i społecznej okolicy, w którym zostanie wybudowany. Tylko czy prezydenta i marszałka stać na taką błyskotliwość i odwagę? A także tych, którzy będą ich następcami po jesiennych wyborach?

PS. 1. Całe szczęście, że działacze i sędziowie zawodów w skoku wzwyż mieli więcej odwagi i rozwagi i nie bali się przyznać dwóch złotych medali. Jakże tego zabrakło osobom, którzy decydowali o medalach podczas łyżwiarstwa w Soczi. Tak na dobrą sprawę powinni przyznać dwa pierwsze miejsca za bieg, w którym Zbigniew Bródka był o 0,003 sekundy lepszy od Holendra. Wiem, że jest regulamin, ale czy jest rozmieniać się na drobne, gdy dwaj zawodnicy osiągają taki sam czas, co do setnych sekundy. Przecież zgodnie z regulaminem sobotnich zawodów skoku wzwyż przy takim samym osiągnięciu powinna być dogrywka. A jednak z niej zrezygnowano i przyznano dwa złota. Chyba bardziej to po sportowemu niż na torze w Soczi.

PS. 2. Dwa złote medale dla Kamili i jej rywalki z Rosji pokazują jak sport, w którym też jest rywalizacja i walka, potrafi pięknie łączyć, a nie dzielić. W odróżnieniu od polityki. Który hymn zgrają pierwszy? To chyba oczywiste. Wszak od dziesiątków lat w sporcie ugruntował się obyczaj, że goście pod tym względem mają pierwszeństwo. Oby nikomu do głowy nie przyszło pogwałcenie tego kurtuazyjnego przywileju. Nie bądźmy tacy, jak niektórzy politycy, którzy wszelakie prawa mają za nic.

Wielka stopa uwiera miasto

Kilka dni temu napisałem, że projektowi przyszłorocznego budżetu miasta Białystok nie sposób odmówić racjonalności.. – To budżet bezpieczny, bez fajerwerków, ale zarazem rozsądnej kontynuacji, bardzo realny – mówił prezydent Tadeusz Truskolaski prezentując projekt planu miejskch dochodów i wydatków w 2014 roku.  I trudno w gruncie rzeczy z takim poglądem się nie zgodzić. Chociażby dlatego, że mamy koniec perspektywy unijnej, miasto finalizuje wcześniejsze inwestycje, z nowymi wstrzymuje się do kolejnego rozdania, co najwyżej kompletuje wstępną dokumentację projektów. Widać to po zaplanowanych dochodach, które będą na poziomie tych z 2012 roku. Najbardziej jednak w oczy rzuca się deficyt – wyjątkowo niski jak na ostatnie lata. Trochę też na przekór prawidłowości, że rok wyborczy sprzyja rozdawaniu pieniędzy. Zapewne budżet od takich pierwiastków nie jest wolny (np. promocja), swoje będą też chcieli dorzucić radni. Dla tych, którzy myślą o reelekcji, to wymarzona okazja, by pokazać wyborcom, że są w stanie dla nich wywalczyć więcej niż przysłowiowe trzy grosze. Nie należy się jednak spodziewać, by wyborcza ekspresja wpłynęła na deficyt, co z kolei przełożyłoby się na zobowiązania.

Tym bardziej dziwi, że na wczorajszym pierwszym czytaniu planu dochodów i wydatków na sesji rady miasta racjonalizm argumentacji prezydent  uzupełnił o  wyniki sondażu ogólnopolskiego dla „Gazety Wyborczej”. Z ankiety wynikało, że Białystok jest na czwartym miejscu wśród miast, których mieszkańcy najwyżej oceniają poziom świadczonych usług przez gminę. Dla rządzącego włodarza taki wynik to przysłowiowy dar od nieba, po dość niespodziewanie trudnym – jak na wcześniejsze prognozy – roku 2013 okraszonym fatalnym przygotowaniem do wejścia w życie fatalnej ustawy śmieciowej, referendum w sprawie MPEC czy kryzysie w popierającym go dotychczas środowisku Platformy. Oczywiście żaden polityk nie omieszkałby nie wykorzystać takiej okazji sondażowej, by błysnąc medialnie. Co prawda prezydent nadal uparcie powtarza, że jest co najwyżej samorządowcem a nie politykiem, ale praktyka codzienna temu przeczy. Paradoks polega na tym, że prezydent tego nie dostrzega albo nie chce dostrzegać, a równolegle swoim oponentom zarzuca partyjność decyzji. I ten ton we wczorajszym ustnym uzasadnieniu prezydenta  do projektu uchwały budżetowej dało się wyczuć.

Niemniej trudno polemizować z wynikami ogólnopolskiego sondażu. Podobnie jak z danymi GUS o stopie bezrobocia w miastach wojewódzkich. Z informacji przytoczonych przez „Rzeczpospolitą” wynika, że Białystok jest na ostatnich – 16 – miejscu. Bez pracy w październiku było 13,6 proc. białostoczan. Razi skala, ale też korelacja z innymi miastami na wschód od Wisły. W  Olsztynie – 8 proc. bezrobocie, w Rzeszowie – 8, 1, w Lublinie 9,9 proc. No, ale o tym prezydent uzasadniając budżet nie wspomniał. Szkoda, bo to dopełniłoby obraz Białegostoku roku 2013, a ponadto udowodniło, że prezydent do wyników, wskaźników, danych sondażowych nie podchodzi instrumentalnie w myśl zasady: „co dobre na świecznik, co złe – cisza grobowa”.

To prawda, że samorząd nie tworzy miejsc pracy. Poza takimi wyjątkami jak magistrat, spółki miejskie jednostki budżetowe oraz jednostki samorządowe innych szczebli z dominowaną przez tą samą opcję towarzysko-partyjną (w przypadku licznej reprezentacji popierającej prezydenta w radzie miasta ma to dość istotne znaczenie). Faktem jest natomiast, że samorząd powinien zapewniać jak najlepsze warunki do ściągnięcia przedsiębiorców, których inwestycje mogą przyczynić się do zmniejszenia bezrobocia.

Skoro stopa bezrobocia urosła do największych rozmiarów wśród miast wojewódzkich, czy to oznacza, że białostocki samorząd tworzy te warunki znacznie poniżej tego, co w innych miastach? Albo są może obiektywne przyczyny, które decydują, że dla nikogo tak naprawdę Białystok nigdy nie będzie ziemią obiecaną?

I dlatego czasami, by mimochodem nie strzelić sobie samobója, lepiej nie ulegać pokusie marketingu polityczno-samorządowego. Bo miarą wielkości samorządowca, włodarza, polityka, jest wszelkiej maści celibat od celebracji faktów medialnych. Nawet jeśli są powody do zadowolenia. Bo doprawdy niewiele trzeba, by inny fakt medialny przyniósł  zimny prysznic.

PS. Wyniki sondażu dla „Gazety Wyborczej” w kontekście przyszłorocznych wyborów potwierdzają to, co napisałem w sierpniu w tekście „Od inkumbenta partyjnego do prezydenta postobywatelskiego”. Urzędujący prezydenci zawsze mają przewagę nad swoimi potencjalnymi rywalami. Z wielu powód (także tych samych prawidłowości, dla których w pierwszym sondażu 2006 roku badani widzieli w urzędującym wówczas prezydencie Ryszardzie Turze najlepszego kandydat na kolejną kadencję, choć ten wcale nie określił, czy będzie ubiegał się o rereelekcję – ostatecznie spasował). Jednak istoty pozycji i roli inkumbenta w przypadku prezydenta Tadeusza Truskolaskiego nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od tego, co dzieje się białostockim PiS („Miastu potrzeba nowych twarzy”) oraz SLD („Między podlaską a miejską lewicą”) i białostockiej PO (Defragmentacja POdsystemu).

Podlaskie garnitury na brukselskich salonach

Już widać pierwsze przymiarki do skrojenia kolejnej oferty dla regionu na jego przedstawicieli w Brukseli. Za pół rok kandydaci w swoim CV zapewne wpiszą walkę o świetlaną przyszłość Podlaskiego. Ci w starym, znoszonym garniturze (także na krajowych salonach) będą przekonywali, że się nie poddawali, że uczynili wszystko, co się dało, że po raz kolejny zrobią, co tylko się da. W podobny ton uderzą ci w nowych garniturach, nie zdając sobie nawet do końca sprawy, dlaczego ich w nie odziano. Pamietajmy jednak, że w odróżnieniu od zasłony w sklepowej przymierzalni, za kotarą wyborczą wybranego garnituru nie da się zmienia wcześniej niż za pięć lat.

Wspominam o tym pomny 2009 roku. Oferta skrojona wtedy dla naszego województwa przez dwóch głównych graczy centralnej polityki nijak nie odzwierciedlaa interesu regionu. Ostatnie cztery lata pokazują to dobitnie. I dlatego, decydując się za rok na kolejny brukselski garnitur, pamiętajmy, że chociaż akurat to szycie najbardziej optymalnie odzwierciedla aspiracje partyjnego aparatu, to wcale nie musi być dla reszty trendy. Bo wybory do europarlamentu to zupełnie inna klasa i wymagaj1 znacznie lepszego materiału.

Patent na ceodwa w opozycji do szczytu klimatycznego

I znowu, tym razem w Warszawie i to przez dziesięć dni, specjaliści od klimatu i od świata lamentować będą nad potrzebą ograniczenia emisji gazów. Wszyscy zapewne będą chcieli (mniej lub bardziej, skąpo lub hojnie, realnie lub werbalnie) walczyć z ociepleniem klimatu.

Paradoks polega jednak na tym, że przyroda poradzi sobie sama, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. Ci co najwyżej mogą żerować na jej ochronie. Przecież gdyby światu groziło zlodowacenie, to wówczas dzisiejsi apologeci walki z ociepleniem klimatu, krzyczeliby: uwolnić gazy cieplarniane, więcej dwutlenku węgla.

Bo też cały problem z ochroną klimatu zrodził się wtedy, gdy wzięli się za niego ludzie.  Niepotrzebnie, od milionów lat przyroda ma własny patent na ceodwa. I sama z nami wyrówna rachunki. Tragiczny przykład Filipin pokazuje jak bardzo. I żadne gadanie klimatologów w Warszawie tego nie zmieni. Dziś pieniądze, które pochłonie ich nasiadówa na Stadionie Narodowym, bardziej potrzebne są w Azji Południowo-Wschodniej. Do niej, zamiast przyjeżdżać na zjazd do Warszawy, klimatolodzy i urzędnicy powinni lecieć z odsieczą. Jej mieszkańcy przeżywają swoje „Pojutrze”, choć bez grama śniegu.

Podobnie byłoby zapewne na półkuli północnej, gdyby scenariusz wieszczony w tym hollywoodzkim filmie katastroficznym się potwierdził. Z tym, że w wizji kataklizmów spowodowanych anomaliami geologiczno-astronomiczno-fizycznymi zawsze scenarzyści znajdowali miejsce na w miarę jakiś tam happy end. W rzeczywistości takiego szczęśliwego końca nawet garstka może nie doświadczyć.

 

Listopadowe Święto Niepodległości. Białystok 2013

11 listopada 1988. Białystok, cmentarz przy dzisiejszej ul. 11 listopada. Ulicy, która oficjalnie od 20 grudnia 1990 roku nosi imię na cześć odzyskania  przez Polskę niepodległości w 1918 roku (poprzedni była to ul. K. Świerczewskiego-już pierwsza adnotacja o jej zmianie datuje się na jesień 1989 rok) Ale wtedy, 11 listopada 1988 roku, w 70. rocznicę powrotu kraju na mapę świata, nie można było tego jeszcze odchodzić oficjalnie. Dlatego apel poległych był niemalże konspiracyjnym spotkaniem. Wielu białostoczanom utkwił na zawsze w pamięci także dlatego, że prowadził  go, zaledwie na dwa i pół miesiąca przed śmiercią, Wiesław Kazanecki. Poeta czynił to dostojnym, niemalże mistycznym. Bo twórczość jego miała coś z miscytyzmu.

10 listopada 2013 roku. W przeddzień 95. rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę prezydent Tadeusz Truskolaski rozdał białotoczanom tysiąc biało-czerwonych flag. Po południu uczestniczył w capstrzyku na wojskowej nekropolii przy ul. 11 Listopada.

Historyk Andrzej Lechowski poprowadził wieczorem czarujący spacer (na zdjęciu) śladami białostoczan, którzy przyczynili się do tego, że w listopadzie 1918 roku i w lutym 1919 roku Polacy byli gotowi na niepodległość. Dzięki ich tytanicznej pracy oświatowo-kulturalnej niemalże od początku XX wieku tak pięknie obudziło się myślenie narodowe Polaków w tak bardzo zróżnicowanym ówcześnie Białymstoku.
Białystok jest jednym z nielicznych miast w Polsce, w których są podwójne rocznice: 1 września–17 września, 11 listopada–19 lutego, 15 sierpnia–22 sierpnia. Nie chodzi o to, by świętować w opozycji do kalendarium państwowego, ale by w końcu słowa o inkorporacji historii miasta do pamięci białostoczan stały się ciałem a nie tylko ładnie brzmiącym pustosłowiem. Nie da się tego uczciwie i rzetelnie przeprowadzić, jeśli nic się nie zmieni w obchodach wspomnieniowych. Andrzej Lechowski wigilijną gawędą niepodległościową pokazał jak można to zrobić w sposób niebanalny, a zarazem obywatelski.

I ostatni element preludium do Święta Niepodległości, czyli białostockie marsze. Ten pierwszy –  Marsz Niepodległości sprzed pomnika marszałka Piłsudskiego przeszedł na cmentarz wojenny przy ul. 11 Listopada.zorganizowany po raz trzeci przez społeczny komitet, w którego skład weszły m.in. Klub Więzionych Internowanych i Represjonowanych, NSZZ „Solidarność”, Civitas Christiana, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, Patriotyczne Podlasie, miejscowy hufiec ZHP i NZS Białystok

Ten drugi – Marsz Niepodległej Polski – odbył się wcześniej, przeszedł z Rynku Kościuszki na cmentarz przy ul. 11 listopada. Zorganizowały go środowiska narodowe.

Marzy mi się, by białostoczanie, którzy uczestniczyli we wspomnianych  wydarzeniach dnia dzisiejszego ( i nie tylko)  spotkali się w poniedziałek  na oficjalnych uroczystościach na Rynku Kościuszki. Nawet jeśli na co dzień może  ich dzielić wszystko, to ta jedna chwila powinna odsunąć na bok animozje, anse, urazy. Bo w odróżnieniu od białostoczan, którzy przed ćwierć wiekiem rocznicę niepodległości obchodzili konspiracyjnie, dziś mogą świętować legalnie. Na Rynku Kościuszki starczy miejsca dla wszystkich.

I co najważniejsze: pamiętajmy, że niewiele brakowało, by w ogóle byśmy tego święta nie obchodzili, bo Białystok po II wojnie światowej  miał leżeć w granicach Związku Radzieckiego. W końcu wiele razy Stalin powtarzał aliantom: „To prawda, że Lwów nigdy nie był rosyjski, ale Białystok był”. Nie wiem, co w ostateczności odwiodło Stalina (niech dociekają to historycy), ale wiem, że gdyby się uparł, to nic go nie byłoby w stanie zatrzymać. Ani Churchiill, ani Roosvelt, ani polscy komuniści, którzy zgodzili się na trakt graniczny, wbrew postanowieniom jałtańskim, odbiegający na północnym-wschodzie od linii Cuerzona. To spowodowało, że chociażby Suwalszczyzna Sopoćkińska znalazła się po tamtej stronie granicy.

Z tej perspektywy dzisiejsze rozważania razem czy osobno świętować Dzień Niepodległości byłyby bezprzedmiotowe. W ogóle byśmy święta 11 Listopadowego w Białymstoku nie obchodzili. Podobnie jak nie jest to dane Polakom, którzy zostali po tamtej stronie granicy. Pewnie Białostocczyznę dotknęłaby kolejna fala deportacji na Wschód, przed którą jedyną ucieczką byłaby repatriacja na Zachód. Zapewne Białystok byłby dziś drugim Grodnem, a wszystko to, co w mieście wydarzyło się od 26/27 lipca 1944 roku, po prostu by się nie wydarzyło.

Pamiętajmy  o tym (zanim będziemy odsądzać od czci i wiary), bo jak pisał Wiesław Kazanecki:

 ***

        Jeżeli myślisz  o kraju,
gdzie ludziom śnią się pieśni niepokorne
i czarne woalki nad twarzami kobiet
i jaskółki sztandarów,
tuż nad ziemią,
wróżące burzę i krew,
myślisz o Polsce.

 

 

Słońce świeci nad Białymstokiem, w Dolinie Krzemowej papierowy księżyc

Prezydent Tadeusz Truskolaski, Włodzimierz Kusak oraz p.o. dyrektora Białostockiego ParkuNaukowo-Technologicznego gościli w Kalifornii. Podczas szczytu naukowo- technologicznego „Poland- Silicon Valley Science and Technology Summit 2013” w San Francisco podpisali  porozumienie o współpracy: z Polsko-Amerykańską Rada Współpracy (US-Polish Trade Council) z siedzibą w Palo Alto. Według informacji zamieszczonych na stronie białostockiego magistratu umowa to początek współpracy Białegostoku z Doliną Krzemową, która ma przynieść wiele korzyści miastu i regionowi.  Nic tylko przyklasnąć. Zwłaszcza, że lada miesiąc ma nastąpić przekładane od kilku miesięcy otwarcie Białostockiego Parku Naukowo-Technologicznego.

W tym samym czasie, w tej samej Kalifornii, w tej samej Dolinie Krzemowej, na stażu przebywa Jolanta Koszelew, była dyrektorka Bialostockiego Parku Naukowo-Technologicznego. Od czerwca prosiła prezydenta, by udzielił jej urlopu na staż nie tylko korzystny dla kierowanego przez nią parku, ale na dodatek w całości finansowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ponieważ termin się zbliżał, a prezydent zwlekał, dyrektor Koszelew spakowała manatki i odeszła z pracy. W rozmowie z Porannym tak opisała tę sytuację: „Bezpośrednim powodem było to, że nie dostałam urlopu na planowany od dawna wyjazd na dwumiesięczny staż w kalifornijskim Uniwersytecie Stanforda i w firmach Doliny Krzemowej. Pierwsze podanie o urlop złożyłam 4 czerwca. Dzień wcześniej rozmawiałam z panem prezydentem. Zapytałam o możliwość udzielenia mi urlopu na podniesienie kwalifikacji zawodowych. Od razu pragnę wyjaśnić: to nie jest staż naukowy, ale bardzo ściśle związany z zadaniami, które realizowałam w parku: transfer technologii, komercjalizacja, inkubacja firm. Wyjeżdża na niego dużo osób z Polski. Uznałam, że mogę starać się o urlop na podniesienie kwalifikacji. Taką możliwość przewiduje Kodeks pracy i wiele pracowników w kraju z tego przywileju korzysta. Na swoje czerwcowe podanie nie otrzymałam odpowiedzi. Później dostałam informację, że urlop płatny w zasadzie nie wchodzi w grę, ewentualnie bezpłatny. Podanie złożyłam w lipcu. I też pozostało bez echa. We wrześniu z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego otrzymałam umowę na staż. Był w niej punkt, że w przypadku, gdy wyjazd nie dojdzie do skutku, muszę zwrócić w całości koszty z nim związane. Ponieważ zbliżał się termin złożenia dokumentów, podpisałam umowę z resortem. Jednocześnie po raz trzeci wystąpiłam do prezydenta z zapytaniem o urlop. I po raz kolejny nie doczekałam się odpowiedzi. Ponieważ byłam zatrudniona na podstawie zwykłej umowę o pracę, to przysługiwał mi miesięczny okres wypowiedzenia. I z tego prawa skorzystałam 30 września. Zresztą już podczas czerwcowego spotkania z panem prezydentem jasno zadeklarowałam, że jestem zdecydowana wyjechać za wszelką cenę, bo ten staż jest ważny zarówno dla parku, jak i dla mnie. Brak reakcji ze strony pana prezydenta był bezpośrednim powodem rozstania się z parkiem i magistratem. Nie miałam innego wyjścia”.

Warto przeczytać tę rozmowę, bo ona pokazuje białostockie ograniczenia subiektywne transferu nauki, technologii, biznesu, innowacji. I tego nie zmieni podpisane porozumienie w Dolinie Krzemowej. Odnotowując kolejną prezydencką podróż dalekiego zasięgu może na razie lepiej powstrzymać się od retoryki, że współpraca zainicjowana w czwartek przyniesie miastu i regionowi wielorakie korzyści. Pożyjemy, zobaczymy. Tym bardziej, że nie brakuje innych, pozasamorządowych sygnałów, świadczących o cieniach nad takimi terminami jak innowacja, komercjalizacja badań i transfer technologii. Póki  co zanosi się na papierowy Księżyc.

PS:

1. Takim najbardziej symbolicznym, choć mało obecnym w przestrzeni medialnej, przykładem pogorszenia klimatu było, to że firma z branży IT tak bardzo hołubiona przez władze za otworzenia swojej siedziby w Białymstoku, teraz realizuje prestiżowy konkurs dla programistów z parkiem naukowo-technologicznym w Gdyni.

2. Gdy Jolanta Koszelew rozpoczynała trwający staż na Uniwesrytecie Standforda, organizatorzy przedstawiali ją jako naukowca Politechniki Białostockiej oraz dyrektora Białostockiego Parku Naukowo-Technologicznego. Byli zdziwieni jej wyjaśnieniami, dlaczego na fiszkach, plakietkach, w materiałach oficjalnych reklamujących szkolenie, powinni ją przedstawiać tylko jako naukowca z Politechniki Białostockiej.

3. Zwrot użyty w tytule odnosi się do sformułowania wypowiedzianego przez przewodniczącego rady miasta Włodzimierza Kusaka użytego podczas otwarcia nowego odcinka Trasy Generalskiej, że nad Białymstokiem od 2006 świeci słońce.

4. Papierowy księżyc – tytuł szlagieru Haliny Frąckowiak z lat. 80 W pierwszej zwrotce jest o San Francisco, w drugiej o Jokohamie. W odróżnieniu od bohatera piosenki nasz prezydent był w obu tych miastach. Z Japonii przywiózł kongres esperantystów, z Kalifornii  – via Katowice – papierową obietnicę.

Manewr okrążający na Trasie Generalskiej

Wielokrotnie w ostatnich latach zarówno władze miasta, jak i radni udowodnili, że mają kłopot z patronami ulic i skwerów. Do tego stopnia, że między samorządowcami dochodziło do ostrych konfliktów. Emocje sięgały zenitu zwłaszcza wtedy, gdy nad proponowaną nazwą swój cień kładła historia oraz autorstwo pomysłu. Tak jak w maju roku 2008 roku, gdy niektórzy białostoccy radni PiS wytoczyli ciężkie argumenty przeciwko nazwaniu jednego z rond imieniem Mikołaja Kawelina, przedwojennego prezesa Jagiellonii, fundatora wielu imprez w okresie międzywojennym, ale wcześniej pułkownika wojsk carskich. Ten epizod z jego barwnego życia okazało się dla radnych PiS nie do przełknięcia. Uważali, że najpierw powinno się oddawać hołd zasłużonym Polakom.

W styczniu 2012 roku usłyszeliśmy ze strony radnych Forum Mniejszości Podlasia, że patronami ulic powinny być osoby krystaliczne, żeby nie wywoływać niesnasek. I z tego powodu nie zgodzili się, by na osiedlu Zawady wśród ulic, którym patronowali bohaterowie sienkiewiczowskiej trylogii był Książę Jarema Wiśniowiecki.

Innym razem trudno było zrozumieć opór niektórych radnych PO przeciwko temu, by rondu na wylocie na Augustów patronował marszałek Krzysztof Putra.

Czasami dyskurs patronacki wchodzi zupełnie na inną orbitę i przybiera opozycję:  Białystok-reszta świata. Zwolennicy tej drugiej opcji nieraz argumentowali, że nie możemy zamykać się na postaci formatu światowego, bo w przeciwnym razie uwodnimy, jak wielkim jesteśmy zaściankiem. Przeciwnicy dowodzili, że w historii miasta  jest wielu wybitnych białostoczan, którzy czekają – także dzięki swej pozytywistycznej pracy – na upamiętnienie.  W przypadku takich sporów decydował argument siły: kto miał większość w radzie, ten przepychał swoje propozycje. Tak było w przypadku ronda Reagana przy Turkusie. Nazwa przeszła dzięki głosom radnych PO, którzy mieli większość w radzie.

By uniknąć takich niesnasek w swoim czasie pojawił się pomysł na bank patronów wynoszonych na ulice. Nic z tego ostatecznie nie wyszło, a rolę organu technicznego przejęła komisja samorządności i bezpieczeństwa. W praktyce ogranicza się jedynie do wydania opinii. Czasami wydaje się, że jej rola jest marginalizowana, zwłaszcza wtedy, gdy  rozpatruje propozycje nadesłane z magistratu. Tak jak podczas ostatniej październikowej sesji, gdy głosowano pomysł sygnowany oficjalnie przez prezydenta (na sesji okazało się, że inspiracji wyszła od jednego z jego zastępców), by dwie ulice w śródmieściu nazwać im. Adama Smitha i Stefana „Kisiela” Kisielewskiego, dwóch wybitnych myślicieli w duchu leberalnym.

Nie da się ukryć, że była to propozycja z tych wychodząca poza rogatki miasta. Tyle że radna Janina Czyżewska  zaproponowała, by jedną z nich nazwać im. Borysa Kaufmana, jedynego zdobywcy Oskara pochodzącego z Białegostoku. Była to postać znacząca w dziejach kina światowego, swoim rodowodem nawiązująca do wielokulturowości Białegostoku, ale i państwowości polskiej. Bez wątpienia propozycja radnej Czyżewskiej wychodziła znacząco poza dyskurs: Białystok-reszta świata. Problem w tym, że całkowicie na przekór propozycjom ambicjonalnym urzędników magistratu. Prezydent znalazł się w trudnym położeniu.

Doceniając autopoprawkę prezydenta, który zaproponował, by jednej z ulic nadać imię zmarłego tego dnia Tadeusza Mazowieckiego, trudno zrozumieć, dlaczego nie przystał w ostateczności, by drugiej ulicy patronował Borys Kaufmana?. Zysk dla miasta, ale przede wszystkim dla samego prezydenta  byłby w tym przypadku znacznie większy niż z obrony za wszelką cenę – mimo wszystko wątpliwego –  pomysłu swojego zastępcy. Zwłaszcza wtedy, gdy inna zgłoszona przez prezydenta propozycja patronacka może budzić logiczny opór. Choć tak na dobra sprawę nie powinna.

 Piszę o tym w dzisiejszym Obserwatorze. W uzupełnieniu dodam, że naturalnym wydaje się, że ostatni, zachodni  odcinek Trasy Generalskiej, czyli od Kleeberga do skrętu na Warszawę, nieremontowany (podczas trwającego jeszcze wielkiego projektu modernizacji Trasy Generalskiej) z powodu kłótni miejskich i krajowych drogowców o to, który wjazd do miasta jest ważniejszy, a który po refleksji naszych decydentów ma być przebudowany za kilka lat, nosił imię gen. Tadeusza Kutrzeby. Oczywiście to wymaga uzgodnień z radnymi Choroszczy, bo do ta ulica leży w jej granicach. To, by temu zachodniemu, podkreślam zachodniemu fragmentowi Trasy Generalskiej, patronował dowódca Armii Poznań, chyba nie trzeba zbytnio uzasadniać. To wydaje się tak oczywiste, jak to, by najbardziej wysuniętemu na wschód odcinkowi Trasy Generalskiej patronował z kolei przedwojenny generał od porządeczku-jedyny zastrzelony we wrześniu przez Sowietów.  Ależ to byłby dopiero poczet generałów-patronów: Kutrzeba, Kleeberg, Maczek, Anders, Sulik, Olszyna-Wilczyński.

Osiedla wygrały z miastem

Siedem projektów wybranych przez białostoczan będzie realizowanych w przyszłym roku w ramach tzw. budżetu obywatelskiego.  Ostateczna liczba  głosów ważnych trochę inaczej każe spojrzeć na udział białostoczan w głosowaniu. Przez trzy tygodnie głosowania, przy dość  prostym (internetowym) wydawałoby się sposobie wyboru, 32 tys. ważnych głosów  to naprawdę niewiele. Tym bardziej że w przypadku budżetu obywatelskiego głos nie jest już tylko zwykłym wyrażeniem zdania czy opinii, a konkretnym wskazaniem celu przeznaczenia pieniędzy. Im koszula bliższa ciału, tym zainteresowanie powinno być większe.

Same wyniki głosowania potwierdziły to, że po latach trwania w tzw. poczekalni inwestycyjnej mieszkańcy osiedli nie chcą nadal tkwić w stanie zawieszenia. Mają dość bycia „białostoczanami gorszych priorytetów” tylko dlatego, że mieszkają z dala od tych reprezentacyjnych – z punktu widzenia magistratu – wizytówek miasta. Tylko czy na budżet partycypacyjny nie powinniśmy raczej patrzeć przez pryzmat całego miasta, a nie tylko lokalności?

Tych paradoksów, które ujawniało pierwsze zmaganie się białostoczan z ideą budżetu obywatelskiego, było znacznie więcej. Także w gronie laureatów. Chociażby, dlatego,  że dwa wybrane projekty dotyczące tego samego miejsca. Czy taka kolizja nie będzie miała wpływu na ich realizację?

Czy jednak ze względu na samą możliwość głosowania, nie powinniśmy paradoksów budżetowych, które rykoszetem ujawniły się w ciągu ostatnich tygodni, przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza na zasadzie: „pierwsze koty za płoty”, „lepszy rydz niż nic” i przejść nad nimi do porządku dziennego? A może z troski, by w przyszłości nie zaciążyły jeszcze bardziej na jego idei, pokazywać je już właśnie teraz.

Łomża zakorkuje Białystok

Po wielu latach przepychanek o przebieg Via Baltiki, rząd zdecydował w październiku 2009 roku, że ta – już wtedy – mityczna droga poprowadzi przez Łomżę. W mieście nad Narwią zapanowała euforia, bo marzenia o ekspresówce, na dodatek z odcinkiem dla tirów omijającym miasto, były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Teraz okazuje się, że mogą być problemy z jej powstaniem nawet do 2020 roku. Na dodatek Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku rozważa wyłączenie obwodnicy z decyzji środowiskowej dla odcinka Via Baltiki.

Nic dziwnego, że w Łomży się wściekli. Nie tylko na papierze, ale dosłownie. I zamierzają przeprowadzić remont – zniszczonej przez tysiące przejeżdżających dziennie przez miasto triów – ulicy Wojska Polskiego. Odcinek krajowej drogi nr 61 (a także 63) prowadzący przez Łomżę zostanie wówczas dla ruchu ciężarówek zamknięty. To oznacza, że cały tranzyt w północno-wschodnim regionie pójdzie przez stolicę Podlaskiego. W tym samym czasie w Białymstoku będzie trwał remont ostatniego odcinka trasy generalskiej. Zanosi się na to, że wjazd do miasta od strony Warszawy będzie zakorkowany na amen. Nie wspominając o skręcie z ul. gen. Maczka na Augustów.

Skaza na budżecie obywatelskim

20 sierpnia 2013 roku. Prezydent Tadeusz Truskolaski prezentuje w Cafe Esperanto założenia dużego, inwestycyjnego budżetu obywatelskiego, o którym jeszcze kilka lat temu jego bezpośrednie zaplecze samorządowe nie chciało słyszeć. Na pytanie, co się stanie, jeśli pomysły mieszkańców (zweryfikowane pod względem formalno- prawnym) będą kolidować z dotychczasowymi zamierzeniami gminy, prezydent Tadeusz Truskolaski odparł: projekty obywatelskie powinny mieć priorytet.

Do budżetu obywatelskiego zgłoszono 189 projektów, w głosowaniu białostoczanie będą wybierać z 51. Wskazała je komisja powołana przez prezydenta. Zgodnie z uchwałą radnych miała ona zweryfikować wnioski pod względem formalno-prawnym. Oceniała, czy dany projekt jest zgodny z planem zagospodarowania przestrzennego, czy do terenu, na którym dany projekt ma być zrealizowany, ma prawo miasta Białystok, czy w ogóle wskazuje jakąkolwiek lokalizację, czy zawiera kosztorys, czy wszystkie rubryki we wniosku są wypełnione, czy dotyczą inwestycji, które mieszczą się w kompetencjach miasta.

W puli 189 projektów znalazł się też zgłoszony w imieniu mieszkańców przez radnego Macieja Biernackiego. Dotyczył remontu placu zabaw na Plantach, tego starego, który sąsiaduje z nowym, obleganym przez dzieci. W niektóre dni na nowych drabinkach, zabawkach, czy piaskownicy nie ma gdzie wcisnąć przysłowiowej szpilki. Mieszkańcy od lat proszą, by miasto wyremontowało też ten stary plac, by razem z nowym tworzył strefę zabaw. Zwłaszcza, że choć jest to miejsce zaniedbane, to ma jeden atut przewagi na tym nowym: cień, które dają okoliczne drzewa. Tymczasem urzędnicy od lat powtarzają, że dla tego placu widzą zupełnie inne przeznaczenie.

Wśród zaakceptowanych projektów nie będzie remontu starego placu na Plantach. Odrzuciła go komisja weryfikacyjna. W zamieszczonym uzasadnieniu opublikowanym na stronie magistratu próżno jednak szukać uchybień formalno-prawnych. Ich katalog znajdziemy przy innych projektach, ale nie przy tym odnoszącym się do modernizacji starego placu zabaw. Przeczytamy za to, że: „brak możliwości realizacji projektu we wskazanej lokalizacji ze względu na  niezgodność z projektem modernizacji parku Plant i trudności z uzyskaniem zgody Podlaskiego Konserwatora Zabytków”.

Bez wątpienia mamy tu przykład kolizji oczekiwań białostoczan z polityką miejską. Mieszkańcy zgłosili pomysł, który spełnia wszystkie względy formalno-prawne, ale jest na przekór wizji urzędniczej. Tyle, że 20 sierpnia 2013 roku prezydent Białegostoku obiecał, że w przypadku takiego właśnie dysonansu pomysły obywatelskie powinny mieć priorytet. Tymczasem komisja werywikacyjna wyświadczyła Tadeuszowi Truskolaskiemu niedźwiedzią przysługę, bo udowodniła, ile jest warte dane publicznie słowo prezydenta. Nie wspominając, że sformułowaniem „trudności z uzyskaniem zgody Podlaskiego Konserwatora Zabytków” wykroczyła poza ramy formalno-prawne, a wkroczyła na grunt polityki ochrony zabytków i przestrzeni publicznej w Białymstoku. Wydaje się, że oceniając projekty obywatelskie powinna być wolna od takich odniesień. Na dodatek  niby dlaczego z góry założyła, że konserwator będzie od razu na nie?. Skoro wydał zgodę na jeden plac zabaw, to dlaczego miałby nie wydać na drugi?. Zwłaszcza, że musiałby ewentualnie rozpatrzeć sprawę w kontekście kilku tysięcy głosów. A może zrobi to zupełnie nowy konserwator zabytków, który będzie miał inną filozofię niż jego poprzednik? A może ten obecny będzie chciał odkupić swoje grzechy i zgodzi się na plac?. Tych może jest jeszcze więcej i wszystkie wynikają  z materii innej niż formalno-prawna, która legła u podstaw powołanej przez prezydenta komisji do oceny projektów.

Głosowanie rusza już za kilka godzin. Szkoda, że już na wstępie ze skazą.

Niespotykanie spokojny człowiek

Odkąd sięgam pamięcią Sylwek Barski w Porannym był od zawsze. Dosłownie, bo gdy po raz pierwszy przekroczyłem próg redakcji przy Lipowej, pisał w nim już dobrych kilka lat. I to jeszcze jak. O raczkującej wówczas ekologii, mieście, zdrowiu, ale przede wszystkim religii. I w tej, jakże delikatnej w naszym regionie materii, nie było od Sylwka lepszego znawcy. Do tego stopnia, że gdy kilka miesięcy temu próbowałem zrozumieć ostatnie wyniki badań Kościelnego Instytutu Statystki o religijności białostoczan, przekopałem się przez redakcyjne archiwum i sięgnąłem do źródła, jakim był artykuł Sylwka sprzed ponad dekady. Bez odniesienia do czasów, gdy Sylwek opisywał ideę małych wspólnot parafialnych, nie sposób zrozumieć dzisiejszych ich problemów.

Nie sposób też zapomnieć eseju Sylwka, który otwierał Wydarzenia 2005 roku – doroczne podsumowanie najważniejszych wydarzeń w mieście, regionu, kraju. A przecież przez te wszystkie lata Sylwek napisał setki artykułów. Nie tylko tych wielkich, ale także i prostych informacji. Ich wspólnym mianownikiem było to, że opierały się na tych samych zasadach: prostocie, rzetelności, uczciwości, solidności, szacunku dla Czytelnika.

Dla młodych Sylwek przykładem niespotykanie spokojnego człowieka. Na łamach Porannego w specjalnym dodatku sprzed prawie już dekady utrwalone zostało 16 godzin z życia redakcji. A wśród nich sekwencja trzech zdjęć, na których utrwalona została rozmowa wydawcy z Sylwkiem na temat przygotowanego przez niego materiału. I niesamowity spokój Sylwka, gdy popijając herbatę, niewzruszony słuchał oczekiwań prowadzącego redaktora. Do legendy przeszło też powiedzenie Sylwka, że w drodze do pracy zdążył już zrobić dwa tematy.

Tak, to był wzór redaktora, którego dziś próżno szukać we współczesnym, zdigitalizowanym świecie.

Jak poseł Żalek odyzmowił salon warszawski

Jeśli poseł Jacek Żalek jest Nikodem Dyzmą polskiej olityki – jak twierdzi w dzisiejszej białostockiej „Gazecie Wyborczej” poseł Robert Tyszkiewicz – to on jest Waredą polskiej polityki. Bo w powieści i w filmie ów właśnie pułkownik de facto wprowadził na salony Dyzmę. Po słynnej kłótni o sałatkę podszedł do Dyzmy z dwoma kieliszkami wódki i gratulacjami za zruganie publiczne ministra, którego koteria afiliowana przez Waredę nie trawiła. Bez tego zaczynu Dyzma nie zrobiłby żadnej kariery. I podobnie jest z Jackiem Żalkiem.

O byłym już pośle Platformy nikt w polskiej polityce nie usłyszałby, gdyby nie zalegitymizowanie na przełomie 2006/2007 i wczesną wiosną Jacka Żalka (ówczesnego sejmikowego radnego klubu PiS) przez regionalną Platformę Obywatelską, której liderował Robert Tyszkiewicz. A warto przypomnieć, w jakiej to się odbyło atmosferze partyjno-samorządowej (tutaj link). Tak, tamten czas z owym noclegiem, był takim właśnie symbolicznym gestem Waredy. I najlepszym potwierdzeniem, że krótkotrwałe korzyści koniunkturalne po latach odbijają się czkawką. Gwoli sprawiedliwości trzeba posłowi Robertowi Tyszkiewiczowi oddać, że po czasie się zreflektował. Problem jednak w tym, że to dzięki Jackowi Żalkowi podlaska Platforma miała dwa razy po  pięć mandatów w Sejmie (a gdy był szefem sztabu wyborczego podlaska Platforma odniosła historyczny sukces w wyborach samorządowych w 2010 roku). I to nie dlatego, że – jak twierdzi w dzisiejszej białostockiej Gazecie Wyborczej szef podlaskich struktur partii Damian Raczkowski – poseł Żalek był adwokatem wyborców o konserwatywnym poglądach, ale dlatego, że ma –  niczym kreskówkowy chłopiec z plakatu – siłę prezentacji, która pozwala z lekkością przyciągnąć wyborców. Bez względu na to, czy wcześniejszą swoją pracą ponownie zasłużył na bonusy, czy też posmakował jedynie w żelkach.

To klasyczny paradoks białostocki. Oddają go najlepiej wyniki ostatnich wyborów do Sejmu w 2011 roku. Damian Raczkowski – 5348 głosów, Robert Tyszkiewicz – 5332. Co prawda obaj posłowie Platformy zachowali swoje mandaty, ale chyba nie na takie poparcie liczyli w mieście, które od kilku lat stało się bastionem PO. Wynik był tym słabszy, jeśli przypomnimy sobie  chociażby na mniej lub bardziej formalne wsparcie instytucjonalne, jakie mieli liderzy obu frakcji podlaskiej Platformy. Paradoksalnie wychodziło na to, że bardziej im zaszkodziło niż pomogło. A stare porzekadło mówi: gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. A był nim Jacek Żalek, który niby w Platformie, ale zupełnie poza nią i na przekór niej, walczył o swoją przyszłość. I zebrał w mieście tylko o 350 głosów mniej niż liderzy jego partii. Bez wątpienia udowodnił, że ma serce do walki i żołądek do diety. Poselskiej. I każdej innej będącej pokłosiem władzy wynikającej z bycia na partyjnych listach wyborczych.

Dlatego Jacek Żalek jest w stanie uzyskać mandat z każdej listy od skrajnego prawa po skrajne lewo pod warunkiem, że dostanie się na listę (między bajki trzeba włożyć tłumaczenia byłego już posła PO, że w ostatnich wyborach wyborcy docenili to, że był m.in. sprawozdawcą przed Trybunałem Konstytucyjnym ). Stąd nie dziwi jego rozpaczliwa walka o miejscówkę, gdy podlaska Platforma po pierwszych przymiarkach, nie widziała go w roli kandydata na ponownego parlamentarzystę. Ostateczną decyzję (o umieszczeniu posła na liście) podjął zarząd krajowy i premier . I jeśli nawet teraz Żalkowi nie powiedzie się z listą Gowina, to w zanadrzu ma jeszcze ostatniego asa w rękawie – Senat. I to jest odpowiedź na rozterki tych, którzy zastanawiają się, gdzie jeszcze może zawędrować ten polityczny enfante terrible.

Analogia w tytule felietonu nawiązuje do innej sceny z serialu Nikodema Dymy. W ostatnim odcinku, podczas przyjęcia wydanego przez Dyzmę, do Komorowa przyjeżdża minister z kancelarii Prezydenta RP z powierzeniem Dyzmie (byłemu już prezesowi Banku Zbożowego) misji utworzenia nowego rządu. Goście w porywie entuzjazmu gratulują gospodarzowi, a ten wychodzi ze swoim sekretarzem Krzepickim, by ogarnąć sens usłyszanej przed chwilą propozycją. Narada przeciąga się na tyle długo, aż z niecierpliwieni goście snują domysły, dlaczego prezes Dyzma zastanawia się tak długo. Aż w końcu brat żony Dyzmy zaczyna się śmiać. Na pytanie z czego się śmieje, odpowiada: To z was się śmieje, z was, którzy chcieliście widzieć i widzieliście w Dymie kogoś, kim naprawdę nie jest.

I podobnie jest w przypadku tzw. salonu warszawskiego i posła Żalka. To ów salon warszawski na potrzeby chwili chciał widzieć w nim kogoś, kogo nie ma. I nawet nie zadał sobie żadnego trudu, by sprawdzić jak jest naprawdę. Ukoronowaniem tego zaślepienia był czwartek. Dzień, w którym polityczno-medialna Warszawa salonowa dosłownie podniosła oświadczenie posła Żalka niemalże do rangi decyzji Obamy w sprawie Syrii. Różnica polega jednak na tym, że goszczący w ostatnich dniach w stacjach telewizyjnych prezydent USA miał faktycznie światu coś do przekazania, natomiast poseł Żalek nie miał Polsce nic do przekazania. Bo i nie mógł mieć. Ale salon warszawski nie chciał w to wierzyć i brnął dalej w dogmat o niepodważalności swojego spojrzenia na polską politykę. Namaścił posła na tego, który swoich stwórców odyzmowił. Do dna.

Przyszłość na odmiennych biegunach

Niespodziewanie z początkiem roku szkolnego nagle paląca stała się sprawa przepełnionych klas w białostockich podstawówkach. Niespodziewanie, bo od dawna wiadomo było, że niż demograficzny jest wyjątkową szansą przez zmniejszenie liczebności klas. I przez wiele lat nic w tym kierunku nie zrobiono. Dokładnie dwa lata temu zamieściliśmy w Porannym tekst Tadeusza Koszarskiego „Styropianizacja nie jest remedium na bolączki białostockiej oświaty”. A przecież problemy, które w nim sygnalizował autor, tliły się od dawna. Tyle że każdy od nich stronił, jakby trzymał w ręku gorącego ziemniaka, którego jak najszybciej chciał od siebie odstawić. Teraz, można by rzec sakramentalne, lepiej późno niż wcale. Problem w tym że utraconego czasu nie da się nadrobić.

Wspominam o tym także z innego powodu. Tekst Tadeusza Koszarskiego kończy akapit o strategii rozwoju Białegostoku do roku 2020. Ten sam okres był cezurą czasową aktualizacji strategii rozwoju województwa. W praktyce wykracza jednak ona do roku 2030. Ponieważ dużo było  o niej na wiosnę, dlatego wczorajsze uzupełnienie  będące pokłosiem wcześniejszych konsultacji niewiele wniosło do dokumentu. Co prawda dowiedzieliśmy się, że uwzględniono w nim 218 zaproponowanych (z ponad 400) uwag, a sam dokument rozbudował się o kilkanaście stron, ale tak na dobrą sprawę nie były to zmiany na tyle istotne, by koncept wywracały do góry nogami. Stąd mój osąd też niewiele zmienił się od czasu, gdy pisałem „Podlaskie miedzy wizją a strategią„. Natomiast zarówno wtedy, jak i dużo wcześniej twierdziłem, że najsłabszym punktem tego całego procesu jest przyjęcie dokumentu przez sejmik. I wczorajsza sesja to potwierdziła. Jeśli ktoś oglądał debatę (wystąpienia ekspertów, później radnych), to zapewne przeżywał niemałe męczarnie. I jako żywo odzwierciedlały moje z przerobieniem routera na kartę sieci bezprzewodowej (czyli zamiast rozszczepienia sygnału wifi jego synteza).
Na zdrowy rozum ktoś może pomyśleć, że lepiej było kupić kartę sieci bezprzewodowej na USB i po kłopocie.  To prawda, ale uparłem się jednak wprowadzić innowację, choć muszę przyznać, że do dzisiaj nie wiem, jak to się w ostateczności udało. Tym niemniej skutek jest taki, że router działa w trybie karty bezprzewodowej, ale podłączony do niej komputer nie jest widoczny dla sieci, choć odbiera z niej sygnał wifi. Po prostu jeden komputer jest przed modemem kablowym, który dostarcza internet ,a pozostałe są poza nim. I naturalne, że w takiej sytuacji są dla siebie obce, bo tworzą oddzielne podmaski i tak dalej.
 I na takich dwóch zupełnie innych, nie mogących się zbiec zakresach, była wczorajsza debata o strategii województwa.  Nie tylko przez pryzmat klasycznego podziału opozycja-koalicja (jak chociażby wskazywało na to głosowanie), ale interes regionu- zdolność tego sejmiku o decydowaniu o przyszłości regionu. To dwa zupełnie wykluczające się interfejsy.

Nie tylko na Ligę Mistrzów Polska nie zasługuje

Tytuł ten nawiązanie do tekstu, który napisałem w lipcu 2009. Od czasów porażki Wisły Kraków z estońską Levantią nic się nie zmieniło. I choć upłynęły kolejne cztery lata  Polska nie tyle, że nadal nie ma drużyny w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów, to po prostu nadal na nią nie zasługuje. Tak samo jak sportowo nie zasługiwała na udział w  Mistrzostwach Europy. Ponadto w tekście w 2009 roku podkreśliłem rolę (pół)światka w kreacji mesjanizmu polskiej piłki. Wszystko to, co wydarzyło się przed  meczem Legii z Rumunami  potwierdziło rolę owego (pół)światka w zaciemnianiu właściwej identyfikacji problemów polskiej piłki. Łącznie z tym, że rozprawiano, ile Legia zarobi za wejście do kolejnej fazy. Zupełnie nie przyjmując do wiadomości, że ta kasa zależy od awansu, a ten gry. Już w charakterystyczny sposób dzielono skórę na niedźwiedziu zapominając, że nie można chwalić dnia przed zachodem słońca. A ten dzisiaj był po 22.30.

Po raz kolejny powtórzę to, co pisałem wielokrotnie: polska piłka nie odrodzi się, jeśli nie zostanie wprowadzona defutbolizacja kraju. Bo to nie ekstraboiska i trenerzy magicy zapewnią jej reaktywację.

Wikipedia a prawa miejskie Białegostoku

Dziś dość znamienny dzień w historii Białegostoku – 69. rocznica trzeciego wejścia sowietów do Białegostoku. Dzień wyzwolenia-dzień zniewolenia, ale taki los zgotowali nam sojusznicy w aucie. W poprzednich latach wielokrotnie tego dnia pisałem o tej rocznicy, bo to jedna z tych specyficznych, białostockich, innych niż ogólnokrajowe. W przestrzeni publicznej ostatnim jej wyrazem była ulica 27 Lipca. Ale od wiosny nie ma jej w wykazie białostockich ulic – została odkomunizowana. Szerzej o ich meandrach pisałem w piątkowym artykule w Obserwatorze „Plac Wyzwolenia”.

Ale jest też inny, białostocki wymiar 27 lipca. Otóż cały świat za Wikipedią jest święcie przekonany, że tego dnia Białystok otrzymał prawa miejskie. A przecież większość historyków jest zgodna, co do tego, ze nie da się ustalić definitywnie, kiedy się to stało. Pisał o tym 11 lat temu w Porannym Zbigniew Romaniuk. Od tamtego czasu z żadnego archiwum nie wypłynął na światło dzienne ani jeden dokument, który zmieniałby ten stan rzeczy. Co najwyżej istnieją akta, w których czytamy, że w odniesieniu do Białegostoku używa się słowa miasto. Ale nie oznacza to, że od tego momentu biegnie miejskość grodu nad Białą. Tak to ujęli w swoim „Wykazie białostockich ulic” Marek Kietliński i Aleksander Leszczuk: „Najstarszy znany dokument wymieniający miasto Białystok związany jest z zamianą gruntów będących w posiadaniu Branickich z kościołem parafialnym. Dokument ten jest dwukrotnie datowany, na początku treści 27 sierpnia, a na końcu 30 sierpnia 1691 r. Kolejnym wymieniającym miasto Białystok, jest akt wystawiony przez S. M. Branickiego dla miejscowych Żydów 11 lipca 1692 r. Kolejny raz Białystok jako miasto odnotowano w spisie podatkowym sporządzonym przez miejscowego proboszcza Jana Michała Głowińskiego 1 października 1692 r1.”

Prawdopodobnie w oparciu o ten dokument z 27 sierpnia 1691 roku  internauta wpisując w Wikipedii adnotację o Białymstoku po prostu dokonał klasycznego czeskiego błędu i wpisał 27. Tyle że nie sierpnia, a lipca. I tak już zostało. Jak wiadomo błąd, pomyłka czy kłamstwo powielane po setki razy staje się prawdą. Zwłaszcza w dzisiejszym  internetowym świecie, w którym Wikipedia jest wystarczającym i ostatecznym źródłem prawa nawet dla prokuratorów. I gdziekolwiek dzisiaj w Polsce będzie prezentowane kalendarium pod kartką „wydarzyło się w kraju” od razu będzie można usłyszeć, że 27 lipca 1691 roku Białystok otrzymał prawa miejskie. A przecież, jeszcze raz powtórzę, nie da się tego ustalić ostatecznie. W przeciwieństwie do 1 lutego 1749 roku. Istnieje dokument potwierdzający ponowienie praw miejskich Białegostoku, tym razem magdeburskich, wydany przez króla Augusta Sasa hetmanowi Janowi Klemensowi Branickiemu.

Dziwne, że władze miasta nic nie robią, by tą iluzję narodzin Białegostoku wyprostować. A przecież chociażby można było to zrobić w oparciu o aplikację „Białystok miejsca z Historią”, o która tyle hałasu w świecie wirtualnym. No właśnie… w świecie wirtualnym.

Duch PRL-u w śmieciach PL-L-u*

Tym, co pamiętają, ale nie tęsknią. I tym, którzy krzyczą: na pohybel dawnym czasom. Ale też trochę nostalgicznie. Zwłaszcza dla tych, urodzonych 22 lipca. Dziejom dla niektórych tak odległym, jak onegdaj lśnienie za dziewczyną z PRL-u, o której śpiewał Jan Pietrzak. Zdrugiej strony tak bliskim, bo ich duch nadal wiecznie żyje. Tak jak w ustawie śmieciowej(poniżej fragment, który nie znalazł się z powodu braku miejsca w piątkowym tekście w Obserwatorze, a który od dzisiaj jest na stronie Porannego).

Nie po raz pierwszy  okazało się, że posłowie i senatorowie przyjęli prawo oderwane od rzeczywistości (stąd pospieszna nowelizacja ustawy śmieciowej zimą). Nie chodzi o to, że znowu państwo przerzuciło na samorządy kolejne zadanie zupełnie nie dając im na nie pieniędzy. W praktyce one bardzo dobrze wiedziały, gdzie ich szukać – w kieszeni mieszkańców. I nie miały żadnych skrupułów, by łupić ich sromotnie. Na awersie tego drenażu było de facto upaństwowienie śmieci przez ich komunalizację. Proces zupełnie odwrotny od tego, który legł u podstaw przekonania, że im większy mieszkańcy będą mieli wpływ na gospodarowanie zasobami mieszkaniowymi, tym lepiej będą o nie dbali. Z tego punktu widzenia łatwiej im m.in. wynegocjować lepszą cenę za administrowanie budynkami, dostawę ciepła czy odbiór śmieci.

Z drugiej strony firmy, w tym oczyszczające, też musiały wykazywać się podobnymi zaletami (niską ceną, sprawnością i efektywnością sprzątania), bo w każdej chwili krążyło nad nimi widmo, że dotychczasowy odbiorca odejdzie do konkurencji. I choć w praktyce większość mieszkańców dużych miast rzadko próbowało nacisku na wspólnoty czy spółdzielnie, by wytargowały lepsze stawki, to jednak mieli poczucie, że z tego narzędzia (zgromadzenia walne czy roczne zebrania wspólnot) w każdej chwili mogą skorzystać. Podobnie jak mieszkańcy domków jednorodzinnych, którzy mogli wybrać lepszą firmę. Co więcej, byli święcie przekonani, że segregacja odpadów jest wartością i już się do niej przyzwyczaili. Nowa ustawa śmieciowa pozbawiła ich możliwości decydowania, a rynek usług z tej branży wyjaławia z konkurencyjności. Czym to się kończy możemy obserwować od początku lipca na białostockich ulicach. Przy okazji tworząc absurdy jakby rodem z poprzedniej epoki. Do tego stopnia, że gdyby – jak tydzień temu twierdził na łamach Obserwatora Adam Kamiński, wiceprezes Lecha (spółki miejskiej odpowiedzialnej w imieniu gminy za organizację gospodarki odpadowej) –  zsumować pojemniki i sprzęt wszystkich firm, które obsługiwały Białystok przed wejściem w życie ustawy, nie byłoby problemu z organizacją nowego systemu. Czyż żywcem nie przypomina to sytuacji z czasów epoki chronicznego niedoboru, choć zakłady wykonywały plany? Czy zapowiedź ściągania z egzotycznej Portugalii pojemników nie przypomina odwiecznych kłopotów ze sznurkiem do snopowiązałki i kontraktowanie go w tak egzotycznym kraju jak Włochy.

* PLL  – Terminu tego po raz pierwszy użyłem w jesienią 2007 roku na określenie rodzącej się wtedy epoki rządów koalicji PO-PSL. czyli de facto Partii (Polski) Liberalno-Ludowej.

Zbrodnia i kara

Od trzydziestu miesięcy w Polsce obowiązuje prawo, że jeśli sprawca œśmiertelnego wypadku był w stanie nietrzeźwym, sąd musi zakazać mu prowadzenia pojazdów. A pijany kierowca straci prawo jazdy na zawsze. Jak  bardzo ten prewencyjny wymiar kary okazuje się iluzją, możemy przekonać  się po każdym podsumowaniu m.in. policyjnego Trzeźwego Poranka. W skrajnych przypadkach jazda na podwójnym gazie kończy się takimi tragediami, jak ta na ulicy Wasilkowskiej. Wielokrotnie pisałem, że i święty Krzysztof nie pomoże, gdy gangsterstwo na drodze.

Nastały czasy, gdy równoczesne sięgnięcie po kieliszek i samochód nie sprawia większej trudności. Czyż nie jest to forma totalitaryzmu w stosunku do innych obywateli? I dlaczego państwo nie broni tych  obywateli, którzy przez ten totalitaryzm zagrożeni  są eksterminacją  drogową? Decydenci, tak groby kochacie? Leżcie w nich sami.

Pijani kierowcy wiozący za sobą śmierć powinni być  karani w ten sam sposób, jak  zwyrodnialcy zabijający dla przyjemności. I to jest powinność  i obowiązek polskiego systemu prawnego, które składa się na pojęcie kary sprawiedliwej. A resztę zostawmy ofiarom i ich rodzinom. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczyć sowim winowajcom. Amen.

Ten komentarz napisałem 29 stycznia 2013 roku, dwa dni po tragedii na skrzyżowaniu Wasilkowskiej i Traugutt. Dziś, po uzasadnieniu wyroku, a jeszcze bardziej uzasadnieniu, mogę napisać: a nie mówiłem. Marna to satysfakcja, bo po raz kolejny sprawiedliwości nie stało się zadość.  Życie od dawna przestało być w Polsce wartością najwyższą. Z każdym dniem mamy na to nowy dowód.  

Obywatele miasta B. obywatelskiego

U mistrza horrorów Alfreda Hitchcocka było w filmach najpierw trzęsienie ziemi, a potem jeszcze straszniej. Wczoraj na sesji rady miasta w roli reżysera dramatyzmu wystąpił przewodniczący rady Włodzimierz Kusak.  Tyle, że w odmienny sposób. Najpierw dość monotonie dopuszczał wszystkich radnych do głosu. Szło o budżet obywatelski na przyszły rok. Platforma, która niby jest w mniejszości postulowała o 10 mln, radni opozycyjni, którzy niby są w większości, postulowali, by było to przynajmniej o 5 mln więcej.  I tak nawzajem wymieniali się uszczypliwościami, argumentami, odniesieniami politycznymi, aż wszyscy się zmęczyli. I w tym momencie właśnie horror zgotował przewodniczący Włodzimierz Kusak. Z pomocą radnego Stefana Nikiciuka, który zgłosił wniosek, by przerwać dyskusję. Przewodniczący Kusak poddał wniosek pod głosowanie, zyskał on poparcie, dyskusja została przerwana. Dla radnych opozycyjnych nastał horror. Bo gdy chcieli zgłosić oni poprawkę do uchwały, by podnieść sumę budżetu obywatelskiego, okazało się, że regulamin tego nie przewiduje. Powód: dyskusja został przerwana, z godnie z przepisami prawnymi, którymi podpierał się przewodniczący Kusak, można je zgłaszać na piśmie. Do czasu, gdy dyskusja nie zostanie przerwana. Później już nie ma takiej możliwości.

Można się zżymać jak bardzo ta sytuacja oddaje ducha słynnego sloganu przewodniczącego o tym, że demokracja nie może być rozhulana ( potwierdzeniem poniekąd jest późniejsza scysja między przewodniczącym rady a szefem klubu PiS). Bez wątpienia tak, ale nie sposób nie oddać przewodniczącemu, że był to swego rodzaju majstersztyk regulaminowo-prawny przypominający poniekąd rozprowadzenie przez  grupę kolarską swojego lidera w peletonie tuż przed finiszem. Jeszcze raz okazało się, że choć teoretycznie Platforma nie ma większości w radzie, to w praktyce wystarczy jej zdolność blokująca, by tej władzy nie oddać. W analityce systemów politycznych to się nazywa mniejszościowe rządy faktyczne. I nie ma tu znaczenia jak będzie definiować się ową zdolność: czy na sposób regulaminowy rozciągnięty do granic horroru, czy tak, jak to było rano, gdy ważył się porządek obrad sesji i ponownie PO wyszła z niego obronną ręką (zabrakło na sali dwóch radnych potencjalnej opozycji, to oznaczało w głosowaniu remis, czyli wskazanie na Platformę, nierozstrzygnięty wynik promuje opcję, która przygotowała projekt porządku obrad). Oczywiście to, czy tak scenariusz, który jawi się na najbliższe miesiące jest korzystny dla Białegostoku, to temat na oddzielne rozważania.

W tym miejscu warto wspomnieć raz jeszcze o radnym Stefanie Nikiciuku. To, co powiedział przed swoim wnioskiem o przerwanie dyskusji w sprawie budżetu obywatelskiego zupełnie przyćmiło wyczyn przewodniczącego Kusaka. Otóż, gdy radny Nikiciuk wszedł na mównicę zaczął mniej więcej tak: nie ma już mediów na sali, to przerwijmy tę dyskusję. No, panie radny nie tyle poleciał Pan po bandzie (za co celnie go skontrował radny Sebastian Putra), co pan zapomniał, że obrady sesji transmitowane są w internecie. To, że dziennikarzy na sesji o tej godzinie mogło nie być, to nie oznacza, że nie oglądali w internecie transmisji. Ta, póki, co, jeszcze jest. Oczywiści nie wiadomo jak długo jeszcze oprze się duchowi demokracji rozhulanej, ale póki jest warto oglądać obrady sesji w internecie. Bo wtedy można poznać prawdziwie oblicza.

I tutaj dochodzimy do sedna wspomnianej dyskusji: budżetu obywatelskiego. O jego białostockiej genealogii, zagrożeniach, nadziejach, dopełnieniu obywatelskości rozumianej przez triadę: inicjatywa uchwałodawcza-rady osiedla- budżet obywatelski pisałem w sobotnim artykule w Obserwatorze „Rady nie na siłę”.  Dzisiejsza dyskusja na sesji potwierdziła tamte tezy, z tą najważniejszą, że niewiele trzeba, by taki budżet łatwo sprowadzić na manowce, a w istocie wypaczyć jego ideę. I nie jest ważne, czy będzie miał on 10 mln, 15 mln czy 200 tys. W równym stopniu może on obnażyć intencje zarówno jego autorów(radnych wszystkich opcji i prezydenta), jak i beneficjentów (zadośćuczynienie za odrzucone inne aplikacji).

Ale jest coś jeszcze. Na sesji była dyskusja o tzw. projektach twardych i miękkich z budżetu obywatelskiego. Te pierwsze należy rozumieć, jako inwestycje w sakli ogólnomiejskiej, te drugie jak aktywność społeczna nawet w skali mikro osiedlowej.  No to przykład, który jest syntezą obu filozofii: stary plac zabaw na Plantach, tuż za nowym. Ten drugi jest oblegany przez dzieciaków i rodziców, w niektóre dni nie ma gdzie przysłowiowej szpilki wsadzić. Ten pierwszy od trzech lat niszczeje, chociaż rodzice od dawna postulują, by go wyremontować dla starszych dzieci. I za każdym razem urzędnicy odpowiadają, że widza inne przeznaczenie tego miejsca.

Co jednak się stanie, gdy w ramach budżetu obywatelskiego inicjatywa wyremontowania starego placu zyska duże poparcie? Czyż nie byłaby wtedy przykładem inwestycji ogólnomiejskiej, ale tej osiedlowej o charakterze społecznym? I kto wówczas wystąpi w roli arbitra między mieszkańcami a magistratem? Co będzie, gdy usłyszymy: zgoda na każdą inwestycję z budżetu obywatelskiego, ale nie remont starego placu? Albo: tak, akceptujemy remont placu w ramach budżetu obywatelskiego. To w takim razie, co stało tak na dobrą sprawę na przeszkodzie w wyremontowaniu go zaraz po oddaniu do użytku tego nowego? Tu wyjście awaryjnego z tych dylematów będzie zarazem pokazywało prawdziwe intencje obu stron dzisiejszej barykady na sesji rady miejskiej, która machała chorągwią: budżet obywatelski.

To nie jest obrona wiceprezydenta

„Gazeta Wyborcza” na stronach centralnych publikuje wywiad z ministrem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem. Dużo w nim o stolicy Podlaskiego na kanwie ostatnich wydarzeń o charakterze ksenofobicznym i słowach premiera  Donalda Tuska o niepokojących powiązaniach świata przestępczego z publicznym w Białymstoku. Na dodatek szef rządu okrasił je stwierdzeniem: „ sprawa w pewnym sensie ma wymiar  polityczny”. Być może premiera miał podstawy do jego użycia, ale zdecydowanie zrobił to zbyt wcześnie. Zostawił przy tym  bardzo szeroki margines do domysłów, spekulacji, podejrzeń. Ich ekstrapolowanie doprowadzić może do absurdów i nadużyć.

I dlatego jeśli szef rządu, na postawie posiadanych przez siebie informacji już wie, że będzie można konkretnym osobom w przyszłości przedstawić zarzuty, to powinien milczeć, do czasu, gdy z czystym sumieniem i bez cienia wątpliwości obwieści: To pan X, wykonujący taki  a taki zawód, piastujący takie a takie stanowisko publiczne, albo pani Y piastująca taki a taki zawód, piastująca taki a takie stanowisko publiczne sprzyjali, kryli i pomagali światowi przestępczemu  i dlatego będą odpowiadać  przed sądem. A my mamy na to niezbite dowody.

O słowa premiera zapytaliśmy w ostatnim Obserwatorze Dziekana Izby Adwokackiej w Białymstoku Kazimierza Skalimowskiego. Warto zestawić ten wywiad z tym udzielonym przez ministra Sienkiewicza „Gazecie Wyborczej”. One się uzupełniają, choć przedstawiają inne punkty widzenia. Oba uprawnione, choć z odmienną diagnozą i remedium owego kontekstu społecznego. I niestety, oba chyba już spóźnione.

W tym ostatnim dziennikarz pyta ministra, czy premierowi chodził o to, że wiceprezydent Białegostoku w Marszu Życia idzie ramię w ramię z działaczami ONR? Takie domysły też się pojawiły się już wcześniej nie tylko na forach internetowych. Podobne stwierdzenia słyszeliśmy, już na ostatniej sesji rady miasta, na której toczyła się debata o ty, co miasto czyni, by nie dochodziło do aktów ksenofobicznych i rasistowskich. Na sesji słyszeliśmy głosy: „Coś jest nie tak z władzą w mieście, skoro jednego dnia prezydent dyskutuje o przeciwdziałaniu nietolerancji, a poprzedniego jego zastępca Adam Poliński pokazuje się na Marszu dla Życia i Rodziny ramię w ramię z działaczami ONR, głoszącymi hasła „Polska dla Polaków”. – Proponowałbym zwrócić uwagę na dobór marszów – mówił  radny Janusz Kochan do prezydentów.

Podobnie jak w przypadku prezydenta Truskolaskiego, tak samo w przypadku jego zastępcy, nie jestem jego adwokatem, ale na podstawie oglądu niedzielnego marszu na żywo (przeszedł pod oknami redakcji) mogę napisać, że wiceprezydent szedł w nim  z całą swoją liczną rodzinną nie pod transparentami ONR, ale pod szyldem Białostockiej Akademii Rodziny. To nowa inicjatywa miasta, która ma na celu szeroko rozumianą edukację i promocję rodziny. Jej adresatami są młodzież kończąca edukację, małżonkowie, rodzice i dziadkowie. Co więcej właśnie udział w marszu pod jej transparentem wiceprezydenta Polińskiego, który wymagał od niego nadzwyczajnego wysiłku, był najpełniejszym chyba  odzwierciedleniem idei życia. Chęci życia.

Oczywiście na marszu (podobne przeszły w 100 innych miastach Polski) pojawiły się skrajne transparenty, ale te same transparenty pojawiły się dzień wcześniej na Rynku Kościuszki podczas wieczornicy poświęconej pamięci rotmistrza Pileckiego. Uczestniczyli w niej też harcerze ZHP druha Andrzeja Bajkowskiego i licealiści ze szkoły noszącej imię Rotmistrza Pileckiego. Ale przecież to nie oznacza, że są wyznawcami skrajnych organizacji. To jest oczywista oczywistość, której nie trzeba udowadniać. Czy gdyby tamtej soboty zaraz po wieczornej, nieudanej sesji śmieciowej, radni z władzami miasta stawili się na Rynku Kościuszki na tej właśnie wieczornicy, też byśmy powiedzieli, że stoją ramię w ramię ze skrajnymi organizacjami pod ich sztandarami? Oczywiście, że nie.

Chichot  historii polega na czym innym. Cóż bowiem stało się z pamięcią Miasta, że pozwoliło, by podczas tej rocznicy, rocznicy stracenia rotmistrza Witolda Pileckiego, bohatera podziemia antyhitlerowskiego i antykomunistycznego, dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i przymusowego więźnia Rakowieckiej,  prym na wieczornicy wiedli właśnie przedstawiciele skrajnych środowisk? Jeśli z powodu meczu (o tej samej porze był rozgrywany finał Ligi Mistrzów), to marne to alibi. I  dowód, że faktycznie w wymiarze publicznym z Białymstokiem coś się stało.

 

 

Białystok (nie)potrafi. Hyperion dał nadzieję. Część II

Wczorajszy wpis „Białystok potrafi. Hyperion dał nadzieję” zakończyłem  tytułem filmu „Chile puede (potrafi)”. Opowiada on o szaleńczym pomyśle chilijskiego biznesmena, który za wszelką cenę postanowił wysłać swojego rodaka na orbitę. Szczęśliwca wybrano w drodze narodowego telecastingu.  Został nim nauczyciel z prowincji. No i poleciał w kosmos przy pomocy Amerykanów. I gdy już tak krążył na orbicie na Ziemi jakoś tak się nieprzyjemnie porobiło, że nie miał go, kto sprowadzić. Chilijczykom brakło pieniędzy, Amerykanie byli zajęci czym innym. I wszyscy o biednym astronaucie z Acatamy zapomnieli.

Ta filmowa satyra z końca świata jakże w pełni odzwierciedla także staropolski  „zastaw się, a postaw”. Widać ten syndrom nie zna żadnych granic. Tyle że życie tak się potoczyło, iż w realu Chile pokazało, że jednak potrafi. I sprowadziło swoich obywateli na powierzchnię Ziemi. Nie z orbity, a jej wnętrza. Bo niesamowitą akcją ratunkową na pustyni Acatama, co prawda przy dużym wsparciu Amerykanów, NASA i reszty świata udowodniło, że jednak Chile potrafi. I po kilku miesiącach wydobyło górników uwięzionych w kopalni.

Marzy mi się, by także Białystok, na kanwie sukcesu studentów naszej politechniki na pustyni w Utah, pokazał, że też potrafi. Oczywiście nie chodzi o to, by zgodnie z modą – już słychać głosy w tym kierunku – skomercjalizować Hyperiona.  Akurat w przypadku łazika jest to niemożliwe. Albo musielibyśmy zbudować flotę gwiezdną, albo każdego z tysięcy  potencjalnych kandydatów, którzy zgłosili się na uczestnika misji marsjańskiej, wyposażyć w Hyperion Personal. W takim przypadku moglibyśmy mówić, że w końcu udało nam się marzenia na miarę tęsknoty sprzed lat złotówki za dolarem. Tyle, że jest to nierealne.

Pisząc ” Białystok potrafi” mam na myśli wykorzystanie tego sukcesu marketingowo i promocyjnie zarówno dla miasta, i jego uczelni. Tak jak napisałem wczoraj: to powinien być swoisty kop międzygwiezdny na miarę prędkości WARP. Ale do tego potrzeba redefinicji nie tylko paradygmatów wizerunkowych. I tu mała dygresja.

Gdy świat obiegała wiadomość o sukcesie białostockich studentów na Rynku Kościuszki rozkładały się nasze uczelnie w ramach pikniku akademickiego, który był zwieńczeniem tegorocznego Podlaskiego Festiwalu Nauki i Sztuki. Gdy zaczynała się 8 maja kolejna edycja zachęcałem mieszkańców, by – jeśli mają czas i trochę ciekawości – odwiedziły mury naszych uczelni. By na własne oczy przekonali się, że  białostoczanie to nie gęsi i swoją naukę mają.  I ten niedzielny finałowy piknik był swoistym rewanżem, bo akademicy prezentowali się przed białostoczanami na Rynku Kościuszki.

Muszę przyznać, że z Dniem Akademickim, podobnie jak i z  całym festiwalem, mam problem. Bo podkreślając od lat ich miastotwórczą rolę, jeszcze bardziej zyskałyby na wartości, gdyby odbywały się w formie trzydniowego, warszawskiego pikniku naukowego. Póki, co, mamy na razie małą tego namiastkę. Raz jest lepiej, raz mniej lepiej, ale od kilku lat nie sposób nie docenić tego, że uczelnie starają się zaprezentować przed mieszkańcami.

W tym roku oczywiście nie zabrakło tradycyjnych pokazów sprzętu mechanicznego czy robotów. I gdy tak obserwowałem jak najmłodsi łakną igraszek  z pojazdami sterowanymi zdalnie, zauważyłem, że coś jest nie tak. W końcu po paru minutach nie wytrzymałem i zagadałem do studentów: „Panowie, za sprawą waszych kolegów wasza/nasza politechnika, ale też i miasto jest na ustach świata. Odnieśliście ogromny sukces, a tu na Rynku o tym ani widu, ani słychu. Przecież macie pełno laptopów, wystarczyło choćby jednego odpalić i pokazać triumfatorów. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przed mieszkańcami się nie chwalicie. Oni zapewne o nim nie słyszeli. A przecież lepszej okazji niż Dzień Akademicki trudno sobie wyobrazić”.

Jeden ze  studentów zaczął wymieniać, ile do godziny 12 w niedzielę zdążyło już o tym napisać portali internetowych, inny dodał, że złożył gratulacje kolegom na Facebooku. – „Dobrze, ale chodzi, by opowiedzieć o sukcesie tym, którzy są tu i teraz, na Rynku Kościuszki. Przecież nic nie stoi na przeszkodzie, abyście wydrukowali zdjęcie  w dużym formacie kolegów z Hyperionem  i powiesili nad stosikiem”.

Nie wspominam o tym, by mącić przy sukcesie, ale pokazać, jak bardzo potrzebna jest zmiana podejścia do filozofii marketingu, promocji, wizerunku. To powinno dziać się już, natychmiast , online. Bo tylko tak możemy ewentualne wynalazki czy odkrycia już nie na miarę marsjańską  przekuć w sukces komercyjny. Bo jak stare porzekadło mówi, że nie sztuką jest coś wymyśleć, sztuką jest cos sprzedać. I ile znamy przykładów z historii o wynalazkach z historii, które rodziły się w tej części świata. Tyle, że kto inny na nich zbijał kokosy.

Mało tego. Redefinicja podejścia do promocji to wyzwanie nie tylko przed uczelniami, ale przede wszystkim miastem.  Przecież spece od jej markowania w magistracie już powinni w niedzielę rozpoczać swoją robotę na Rynku Kościuszki, a najpóźniej w poniedziałek prezydent powinien zebrać ich w Pałacyku Gościnnym i powiedzieć: Proszę Państwa, oczekują szybko pomysłów jak sukces Hyperiona przekuć w promocyjny sukces miasta teraz i w przyszłości.  I to nie standardowych projektów, a przekraczających monotonię dnia codziennego biura promocyjnego, a kto wie, może wywracających ją całkowicie”.

Tym bardziej, że miastu, jak i prezydentowi triumf białostockiego łazika był przysłowiowym, wizerunkowym darem od losu. I tylko od kreatywności prezydenta, odwagi do tworzenia dobrych wzorców, inspiracji, chęci przekraczania Rubikonu zależy, czy wykorzysta ten dar od losu. Samo napisanie listu z gratulacjami do rektora Politechniki nie wystarczy.

W przeciwnym razie nadal będziemy debatować o innowacjach wprost proporcjonalnie do liczby instytucji w mieście i regionie mających w nazwie przymiotnik innowacyjny i jego pochodne. A jest ich sporo. Tyle że różnica między nami a resztą świata polega na tym, że gdyby w Podlaskiem debatuje się o innowacyjności, gdzie indziej innowacje się wdraża. I patrząc z tej perspektywy i tego, co zobaczyłem na Rynku Kościuszki, a czego raczej nie zobaczyłem, napiszę „Białystok (nie) potrafi. Hyperion dał nadzieje, że można to zmienić”.

 

Białystok potrafi. Hyperion dał nadzieję. Część I

Sukces białostockich studentów na pustyni Utah był dla miasta najlepszym darem od losu, jaki tylko mogło sobie wymarzyć. Nie tylko kraj, ale i wręcz kosmos  usłyszał o Białymstoku zupełnie z innej strony  niż ta, za sprawą  której, niestety, w niesławie gościł ostatnio w światowych mediach. Do tej pory w migawkach przedstawiano  miasto na mapie konfliktów o podłożu ksenofobicznym obok Sztokholmu czy Londynu, czy w kontekście  być może mających podstawy, ale zdecydowanie zbyt wcześnie wypowiedzianych słowach premiera Donalda Tuska o związkach białostockiego środowiska przestępczego ze środowiskiem publicznym. Teraz świat usłyszał o zupełnie innym Białymstoku. Że ma młodych zdolnych ludzi, przy których potencjalne w przyszłości mózgi NASA wysiadają. Z kolei reszta Polski usłyszała, że w naszym kraju najlepiej kręcą robotami nie we Wrocławiu (gratulacje dla ekipy ze Stolicy Dolnego Śląska za drugie miejsce ich Scorpio w zawodach na pustyni w Utah), ale właśnie w stolicy Podlasia.

Od strony promocyjnej miasta to kolejny dowód na hipotezę, która uskuteczniam od lat, że to białostoczanie są najlepszymi promotorami i ambasadorami swojego miasta w kraju i za granicą (oczywiście oprócz idiotów i terrorystów, którzy robią coś innego i haniebnego). I nie potrzeba żadnych półkowników w postaci strategii, kampanii promocyjnej czy symboli lub logówek.  Bo można strategii nie definiować, nie określać, ale jednocześnie dobrze wiedzieć, czym ona jest i jak ją realizować. I dlatego mieszkańcy nie potrzebują do tego żadnego systemu identyfikacji wizualnej czy biblii, a jedynie pewność, że bez dokumentów urzędnicy też będą wiedzieli, czym jest promocja “jako swoista racja stanu miasta” i jak ją realizować.

Pozostaje mieć nadzieję, ze odpowiedzialni za strategię nie zmarnują szansy, która dał miastu sukces studentów Politechniki Białostockiej. Bo też powinien być jak czymś na miarę  prędkości WARP z serialu Star Trek. Dać miastu napędu, który pozwoli zdyskontować sukces na pustyni Utah. Chociaż marszałkowi województwa to należy współczuć. Bo teraz już nie ma wyjścia. Czy to w Topolanach czy w każdym innym miejscu, lotnisko nie wystarczy. Bez kosmodromu się już nie obejdzie.

I tym humorystycznym akcentem kończę. By nie mącić radości z sukcesu studentów, jutro część druga: o Hyperionie, który dał nadzieję, że Białystok jednak (nie) potrafi.

PS. Zwrot zawarty w tytule Białystok potarfi, nawiazuje do tekstu, który napisałem na kanwie akcji ratowniczej na pustynii Acatama „ Chile puede„.

Po słowach premiera prawie cały Białystok podejrzany

Blady strach padł na miasto. Strach publiczny. Bo też słowa premiera, które poszły nie tylko w kraj, robią piorunujące i sensacyjne wrażenie.

W środę Donald Tusk (cytat za PAP) sprawę ujął tak: „Powiem najdelikatniej, jak potrafię: nadspodziewanie głębokie zakorzenienie w różnych środowiskach zawodowych skinheadów podlaskich. Dlatego ten problem jest dużo poważniejszy niż tylko wyciągnięcie kilkunastu gości, którzy stanowią ewidentne zagrożenie. Sprawa ma wymiar społeczny i w jakimś sensie też polityczny, dlatego wymaga i wielkiej determinacji, i wielkiej staranności. Jest dla nas priorytetem „

Dopytywany o szczegóły wyjaśnił, że chodzi o „niepokojące powiązanie świata kryminalnego ze światem publicznym”.

Po tych słowach zaczęły się domysły. Świat publiczny, czyli kto? Na forach  od razu pojawiły się spekulacje. Gdybano, że być może chodzi o słynne zdjęcie prezydenta miasta odbierającego podpisy?.To prawda, że gospodarz Białegostoku powinien tak postępować, by nie dać powodu do zrobienia owej fotografii. Albo mieć w magistracie coś w rodzaju tarczy ochronnej, czyli na tyle sprawny aparat doradczo-analityczny, który dostrzeże potencjalne zagrożenie w przyszłości wynikające z odbierania podpisów i wyśle po nie czwarty garnitur.  Od faktu, że taka fotografia powstała  jednak jeszcze bardzo  daleka droga do formułowania na forach internetowych wniosków kardynalnych. Tym bardziej, że były okazje do zupełnie przeciwstawnych migawek, ale o tym nikt nie wspomina. Chociażby te, gdy spotykał się z zagranicznymi studentami, uczącymi się na Akademii Medycznej po incydentach o podłożu rasistowskim. Ale też mam w pamięci zdumiewającą reakcję prezydenta na manifestację pokazu siły skrajnych środowisk podczas marszu jedności we wrześniu 2011. Z drugiej strony widzę gest solidarności z Ugo Ukahem po opluciu go przez białostockiego kibola na meczu w Szczecinie czy poniedziałkową reakcję na transparent wywieszony na miejskim stadionie. Nie  jestem adwokatem prezydenta, ale w sinusoidzie jego zachowań dostrzegam też pozytywne momenty. Może warto obok tego zdjęcia z podpisami, zamieścić to z Ugo Ukahem. Tylko czy po słowach premiera cokolwiek to zmieni?.

 A może słowa premiera dotyczyły sędziów? Media nieraz pisały, że orzekali zastanawiające  wyroki w sprawach o podłożu rasistowskim albo wykazywali się taką dobrodusznością, by niektórzy  zanim trafią za kraty mogli nabrać starannego wykształcenia pedagogicznego? A może o prokuratorów, którzy sędziom przedstawiali zastanawiąjące akty oskarżenia? A może o adwokatów,  którzy w tych procesach bronili oskarżonych?. A może o policjantów, którzy zbyt wielu sukcesów na kanwie tych spraw nie mają, ale mieli czas zastanawiać się skąd tych, których ścigają, stać na tych najlepszych  adwokatów (o tym później).

A może chodzi o nauczycieli, którzy niegdyś uczyli tych, których teraz tropią  policjanci?. A może  o urzędników, którzy w swoim czasie wydali zgodę na demonstrację przed kościołem Rocha, chociaż z góry było wiadomo, że dojdzie na niej do starć? A może o duchownych, u których być może spowiadają się owi ścigani, że nie powinni milczeć związani tajemnicą spowiedzi?. A może o kasjerki z hipermarketów, u których owi ścigani płacili za zakupy?. A może o fryzjerów, którzy gremialnie doprowadzają głowy ściganych do glancu?. A może o dziennikarzy, którzy opisują wydarzenia?. Podobnych „a może”  można mnożyć w nieskończoność, aż w końcu dojdziemy w gruncie rzeczy do absurdalnego stwierdzenia, że  tylko nieliczni są poza wszelkimi wątpliwości. A w zasadzie , że wszyscy są podejrzani.

Bo, niestety, zbitka słów użytych przez premiera,  jest tożsama  z podejrzeniem zbiorowym.  Mało tego. Szef rządu okrasił ją wyrażeniem: „ sprawa w pewnym sensie ma wymiar  polityczny”. Tym samym kwestie rozważań owych „a może” przeniósł na inny poziom. Znaczna większość opinii publicznej termin polityczny utożsamia z tym, co partyjne. A to zawęża krąg domysłów.  Tym bardziej że toczący się w Polsce konflikt polityczno-partyjny jest bipolarny. A stąd krok do całkowitego zejścia na manowce w oparach absurdalnych domysłów.

I dlatego jeśli premier na postawie posiadanych przez siebie informacji już wie, że będzie można konkretnym osobom w przyszłości przedstawić zarzuty, to powinien milczeć, do czasu, gdy z czystym sumieniem i bez cienia wątpliwości obwieści: To pan X, wykonujący taki  a taki zawód, piastujący takie a takie stanowisko publiczne, albo pani Y piastująca taki a taki zawód, piastująca taki a takie stanowisko publiczne sprzyjali, kryli i pomagali światowi przestępczemu  i dlatego będą odpowiadać  przed sądem. A my mamy na to niezbite dowody.

Tymczasem mówiąc o związkach świata publicznego ze światem przestępczym  premier wyrwał się niczym Filip z Konopii. Wspominam o tym, bo żyjemy w świecie zdigitalizowanym, w którym skrajne incydenty kształtują wyobrażenia ludzi o innych miejscach, bardzo szybko przekraczając wszelkie granice. Zarówno te haniebne o podłożu ksenofobicznym, jak i te wypowiedziane w dobrej wierze, choć znacznie wcześniej niż pomyśli głowa.

W środę premier mówił, że ostatni incydent na Leśnej Dolinie wiązał się z zagrożeniem dla wielu osób. Tyle że to było wiadomo od początku. Po pierwszej wizycie ministra Sienkiewicza w Białymstoku napisałem (wyrażając nadzieję, by poniekąd urzędniczo-celebrycki rekonesans szefa MSW do Białegostoku nie zakończył się takim samym skutkiem, jak w przypadki innych wypadów ministrów w Polskę po bulwersujących zdarzeń  z innej materii stosunków społecznych) , że dziwię, iż minister – jako spec od bezpieczeństwa – nie użył określenia ataki terrorystyczne. Bo też wyczerpywały one w pełni wszystkie znamiona pojęcia terroryzmu (spektakularny sposób działania, stworzenie masowego zagrożenia dla życia, zastraszenie ludzi, pewność braku kary za popełnione czyny i przesłanki świadczące o chęci osiągnięcia w przyszłości zamierzonego celu ). Te podpalenia to w gruncie rzeczy akty terroru. I chyba na to są oddzielne paragrafy, ale i potrzebne dowody, bo bez nich taki terrorysta pozwie Polskę do Strasburga, a sąd europejski w duchu swej filozofii przyzna mu rację.

Pamiętam jak w jednej ze spraw związanych z tą problematyką, jeden z anonimowych funkcjonariuszy państwowych w jednym z mediów zastanawiał się skąd podejrzanych czy oskarżonych stać na tak dobrych adwokatów. Tyle że go zupełnie nie powinno to obchodzić. On powinien dostarczyć tak mocnych i jednoznacznych dowodów, których nie obali ani adwokat ze stawką dzienną wycenioną na 1000 złotych , ani mecenas reprezentujący przed sądami sfery rządowe.

I dlatego wolałbym, by premier powstrzymał język do czasu, gdy bez najmniejszych wątpliwości w oparciu o pracę służb państwowych będzie mógł powiedzieć: ”Mamy go” czy też „Mamy ich”. Co jednoznacznie będzie oznaczało, że większość obywateli miasta B. jest poza podejrzeniami.

Premier gościł w województwie i mieście wielokrotnie. Czyżby nie miał wglądu w stan rzeczy? Wydaje się to niemożliwe, zważywszy, że jest nie tylko szefem rządu, ale i liderem partii dominującej także w regionie północo-wschodnim? Gdyby było inaczej, to faktycznie premier miałby nie lada problem w Podlaskiem? A jeśli szef rządu miał wiedzę, to dlaczego dopiero teraz tak stanowczo, a zarazem  nadzwyczaj ryzykownie, wypowiada  się w tej materii?. Gdy problem eksplodował siłą płomieni, a nie wtedy gdy się tlił w zarodku kilka lat wcześniej? A przecież miasto ma też inny problem z pewnym przyzwoleniem z płomieniami w tle.

Siedzący obok premiera minister Sienkiewicz, powiedział w środe, że środowiska skrajne w Białymstoku już odczuły na plecach podjęte działania. Bez wątpienia nie sposób na Leśnej Dolinie nie zauważyć – jak to mówią białostoccy dziennikarze – swoistego „stanu wojennego”. Bo powinnością służb państwowych i sytemu prawnego jest to, by każda zbrodnia została sprawiedliwie osądzona, a jej sprawcy osądzeni.
Jednak w kontekście społecznym już nie podzielam optymizmu szefa rządu. Bo, niestety, ten stracony przez lata czas, nie jest już chyba do nadrobienia. Obym się mylił.

Spotkanie w Salonie Ogrodowym. Po roku

Ostatnie spotkanie okolicznościowe pod chmurką prezydent Białegostoku wydał 23 czerwca 2012 roku podczas dni miasta. W odnowionym Salonie Ogrodowym Pałacu Branickich gościło około 280 osób. 22 czerwca 20 13 roku mniej więcej tyle samo gości prezydenta ponownie zawita do Salonu Ogrodowego. Różnica między tymi dwoma wydarzeniami jest taka, że ubiegłoroczny raut czerwcowy poprzedziło noworoczne przyjęcie w Pałacu Branickich. W tym roku tego styczniowego, organizowanego przez urząd miejski, nie było. Szkoda.

Jednak już wtedy prezydenta zapowiedział, że z tego czerwcowego podczas dni miasta nie zrezygnuje. Ta konsekwencja jeszcze bardziej utwierdza mnie w ocenie tego wydarzenia, którą przedstawiłem w zeszłym roku w artykule ” Cztery rauty i niedosyt” czy wcześniejszym  komentarzu „O jeden raut za dużo”.

 

Lewandowski, Borussia-Bayern i skopana Europa

W Londynie Borussia Dortmund  zmierzy się z Bayernem Monachium w finale Pucharu Europy. I chociaż dawno temu zmienił on nazwę na Ligę Mistrzów,  to w przeciwieństwie do niej,  dla mnie właśnie termin Puchar Europy nadal jest synonimem tego, co najlepsze w europejskim futbolu.  A dzisiejsza Borussia i Bayern (w przeciwieństwie do Bayernu z lat 70 i innej bliźniaczej Borussi z tamtej epoki ) nie są symbolami wyżyn europejskiego futbol, a jedynie tym, co można w nim zrobić dzięki pieniądzom. Tak wielkim, jak nigdy dotąd. Choć nie da się ukryć, że w odróżnieniu od ligi hiszpańskiej, włoskiej, angielskiej czy francuskiej, Bundesliga najbardziej oparła się epoce zarazy w futbolu.

Moje przygody (tele)empiryczne z finałami Pucharu Europy rozpoczęły się dobre trzy dekady temu. Z tamtej epoki najbardziej utkwił mi w zakamarkach pamięci finał Nottingham Forest-Malmoe. Fenomenalną grę Johna Robertsona, Tony’ego Woodcocka, Trevora Francisa, Viva Andersona, Petera Shiltona. I następny chłopców z miasta Roobina Hooda (w Madrycie) z hamburskim SV.  To była dziwna dekada. Angielska piłka ligowa, ciesząca się w Polsce dużą estymą, odnosiła największe sukcesy, gdy reprezentacja tego kraju dołowała. I kibice też, czego nie tylko piłkarska Europa doświadczyła w 1985 roku na Heysel.

Najbardziej niesamowite przeżycie to chyba rok 1987 i pojedynek na wiedeńskim Praterze.FC Porto grało z Bayernem Monachium. Bramki Portugalczyków bronił Józef Młynaczyk. Mecz ten oglądałem w telewizji austriackiej. Za spikera robił komentator polskiego radia (jeśli dobrze pamiętam to chyba Tomasz Zimoch), którego transmisję jakimś cudem odebraliśmy na tranzystorze.  I w taki to dziwny sposób kibicowaliśmy Portugalczykom. A bramki strzelonej piętą przez Madjera, nie zapomnę nigdy.   Rok wcześniej w finale grała faworyzowana Barcelona z piłkarskim wydawałoby się pucybutem – bukaresztańską Steuą. Ale to Rumuni sięgnęli po puchar, a świat usłyszał  po raz pierwszy takie nazwiska  jak Hagi, Ducanan, Boloni. Trzy lata później rozpoczynała się złota Milanu, która zwiastowała narodziny Ligi Mistrzów, a zarazem stworzyła barierę, której piłkarscy pucybuci nie mogą przeskoczyć do dziś.

O przynależności do elity nie decydowało już boisko, a swoisty cenzus majątkowy. Mecz i rewanż odeszły do lamus, pojawiły się rozgrywki grupowe. By dostać się do następnej rundy trzeba było mieć nie tyle końskie zdrowie, ale przede wszystkim  bankiera, który lekko ręką wyda miliony na co najmniej 30 „humanoidów”. Potencjalne zyski przesłoniły całą istotę europejskich rozgrywek. Pamiętacie mecze Widzewa z  Manchesterami czy Juventusem?.  Można było wejść na boisko boso, ale zejść z niego w ostrogach. Dzisiaj jest to niemożliwe.

Dziś przed telewizorami zasiądzie niemal cała Polska. W końcu jeszcze nigdy w tak prestiżowym finale rozgrywek klubowych nie grało trzech Polaków.  Wypełnią się kafejki, puby, w wielu mieszkaniach też nie zabraknie wspólnego oglądania.  Bez kombinowania z obrazem na zachodniej wizji i polskim audio na tranzystorze.  Czy pięta Lewandowskiego przyćmi tę Madjera? Oby, chociaż pozostanę przy swoim, że już nie gra się w piłkę tak samo dobrze jak dawniej. Zaprawdę, skopana to Europa.

 

Smutne święto w Białymstoku

Nie tylko z powodu kapryśnej pogody, która zapewne odwiodła wielu białostoczan od przyjścia na Rynek Kościuszki. Bo naprawdę było ich niewielu. Pusty plac przed Archiwum robił dość przygnębiające wrażenie.  Tylko czy w przypadku słonecznej i ciepłej pogody znacznie więcej mieszkańców skusiłoby się na udział w uroczystościach rocznicowych? Mam wątpliwości, zwłaszcza, jeśli sobie przypomnimy, że sierpniowe czy listopadowe świętowanie. Bot  odbywają się w sztywnym, niezmienionym od lat ceremoniale, który – zwłaszcza młodych ludzi – bardziej zniechęca niż przyciąga.

W tym roku zewsząd w ogólnopolskiej tonacji słyszeliśmy o nowoczesnym radosnym świętowaniu pierwszej w Europie konstytucji. Tyle ze nie w Białymstoku. Bo też w dzisiejszych uroczystościach niewiele było z radości, dużo z obowiązku. I to ze zgrzytami.

Żenująca wymiana zdań między szefem podlaskiej Solidarności a wysokim urzędnikiem magistratu o zachowaniu miejskich służb mundurowych wobec jednej z delegacji, wyjście parlamentarzysty przed końcem uroczystości na telewizyjny wywiad dla ogólnopolskiej stacji na temat kary nałożonej przez Brukselę na Polskę, a przede wszystkim smutny fakt, że zarówno wojewoda, marszałek, jak prezydent miasta w preambule swojego wystąpienia białostoczan powitali na końcu. Wszyscy jak jeden mąż na pierwszym miejscu wymieniali….

Pominę to, bo zapewne dyskusja od razu zeszłaby na manowce, a także z powodu pewnej koniunkcji czasowej, która w tym roku poniekąd nałożyła się na 3 Maja.

Stąd naturalnym wydawałby się zwrot: witam białostoczan. I nic by się nie stało. Bo każdy duchowny, poseł, samorządowiec, funkcjonariusz, urzędnik, jest białostoczaninem. Nie każdy białostoczanin może być duchownym, posłem, funkcjonariuszem, urzędnikiem.

 

Smoleńskie demony zła

Gdy szukam obrazów z kwietnia 2010 roku, które najbardziej zapadły w pamięci, od razu nasuwają się dwa. Pierwszy przypominał ostatnią scenę filmu „Demony wojny” Władysława Pasikowskiego. Rozgrywała się na pokładzie wojskowego samolotu transportowego. Wracał nim z Bośni major Keller (w tej roli Bogusław Linda). Siedział sam, a przed nim bodajże osiem trumien żołnierzy poległych podczas dowodzonej przez niego akcji. To robiło na widzach porażające wrażenie.

Tyle, że to był film, w rzeczywistości nigdy do kraju tak dużego transportu poległych nie było. Do 14 kwietnia 2010 roku. Tego dnia z Moskwy do Warszawy przetransportowano 30 trumien z ciałami ofiar smoleńskiej katastrofy. Widok wynoszonych z samolotu na Okęciu, przewożonych karawanem za karawanem ulicami Warszawy i w końcu ustawionych na Torwarze zostawił na zawsze piętno. A przecież jeszcze do kraju miały wrócić 64 trumny. Zaiste, jaźń tego nie była w stanie ogarnąć. I chyba nie jest do dzisiaj.

I druga scena, choć o trzy dni wcześniejsza z 11 kwietnia 2010 roku. Obserwując na ekranie telewizora przejazd żałobnego konduktu ulicami Warszawy i te nieprzerwane tłumy, które witały/żegnały prezydenta Polski, przez głowę przemykały obrazy również znane z filmów. Bo tamte niedzielne sceny przypominały dwa podobne wydarzenia z historii Polski. Jedno sprzed wieków, drugie sprzed 75 lat.

Tak bowiem w maju 1935 roku Polacy żegnali marszałka Józefa Piłsudskiego. Wtedy też na trasie konduktu ustawiły się tłumy warszawiaków. Widać to na przedwojennych filmach dokumentalnych. I drugi obraz nakreślony dzięki filmom fabularnym i kronikom pisanym, to kondukt żałobny ciągnący z Tykocina do Krakowa ze szczątkami Zygmunta Augusta.

I te analogie nasuwały się same. Ale też obserwując tamte sceny z 11 kwietnia, miałem nieodparte wrażenie, że tłumy pogrążone w smutku przywróciły zbiorowej świadomości, a może i nawet nadały nowe znaczenie majestatowi urzędu prezydenta RP. Bez względu, kto go pełni.

 – Trzeba mieć nadzieję, że obudzony w trakcie tego smutnego weekendu szacunek do polityków w ogóle, szczególnie zaś do tych, którzy nie cieszyli się, na co dzień powszechnym uwielbieniem Polaków, pozostawi trwały ślad w kulturze politycznej naszego narodu. Jakże paradoksalne jest, że dopiero teraz, 20 lat po odzyskaniu pełnej suwerenności, zaczęliśmy mówić o politykach: elita. Ci, z których czasami drwiliśmy, wytykając różne mniejsze bądź większe słabości, musieli zginąć, aby zasłużyć na uznanie i miano bohaterów – pisał w „Porannym” w kwietniu 2010 roku socjolog Radosław Oryszczyszyn. – Jako naród zdaliśmy egzamin, przed którym postawiła nas zbrodnia katyńska. Zdołaliśmy odtworzyć elity, zbudować silne, rozwijające się państwo i gospodarkę odporną na ogólnoświatowe kryzysy. W tej chwili przed nami kolejna próba, z którą razem musimy uporać się po sobotniej katastrofie. Czy obronimy wspólnotę i staniemy się lepszymi obywatelami, zależy tylko od nas samych.
 
 
 Niestety, po 30 miesiącach można napisać tylko o straconych złudzeniach. Jeśli za 100 lat Polska przetrwa jako państwo, to nam potomni będą podkreślać, że po 10 kwietnia ich przodkowie stracili szansę na zbudowanie swojej nowej państwowości. Nazajutrz po zakończeniu żałoby narodowej. W zamian obudzili demony zła.
 
 
 

Biznesu na dziadach się nie zrobi

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.  Co to będzie, co to będzie?

To chyba już bardzo zapomniana fraza z Dziadów, po której Guślarz rzecze swoje: – Czyscowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie.

Jakież te Dziady dziś zapomniane. Jak łatwo przychodzi zamiast tego obcować z Halloween. Dlaczego, mimo takiego renesansu wszelkiego rodzaju dawnych zwyczajów, w tym przypadku tak nie jest. Może dlatego, że na dziadach nie dałoby się zarobić?

Za chwilę …

Czas odemknąć drzwi kaplicy.
Zapalcie lampy i świecy.
Przeszła północ, kogut pieje,
Skończona straszna ofiara,
Czas przypomnieć ojców dzieje.
Stójcie…

Biała flaga na narodowym

We wtorek sportowy świat zobaczył schizofreniczny obrazem Polski. Z jednej strony bowiem Wrocław udowodnił, że naprawdę można dokonać czegoś na miarę międzykontynentalną. Z drugiej strony Warszawa zafundowała krajowi narodowy wstyd globalny. Najsmutniejsze było to, że w środę wieczorem nikt nie próbował walczyć z wodą. A przecież pamiętamy słynny mecz w Stuttgarcie na mistrzostwach świata w 1974 roku. Powszechnie się uważa, że przez grę na zalanej murawie Orły Górskiego utraciły swój największy atut- czyli szybkość. Ale nie może powiedzieć, że organizatorzy nie próbowali walczyć z wodą. Nie mogli jej do końca pokonać, bo i ówczesne technologie w sukurs im nie przychodziły. Mimo to walczyli. Podobnie jak Ukraińcy podczas ostatniego Euro 2012.  W Kijowie apokaliptyczna ulewa przerwała mecz Ukraina – Francja na godzinę. Ale organizatorzy  nie czekali tylko aż zadziała system drenażu murawy, zaczęli sami usuwać wodę.

We wtorek takiego zrywu nie było w Warszawie, mecz został oddany walkower. Nikt z mpem nie zasuwał po murawie, by wycisnąć z niej choćby jedną kroplę wody. Na narodowym wywieszono białą flagę.  Ale  nie ma nic gorszego w sporcie jak poddać się bez walki. I nie tylko w sporcie. Bo to nie deszcz gubi ten kraj.

Biała plama

Po wejściu do nowego gmachu opery wisi szklana tablica. Przeczytamy w niej, że budynek został zbudowany ku pożytkowi ogólnemu społeczeństwa podlaskiego, a zaprojektował go prof. Marek Budzyński. I że  – to widnieje poniżej – został otwarty 28 września 2012 roku, gdy marszałkiem województwa podlaskiego była Jarosław Dworzański, ministrem kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski, a dyrektorem OiFP ECS Roberto Skolmowski. Ostatnie zdanie brzmi: niech służy najlepiej obecnemu i przyszłym pokoleniom.

Wszystkie fakty są podane na tablicy są prawdziwe. Ale miedzy tymi wierszami jawi  się na tafli biała plama. Nie byłoby bowiem tego gmachu, gdyby nie pomysł Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego. Z jednej strony nowatorski jak na Białystok roku 2004 roku, ale też kontrowersyjny – jak na nasz region – pod względem  finansowym.

Bez tej inspiracji, nie byłoby dzisiejszych peanów widniejących na tablicy. Przemilczanie jego roli wydaje się na tablicy delikatnie mówiąc niestosowne. Tego z historii budynku nijak się nie da się wymazać. 

I skoro już tablica zawisła, to powinna być bez białych plam. Jeśli w ogóle jest potrzebna, zwłaszcza z treścią kto miłościwie nam panował w dniu jest otwarcia. Bo politycy i włodarze powinni stronić od takich celebr. Nawet jeśli mają powody do dumy.  Do historii nie przechodzi się frazesami malowanymi na szkle.

Jaki marszałek, taka opozycja

Tak można ocenić zachowanie podlaskich ugrupowań opozycyjnych po liście marszałka Jarosława Dworzańskiego do prezesa TVP, w którym przyznał się, że skutecznie interweniował u dyrektora białostockiego oddziału TVP w sprawie emisji materiału o bankiecie. Co prawda Solidarna Polska i SLD wydały oświadczenia, ale potrzebowały impulsu ze strony mediów, żeby w ogóle po trzech dniach przejrzeć na oczy i dostrzec cokolwiek.

PiS zajęty wizytą Jarosława Kaczyńskiiego w Białymstoku w ogóle nie zauważył sprawy. A może bardziej dlatego, że jest w rozkroku, bo jego miejski lider jest zrazem pracownikiem białostockie ośrodka TVP. Bo jak to by wyglądało: samorządowiec publicznie krytykuje firmę, która jest jego żywicielką. No chyba, żeby się wyłączył, ale nikt przy zdrowych zmysłach w takie wyłączenie, by nie uwierzył.

Ruch Palikota, który tak rozkwitł na wiosnę w Białymstoku, teraz zgodnie z kalendarzem pogodowym oklapł. No coż, jesienią nie tylko roślinność więdnie.

Jednym słowem: jaki marszałek, taka opozycja. A może i poniekąd dlatego, że nie ma gwarancji (choć dziś słyszymy je werbalnie), że ci, co przyjdą po obecnie rządzących, tak samo czynić nie będą. Bo natura polityki i tych, co lgną do władzy, jest zupełnie przeciwna. Prawda w Polsce stara jak świat światem i system systemem.

Ale tak się składa, że obecnie na Podlasiu rządzi PO. Cyż za swoje grzechy ( i swoich pomazańców) nie trzeba odpokutować? Zwłaszcza, że liczenie na tradycyjnie rozejście sie sprawy po kościach, może być tym razem zawodne. I dlatego w tym wypadku milczenie podlaskiej Platformy na pewno nie jest złotem.

I jeszcze podlaski PSL. Ten siedzi cicho chyba nie tylko, że jest tym słabszym partnerem w koalicji. Czyż ośrodki regionalne, a takim jest nasz białostocki, nie są nadzorowane w Warszawie przez członka zarządu kojarzonego z ludowcami? A wtedy podlaski PSL  swoją krytyką musiałby sam na siebie rękę podnieść?

Marszałek Dworzański jak prezydent Niemiec. Naruszył Rubikon

 Christian Wullf pożegnał się z fotelem Niemiec, gdy okazało się, że miał wywierać niedopuszczalną presję na media, by zaniechały publikacji na jego temat. Zadzwonił do redaktora naczelnego bulwarówki, przy czym  nagrał się na skrzynkę głosową, grożąc prawnymi konsekwencjami w przypadku ukazania się informacji o prywatnym kredycie, zaciągniętym na kupno domu.
I tej ingerencji niemiecka opinia publiczna nie darowała prezydentowi. Dla niej próba wpływu urzędnika państwowego, choćby głowy państwa, na media jest sprzeczna z kanonami demokratycznymi. Nic dziwnego, że pokazała Wulffowi czerwoną kartkę.

Wspominam o tym, bo w podobnym położeniu znalazł się marszałek Jarosław Dworzański. Niezadowolony z materiału jaki wyemitował białostocki Obiektyw napisał skargę do prezesa TVP. Poszło o bankiet, zorganizowany przy otwarciu opery.

W skardze marszałek przyznał się, że interweniował u szefa oddziału, by materiał  nie został puszczony. I za pierwszym razem interwencja ta okazała się –  jak sam pisze w skardze marszałek –  skuteczna.

I to jest już wystarczającym powodem, by Jarosław Dwarzański (abstrahując od innych kuriozalnych dla polityka sformułowań zawartych w skardze do prezesa TVP) podał się do dymisji .

Przy okazji oddał też niedźwiedzią przysługę dyrektorowi ośrodka, bo udowodnił, że szef białostockiego oddziału TVP jest dyspozycyjny wobec władzy. Nic dziwnego, że na taką telewizję ludzie nie chcą płacić abonamentu.

 

Grecja zostaje w Eurostrefie

Piłkarze Grecji zrobili to już dzisiaj wygrywając  z Rosją i awansując do ćwierćfinałów polsko-ukraińskiego turnieju. To prognostyk tego, co jutro wydarzy się przy urnach wyborczych w Atenach i innych miastach.

Po meczu Polski z Rosją napisałem, że nasi piłkarze są na autostradzie  z piekła do nieba. Z otchłani po drugiej połowie meczu z Grecją, przez  czyściec jakim był remis ze sborną. Rajem miał być awans do ćwierćfinału. Po drodze był parking we Wrocławiu. By na nim nie pozostać na zawsze, potrzebny był zryw bez zahamowań od początku do końca. W dzisiejszym meczu wystarczyło go tylko do końca pierwszej połowy.

Ten awans zależał tylko od nas. Wynik drugiego meczu nie miał dla naszych piłkarzy żadnego znaczenia. Dla Czechów i owszem. Ale tłumaczenia, że Czesi po strzeleniu gola przez Greków w Warszawie wzięli się do roboty i naszym było trudniej, uważam za nieporozumienie.

Piszę o tym, bo jest to kolejny przykład relatywizowania oceny naszej drużyny. Szczyt tej propagandy nastąpił po meczu z Rosją.  Euforia niemalże granicząca z amokiem zamazywały prawidłową ocenę naszej reprezentacji. Ba, można odnieść wrażenie, że wymiar sportowy przestał mieć znaczenie i że liczy się tylko celebrytyzm.

Nasi piłkarze dobrze zagrali z Rosją. Tyle że zawsze biało-czerwoni z Rosjanami wnosili się na wyżyny. Być piętno odciskały reminiscencje pozapiłkarskie, ale faktem jest, że każdej generacji ważne mecze o punkty ze ZSRR i Rosją wychodziły (zresztą to samo można powiedzieć o siatkarzach czy szczypiornistach).  Ale euforia  pokazała niezdolność do właściwej oceny gry Rosjan. W meczu z Polską  zagrali fatalnie, ale większość polskich kibiców tego nie dostrzegała. Za to rozpoczął się festiwal pod szyldem już jesteśmy jedna nogą w kolejnej rundzie i nic złego się już nie wydarzy. Piłkarze zaczęli chodzić po stacjach telewizyjnych, trener też się przełamał, kibice zazwyczaj także ci, którzy na co dzień nie mają nic wspólnego z piłką, powtarzali fałszywe prawdy celebrytów. Wytworzono atmosferę, w której podopiecznych Smudy zaczęto stawiać na świeczniku ponad Orły Górskiego. Do tego stopnia, że tuż po meczu okołoboiskowi i pozabosikowi celebryci nie za bardzo wiedzieli co powiedzieć. Wcześniej nakręcono atmosferę, która rozmijała się z rzeczywistością. Powtarzano, że jesteśmy blisko jak nigdy. Istotą była jednak realna ocena, dlaczego byliśmy tak blisko.

Przez ostatnie lata dość krytycznie wypowiadałem się o naszym piłkarstwie. Wielokrotnie pisałem o potrzebie defutbolizacji, ale też daleko byłem od skrajnego ostracyzmu Jana Tomaszewskiego. Niegodziwością byłoby nie dostrzeganie,  że jednak nasi zawodnicy zrobili duże postępy i pokazali naprawdę kilka akcji przedniej marki. Także w pierwszej połowie dzisiejszego meczu z Czechami, którzy w niczym nie przypominają generacji sprzed lat. Faktycznie to w nim pogrzebali szansę na awans, ale tak naprawdę stało się to w meczu z Grecją. Jeszcze raz potwierdziło się stare porzekadło, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. To tu zmarnowaliśmy swoją szansę.

Inne stare porzekadło mówi, że gdy złudzenia pryskają jak bańka mydlana,  turniej nabiera właściwego znaczenia.  Mimo że z  każdym dniem mniej meczów. Zaczyna się dostrzegać  jak daleko nam do Europy.  Grecy pokazali, że mimo wszystko można w niej być. Czy w niedzielę też?

O jeden raut za dużo

Noworoczne przyjęcie prezydenckie ma legitymizację natury historycznej i administracyjnej. Próżno jednak takich przesłanek doszukiwać się w bankiecie wydawanym przez prezydenta podczas Dni Białegostoku. To powinno być wspólne święto białostoczan, bez przywilejów dla kogokolwiek. Zwłaszcza że mieszkańcy potrzebują rozmowy. Nie przemowy z perspektywy sceny czy piedestału, ale pogaduchy przy kafejkowych stolikach. Nie pod krawatem, ale tak na luzie, po ludzku. Przy kwasie chlebowym i ogórku, a nawet przy piwie tematów do gawędzenia (i nie tylko) na pewno by nie zabrakło. Taka integracja nadałaby dniom miasta swoistego klimatu.

Białystok ma wymarzoną agorę na takie bratanie się: Jarmark na Jana.Do tej pory nasza władza nie wykorzystywała szansy na świąteczne spotkania z mieszkańcami. Może tegoroczny 20., jubileuszowy jarmark będzie impulsem do zmian.

 To doskonała okazja do posłuchania tego, co ludzie mają do powiedzenia. Zwłaszcza że w tym roku na żadne wybory się nie zanosi. Czerwcowy bankiet w pałacu będzie tylko grą pozorów i umizgów.

Na majową nutę

W te trzy dni patriotyzm odmieniany jest przez wszystkie przypadki i w różnych konotacjach. Z prawa, lewa, centrum i spoza systemu. Jeszcze niedawno rwetes ten określano dychotomią: patriotyzm staroświecki-patriotyzm nowoczesny. Jeśli dziś wydaje się, że jesteśmy w stanie w jasny sposób zdefiniować go na potrzeby najbliższych lat, to nic mylnego.

W swoim czasie serwisy podały, że najbogatsi Grecy wycofywali pieniądze z banku i transferowali poza granice kraju? Czy w kraju będącym w stanie zagrożenia takie działanie licuje z patriotyzmem? A może właśnie licuje, bo w ten sposób owi najbogatsi Grecy uratują cokolwiek, by za jakiś czas z resztkami kapitału powrócić?

I jak by się zachowali najbogatsi znad Wisły, gdybyśmy byli w takiej samej sytuacji, co Grecja? Udawaliby Greków? Amoże nie musieliby tego robić? Bo tak naprawdę, co Polak, to inny patriotyzm. Mamy 38 milionów patriotyzmów. Czy potrzebujemy takie swoistego wzorca? I kto ma prawo do jego określenia?

Pytania rodem z piosenki zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy. Mimo że z innej epoki, pasuje do współczesności. Wystarczy tylko Paryż zamienić na Białystok, Lipsk, Zambrów czy każde inne miejsce w patrii. Umiłowanej patrii.

Święto białostockie

Rocznice, święta, wydarzenia białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę. Trzy już za nami. 19 lutego, 9 marca, i w tym roku 30 marca. Dzisja kolejne 2 maja, pielgrzymka młodziezy prawosławnej do Zwierek. Za miesiąc kolejne, chyba najbardziej klimatem oddane w filmie Biała sukienka. a później kolejne: lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowy zryw jednodniowy, wrześniowy marsz sybiraków.

Tomasz Frankowski na EURO. Smuda naprawi błąd Janasa?

Tomasz Frankowski i tak zapewne będzie na polskiej ławce, bo w końcu szkoli naszych napastników reprezentacyjnych. Ale powinien się tam znaleźć nie jako trener-pomocnik, a zawodnik. Nie zabierze nikomu miejsca, bo kadra narodowa i tak napastników ma jak na lekarstwo. A Frankowski jest w takiej formie, że wszystkich z ekstraklasy stawia pod ścianą.

Ale trener Smuda powinien z jeszcze jednego pozwolić kapitanowi Jagiellonii wybiec na murawę stadionu narodowego. Tym samym stanie się sprawiedliwość dziejowa po krzywdzie, jaką Tomaszowi Frankowskiemu wyrządził Paweł Janas nie zabierając Franka na Mundial w Niemczech.

 Sam zawodnik  trenerowi Janasowi odpłacił się w październiku 2010 rok. Mam na myśli gol strzelony przez Tomasz Frankowskiego warszawskiej Polonii. Przed meczem ze stołeczną drużyną prowadzoną przez Pawła Janas kapitan żółto-czerwonych nie krył, że nadal ma żal do byłego trenera reprezentacji, że nie wziął go na mundial do Niemiec. A przecież nasz zawodnik był najlepszym strzelcem eliminacji. Nie wiem, czy z Tomaszem Frankowskim nasza kadra wypadła by lepiej, ale decyzja Pawła Janasa była nie logiczna. Z kilku powodów. Odsyłam do tego tekstu, który przypomniałem, gdy okazało się, że Paweł Janas zostanie trenerem Polonii.

Ten jedyny gol Tomasza Frankowskiego spowodował, że Polonia i jej trener wracają do stolicy w minorowej tonacji. Mówią, że zemsta jest słodka. Ale szansy odebranej Tomaszowi Frankowskiemu nic nie wróci. Chyba, że Smuda naprawi błąd Janasa.

Sprawiedliwością i koniecznościa dziejową, tym razem ze władz Jagiellonii jest umożliwienie Tomaszowi Frankowskiemu wskoczenie na podium najlepszych strzelców ekstraklasy właśnie w barwach Jagiellonii. Właśnie w brawach żółto-czerwonych, a nie jakiegoś innego klubu. Tak samo wizja emerytury piłkarza nie powinna wchodzić dla władz klubu w grę. Frankowskiemu do pokonania trzeciego w klasyfikacji po dzisiejszej główce w Warszawie brakuje doprawdy niewiele. Jeśli wskoczy na podium pozostanie tam po wsze czasy. I to jest swoistą racją stanu Jagiellonii Białystok. Nawet gdyby 168 gol Frankowski strzelił w pierwszej kolejce przyszłego sezonu. W skrócenie: Franek powinnien grać w Jagiellonii co najmniej do tego momentu. Jeśli starczy mu sił i będzie nadal miał przyjemność z gry zapewne pogra dłużej.

 

Duda jak Lula.To nie prima aprilis

Prawy do lewego, emeryta orżnij kolego. O przyszłość emeryta troszczą się zarówno ci z prawa, jak i z lewa, z centrum jak i spoza niego, i tak dalej. To samo słyszeliśmy 13 lat temu, gdy raczono nas reklamami typu: ale ty się rzucaj misiek. Po to, byś na starość mógłby odpoczywać tak, jak odpoczywają Niemcy i Japończycy. Jaką odpowiedzialność ponoszą dziś autorzy tamtej reformy? Wprost proporcjonalną do tej, którą ponosić za lat 20 będą autorzy dzisiejszej. Czyli żadnej. Tak samo jak ci, którzy zapowiadają, że jak dojdą do władzy, to zawrócą Wisłę kiję. A prawda jest taka, że cała klasa polityczna dwóch dekada ogołociła ze złudzeń polskiego emeryta.

I to wiadomo od chwili, gdy trzy lata temu wypłacono pierwszą emeryturę z OFE. Całe 23 złote.  Napisałem, wtedy, że chyba nie tylko ja mam poczucie, że  gdyby nie nakaz korzystania z OFE, sensowniej byłoby trzymać te pieniądze w skarpecie, albo choćby częściowo  przepić.
Wychodzi na to, że emerytury otrzymamy (jeśli dożyjemy) tak niskie, że będziemy zagrożeni ubóstwem A cały system, który niegdyś okrzyknięto polskim cudem, wart będzie tyle, ile słynne świadectwa udziałowe. Dla emeryta to iście rajska to była perspektywa. Jednym słowem: umierać, a nie żyć.

Po trzech latach widać to dobitnie. Ale to umarli mogą w tym przypadku zbawić żywych (niczym w tolkienowskim „Powrocie króla”) . Oby tylko, gdy znajdą się już po tamtej stronie, nie spoczęli na laurach. I nadal imali się różnych zajęć na niebiańskim rynku pracy. Inne nacje niech sobie odpoczywają, a Polacy nadal robią swoje. A kapitał, który zgromadzą będzie miał dla żyjących znacznie większą wagą niż ropa dla dzisiejszych emiratów. Zaś racją stanu państwa polskiego będzie wymyślenie sposobu, jak owe bogactwo przetransportować z tamtej strony. Bo że ruch w przeciwną stronę jest możliwy to już w starożytności udowodnił niejaki Charon. Rzecz w tym, by Polacy nie udawali Greków i opatentowali transfer z tamtego świata. A wtedy przyszłość każdych pokoleń emerytów będzie niezagrożona. Chyba, że kolejni politycy zechcą położyć na niej łapę. Dlatego jak śpiewała klasyk polskiego protest songu: Nie wierzę politykom.

I na koniec jeszcze jedna prognoza, ale już tylko z tego świata i jak najbardziej realna. Wszystkie strony polityczne zarówno te popierające referendum, jak i jemu przeciwne, są pod wrażeniem szefa Solidarności. Podkreślają, że w końcu ruch związkowy doczekał się nietuzinkowego przywódcy. Ale chyba nie za bardzo są świadomi takich porównań. Bo wychodzi na to, że Duda jak Lula.  Będzie prezydentem.

Symboliczna droga w centrum

Rocznice, święta, wydarzenia białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę ( np. 19 lutego, 9 marca, 2 maja, 16 sierpnia, 10 września),  Jedno z nich dzisiaj. Za kilka godzin Rynkiem Kościuszki i Lipową przejdzie, jak co roku, Droga Krzyżowa.

Niby jedna z wielu, jakie są w tych dniach w kraju, ale ma już własną tradycję. A przemarsz od Fary do białego kościoła na wzgórzu nadaje jej niepowtarzalnego charakteru. Nawet dla niepodzielających tej samej wiary, co maszerujący.

W swoim czasie w białostocki filozof Mirosław Miniszewski tak pisał w Porannym o symbolu krzyża: ”Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać”.

Dziś to przesłanie przez znaczną cześć białostoczan będzie prezentowane publicznie.

Myślę, że Europa w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?.

Alibi na stary dom

Dematerializują się, głównie w zgliszczach, stare domy. W ich miejsce powstawały nowe, na przekór opiniom, że w śródmieściu kończą się tereny pod mieszkaniówkę. Tak mechanizm odzyskiwania ziemi opisał na forum „Porannego” jeden z internautów: „Zawsze staje się nieszczęście. Jacyś bezdomni podpalają obiekt tak profesjonalnie, że ulega całkowitemu uszkodzeniu. Wówczas w ekspresowym tempie następuje wyburzenie i momentalnie nowy inwestor uzyskuje normalne warunki zabudowy i o całej sprawie się zapomina.

Mechanizm rodem niemalże ze spiskowej teorii dziejów. Nie da się jednak ukryć, że Białystok ma wyjątkowy problem z kłopotliwym dziedzictwem. Znikają nie tylko domy bez wartości, ale także i te, którymi miasto chciało się chwalić promując np. szlak architektury drewnianej.

Historia tak się potoczyła, że w porównaniu z innymi miastami, Białystok zabytków ma jak na lekarstwo. Dlatego każde odkrycie jest nie tylko na wagę światła, ale i przyszłości. By nam potomni za sto lat tak samo nie odzyskiwali ziemi czy zakopywali historię dzisiejszego Białegostoku. Bo alibi w spadku dostają na razie doskonałe.

W cieniu mitu

Miasta najszczęśliwszego do życia. To przekonanie, którym uraczono resztę Polski na podstawie różnych sondaży, urosło do rangi absolutu. Ankiety mają jednak to do siebie, że często sprowadzają na manowce. Wystarczy bowiem wskazać jedną dziedzinę, która burzy ten obraz szczęśliwości. Chociażby to, że Białystok nie jest bezpiecznym miastem. Bo wyrok sądu już nie wystarczy, a sprawiedliwość i tak wymierza się nożem (sprawa napadniętego Ormianina).
Nie jest też już tanim miastem. Wiedzą o tym doskonale ci, którzy kupują teraz bilety miesięczne i kwartalne na podróżowanie Białostocką Komunikacją Miejską. Za dwa miesiące e-bilety przyłożą przy każdym wejściu do autobusu. Pryśnie kolejny mit – miasta przyjaznego mieszkańcom. I otwartego na ich oczekiwania wykraczające poza koncerty happeningi, jarmarki. Dosadnie ujął to na forum Porannego jeden z internautów: „Bawcie się, pijcie, jak bawić i pić potraficie, ale nie oczekujcie, że pozwolą wam przekroczyć zaklęte rewiry w mieście. One są zarezerwowane dla wybranych”.
Takich cieni pozorowanej szczęśliwości jest znacznie więcej. Widać je gołym okiem.   Tylko nie urzędniczym z różnego szczebla. Można by rzec: miasto ślepców. Albo dowód na to, komu w Białymstoku dobrze się żyje.

Kliknięci

Głosowanie w sprawie klikania zakończyło się tak, jak od samego początku miało się zakończyć. Platforma udowodniła jak bardzo z obywatelskiej stała się partią instytucjonalną i jak bardzo będzie w najbliższym czasie instytucjonalność uskuteczniać: w myśl starego hasła raz zdobytej władzy nie oddamy.  Wynika to po części  z braku w mieście ośrodka kontroli społecznej, który by grupę rządząca kontrolował i rozliczał, przed którym czułaby ona respekt

Z kolei opozycja PiS i SLD po raz kolejny udowodniły, że nie są w stanie tej instytucjonalności przeszkodzić. Cytowanie materiałów prasowych nie wystarczy (Słabość PiS i SLD, zwłaszcza po niedzielnych zjazdach podlaskich struktur obu partii to zupełnie szerzy temat na oddzielną analizę).

Jednak z debaty i głosowania w sprawie klikania należy odnotować jeszcze dwa fakty. Po pierwsze zadziwiające miękkie, jak na dotychczasową optykę, stanowisko wiceprezydenta Adama Polińskiego. Znacznie bardziej twarde stanowisko prezentowali w swych wystąpieniach radni Platformy ( to kolejny dowód na wspomnianą powyżej instytucjonalizację).

I drugi fakt, już z głosowania: po pierwszym prowadzący obrady radny Sławomir Nazaruk był tak zaskoczony wynikiem głosowania, że nawet go nie odczytał.  Brak tej formuły, chociażby w parlamencie jest wystarczającym powodem do powtórzenia. Przewodniczący Nazaruk dwa razy powtarzał głosowanie z powodu pomyłki dwóch radnych. Ale po pierwszym głosowaniu nie podał jego wyniku. Powiedział: radny Nahajewski (w odpowiedzi na jego wniosek, że się pomylił), odpowiedział radnemu Dudzińskiemu, że radca prawny nie musi się w tej sprawie wypowiadać. Ale wyników pierwszego głosowania nie obwieścił. Z dwoma kolejnymi to uczynił, ale tego pierwszego nie podał.

Oczywiście nie mam złudzeń, że gdyby doszło do ponownego głosowania z tego powodu, to zakończyłoby się ono tak, jak to drugie i trzecie (tu kłania się wspomniana instytucjonalizacja). Ale czasami warto w internecie na żywo śledzić obrady radnych na żywo. Można się przekonać jak jałową dyskusję w sprawie pieniędzy przeznaczone na zabytki prowadzili radni i jakie niektórzy z nich stosowali umizgi wobec siebie i urzędników. I grzebali w dziedzictwie miasta zupełnie nie tam, gdzie chwila czasu powinna nakazywać.

Naprawdę warto w Internecie śledzić obrady radnych. I przekonać  się w sprawach wydawałoby się pozbawionych odcienia walki politycznej, tę walkę polityczną uskuteczniać. Tu plus dla radnego Platformy Piotra Jankowskiego, minus dla  jego kolegi klubowe Macieja Biernackiego.

Naprawdę warto w Internecie śledzić obrady radnych. Na sejmiku zresztą też.

Kręcą lody

Ledwie początek wiosny wiosna, a już rozpoczął się sezon na kręcenie lodów. Kiedyś było to dopiero pierwszego dnia maja. W granicach godz. 15, na naszym osiedlu swoje podwoje otwierała „Jubilatka”. W dawnej nomenklaturze to była klubokawiarnia, przez ścianę sąsiadująca z biblioteką. Smak tamtych lodów i w gruncie rzeczy szczeniackich czasów, w których zaczynało się je smakować, pozostał na zawsze.

 Dziś, gdy padają ostatnie bastiony tradycji, nic dziwnego, że kręcenie lodów też nie oparło się czasowi. Dobra pogoda, zwłaszcza w sobotę, jakby sama wymusił to kręcenie. Na Plantach zaroiło się od całych rodzin. Oblegany był zwłaszcza plac zabaw.  Naprawdę nie było gdzie wcisnąć kolejnego buta.  

Na sąsiednim, tym starym, oddalonym o kilkanaście metrów cisza jak makiem zasiał. Już w zeszły roku rodzice postulowali, by miasto wyremontowało go i połączyło z nowym w parkowe centrum rekreacyjne. Zwłaszcza, że stary plac zabaw ma jednak jedną zaletę.
– Jest o wiele lepszy na upalną pogodę, bo wokół są drzewa rzucające cień – mówiła w sierpniu „Porannemu” pani Joanna, jedna z matek. – Na nowym placu jest gorąco i praktycznie nie da się tu wytrzymać podczas upału

Miasto miało jednak inne plany. W ramach „Projektu rewaloryzacji zabytkowego Parku Planty w Białymstoku” w jego miejscu planowane jest posadzenie nowej zieleni.

Szkoda.

Nie solidarni

Rok temu garstka ludzi solidaryzowała się z wolną Białorusią na Rynku Kościuszki. Smutna to kontestacja, ale tak można tylko ocenić demonstrację na Rynku Kościuszki. Miała być wyrazem solidarności naszego miasta w ramach prowadzonej od 2006 r. akcji „Solidarni z Białorusią”. Jak co roku jest ona organizowana w rocznicę proklamowania w marcu 1918 r. Białoruskiej Republiki Ludowej. I w ramach tej akcji  miał  przejść „Marsz Wolności”.  Ale zaiste nie był to marsz, a spacerek kilkunastu osób Rynkiem Kościuszki, Spółdzielczą, Malmeda do Loftu. Tam zagrały w ramach solidarności z wolną Białorusią białostockie zespoły.

W tym roku nie było lepiej. I tego obrazu nie zmieni też gest posła Roberta Tyszkiewicza). Tym samym po raz kolejny w wymiarze publicznym Białystok udowodnił, że w idei solidarności z Białorusią daleko nam do innych miast. Nie tylko do stolicy, ale i tych z zachodniej czy północnej części kraju. Dziwne to, zważywszy na naturalne predyspozycje Białegostoku do bycia takim centrum wschodnim. Wiem, organizujemy wiele akcji charytatywnych dla naszych rodaków zza wschodniej granicy, wspieramy też opozycjonistów, ale jakże ciężko przychodzi nam publicznie zademonstrowanie, chociażby w tym symbolicznym dniu, sprzeciwu wobec tego, co dzieje się po drugiej stronie granicy. Jak mamy do tego przekonać innych Europejczyków, skoro sami tego nie czynimy?

Spotkajmy się na Rynku

Magistrat w końcu poszedł po rozum do głowy i w tym roku czerwcowe święto Białegostoku będzie trwało tylko trzy dni. Lepiej krócej i intensywniej niż rozwlekle i nijako. Tym bardziej że podczas ubiegłorocznego maratonu nie było atmosfery święta i świętowania. W tym roku jest szansa, że Dni Miasta nabiorą swoistego klimatu i kolorytu.

To dopiero za trzy miesiące, ale już teraz magistrat zachęca do odwiedzenia centrum miasta. Bo nie da się ukryć, że w poprzednich latach zabrakło czegoś, co można nazwać filozofią „Spotkajmy się na Rynku Kościuszki”. Nie podczas koncertu wielkiej gwiazdy, ale tak co tydzień, w wiosenne i letnie weekendy.

Teraz ma się to zmienić. W niedzielę pierwsza z imprez spod szyldu „Odwiedź centrum miasta” – jarmark wielkanocny rękodzielników. Za tydzień kolejne. Na progu lata zaś podczas Dni Miasta XX Jarmark na Jana. Jubileusz zobowiązuje. Także naszą władzę, która może w końcu też zacznie odwiedzać centrum i pojawi się na jarmarku. Bo gdzież będzie miała lepszą okazję do rozmowy z mieszkańcami, jak nie na targu? Tematów do gawędzenia pewnie by nie brakowało. Jak choćby o klikaniu w autobusach. Z tym tematem nie trzeba czekać do czerwca. Można i trzeba o nim rozmawiać już jutro.

Wzorzec Sevres promocji

Andrzej Zieniewicz, maratończyk i spółka ChM, ceniony na świecie producent specjalistycznych implantów, to od soboty pierwsi władcy Pierścienia Podskarbiego Włoszka. Tak Juchnowiec Kościelny postanowił docenić osoby czy firmy, które najlepiej promują gminę. Zarazem pokazał, że można tym znacznie więcej zyskać niż ślepą wiarą w dogmaty marketingowe zakładające, że opracowana, spisana i opłacona strategia to standard, bez którego ani rusz. Albowiem to mieszkańcy są najlepszymi promotorami i ambasadorami swojego miasta, gminy, regionu, nie tylko w kraju, ale i za granicą. Nie potrzebują do tego żadnego systemu identyfikacji wizualnej czy biblii, a jedynie pewność, że bez dokumentów urzędnicy też będą wiedzieli, czym jest promocja „jako swoista racja stanu miasta” i jak ją realizować.

Warto, by z wzorców Juchnowca korzystały też inne gminy, także znacznie większe i bogatsze. Zamiast szukać kolejnych akademickich i biurokratycznych pomysłów na promocję, warto skorzystać z inicjatywy samych mieszkańców i oddać ją w ręce obywatelskie. Bo oni dla wizerunku miasta czy gminy są w stanie zrobić znacznie więcej niż spece od markowania promocji.

Sismo en Mexico. Klimakterium

Fuerte sismo en Mexico. 7, 8. To już kolejne wstrządy w tym roku w różnych cześciach świata. A jeśli Majowie mieli rację i wizja nakreślona przez hollywoodzkich scenarzystów na naszych oczach z fikcji przeistacza się w realnośc. I ziemia przechodzi kolejne w swoich dziejach klimakterium.

Jagiellonia – Lech. Gol Frankowskiego

Tomasz Frankowski przełamał niemoc strzelecką Jagiellonii i zdobył pierwsza brankę dla żółto-czerwonych w tej rundzie na własnym boisku. Tym  samym coraz bliżej mu do wyczynu legendarnego Gerarda Cieślika. Jeśli jeszcze do końca sezonu nasz kapitan będzie raz na mecz trafiał do siatki przeciwników, to ma szanse wskoczyć do trójki najlepszych strzelców polskiej pierwszej  ligi. I pozostać na trzecium stopnium podium po wsze czasy. Bo trudno się spodziewać, by przy całej mizerii naszej ligowej piłki ktokolwiek kiedykolwiek zbliżył się do wyczynu Tomasza Frankowskiego.

PS. W 90 minucie drugiego gola dla Jagiellonii zdobył G. Rasiak. Nasi pokonali Lecha 2:0. Zwiększyły się widoki na dokończenie stadionu, to i z miejsca lepsza gra Jagiellonii.

Nagrodę warto wydobyć z niszy

Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem – słynne zdanie Wiesława Kazaneckiego rozpoczynało ostatni wywiad, który udzielił. Znajdziemy w nim odniesienia do twórczości poety, znacznie więcej  znajdziemy rozważań o mieście, jego przeszłości, czasie powojennym, ruinach, które ukształtowały białostockość poety, ale przede wszystkim  przyszłości Białegostoku. Do bólu prawdziwych, niekiedy wręcz wizjonerskich.  Po części spełnionych, ale też i nadal oczekujących.

„Zacznijmy od tego, że Białystok brzmiało jak swoiste zobowiązanie’’ dla  potomnych. I by z tego zobowiązania się wywiązać, potrzeba było czegoś niebanalnego, co zapadnie w pamięć białostoczan i wzbudzi zainteresowanie Wiesławem Kazaneckim jako poetą. Ale też, jako białostoczaninem, który nie tylko swą sylwetką wpisał się na trwale w krajobraz miasta.

W ubiegłym roku  Jan Leończuk, współlaureat z Ignacym Karpowiczem jubileuszowej, XX. edycji nagrody literackiej prezydenta Białegostoku na najlepszą książkę 2010 roku, w rozmowie z Porannym cieszył się, że ta nagroda istnieje i ma takiego patrona, ale za mało mówi się o Wiesławie Kazaneckim, jego twórczości, nadziejach, pragnieniach, bólach. Zastanawiające to były słowa, skoro dwa lata wcześniej temu obchodzono w Białymstoku Rok Kazaneckiego.  I tu chapeux bas przed naszymi instytucjami kulturalnymi. Można powiedzieć, że podjęły to zobowiązanie z  gniazda i starały się go w niebanalny sposób spełnić. I spełniły. Ale czyżby naprawdę nic z tego po dwóch latach w przestrzeni miejskiej nie zostało, skoro laureat nagrody ważył takie słowa?.   Czyżby to było chwilowe tylko przywrócenie do pamięci, tak od wielkiego dzwonu właśnie związane z obchodami ogłoszonego przez radnych Roku Kazaneckiego? Jeśli nawet tak było, to stałą wartością powinna pozostać właśnie nagroda literacka prezydenta Białegostoku. Stąd rodzi się pytanie: Ile  Wiesława Kazaneckiego w nagrodzie im. Wiesława Kazaneckiego?

Od strony artystycznej sprawa wydaje się prosta. Nie ma przesłanek, by w ostatnich latach podważać werdykt kapituły. Nagradza książki najlepsze, bez względu na wiek, czy dorobek nominowanych do niej literatów. Tak było w ubiegłym roku, gdy doceniła Ignacego Karpowicza za „Balladyny i romanse”. Kolejne, już ogólnopolskie wyróżnienia dla podlaskiego prozaika potwierdziły słuszność werdyktu białostockiej kapituły, którą godząc teraźniejszość z przeszłością, potrafi zarówno nagrodzić młodość (także literacką), ale i docenić też dojrzałość. Tak było, gdy po raz kolejny laureatem został Jan Leończuk, tak było, gdy nagrodę odbierały Katarzyna Zdanowicz czy Teresa Radziewicz. Chociaż mam nieodparte wrażenie, że Białystok czeka na swoją książkę. Tak jak czeka na swój film czy utwór muzyczny. Problem w tym, że może nie doczekać.

Coraz trudniej, i to członkowie kapituły nie ukrywają,  ze zgłoszonych kandydatur wybrać te nominowane. Być może jest to winna zbyt otwartej formuły, która wymaga jedynie tego, by choć w minimalnym stopniu autor publikacji był związany z Białymstokiem lub regionem. To implikuje łatwość zgłaszanych książek. Zapewne w niedalekiej przyszłości kapituła będzie musiała zmagać się też z innymi dylematami, będącymi pokłosiem rozwoju technologii zastępujących tradycyjny druk, jak edycja w formacie PDF lub w postaci audiobooka. Co więcej, nie muszą być to klasyczne książki, a jedynie eseje, szkice. Z jednej strony liberalizacja, z drugiej oczekiwanie większej powściągliwości w zgłaszaniu kandydatur. O ile dylematy te można rozwiązać zmieniając regulamin nagrody, o tyle nie da się zwiększyć jej miastotwórczej roli bez otwarcia na Białystok. Ta nagroda powinna być sowitą wartością nie tyle dla wąskiego środowiska, ale szerszej opinii publicznej. Nie stanie się tak, jeśli nie nastąpi otwarcie jej na białostoczan. Do tego potrzeba jednak działań promocyjnych miejskich służb kulturalnych. Samo przygotowanie uroczystości rozdania nagród to stanowczo za mało. A przecież czas od ogłoszenia nominacji w połowie stycznia) do wręczenia nagrody ( na początku marca) warto wykorzystać na aktywną promocję nagrody, pokazania jej miastu. Media i spontaniczne działa, których byliśmy świadkami w tym roku (np. w kawiarni Labalbal), nie wystarczą.

Powinna ona inspirować, pobudzać do refleksji nad miastotwórczą rolą literatury. Bo w tej chwili jest tak, jak w przypadku Dni Białegostoku: konia z rzędem temu, kto zauważy  w przestrzeni miejskiej, że się odbywają. Z nagrodą jest podobnie. Nie wspominając, że chociażby tegorocznych książek nominowanych do nagrody nie sposób było dostać w księgarniach.

Nie warto też ograniczyć się jedynie do samego finału: uściski, kwiaty, grawertony i do zobaczenia za rok. Bo to przypomina ceremoniał związany z z rocznicami historycznymi. Tutaj też kwiaty, wieńce, znicze, msze, i zero działań przybliżających, chociażby w postaci inscenizacji, historię miasta.

I dlatego być może warto zorganizować w liceach spotkania z laureatem nagrody, ogłosić też konkurs dla młodych na najlepszą teatralną, może filmową adaptację nagrodzonej powieści, z możliwościami pokazania podczas dni miasta.  Bo właśnie otwarcia, w tym przede wszystkim na młodych spoza niszowego kręgu, brakuje tej nagrodzie. Było to widać szczególnie podczas tegorocznej gali. Przyszli na nią urzędnicy, nominowani, członkowie kapituły, szefowie wydawnictw, dziennikarze,  fotoreporterzy, szefowie instytucji kulturalne oraz ci, którzy z natury nie opuszczają takich imprez. A i tak była to w sumie nieliczna reprezentacja, by nie powiedzieć, że niszowa. Nie mogło być inaczej, skoro w przestrzeni miejskiej świadomość istnienia takiej nagrody jest w praktyce zerowa. Jeśli nic się nie zmieni, to za kilka lat na kolejną galę znowu przyjdą urzędnicy, nominowani (jeśli będzie kogo nominować),  członkowie kapituły, szefowie wydawnictw, może dziennikarze,   szefowie instytucji kulturalnych, ale zabraknie z naturalnych przyczyn tych, którzy nie opuszczali takich imprez.

W tym kontekście słowa Wiesława Kazaneckiego: „Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem”, zobowiązują do czegoś więcej. By za kilkadziesiąt lat nam potomni patrzyli na dzisiejszy Białystok nie tylko przez pryzmat epoki taneczno-operowo-sakralno-galeriowej. Ale to już temat na inna opowieść.

Kobiety w miejskiej polityce

Sześć pań  radnych w radzie miejskiej Białegostoku, w sejmiku jeszcze mniej. Do lutego w obu w ciałach decyzyjnych obu samorządów nie było żadnej kobiety. U marszałka nadal bez zmian, ale w miejskiej polityce zaszła zmiana. Od miesiąca zastępczynia prezydenta jest prof. Renata Przygodzka. Co prawda od lat miejskie pieniądze trzyma Stanisław Kozłowska, ale tak na dobrą sprawę nie ma możliwości kreowania decyzji i polityki miejskiej. Teraz będzie mogła to robić była prodziekan wydziału ekonomii. Na ile będzie w tej materii  niezależna?.  A może  nie ma miejsca na samodzielność?. Zapraszam do dyskusji.

Premia a’la zapomoga

Z jednej strony oburzenie na 570 tys. złotych premii na odchodne dla Rafała Kaplera, byłego szefa Narodowego Centrum Sportu,  dziwi. Przez niemal całe dwie ostatnie dekady pod każdą szerokością geograficzną wmawiano, że nie tylko bankierzy muszą być dobrze nagradzani. Bo w przeciwnym razie finanse i biznes, także w publicznym interesie, nie będą się kręcić. Ukuto paradygmat, który świat nie tylko akceptował i tolerował, ale uczynił  nową religią. Do tego stopnia, że ten sam świat nie dostrzegł, jak ta sowicie opłacana elita wymknęła się spod kontroli. Rzeczywistość nad Wisłą nie różni się pod tym względem od tej globalnej.

Jednak z drugiej strony oburzenie na premię dla byłego prezesa NCS nie dziwi. Za chwilę rozpocznie się bój o reformę emerytalną. Padają głosy, że trzeba podnieść wiek emerytalny, bo za kilka lat nie będzie miał kto pracować, a w budżecie braknie pieniędzy na emerytury. Jednak trudno będzie zaakceptować taką aksjologię, skoro wydaje się na nagrodę – i to w sytuacji, gdy stadion nie jest jeszcze gotowy – pół miliona złotych. To dowód, że do takiej roboty nigdy nie braknie chętnych. I że na nią zawsze znajdą się pieniądze. Nawet jeśli trzeba byłoby je dać w formie zapomogi.

Wracając do pieniędzy dla byłego prezesa NCS, to premią dla niego powinno być już  otrzymywanie co miesiąc uposażenia, zapewne niemniej bajońskiego, skoro do tej pory jakoś nie można go ujawnić. Zaś dodatkową nagrodą co najwyżej przysłowiowa złotówka. Czyżby nie honor byłoby dla niego przyjąć taką nagrodę.

Niemiłosny spadek po Alfonsie

W powszechnej świadomości 14 lutego to tylko święto zakochanych. Jednak ten dzień w historii zapisał się na trwale nie za sprawą fali czerwonych serc wylewających się ze wszystkich zakamarków  naszej handlowej rzeczywistości, a głównie dzięki słynnej masakrze. 14 lutego 1929 roku, przebrani za policjantów ludzie Alfonsa Capone krwawo rozprawili się z konkurencyjnym – w handlu nielegalnym alkoholem – gangiem O’Baniona.

Od tego czasu Al Capone mógł samodzielnie rządzić w mieście.  Nie za długo. Masakra tak wstrząsnęła opinią publiczną, że władze federalne podjęły bardziej stanowcze kroki w walce z przestępczością zorganizowaną. Sam Al Capone został aresztowany za… oszustwa podatkowe.

Warto pamiętać. że oprócz Włochów, swoisty talent do alkoholowych interesów wykazywali również Polacy. Polskie grupy przestępcze kontrolowały 12 procent produkcji alkoholu w Nowym Jorku. Potrzeba było dopiero kryzysu zapoczątkowanego wydarzeniami 29 października 1929 roku kiedy to nastąpił słynny krach na Wall Street aby zerwać z obłudą prohibicyjną.

Po tamtych czasach zostało nam coś w spadku na trwale: jeśli nie możesz dobrać się do  kogoś za to, co chcesz, to dobierzesz się do niego za to, za co możesz. Maksyma ta często – w skrajnej formie – była wykorzystana do rozprawy z przeciwnikami systemów totalitarnych. A i w tych współczesnych systemach demokratycznych sprawdza się nadal. Pod każdą szerokością geograficzną. Także na Wschodzie.

Szkoła tańców salonowych

Historia Studium Wokalno-Aktorskiego, które miało być zapleczem dla przyszłej opery, a po dwóch latach działalności będzie wygaszane, najdobitniej pokazuje jak nieracjonalne pląsy decydują o losach placówek edukacyjnych. Zwłaszcza wtedy, gdy w takim tańcu – jak śpiewała Iga Cembrzyńska – ważne są dobre maniery, ważna elegancja, ważny dryg. Gdy robi się do tyłu kroki dwa, a jeden do przodu. A tak pląsały władze miasta ( i nie tylko one) w sprawie studium wokalno-aktorskiego. Radni poprzedniej kadencji dwukrotnie powiedzieli tej szkole nie. Powód: niejasny sposób jej finansowania. Niepomny tych porażek, magistrat trwał przy pomyśle. Jednak, gdy przyszło do trzeciego głosowania stała się rzecz niesłychana: radni zmienili zdanie i poparli projekt. Zrobili to, mimo że  władze miasta też zrobiły obrót o 360 stopni. Były już przeciwne powołaniu studium. Powód: obawy o możliwości finansowania szkoły w perspektywie zmniejszenia subwencji o światowej.  

Czyż zapowiedź ich zmniejszenia nie powinna utwierdzić jeszcze bardziej radnych w przekonaniu, że sfinansowaniem studium może być krucho? Z drugiej strony, skoro już jednak powstało, to czyż jego fundatorzy nie powinni zrobić, co tylko się da, by nie zostało zapamiętane li tylko jako owa szkoła tańców salonowych?. Ale tak to już jest z tym odbijaniem w owych tańcach. Kto nie tańczy, nie ma go. Rączka- rączka, nóżka-nóżka, brzuszek i banknotów plik.

 Dziś ofiarami tych pląsów są przyszli adepci sztuki wokalno-aktorskiej, których uwodzono iluzją nadziei na pracę w operze. Wielu radnych, którzy wtedy zapraszało młodych artystów do tańca, niebawem będzie decydować o przyszłości innych placówek ponadgimnazjalnych. Oby historia studium wokalno-aktorskiego byłą przestrogą przed podejmowaniem kolejnych decyzji w oparciu nie o racjonalne przesłanki, a kolejne widzimisię. Autorzy tych pląsów za kilka lat znowu mogą się zmienić, ale ślady, które po nich zostaną będą nieodwracalne.

Tylko ofiary się nie mylą

Jeśli to, co zrobił w piątek detektyw Krzysztof Rutkowski nie sposób nie nazwać show, to dzisiejsze zachowanie policji nie sposób nazwać farsą. Ale najbardziej zastanawia zachowanie służby więziennej. Nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, że matka może targnąć się na życie. Od samego osadzenia w areszcie powinna trafić do celi, w której do minimum zostaną ograniczone możliwości takiego kroku. Zapewnienia, że została teraz przeniesiono w bezpieczne miejsce pachną parafrazą, że  po incydencie tym rozkaz wydano, by płynu do naczyń nie dawać do celi.

Jesteśmy świadkami personalnego sporu między detektywem a policją, a szerzej spoglądając jakiegoś nekrorealityshow. Tymczasem prawda jest taka, że tylko ofiary się nie mylą. A ofiarą jest wyłacznie 6-miesięczna Madzia. I tak rozumieć trzeba sosnowiecką tragedię.

Madonna w godzinę W

Zapowiedź występu gwiazdy muzyki pop na stadionie narodowym 1 sierpnia, zapewne  zwiastuje ferment na nutę patriotyczno-rocznicowo-warszawską. Podobnie było trzy lata temu, gdy przed koncertem tejże Madonny na Bemowie 15 sierpnia, powstał Komitet Obrony Wiary i Tradycji Narodowych “Pro Polonia”. Obiekcje miał nawet  Lech Wałęsa. Nie dotyczyły jednak samej piosenkarki, ale daty jej występu, który zbiega się ze świętem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Skoro tamten występ wzbudzał tyle emocji (pozamuzycznych), to można się spodziewać, że tegoroczny od tej strony też nie przejdzie bez echa. W końcu zbiega się z rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego. Chyba, że Madonna zaśpiewa na narodowym Hej, chłopcy bagnet na broń.  

W tym miejscu przypomina się inna madonna, ta polsko-ruska, z wiersza Tadeusza Kubiaka, w fenomenalnej interpretacji grupy Bez Jacka.

 Polsko-ruska madonna
Polsko-starocerkiewna
Z gorejącego złota
Z żywego drewna, srebra

Bizantyjsko-słowiańska
W śnieżnobiałych sukienkach
Na nie bielonych płótnach
Na trumiennych, na trumiennych deskach

Nie bojarska, nie carska
Zasmucona, kamienna twarz
Nie bojarska, nie carska
Zasmucona, chłopska ikona

Białe płuca miasta

Dwa kominy elektrociepłowni, które od ponad tygodnia ani na chwilę nie przestały buchać dymem. W zależności od kierunku wiatru tworzą się nad tą częścią miasta niesamowite spektakle, jakby po kataklizmie naturalnym bądź wywołanym przez człowieka (rodem z filmów katastroficznych). Zwłaszcza wczesnym rankiem i tuż przed zapadnięciem zmroku. W tym klimatach sąsiednia Węglowa jawi się jako kraina wiecznej siarczystości, jakże adekwatna do wizji w tym miejscu Muzeum Sybiru.
Dopóki jednak te kominy wyrzucają  z siebie kłęby dymu, dopóty miasto żyje. Ale nie ma nic za darmo. Wielu z nas zapewne za kilka miesięcy odczuje to przeraźliwie. Dzisiejsze dymy życia będą dymami, które puszczą nas z torbami. To wtedy dopiero zima wystawi nam, mieszkającym w blokach rachunek. Słony, a jeszcze niedawno wydawała się taka słodka.

To ponoć najzimniejszy miesiąc od lat. Ciągły mróz utrzymuje się od ponad 30 dni  ( z małą przerwą na grudniowe święta). A jeśli to nie jest wybryk, a pierwszy zwiastun czegoś, być może jeszcze odległego, ale nieuchronnego. I jakże przeciwstawnego do tego, czym straszyli na klimatolodzy. Bo też przyroda sobie sama, nie potrzeba jej żadnych adwokatów. I od milionów lat sama na świecie wyrównuje rachunki.

Najlepiej widać to we wspomnianych hollywoodzkich filmach katastroficznych. Z tym, że w wizji kataklizmów spowodowanych anomaliami geologiczno-astronomiczno-fizycznymi zawsze scenarzyści znajdowali miejsce na w miarę jakiś tam happy end. W rzeczywistości takiego szczęśliwego końca nawet garstka może nie doświadczyć. Przeto pierwsze, co robię po przebudzeniu to spoglądam przez okno na te dwa kominy. Buchają, a Białystok nadspodziewanie dobrze do tej pory radzi sobie z arktycznym powietrzem.

Bilet do podwyżki

Od 1 kwietnia ceny biletów miesięcznych w Białymstoku pójdą w górę.  Stało się już tradycją, że podwyżka wprowadzana jest w prima aprilis. Tak było w 2008 roku i rok temu. W końcu, jak mówi stare porzekadło, dobry żart tynfa wart. W tym przypadku nie wszystkim jest do śmiechu. Bo co gruncie rzeczy mają zrobić białostoczanie? Do szkoły i pracy muszą jakoś dojechać. Ostatecznie mogliby dotrzeć tam pieszo, ale przecież to z komunikacją mieli być bliżej celu.

Tradycją jest też, że bez względu na to, jak bardzo rynek winduje ceny paliw, bilety drożeją zawsze o 40 groszy. Podwyżka biletów z ubiegłego roku miała przynieść miejskiej kasie około 4-5 milionów złotych. Wtedy na promocję, głównie przez sport, zapisano około 8 milionów.

W tym roku pieniędzy na kreowanie wizerunku miasta ma być znacznie mniej, a tzw. resztówki z budżetu zostały rozdzielone na inne przedsięwzięcia. Może oszczędności z odśnieżania starczy nie tylko na Pozytywne Wibracje, ale i złagodzenie drakońskiej podwyżki. Być może, jak się jeszcze głębiej pogrzebie w miejskich zaskórniakach, to podwyżka cen biletów wyniesie nie 40 groszy, a 35, może 30 groszy. Do tego nie trzeba laptopów. Wystarczy liczydło, od biedy kalkulator, aktywność oraz chęć radnych.

Kwiaty dla ministra groźniejsze niż ACTA

Zawsze, gdy opozycja składa wniosek o odwołanie jakiegoś ministra, to zazwyczaj jest to dowód jej niemocy. Bo koalicja i tak zazwyczaj go obroni. Chyba że zarzuty dotyczyłyby zbrodni, gwałtu czy szpiegostwa. Inaczej jest z wotum nieufności dla premiera. To działanie jest wyższą szkołą demokracji i ma głębszy sens Ale tylko wtedy, gdy opozycja od razu zgłasza swojego kandydata na szefa rządu i jest w stanie go wybrać. Takim właśnie majstersztykiem było w 1982 roku odwołanie Helmuta Schmidta i powołanie na urząd kanclerski Helmuta Kohla przy jednoczesnym utworzeniu nowej koalicji. Ale takie rzeczy zdarzają się w ugruntowanych demokracjach. A do ich standardom polskim dość daleko.

Załóżmy, że  koalicja PO i PSL obroni ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. O jego odwołanie, za fermet z lekami refundacyjnymi, wnioskuje PIS. Załóżmy, że i tym razem opozycja nie zgromadzi dla swojego wniosku większości. To czy wówczas, zaraz po głosowaniu i skutecznej obronie minister zdrowia otrzyma kwiaty?

Pacta, ACTA i rebus sic stantibus

Nie po to, podpisuje się umowy, by ich potem nie ratyfikować. Zwłaszcza, jeśli ma się w parlamencie większość. Tak można podsumować zapewnienia niektórych ministrów, że na etapie ratyfikacji można jeszcze coś zmienić. Nie, nie można i każdy student prawa międzynarodowego oblałby egzamin, gdyby twierdził inaczej.  Umowę podpisaną można ratyfikować lub nie. Jeśli się na nią ratyfikuje, to zgodnie z zasadą pacta Sund servanta   – umowy zawartej należy dotrzymywać. Ale nawet od tej świętej zasady istnieje klauzula rebus sic stantibus. Można się na nią powoływać uzasadniając nie możność stosowania umowy. By państwa czy inne podmioty gremialnie nie korzystało z tej klauzuli prawo międzynarodowe zawiera ściśle określony katalog, na który można się powoływać: błąd, oszustwo, szantaż, przekupstwo, nie posiadania pełnomocnictwa do podpisania takiej umowy lub nadzwyczajne okoliczności, o których sygnatariusz nie widział w momencie podpisania umowy, a które zmieniają jego wymowę w momencie. I jeśli pojawiłaby się taka okoliczność, a z niektórych informacji europejskich instytucji są do tego przesłanki, można odstąpić od ACTA. Tylko czy jeśli nawet prawo, by na to pozwalało, wystarczyłoby woli politycznej? W końcu to porozumienie chętnych

Raut w pałacu

Białostoczanie zawsze potrafili się bawić na balach, zwłaszcza elity miasta. Do legendy przeszły te z lat międzywojennych w hotelu Ritz i w Pałacu Branickich. Przeto nie dziwmy się, że ich spadkobiercy też nie stronią od bankietów i przyjęć. Pod warunkiem, że mają mocną legitymizację.

Dziś w Pałacu Branickich prezydent Białegostoku wydaje doroczne przyjęcie noworoczne. Zaproszeni zostali przedstawiciele środowisk gospodarczych, naukowych, kulturalnych, samorządowych. W odróżnieniu od bankietu, który organizowany jest podczas Dni Miasta, to dzisiejsze spotkanie, ma legitymizację wynikającą choćby z natury administracyjnej czy wspomnianej wyżej tradycji. W szerszym rozumieniu jego umocowanie powinno być wypadkową wyzwań, przed którymi stoi miasto. Nie tylko do końca tej kadencji. Zwłaszcza, że wizja Białegostoku przyjęta w strategii rozwoju 2020 plus z wolna rozmija się z tą, której hołdują władze kraju.   

Co zatem jest lepiszczem Białegostoku, gdzie tkwi i czy w ogóle jest swoisty reaktor, który będzie zasilał w energię  nasze miasto? Czy bardziej należy postawić bardziej na niepewny  realizm peryferyjny  czy zadowolić się współzależnością, choć ona będzie pod każdym względem imperfecta (niedoskonałą).

To ważne także dla tych, którym nigdy nie będzie dane być  na noworocznym spotkaniu, a którzy też dają miastu swoją przyszłość i wynikające z niej wartości. By było komu za sto lat wspominać dzisiejsze bale, tak jak współczesny Białystok wspomina te przedwojenne.

Orkiestrę zaproście do stołu

Nie tylko Białystok trudno sobie dzisiaj wyobrazić bez organizacji pozarządowych. Zastępują państwo i samorząd tam, gdzie służby publiczne są zazwyczaj systemowo niewydolne. Kwesty, akcje i koncerty charytatywne to stały punkt wielu weekendów. Pierwszy w tym roku już w niedzielę. Po raz 20. zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I zapewne, jak co roku, białostoczanie nie pozostaną obojętni na to granie, choć nie będzie tradycyjnego światełka do nieba w centrum miasta. 

Można się licytować, kto w tym roku zawinił bardziej strona miejska czy społecznościowa. Każda z nich ma własne doświadczenia ze współpracy z drugą (wystarczy wspomnieć chociażby słynny koncert grupy  KAT czy powstanie dwóch sztabów w ubiegłym roku). Prawda jest taka, że pierwsza szansa w tym roku na wypromowanie Białegostoku w kraju przeszła nam koło nosa. I to za znacznie mniejsze pieniądze niż te, o które kłócono się chociażby w kontekście Pozytywnych Wibracji.

I dlatego zaraz po zakończeniu tegorocznego finału warto zasiąść do stołu i zrobić wszystko, by za rok światełko z Rynku Kościuszki ponownie wzbiło się do nieba. Nie wierzę, by obu stronom naprawdę trudno było się dogadać. W końcu w Białymstoku działa centrum organizacji pozarządowych, miasto remontuje im budynek i wspiera dotacjami, a także pełnomocnikiem. Niech silniejszy będzie też mądrzejszy i zaprosi słabszych do stołu. Naprawdę nie dzieli was nic.

Trzech Króli. Po białostocku

Rok temu po raz pierwszy od pół wieku 6 stycznia był dniem wolnym od pracy. Na Białostocczyźnie wolne 6 stycznia ma  jeszcze jeden, ekumeniczny wymiar. Wypada w  wigilię prawosławnych świąt Bożego Narodzenia. Świąt, które ich obchodzący uczniowie musieli przez lata odrobić. Bo państwo polskie nie potrafiło zaradzić temu. Rok temu dzięki czerwonej kartce w kalendarzu 6 stycznia otrzymało narzędzia do zadośćuczynienia.

 Dwanaście miesięcy później w Trybunale Konstytucyjnym miano rozpatrywać skargę pracodawców, którzy domagali się sprawdzenia zgodności nowego święta z konstytucją. Argumentowali też , że nie stać Polski na dodatkowy dzień wolny ( swoją skargę złoży organizacje związkowe, bo choć wprowadzono wolne, to zlikwidowano zmienne dni wolne przyznawane w zamian za święta przypadające w soboty). Trybunał jednak w ogóle nie zajął się skargą pracodawców.

Gdy po raz pierwszy w Polsce rozgorzała batalia o wolne 6 stycznia wydawało się, że będzie kolejna czerwona karta w zamian za czarną 1 maja. Dzień te wydawał się naturalny – święto proletariatu odziedziczone po poprzedniej epoce. Ale okazało się, że Polacy tak bardzo posmakowali w długim majowym weekendzie, że nie bardzo skorzy byli pozbawiać się tej przyjemności. Poza tym trafiło się kalendarzowe i świąteczne usprawiedliwienie wolnego 1 maja – jako dnia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.

Zresztą, gdyby zlikwidowano wolne w 1 maja to jakby wyglądała tegoroczna wielka majówka?. Wszak szykuje się nie tyle długi weekend, co dekada wolnego. Może też pora, by 2 maja  święto flagi, które jest państwowym stało się też dniem wolnym. Wtedy przynajmniej skończy się żonglowanie urlopami. Większość podczas dekady z majówką i tak nie będzie pracowała (także z innych względów). Po co ta fikcja w majestacie prawa. I Polskę stać na kolejny dzień wolny. Zwłaszcza, gdy stać ją na wiele innych, zbędnych rzeczy.

Wracając do Trzech Króli, wiele miast ma swoje korowody. Białystok też może powinien podążyć tym śladem. W rolę trzech mędrców ze Wschodu mogliby wcielić się na przykład wojewoda, prezydent i marszałek. Korowód mógłby być jednym z elementów miejskiej publicznej zabawy choinkowej  czy innej akcji charytatywnej. A jeśli jest Trzech Króli, to powinna  być i Befana,  u której, jak głosi tradycja,zatrzymali się Trzej Królowie. Czarownica, która obdarowuje (nawet jeśli u nas miałoby być to symboliczne) dzieci prezentami. Ta rola mogłaby być przechodnia, co roku piastowana przez inną osobę. Zaprawdę dam do jej pełnienia w Białymstoku nie brakuje.

Dopiero wtedy Trzech Króli znalazłoby się w katalogu białostockich świąt. Niekiedy pokrywają się one z tymi państwowymi i ogólnokrajowymi rocznicami, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę. Tak jak lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, kwietniowa droga krzyżowa, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.

Podróż na Wschód. Epilog

 Z Białegostoku wyruszyło do Kazachstanu trzech podlaskich filmowców. W Astanie zaprezentują regionalne produkcje z dwóch konkursów przeglądu Filmowe Podlasie Atakuje!. – Zależy nam także na promocji naszej działalności w tej części świata – mówi Krzysztof Sienkiewicz związany z białostockim przeglądem filmowym. Podczas wyprawy na Wschód nasi twórcy będą zrealizować nagrania do filmu „Pamięć”, opowiadającego o zesłańcach na Sybir i Polakach żyjących w Kazachstanie.

Ileż w tej podróży , oprócz filmowych, symbolicznych pierwiastków?. Podobnie było pod koniec czerwca, gdy do Pawłodaru pociągiem wybrali się kibice Jagiellonii. Nie wiem, czy wtedy zdawali sobie sprawę z symboliki tej kilkudniowej wyprawy. Bo też w naszej historii  pociąg do Kazachstanu miał jakże inne piętno. Tam sowieci wywozili nim z Kresów  polskie rodziny. Męczeńska droga deportowanych zaczynała się już w momencie najścia NKWD na ich domy, gdy dawano im kilkanaście minut na spakowanie się. Potem był trwający kilkadziesiąt dni transport na Syberię, w bydlęcych wagonach przy mrozie sięgającym pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Tak zsyłkę wspomina 38-letniej Polki zesłanej w kwietniu 1940 roku z Białegostoku do Pawłodaru:

„Sytuacja w wagonach była straszna. Na pryczach, pakunkach, walizkach, leżały lub siedziały w kuczki kobiety przez kilka dni nie zdejmując sukien. To też momentalnie pojawiły się wszy. Dzieci ułożone w wygodniejszych miejscach, ale bez dobrego powietrza, ruchu i należytego pożywienia zaczęły gorączkować. Nerwy ludzi, zmęczone zaduchem, brakiem snu, dobrej wody i gotowanego jadła, a nawet dostatecznej ilości wody do mycia, wytwarzały atmosferę nie do zniesienia. Żołnierze NKWD stali się ordynarni, grozili kolbami, ubliżali lub czasem kokietowali prostacko dziewczęta. „Eszelony” wlokły się powoli. Drzwi otwierano tylko przed większymi stacjami, gdzie kilkakrotnie tylko w ciągu 18. koszmarnych dni pozwalano ludziom przejść się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Robiliśmy widocznie koszmarne wrażenie, bo ludzie tamtejsi patrzyli na nas z trwogą, a często z odrazą, jak na zbrodniarzy”.

W lipcu,  gdy kibice Jagiellonii  po trudach pięciodniowej podróży weszli na stadion Irtysza, nie byli zapewne jedynymi (niektórzy lecieli też samolotem)  dopingującymi po polsku. Wszak w poprzedniej dekadzie język polski był nauczany w jednej ze szkół pawłodarskich. Zapewne dla mieszkającej tam niewielkiej polskiej Polonii mecz Irtysz-Jagiellonia był bardzo ważnym wydarzeniem. Choć nie da się ukryć, że pod względem sportowym zakończonym dla nas bardzo smutno.

Gdy kibice ruszali w podróż do Pawłodaru napisałem, że nie powinno tam też zabraknąć władz Białegostoku. Skoro stać było tych pięciu śmiałków pojechać koleją, to tym bardziej powinno stać nie tyle władze Białegostoku, co klubu, na wyczarterowanie samolotu.  Koszty takiej wyprawy nijak się miały  do pieniędzy, które lada dzień miało przekazać miasto  Jagiellonii na promocjęw rozgrywkach ligowych do końca grudnia 2011. W ostateczności o koszty wyprawy kazachskiej można byłoby  pomniejszyć wyniki przetargu.

Wspominałem o tym wtedy nie bez kozery. Już chyba nigdy władze Białegostoku nie będą miały takiej okazji, by odwiedzić Białystok na Syberii. Wszak lot z Pawłodaru do Tomska to rzut beretem. W czasie, gdy piłkarze jeden dzień przeznaczyliby na trening, białostocka delegacja mogłaby go wykorzystać na przelot do Tomska. Stamtąd tylko 200 kilometrów jazdy samochodem (tyle co z Warszawy do stolicy Podlasia)  i już jest Białystok na Syberii.Szkoda, że naszym władzom (a były już w niejednym miejscu na świecie i to bardzo odległym) zabrakło trochę refleksji i refleksu. I pojechać tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Ale tam gdzie prezydent Białegostoku powinien zawitać. Do Białegostoku na Syberii. I myślę, że akurat w tym przypadku po wylądowaniu na Okęciu i podróży samochodowej do domu nikt  nie wypomniałby władzom naszego miasta kosztów tak dalekiej podróży.

Nie wiem, czy władze miasta czytały tamten komentarz, ale półtora miesiąca później prezydent Białegostoku odbył swoją podróż na Wschód goszcząc w Białymstoku na Syberii. Tak fundamentalną dla ontologii chociażby pomysłu Muzeum Sybiru, ale przede wszystkim pamięci, tożsamości miasta i powinności. Pojechał tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu, a potencjalny zysk z wizyty żaden. Był tam gdzie prezydent Białegostoku, być  powinien. To jeden z nielicznych blasków, a może i najwięszy,  pierwszego roku drugiej prezydentury Tadeusza Truskolaskiego.

Tegoroczna wyprawa podlaskich filmowców do Kazachstanu jest symbolicznym domknięciem opisanej powyżej podróży na Wschód: przez Pawłodar, Białystok syberyjski i Astanę. Do Białegostoku.

Król czasami bywa nagi

Czy w Białymstoku jest bohema? A jeśli tak –  co ją wyróżnia i czy dzieli ją  (jeśli tak, to jak  wielka)  przepaść od  poprzedników?

Przed wojną krąg artystów skupionych chociażby wokół Piotra Sawickiego ( a i inne środowiska – także narodowościowe czy religijne miały zapewne swoją cyganerię). W PRL-u krąg skupiony wokół …. A dzisiaj?

Może era postmodernizacji spowodowała, że bohemiści znaleźli całkiem inne kanały dające możliwość wyartykułowania swoich wizji?. A może tak na dobrą sprawę już dawno dokonała się symbioza między bohemistami a władzą. To znaczy, że od niej zależne są wszelkie formy działalności artystycznej. Także tej spod szyldu cyganerii. I że nastąpiła jej instytucjonalizacja, w której od potakiwań bolą karki niepozwalając dostrzec, że niekiedy król też bywa nagi.

Galeria inna niż wszystkie

Tuż przed końcem ubiegłego roku został ogłoszony konkurs architektoniczny na modernizację starej elektrowni i przystosowanie jej do potrzeb Galerii Arsenał.

Na inne konkursy, zwłaszcza te w roku 2010, zgłaszały się pracownie projektowe z całej Polski. Niektóre z pomysłów były ideowymi, inne z powodu braku pieniędzy muszą jeszcze poczekać (bulwary nad Białą). Z kolei dopiero po prawie trzech latach znajdzie finał konkurs na zagospodarowanie odnowionych baszt w ogrodzeniu Pałacu Branickich. Gdy w 2009 roku miasto wybrało jego zwycięzcę zastrzegło, że nie oznacza to, że najlepszy pomysł w ogóle będzie realizowany. Oby podobne półkownikowanie nie stało się udziałem pomysłu, który zmieni industrialną przestrzeń starej elektrowni na potrzeby galerii sztuki współczesnej.

 I dlatego dobrze, że laureat konkursu będzie miał prawo negocjacji przy realizacji koncepcji. To wzmacnia gwarancje, że powstanie galeria inna niż wszystkie. Bo tego, że Arsenał potrafi doskonale wkomponować sztukę współczesną w industrialny klimat starej elektrowni nie trzeba udowadniać. Wystarczy przypomnieć Protoplazmę z 2010 roku czy niektóre ekspozycje z ubiegłorocznej Podróży na Wschód.

Drogowcy zaskoczyli oznaki zimy

Walczyli w sylwestra ze szklanką, która zrobiła się na ulicach. Zupełnie inaczej niż w Wigilię, gdy nagły mrozik ściął zalegającą wodę. Wtedy próżno było szukać kogokolwiek, kto sypał piach, sól czy coś jeszcze nie tylko na ulicach, ale na chodnikach. W sylwestra na jezdni było inaczej,  na obwodówce, bo tam spotkałem piaskarkę.

Z kolei inne służby porządkowe błyskawicznie uporały się z pozostałościami zabawy sylwestrowej. I to tak skutecznie, że w dzisiejsze popołudnie trudno było dojrzeć cokolwiek, co świadczyło, że białostoczanie przywitali nowy rok. Z obserwacji zabawy na rynku nasuwa się wniosek, że trzeba jeszcze popracować nad logistyką bezpieczeństwa osób się tam bawiących.  

 

 

Kończy się rok…

Kończy się rok i słuchaj słowa
By zacząć to wszystko od nowa
Obejrzyj to sobie, sam sobie odpowiedz

Kult ”Czarne słońca”

 
Tradycyjnie już sympatykom i antysympatykom mojego pisania życzę roku niepodobnego do innych.

Kolęda Dla Nieobecnych

A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
I choć przygasł świąteczny gwar
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
Wbrew tak zwanej ironii losu

Daj nam wiarę, że to ma sens
Że nie trzeba żałować przyjaciół
Że gdziekolwiek są dobrze im jest
Bo są z nami choć w innej postaci
I przekonaj, że tak ma być
Że po glosach tych wciąż drży powietrze
Że odeszli po to by żyć
I tym razem będą żyć wiecznie

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

A nadzieja znów wstąpi w nas
Nieobecnych pojawią się cienie
Uwierzymy kolejny raz
W jeszcze jedno Boże Narodzenie
I choć przygasł świąteczny gwar
Bo zabrakło znów czyjegoś głosu
Przyjdź tu do nas i z nami trwaj
Wbrew tak zwanej ironii losu

Przyjdź na świat, by wyrównać rachunki strat
Żeby zająć wśród nas puste miejsce przy stole
Jeszcze raz pozwól cieszyć się dzieckiem w nas
I zapomnieć, że są puste miejsca przy stole

Muzyka: Zbigniew Preisner, Słowa: Szymon Mucha
A tak zaśpiewała ją Beata Rybotycka

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=CD1RJtYd1lA&feature=player_embedded[/youtube]

To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa

Czwartkowe południe. Grupa licealistów śpiewa kolędę na Rynku Kościuszki, miedzy fontanną a Ratuszem.  Słowa jednak  nikną gdzieś w wilekiej przestrzeni.

Jak to jest z naszymi kolędami?. Niegdyś śpiewane przez miesiąc, dziś zazwyczaj goszczą, przynajmniej w wymiarze publicznym, góra przez Wigilię. A pierwszego dnia świąt zaczyna się przygotowywanie do codziennej młócki. Bo to zaraz pora na dyskotekę, wesele, koncert.

„Bóg się rodzi, moc truchleje” najbardziej białostocka z polskich kolęd. Czy gdyby jej autor żył 200 lat później, nie powinien zacząć od:„ Do galerii hej, ludkowie, do galerii, bo tam cud… przeceny “ (choć w tym roku już jakby słabiej).

W legendarnym „Misiu” niezapomnianego Stanisława Barei w scenie końcowej stary węglarz mówi do kompana, dlaczego nie może nazwać córki tradycja:

„Tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy”.

A potem klamra spinająca te słowa w postaci pastorałki Ewy Bem: „Ziemia spokojna i mądra, Ziemia sprawiedliwa, wszystkim ludziom szczodra”.

Te dwie sceny najpełniej odzwierciedlają Polskie Wigilie, powiedzenie tak onegdaj wryte w naszą tradycję. Co dziś z niego zostało?

Miejska Wigilia

Dziś  miejska Wigilia. Na Rynku Kościuszki. Dla wszystkich. Wrosła już w krajobraz  i – miejmy nadzieję – tradycje miasta. W odmiennej niż w zeszłym roku aurze, bo wtedy  łamano się opłatkiem w okowach mrozu. Dawała ciepło tym, którzy go potrzebowali. Byli tak bardzo go spragnieni.

Los ma to do siebie, że każdy z nas może owego ciepła, choć na chwilę potrzebować (bez względu na panującą temperaturę). A wtedy miejska Wigilia na Rynku Kościuszki…

Jarosław Kaczyński i długi marsz do Chin. Po drodze Podlaskie

W kultowym filmie katastroficznym Rolanda Emmericha „2012” statki arki budowane są w wysokogórskiej części Chin, czyli anektowanym Tybecie. Nie tylko dlatego, że woda dotrze tam najpóźniej. Żaden inny kraj nie dawał gwarancji na skuteczne powodzenie tej akcji. Nie tyle ze względów technologicznych, co tajności operacji. Po prostu: można ją przeprowadzić w społeczeństwie zmilitaryzowanym, gdzie nigdy tak na dobrą sprawę nie liczono się z ludzkim życiem, w systemie autokratycznym, gdzie nie ma wolności. Gdzie trwa przepoczwarzony system komunistyczny, czyli Chiny Ludowe. I o tym powinien pamiętać Jarosław Kaczyński, który mówi o parciu do przodu jak Chiny.  

Zresztą już wcześniej prezesa PiS snuł globtroterskie plany. W marcu 2010 na poznańskim kongresie partii opowiadał, że plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. Polaków tam niezbyt wielu. W 2020 roku muszą być tam miliony Polaków! Polacy muszą mieć prawo do wypoczynku!

Gdy Jarosław Kaczyński snuł wówczas wizje przejścia Polaków przez Morze Czerwone napisałem, że  za perspektywę bycia w Egipcie to ja dziękuję. Nie byłem tam ani razu, wolę cień  lasów nad suwalskimi jeziorami. I wolałbym aby dla dobra regionu przyjeżdżali też tam nie tylko Polacy. Tyle, że nie mają jak.

Bo ilekroć Jarosław Kaczyński porusza zagadnienie suwerenności (np. w sprawie gazociągu północnego, dobrej drogi łączącej nas z krajami bałtyckimi czy ostatnio w kontekście wystąpienia ministra Sikorskiego), tylekroć trzeba przypominać, że ten obrońca suwerenności sam w 2007 roku wywiesił białą flagę. Tym była jego decyzja o zaprzestaniu budowy obwodnicy Augustowa. Jakże wielką krzywdę wyrządził wtedy ówczesny szef rządu nie tylko mieszkańcom uzdrowiska. W końcu, czyż nie z inicjatywy jego partii zorganizowano słynne referendum w sprawie obwodnicy będące iluzją podmiotowości społeczności podlaskiej.

Swoją kapitulacją szef PiS dał wzorzec postępowania tym, którzy przejęli po nim władzę w kraju, do jeszcze większej uległości. Przykładem tego jest nie tylko kuriozalna sieć transportowa, ale też iluzja stworzona mieszkańcom gmin puszczańskich, że mają jakikolwiek głos w sprawach parku narodowego.

I dlatego jeśli były premier mówi dziś o zagrożonej suwerenności, to słychać w nich ton faryzeusza. Najpierw wypadałoby zrobić przynajmniej rachunek sumienia. Bo na zadośćuczynienie jest już za późno. Tak jak w sprawie podlaskiego euromandatu z jego namaszczenia.

I dlatego za chiński, długi marsz to ja dziękuję. Podobnie jak wcześniej za przejście przez Morze Czerwone.

Jagiellonia zaszachowała radnych

Wygrywając z Lechią w Gdańsku, Jagiellonia zaszachowała radnych. Bo też oni dzisiaj będą debatować czy na promocję miasta przez sport w przyszłym roku ( jej głównym beneficjentem jest Jagiellonia) przeznaczyć więcej niż zaproponował w projekcie budżetu prezydent Białegostoku. A jest to rażąco mniej niż przewidywała kończąca się właśnie lada dzień umowa obejmująca promocję od połowy lipca do połowy grudnia.

 Przypomnijmy: miasto zapłaciła za nią cztery miliony złotych (nie wspominając o perypetiach związanych z pierwszym przetargiem na ten cel). I mając na uwadze osiągnięcia naszego zespołu poczynając od nieszczęsnej wyprawy do Pawłodaru, przez mecz pucharowy z Ruchem Zdzieszowice i ostatnie porażki na własnym boisku, to inwestycja ta mogłaby się wydawać wątpliwej natury. I dlatego przed dzisiejszą sesją białostockich radnych lepszego argumentu  niż gol Grzegorza Rasiaka na wagę trzech punktów nie sposób sobie wyobrazić.

Od kilku dni niektórzy radni próbowali zwiększyć poparcie dla przekazania większych pieniędzy na promocje miasta przez klub. Teraz mają argument podtrzymujący tlącą się nadzieje, że nie będą to pieniądze wyrzucone w trawę. W krótkiej perspektywie, bo ta dłuższa wymaga odpowiedzi na znacznie poważniejsze dylematy. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Przyjdź do nas święty Mikołaju

Przyjdź do nas, przyjdź, święty Mikołaju

Obdaruj, wszystkich obdaruj

Czeka robotnik i czeka emeryt

Pewnie ty masz numer czterdzieści i cztery

Tak śpiewał przed laty kabaret OT.TO. Dzisiaj większość z nas liczbę czterdzieści cztery musi zamienić na 67. Pod warunkiem, że w zdrowiu doczeka tego wieku? Zwłaszcza, w czasach gdy zwolna szpitale publiczne stają się prywatnymi, a te prywatne publicznymi.

Kilka lat temu, w przeddzień święta mikołajkowego, białostoccy radni ulżyli zadłużonym lokatorom mieszkań komunalnych. Teraz kilka tysięcy białostoczan domaga się, by radni znieśli obowiązek każdorazowego klikania przy wejściu do autobusu. I czym tym razem radni, tak jak przed laty, wystąpią w roli św. Mikołaja?

 

Losowanie EURO nie po myśli Polaków

Dla naszych piłkarzy wprost przeciwnie, lepiej dawne gwiazdy europejskiego piłkarstwa (Zidane, Van Basten, Schmeichel i Hrubesch) nie mogły już zakręcić kulami. Chociaż i przy takim farcie, trzeba być przy wielkiej nadziei. Odetchną też pewnie służby porządkowe, bo ci najbardziej niepożądani z ich punktu widzenia pojadą dalej na Wschód.

Ale wszystkim, którzy liczyli na zarobek podczas championatu,  w niesmak. I to bardzo. Nie będzie na kim zarabiać. Grecy taplają się w kryzysie, Czechom nocować się nie opłaca, a Rosjanie mogą mieć kłopot z wizami. Pozostaje liczyć na kibiców grupy C: Włochów, Hiszpanów, Chorwatów, Irlandczyków. Czy jednak hufce ludne podążą z południa Europy i Zielonej wyspy ku Północy?

Nieznośna lekkość posłowania

Cysorz to ma klawe życie śpiewał pod koniec lat sześciedziesiątych Tadeusz Chyła.

 Dekadę później w hali gdańskiej Oliwii nie bez kozery Andrzej Rosiewicz swój song kończył słowami: Ciężkie jest życie byłego premiera. Bo tak naprawdę nie wiadomo, co z takim byłym zrobić.

 Niby nie jest już na świeczniku, ale nadal jest osobą publiczną. Szczególnie wtedy, gdy decyzje podejmowane w czasie rządów przekładają się na to, co robi na emeryturze. Ta sama prawidłowość tyczy byłych posłów.

Powrót do życia po latach obcowania w innym świecie bywa bolesny. Zwłaszcza, gdy nieraz nie ma dokąd wracać. Bo  stanowiska, które wcześniej piastowało się chociażby w samorządach, są już  pozajmowane przez innych. Co prawda niektórzy  jak śpiewał niegdyś Kazik mogą liczyć na kolegów, oni na pewno pomogą wam. Jednak i tak dla wielu żal za utraconym światem pozostanie nieutulony. I nie ukoi go nawet sowita odprawa.

Za cztery lata syndrom ten dotknie tych, którym się wydaje, że po 9 października zyskali nadzwyczajną, chociażby z tytułu zdobytego immunitetu, odporni. Powinni jednak pamiętać, że nieznośna lekkość posłowania szybko mija.

Powyższy felieton  napisałem zaraz po październikowych wyborach. Przypominam go teraz, ze względu na wieść, że były poseł PO Leszek Cieślik obejmie szefostwo suwalskiego PKS. I nie wiem jak bardzo władze województwa (bo samorząd wojewódzki jest właścicielem skomunalizowanych niedawno podlaskich PKS) będą racjonalizować nominację dla byłego posła, to i tak będzie on odzwierciedlać zacytowane przeze mnie w komentarzu słowa z piosenki Kultu: możecie liczyć na kolegów, pomogą wam. Co więcej, jako żywo przypominają sprawę byłego wicemarszałka województwa Bogusława Dębskiego, przeciwko wsadzeniu na fotel szefa szpitala w Zambrowie tak mocno protestowała PO (co w gruncie rzeczy zaowocowało dla szpitala rozwiązaniami prawnymi). I skoro dziś były poseł może być szef suwalskiego PKS, to może tak inny były poseł też na fotel innego podlaskiego PKS? W Białymstoku trwa wakat od czasu zakończenia strajku kierowców?.

I takie przykłady, a nie wylane asfalty, wznoszone mury, odnowione zabytki, nowe pensjonaty, dotacje, słodkie reklamówki i nie wiem, co jeszcze, dowodzą, że na Wschodzie bez zmian.

Czekając na pierwszy opad śniegu

Nie żebym szczególnie za nim tęsknił, ale nieuchronnie zbliża się czas, w którym wiele osób zacznie zastanawiać się, czy w tym roku znowu zima zaskoczy drogowców. A może tym razem będzie w końcu inaczej i to odpowiednim służbom miejskim i firmom pracującym na ich zlecenie uda się zaskoczyć zimę i odeprą jej pierwszy atak?

Z wcześniejszych sygnałów płynących od odpowiedzialnych za zimowe utrzymanie dróg wynika, że jesteśmy przygotowani jak nigdy. Na dodatek służby te korzystają z takich nowinek technicznych jak kamery, GPS i osłona meteorologiczna. I dlatego nie powinna się powtórzyć sytuacja z poprzednich lat, gdy białostoczanie podczas pierwszego ataku zimy przecierali oczy ze zdziwienia na widok chociażby jeżdżących pługów z podniesionymi wysoko ponad nawierzchnię lemieszami.

Jedno jest pewne: w tej nierównej walce nie będzie remisu. Oby tym razem górą nie była zima. W przeciwnym razie będzie to także zły prognostyk przed rewolucją śmieciową (za jej realizację będę odpowiadać te same podmioty co za odśnieżanie), która czeka nas od przyszłego roku. Z ubiegłotyygodniowych zapowiedzi służb miejskich wyłania się niezły ferment.

Kacper Sikora wygrał Mam Talent

Temu chłopakowi spod kołobrzeskiego Dźwirzyna wygrana należała się już za samo wykonanie na castingu piosenki Losing Moin religion grupy R.E.M. Zresztą po raz kolejny okazało się, że – i to często podkreślali jurorzy- castingi do programu miały znacznie większą wartość niż późniejsze występy w półfinałach. Tak jak niezapomniana parodia Maćka Sikorskiego, studenta z Białegostoku.Po prostu na castingi wchodzi się z buta franc prosto z ulicy. Później to już rękę przykładają choreografowie, scenografowie, reżyserzy widowiska. To już nie to samo co na castingach.

Licencja na wolność

 Milion złotych Gromosław C.
Trzy miliony złotych Andrzej. P

 Po wpłaceniu wymienionych kwot także inni podejrzani o korupcję przy prywatyzacji STOEN-u i LOT-u wyszli na wolność. I nie wysokość wyznaczonej kaucji budzi tu zdziwienie, (bo bywały jeszcze większe), ale łatwość, z jaką tak szybko uzbierali oni sumę pieniędzy. A to rodzi pytanie: czy pojęcie kaucji lub poręczenia majątkowego ma jeszcze sens.

Skoro zdobycie pieniędzy nie jest już żadną barierą (przynajmniej dla bogatych i tzw. towarzystwa, bo podejrzewam, że dla babci sprzedającej pietruszkę na chodniku – która od kilku dni po zmianie prawa też stoi pod pręgierzem, już niekoniecznie), to może zastosować inne środki zapobiegawcze. Tym bardziej, że wpłacenie pieniędzy na konto sądu za zwolnienie za kaucją państwu korzyści żadnych nie przynosi. Bo jest to konto nieoprocentowane.

Gdyby tak zastosować na przykład codzienny ośmiogodzinny obowiązek odśnieżania lub zamiatania chodników do czasu wyjaśnienia sprawy?. Dla niektórych byłoby to o wiele trudniejsze niż wyjęcie z kieszeni plików banknotów. Ale tak okupiona wolność przywróciłoby właściwy sens terminowi “kaucja za wolność”. Tak bardzo spauperyzowanemu.

Nawet Laguna łamiąc poprzeczkę Związkowi Radzieckiemu miał orła na piersi

I w zasadzie ten tytuł wystarczyłby za skwitowanie nowych strojów piłkarskiej reprezentacji Polski. Niemniej dyskusja trwa nadal, spotęgowana jutrzejszym Świętem Niepodległości i meczem z reprezentacją Włoch. Robert Lewandowski, napastnik naszej kadry stwierdził, że „Nie mieliśmy nic do gadania, takie koszulki nam narzucono i musieliśmy je przyjąć. Najważniejsze, że zostały biało-czerwone”.

Otóż myli się nasz napastnik, bo piłkarze mieli dużo do powiedzenia. Jeśli nie wszystko. Bo wystarczyłoby ich oświadczenie: nie założymy nowych strojów dopóty, dopóki na koszulce nie będzie na wysokości piersi orła. Prawda, że to bardzo proste. Być może zostaliby wpisani na indeks zakazany PZPN, ale uratowaliby coś znacznie więcej. Nawet, gdyby ceną byłaby absencja na Euro.

Tradycja zobowiązuje, nowym strojom nikt nie kibicuje – tej treści kilkumetrowy transparent przywitał reprezentację na popołudniowym treningu naszych piłkarzy przed meczem z Włochami. Tyle ze to stwarza pozory oburzenia. Bo pośród całego lamentu, który trwa od środy, nie usłyszałem tego najważniejszego zdania, które uwiarygodniałaby ten lament, a zarazem dawało nadzieję, że przyparty do muru PZPN na prędko coś zmieni. Oburzonym zabrakło bowiem deklaracji, że: nie kupię koszulki bez orła.

Nie będzie sprzedaży, nie będzie zysku dla PZPN. Czyż bowiem nie nadzieja na owe zyski legła u podstaw owej pseudomarketingowej rewolucji zaserwowanej przez PZPN. Dlaczego pseudomarketingowej? Odsyłam do tekstu „Wasze logo, nasze miasto”(zarysowane w nim prawidłowości mają wymiar uniwersalny).

Laguna, gdy łamał poprzeczkę Związkowi Radzieckiemu, wystąpił w stroju, który w tamtych czasach znacząco pod względem wykonania, materiału, wzornictwa, kreacji odbiegał od ówczesnej mody piłkarskiej na świecie (wiadomo, świat był podzielony żelazną kurtyną). Wątpię, by dzisiejsi reprezentanci wybiegli w nim na boisku.

 Tak pieniądz stworzył futbol, pieniądz zniszczy futbol. Tę maksymę powtarzam na blogu od lat. W czasach, gdy padają ostatnie bastiony tradycji.

W Polsce dochodzi coś jeszcze… Gdziesz tam naszym współczesnym kopaczom do Laguny?

Wtorek po pierwszym poniedziałku listopada

Termin niemal magiczny, a zarazem jakże fundamentalny dla demokracji amerykańskiej. I dowodzący jak wielką  siłą w systemie politycznym jest tradycja.

Nikt o zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, nie tylko w Ameryce, by wybory prezydenckie odbyły się w USA w innym dniu niż właśnie w we wtorek po pierwszym poniedziałku listopada. A przecież powody, dla których zdecydowano się na ten dzień już od dawna ustały. Bo też termin pochodzący z pierwszej połowy XIX wieku, ma genezę biznesowo-społeczną. Musiał przypadać po pracach polowych, a jeszcze przed zimą (w grudniu rozpoczynał obrady Kongres). Ze względów religijnych wykluczono niedzielę. W poniedziałek zaś pozostawiono na dojazd do odległych punktów głosowania.

Dziś w dobie rewolucji komunikacyjnej ograniczenia te wydają się archaiczne. A i względy natury religijnej z biegiem lat zrelatywizowały się. Mimo to Amerykanie trwają mocno przy swej tradycji. A przez to politycy nie mogą manipulować terminem wyborów w zależności od sytuacji politycznej, w której znaleźli się sami lub ich obóz polityczny. W odróżnieniu od Europy.

Bo też nasi politycy, którzy tak bardzo żonglują werbalnie tradycją, mogliby się uczyć, czym ona naprawdę jest i jak powinno się ja pielęgnować. Bez zawłaszczania dla własnych celów.

Dziś, we wtorek po pierwszym poniedziałku listopada roku 2011, polscy politycy zaczynają nowy rozdział w polskiej demokracji. To, co pokazali (z praw, z lewa, czy to z centrum)  od czasu wyborów z 9 pździernika, nie nastraja jednak zbytnią nadzieją.

Koniec PLL-u, czyli rząd mniejszościowy?

Premier Waldemar Pawlak słynie z sentencji, które traktowane są przez niektórych jak proroctwa. Tak też było przed tymi wyborami, gdy szef ludowców na pytanie, kto wygra 9 października powiedział: nasz przyszły koalicjant.  Nie tak dawno powiedział też, że wolą wyborców jest to by koalicja, która rządziła przez ostatnie lata nadal sprawowała mandat.

Otóż niekoniecznie.

Po pierwsze: wynik wyborów 9 października  świadczy o niczym innym, jak o tym, że po raz kolejny Polacy nie zdecydowali się oddać władzy w ręce jednej partii. Po raz kolejny zadziałała niewidzialna ręka rynku, które tak namieszała nad urną, by nie było monopartyjności u steru władzy. I zmusiła zwycięzców do umiaru. Na pozór.

Po drugie: to prawda, że Platforma odniosła historyczny sukces (po raz drugi zdobyła najwięcej mandatów), ale nie o takim sukcesie chyba marzyła. Od pierwszych dni po elekcji w 2007 roku w mawiano nam, że nie ma lepszej siły politycznej do rządzenia. Skutkowało to tym, że w pewnym momencie sondaże dawało PO miażdżącą przewagę w Sejmie. Tyle ze w ostatnich tygodniach kampanii zaczęło się gdzieś to rozjeżdżać (o przyczynach innym razem).

Po trzecie: Pomimo powyższych dwóch zastrzeżeń tegoroczna elekcja swoistym rykoszetem uderza, a w zasadzie znosi potrzebę zawierania koalicji. Donald Tusk nie musi być zdany na zielony gorset, który w ostatnich latach tak mocno go uwierał. Z jednej strony może zdać się na głosowania razem z SLD czy Ruchem Palikota, z drugiej ma większość w Senacie, z trzeciej może w ostateczności liczyć na wsparcie prezydenta, z czwartej komfort poprawia jej nieistnienie de facto opozycji sejmowej, która jest bardzo mocno zdefragmentowana. To wszystko powoduje, że wielce prawdopodobny po czterech lata kres PLL-u, i w ostateczności utworzenie rządu mniejszościowego. Można się spierać czy na nadchodzące czasy jest to dobre rozwiązanie, ale na pewno realne. Zresztą nie byłby to pierwszy taki przypadek. W końcu rząd Belki dryfował do końca kadencji SLD u władzy, a i Kazimierz Marcinkiewicz zaczynał urzędowanie z ramienia PiS jak premier rządu mniejszościowego.

Poślizg z utworzeniem rządu może być wymuszony rozpatrywaniem właśnie takiego scenariusza. Bo jak wytłumaczyć, że cztery lata temu bardzo szybko między sobą załatwili Donald Tusk i Waldemar Pawlak. Do mediów nie dotarły żadne przecieki o sporach, kłótniach. Teraz jest zupełnie odwrotnie. A przecież po czterech latach dobrych i sprawnych rządów tak chyba być nie powinno. Tak nakazuje logika. Chyba ze wbrew deklaracjom PLL-u nie był czasem bez zgrzytów.

Remont po remoncie

„Remont ślimaka między ul. Wasilkowską a Towarową. Najpierw wiosną tego roku zaczęto naprawę, ułożono ok. 20 mk kostki, co trwało ok. miesiąca a następnie zerwano całą kostkę na ślimaku, w tym wcześniej układaną, która od dwóch miesięcy jest ponownie układana. Ciężki transport puszczono objazdem przez osiedle Sienkiewicza.

To fragment interpelacji ówczesnego radnego Bogusława Dębskiego do prezydenta Ryszarda Tura z 2005 roku. Przypominam ją nie dlatego, by wskrzesić polityczne byty już zapomniane w mieście nad Białą, ale na kanwie informacji o kolejnym remoncie łącznicy z ul. Sienkiewicza na Poleską. Bo przecież wydawało się, że po tamtym remoncie po remoncie (tą podwójna operację obserwowałem na żywo ze swoich okien) kostka brukowa wytrwa co najmniej do następnej wojny światowej. Zwłaszcza, że w kolejnych latach podczas przebudowy Wasilkowskiej i Sienkiewicza też chyba była nieraz łechtana. A tu proszę przez trzy dni drogowcy zerwą bruk i wyleją asfalt. I będzie tak, jak po drugiej stronie ślimaka, tam gdzie niegdyś stał czołg. I pośrednio zaprzeczą przekonaniu pokutującemu wśród mieszkańców, że kostka trwalsza od asfaltu. Ciekawe tylko, jak on długo poleży? Dla niektórych pytanie to może być retoryczne, bo nie od dziś powtarzają, że wytrzyma do czasu następnego remontu: wszak remont to grunt. A grunt to robota. A robota to pieniądze. A pieniądze to miejskie pieniądze.

Pamiętam też jak poprzednie władze miasta obiecywały, że ruch tirów na tym ślimaku będzie tymczasowy i prowizoryczny, do czasu zakończenia remontów w innej części miasta. Od tych zapewnień wiele wody upłynęło w Białej, a prowizorka po raz kolejny okazała się najtrwalsza. W przeciwnym razie być może dzisiaj kostki nie trzeba byłoby wymieniać.

Ciekawe też, czy po oddaniu przedłużenia Piastowskiej, wybudowaniu przedłużenia Andersa tiry w końcu ominą ślimak łączący Poleską i Towarową z Wasilkowską i Sienkiewicza? Mam nadzieję, że pytanie to nie jest retoryczne.

Psalm stojących w kolejce

Znowu stoi kolejka przed punktem BKM przy Sienkiewicza. Zjawisko osobliwe jak na współczesne czasy. Ale jakże bliskie tym, którzy w PRL-u wystali swoje. Za mięsem, cukrem, papierosami, butami i wszystkim. Nierzadko przynosząc do domu, jak śpiewała w „Psalmie stojących w kolejce” (sł. Ernest Bryll) Krystyna Prońko, zwątpienie.

Dzisiaj, a i w poniedziałek , zwątpienie ogarniało tych, którzy musieli stać w kolejce kilka godzin, by zauktualizować kartę miejską, pytając: jak to możliwe, by coś takiego było możliwe w środku Europy w XXI wieku.

Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość
Na co w kolejce tej czekasz?
Na starość, na starość, na starość
Co kupisz, gdy dojdziesz?
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie
Co przyniesiesz do domu?
Kamienne zwątpienie, zwątpienie

Bądź jak kamień, stój wytrzymaj
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc.
Przez noc
Przez noc.

W ten listopadowy wieczór

Idąc cmentarną aleją

szukam ciebie, mój przyjacielu

Odszedłeś bo byłeś słaby jak suchy liść…

słowa utworu zespołu TSA wystarczały tego dnia za wszelki komentarz. i tej zasady trzymałem się blogu w poprzednich latach. Dziś jednak odstępstwo od tej reguły. Bo wśród tych, którzy odeszli w od listopada ubiegłego roku, były też filary „Porannego”. Na początku roku pożegnaliśmy Jerzego Nachiłę, kilkanaście tygodni później Małgorzatę Sikorską.

….

Dziś możemy dotknąć się naszymi pustymi duszami

Obnażyć swe oszustwa i nasze wypalone sumienia

Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór

Idąc jesienną aleją

szukam ciebie, mój przyjacielu

Chce być tylko z tobą

 przez kilka małych chwil

Pomóż mi przywołać tamte lata,

ożywić śpiących ludzi

Pomóż mi pokonać smutek,

 który pozostał gdy nagle odszedłeś

Już nikogo nie dręczą nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór…

Już nikogo nie dręczą

nasze mdłe spojrzenia

Dziś jesteśmy nareszcie sami

w ten listopadowy wieczór…

Dziady biznesu nie zrobią

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.  Co to będzie, co to będzie?

To chyba już bardzo zapomniana fraza z Dziadów, po której Guślarz rzecze swoje: – Czyscowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie.

Jakież te Dziady dziś zapomniane. Jak łatwo przychodzi zamiast tego obcować z Halloween. Dlaczego, mimo takiego renesansu wszelkiego rodzaju dawnych zwyczajów, w tym przypadku tak nie jest. Może dlatego, ze na Dziadach nie dałoby się zarobić?

Za chwilę …

Czas odemknąć drzwi kaplicy.
Zapalcie lampy i świecy.
Przeszła północ, kogut pieje,
Skończona straszna ofiara,
Czas przypomnieć ojców dzieje.
Stójcie…

Via Baltica nie przez Białystok. Na amen.

Po wygraniu przez ekologów bitwy o Rospudę napisałem, że następną batalią dla nich w Polsce Północno- Wschodniej będzie wyperswadowanie rządowi Via Baltiki przez Białystok. Prawdę powiedziawszy nie mieli z tym problemu, bo  za przebiegiem drogi przez Łomżę, opowiedział się minister infrastruktury. A ponieważ nasz rząd nie był  skory do awantury z Komisja Europejską, sprawa wydawała się przesądzona. I tak się stało (opisałem to dokładnie w tekście Via na pobocze). 

Przez lata termin Via Baltica nabrał niemal mitycznego wydźwięku. W piątek epilog do tej historii ostatecznie dopisała Komisja Europejska, która zatwierdziła nowy podział korytarzy transportowych w Europie przyklepując Via Baltikę przez Łomżę. Ekolodzy święcą triumfy i szykują się do następnej batalii w Polsce Północno-Wschodniej. Będzie nią objęcie całkowitą ochroną prawną Puszczy Białowieskiej. Ona też zostanie złożona na ołtarzu polskiej racji stanu.

Co jednak byłoby, gdy nafciarze znaleźli ogromne złoża gazu łupkowego bądź innego „złota”  gdzieś w otulinie Puszczy Białowieskiej czy w okolicach Rospudy? Złoża zapewniające nam bogactwo, niezależność energetyczną, dobrobyt, fortuny.  Czy z tej perspektywy bylibyśmy skłonni powiedzieć „nie” tylko z jednego powodu: Natura 2000?. Mam wątpliwości. Wtedy nikt by sobie nią głowy nie zawracał. W końcu nie Natura, a chęć szczera, zrobi milionera.

Jedenastka szczęścia Tomasz Frankowskiego

Po kolejnym trafieniu Tomasz Frankowski prześcignął już Włodzimierza Lubańskiego w tabeli najlepszych strzelców ekstraklasy. Do trzeciego – Gerarda Cieślika – brakuje mu 11 goli. Jak dobrze pójdzie, to jest szansa, że kapitan Jagiellonii ta barierę pokona na koniec piłkarskiej wiosny.

Zniknął ostatni dom

W czerwcu stanął w ogniu dom na rogu Ogrodowej i Fabrycznej. Ostatni, który pozostał jako wspomnienie po zabudowie drewnianej w tej części centrum. Pozostałe też spłonęły. Dziś po zgliszczach ostatniego domu drewnianego też pozostało już wspomnienie. Teren posprzątany, wszystko zrównane z ziemią I znowu kawałek ziemi został odzyskany, a może i wyrwany, z przestrzeni miejskiej.

Lewicowa opcja już nie zerowa

Leszek Miller ukuł kiedyś powiedzenie, ze prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, a jak kończy. Z tej optyki rzecz ujmując, jemu samemu od dawna nic innego nie pozostawało, jak tylko nucenie na melodię utworu grupy Dżem: “W Sejmie piękny był tylko Miller”. Ale skoro ponownie dostał się do Sejmu, ba, został nawet szefem klubu SLD, to pora zmienić melodię. Jakakolwiek by ona nie była to i tak za każdym razem będzie to łabędzi śpiew.

Do tej pory było tak, że twardy elektorat pozwalał jej przekroczyć pięcioprocentowy próg, ale marzenia o odegraniu kiedykolwiek większej roli przeminęły z wiatrem. Z drugiej strony, było to poparcie na tyle duże, by zablokować stworzenie zupełnie innej, alternatywnej formacji lewicowej. Tą ostatnią zależność prysła 9 października. Stara gwardia nie zauważyła, że lewicowość zaczęła się kształtować gdzie indziej. Tak było na przykład w Białymstoku.

Po ubiegłorocznej pierwszej turze wyborów prezydenckich wielu komentatorów podkreślało dobry wynik Grzegorza Napieralskiego. Pisałem wtedy, że jeśli spojrzymy na Podlasie, to wcale nie jest to taki dobry wynik (przykładem porażka szefa SLD w powiecie hajnowskim). A nawet jeśli byłby znacznie lepszy niż średnia krajowa, to i tak nie miałby przełożenia na lewą, przygaszoną stronę podlaskiej sceny politycznej.

I potwierdzają to wyniki elekcji z 9 października.

 

Oburzeni i kapitalizm z ludzką twarzą

Przez świat przetaczają się demonstracje oburzonych. Nie chcą oni ponosić kosztów kryzysu, który zafundowały banki i nie tylko one.  Albo inaczej mówiąc chcą nadal żyć w dobrobycie. Taki slogan pojawił się też chyba na demonstracji w Warszawie. Stąd różnicą, że w odróżnieniu od innych miast na świecie w Warszawie szło jedynie 200 osób. To jeszcze jedno potwierdzenie tezy, która ukułem kiedyś na blogu, że Polska chyba jest jedynym krajem w Europie, w którym władza prędzej zmieni się pod wpływem spraw i afer obyczajowo-koteryjnych niż socjalnych i ekonomicznych.

Dwadzieścia lat temu Francis Fukuyama napisał swój słynny esej ”Koniec historii”. Wieścił w nim, że to system politycznie demokratyczny i gospodarczo liberalny jest bezalternatywny. I chociaż w późniejszych publikacjach Fukuyama w wymiarze duchowym zachowywał rezerwę wobec swoich wcześniejszych dogmatów, to jednak dopiero teraz wraz z kryzysem finansowym możemy dopisać epilog do końca tej historii.

Bezalternatywność, o której wspominał Fukuyama, sprowadziła się do jednego: braku konkurencji. To prawda, że w konfrontacji z komunizmem, liberalizm wyszedł zwycięsko. Ale to właśnie istnienie takiego tworu jak blok wschodni było paliwem napędowym kapitalizmu. Dodawała mu siły, ale też wymagała innowacyjności, konkurencyjności, sprawności. I liberalizmowi przychodziło to znakomicie. Rywalizacja między dwoma blokami odbywała się na gruncie politycznym (podział sfer wpływów) i militarnym (odstraszanie, równowaga sił), ale rozstrzygnęła na polu gospodarczy. Co prawda zwycięzców się nie sądzi, ale…

Po upadku komunizmu liberalizm nie musiał się starać. Był panem i władcą świata. A przecież wiadomo, jakie skutki niesie za sobą monopol. I rodził sprzeczności i patologie, które używając terminologii z zaczerpniętej z epoki słusznej i minionej, można nazwać błędami i wypaczeniami (czyż nie jest to ironią historii) . Najdobitniej widać to na rynku kredytów hipotecznych, a uogólniając rzecz się sprowadzała do zarabiania na filantropii. Paradoksalnie bankierzy byli skłonni dać kredyt nawet nieboszczykowi, byle by tylko przesłał przelew z ratą z tamtego świata. Nic dziwnego, że karmiąc się ponad miarę takim dobrobytem, system musiał się kiedyś zadławić. Wystarczyło dwadzieścia lat. Pytanie tylko jak bardzo?

Często to, czego jesteśmy świadkami na świecie przywołuje się do kryzysu z 1929 roku, epoki interwencjonizmu keynesowskiego. I do roku 1944, kiedy to w Bretton Woods narodziły się pod waliny międzynarodowego ładu, finansowego, walutowego, który dzisiaj dogorywa. Niektórzy eksperci twierdzą, ze potrzeba nowego rozdania, drugiego takiego International New Deal. Będzie to jednak trudne. Nie tylko z tego powodu, że we współczesnym świecie, matni różnych sprzecznych interesów, będzie bardzo trudno o kompromis. 65 lat temu było to możliwe głównie dzięki temu, że formowały go tylko 44 państwa. W takich warunkach jakże łatwo było o jednomyślność. Przy dzisiejszym procedowaniu, dyskutowani i tych sprzecznych interesach taki majstersztyk wydaje się nie możliwy. A do tego mamy jeszcze korporacje…

Co do interwencjonizmu to w gruncie rzeczy mamy z nim już doraźnie do czynienia. Bo czyż nie jest nim wpompowanie przez państwa miliardów dolarów w prywatny sektor?
I najważniejsze: Bretton Woods rodził się, gdy trwała druga wojna światowa. Czyż nie była ona owocem Wielkiego Kryzysu (dojście Hitlera do władzy w 1933 roku). Świat musiał przejść przez otchłanie piekielne, by się narodzić na nowo.

Czy historia się powtórzy? Z jednej strony wydaje się to nieprawdopodobne. Skoro nie doszło do niego w latach zimnej wojny, to, dlaczego miałoby dojść do tego teraz. A z drugiej strony patrząc jak świat zachodni z nudów, próżności, bałwochwalstwa i Bóg jeden wie jeszcze z czego, doprowadził do tego, czego jesteśmy teraz świadkami, wszystko wydaje się możliwe. I wcale nie musi oznaczać to konfliktu między państwami. A raczej między reżimem państwowym a obywatelami. Do tej pory było to zarezerwowane dla scenarzystów . Jak choćby futurystyczne wizje dyktatury w USA czy wirusa „kontrolowanego”.

Nieprawdopodobne? Być może, ale czy niewykluczone? Wszak już raz świat przeszedł przez otchłanie piekielne, by się odrodzić.

Wytłuszczony powyżej fragmenty, to tekst który napisałem ponad trzy lata temu, gdy upadał Lehman-Brothers. Przytaczam go nie dlatego, że kreślony w nim scenariusz się sprawdził, ale dlatego, że mamy do czynienia w gruncie rzeczy z podwójnym paradoksem końca historii. Społeczeństwo dobrobytu domaga się dzisiaj kapitalizmu z ludzką twarzą.  Czy dwieście osób, które przemaszerowało wczoraj w Warszawie oznacza, że Polacy nie chcą tak samo kapitalizmu z ludzką twarzą, tak jak kiedyś nie chcieli socjalizmu z ludzką  twarzą? A może po prostu tego tak samo jak kiedyś, tak i teraz tego dobrobytu po prostu, poza nielicznymi wyjątkami nie doświadczyli? I może już nigdy nie doświadczą? Podobnie jak inni nie doświadczą już tego, do czego przyzwyczaili się podczas dwóch dekad iluzji. A Unia  Europejska będzie ostatnią utopią w dziejach Starego Kontynentu?

 

Nasi nie dali rady

Nasi dzielnie się trzymali do 80. minuty. Bramka Jana Pawłowskiego dała nadzieję, którą w końcówce odebrał sędzia. Stare porzekadło mówi, że gospodarzom ściany pomagają. Szczególnie wtedy sędzia ma oczy szeroko otwarte, ale nie tam, gdzie trzeba.

Obserwator w sobotę

Uwagi miejskich architektów, które nie przyjełi projektanci galerii na placu Inwalidów oraz to, co zdaniemn Jacka Żalka przeważyło o jego sukcesie wyborczym – znajdziedzie Państwo w jutrzejszym Obserwatorze. Od tego tygodnia będzie się on ukazywał w sobotnim wydaniu „Kuriera Porannego”. Jutro opisujemy w nim także krajobraz po bitwie wyborczej, czyli o ciszy przed burzą i zamieszczamy recenzje dwóch książek

Polska krucjata krzyżowa. W Sejmie.

Tym jest w gruncie rzeczy uchwała PiS, w której zapowiadają, że będą bronić sejmowego krzyża przed ewentualnym jego zdjęciem przez Ruch Palikota. Wcześniej czy później podejmie on zapewne tak próbę, w przeciwnym razie byłoby to sprzeczne z filozofią, z która startował do Sejmu.

Na kanwie tego, czego będzie zapewne świadkami w Sejmie przychodzą mi na myśl słowa Mirosława Miniszewskiego, który dwa lata temu tak pisał w „Obserwatorze” po wyroku pierwszej instancji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który przyznał  Włoszce fińskiego pochodzenia odszkodowania za straty moralne poniesione na widok krzyża powieszonego w szkole. Mirosław Miniszewski pisał tak:

– Próba systemowego usunięcia krzyży z przestrzeni publicznej ma w istocie charakter wojny religijnej: współczesna religia suwerennej, „świeckiej” władzy przeciw chrześcijaństwu i także, co jest już faktem nie pozostawiającym wątpliwości, przeciwko islamowi. Jeśli niektórzy ludzie niewierzący cieszą się dzisiaj z tego, że „ktoś wreszcie zrobi porządek z tymi klechami”, to niech uświadomią sobie, że nowa religia bezwzględnej i technokratycznej współczesnej władzy jest niepewna oraz niebezpieczna. Kwestią czasu jest tylko to, kiedy inne sfery naszego życia zostaną poddane urzędowej kontroli. Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać.

Tak pisał dwa lata temu Mirosław Miniszewski. W marcu tego roku Trybunał w drugiej instancji cofnął wyrok przyznający odszkodowanie dla Włoszki fińskiego pochodzenia. Pierwsza po 800 latach krucjata krzyżowa Europy została zażegnana. Teraz jej widmo zaczyna krążyć po instytucjach systemowych w Polsce  

Myślę, że dzisiejsza zlaicyzowana część Europy w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości , na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?

Może jesienią rebus sic stantibus

Tadeusz Arłukowicz zamienia fotel wiceprezydenta na senatora. Jego następcę w magistracie -jak zapowiedział prezydent Tadeusz Truskolaski – wskaże Platforma Obywtaelska. Tak bowiem wynika z dżentelmeńskiej umowy prezydenta z partią, która go desygnowała i popierała w wyborach. W praktyce tego kandydata wskaże wiceprezydent Tadeusz Arłukowicz, bo on jest szefem powiatowych struktur PO. Podobnie to uczynił w styczniu, gdy namaścił następcę Michała Wierzbickiego. Obsada zwolnionego przez niego fotelu wiceprezydenckiego też podlegała prawidłowością dżentelmeńskiej umowy.

Tak, pacta sund servanta, mają swoją moc. Ale i od nich zdarza się rebus sic stantibus. A takich wyjątjowych okoliczności uzsadniających odstąpienia od zawartej umowy jest sporo. I pomijam już to, że retoryka uzasadniająca jej trwanie jest w gruncie rzeczy parafrazą hasła z minionej epoki: naród z partią, partia z narodem. Bo wychodzi, że miasto z partią, partia z miastem. A stąd już tylko krok na manowce.

By zawrócić z tej ścieżki nowością mógłby być zatem  sposób obsadzania najważniejszych stanowisk, jak chociażby wybór zastępców prezydenta. Oczywiście ich wskazanie to jeden z przywilejów prezydenta. W końcu to on decyduje, kogo i w jaki sposób dobierze sobie do swojej ekipy, nawet jeśli byłaby to tylko afirmacja dżentelmeńskiej umowy zawartej ze wspierającym go środowiskiem.

Ale czy wybór zastępcy w drodze konkursu nie zapisałby się złotymi zgłoskami nie tylko w nauce o samorządzie, administracji publicznej czy politologii, ale także w dziejach Białegostoku? Nawet jeśli w ostateczności zastępcą okazałaby się osoba z tej dżentelmeńskiej umowy.

Zimą nie wykorzystano tej szansy. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Może teraz jesienią pora na rebus sic stantibus. Bo wyzwań, zwłaszcza przed białostocką  oświatą, moc.

 

 

Paradoks białostocki. Mandaty ze słabym poparciem.

Mariusz Kamiński – 11 165 głosy. Dariusz Piontkowski – 9336 głosów.

Damian Raczkowski – 5348. Robert Tyszkiewicz – 5332.

To zestawienie znacznie bardziej niż wynik partyjnych jedynek pokazuje, że w Białymstoku coś się stało. Co prawda obaj posłowie Platformy zachowali swoje mandaty, ale chyba nie na takie poparcie liczyli w mieście, które od kilku lat stało się bastionem PO. Wynik jest  tym słabszy, jeśli spojrzymy chociażby na mniej lub bardziej formalne wsparcie instytucjonalne, jakie mieli liderzy obu frakcji podlaskiej Platformy. Paradoksalnie wychodzi na to, że bardziej im zaszkodziło niż pomogło.

Dziś w Radio Białystok nowy senator PO Tadeusz Arłukowicz mówił, że nie ma sensu tracić energii na spory wewnątrzpartyjne. Ameryki tym nie odkrył, bo staropolskie porzekadło wszak mówi: gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta. A w Platformie tym trzecim jest Jacek Żalek , który niby w Platformie, ale zupełnie poza nią i na przekór jej, walczył o życie. I zebral w mieście tylko o 350 głosów mniej niż liderzy jego partii Udowodnił, że ma serce do walki i żołądek do diety. Poselskiej.

Opozycją nie będzie mniejszość sejmowa, a cisi, którzy zostali w domu

Bez względu na oficjalne wyniki, sukcesy i porażki kandydatów, triumfy i klęski partyjne, cofnęliśmy się wstecz. Cztery lata temu do urn poszło ponad 53 proc. uprawnionych. To był rekord w wyborach parlamentarnych od kilkunastu lat. Wydawało się, że po latach obywatelskiego marazmu uwierzyliśmy w siebie. Że będziemy na fali wznoszącej.

W 2007 roku do takiego udziału zebraliśmy się po 24 miesiącach sporów, oskarżeń, wojny politycznej. Ale ten topór nie został zakopany wraz z wynikami tamtych wyborów. Walka trwała na dobre, a raczej na złe. Można się licytować, kto komu przez te cztery lata dołożył mocniej. Z prawa, z lewa czy centralnie. To nie ma jednak znaczenia, bo 9 października 2011 roku rykoszetem dostała demokracja. Zajęta sama sobą klasa polityczna skutecznie zniechęciła wyborców do najważniejszej instytucji aktywności obywatelskiej. Tak skutecznie, że do urn nie poszła nawet połowa.

Oczywiście można powiedzieć, że przy każdych wyborach są ci, którzy nie idą głosować.  Ale może część z nich szerokim łukiem omija lokale wyborcze, bo kandydaci nie starają się ich do siebie przekonać? Ba, wręcz ich marginalizują, ograniczając się tak na dobrą sprawę do swojego, twardego elektoratu. Czyżby dlatego, że tak na dobrą sprawę, pomimo tych wszystkich plakatów,  nic nowego nie mieli im do przekazania i zaoferowania?

Całą sprawę można ponownie skwitować sloganem: nieobecni nie mają racji i za chwilę dzielić łupy wyborcze. Problem w tym, że w trudnych czasach, które przed nami, będzie to zaklinanie rzeczywistości. Bo im mniejsza frekwencja, tym słabszy mandat do rządzenia. Opozycją nie będzie zaś mniejszość sejmowa, a większość, która nie przekroczyła progu lokalu wyborczego. Zwłaszcza wtedy, gdy wspomniana rzeczywistość – jak coraz częściej pokazują przykłady innych krajów – zacznie się  kształtować poza salonami parlamentu, ministerstw, salonów. Na ulicy. A wtedy, wczorajsza absencja przy urnach będzie miała większą wymowę, wagę i swoistą legitymizację niż stawienie się w lokalach wyborczych tych, którzy nie mieli swojego kandydata, a głosowali na zasadzie mniejszego zła. Czyżby zatem błodosławieni byli cisi, którzy zostali wczoraj w domu, albowiem to oni posiądą władzę?

A może Nobel z ekonomii przyznać burmistrzowi Wilna

Lada dzień Centralny Bank Szwecji powinien przyznać nagrodę Nobla z ekonomii. Ale w tym roku w dość minorowej tonacji. Ze względu na kryzys. I dlatego nie zazdroszczę bankierom ze Sztokholmu. Bo też jak nagrodzić teoretyka, skoro praktyka pokazała, że wszelkie teorie i prawidłowości diabli wzięli?

Nie zazdroszczę też laureatowi, bo od razu wszyscy od niego będą żądali tylko jednego: jak odbić się od tego dna? A pomysł na to wart jest bynajmniej nie Nobla, a czegoś więcej. Dziś trudno to jeszcze zdefiniować i nazwać, ale instynktownie czuje się, że czegoś na miarę proroctwa, a być może drugiego przejścia przez Morze Czerwone.

W piątek burmistrz Wilna Arturas Zuokas wystąpił na spotkaniu z litewskimi przedsiębiorcami z propozycją zakupienia jednej z niewielkich greckich wysp za kwotę 6,9 miliona euro. Zakupienie greckiej wyspy przez litewskiego biznesmena lub przez jakieś przedsiębiorstwo byłoby, zdaniem burmistrza, dobrym posunięciem, które pomogłoby Grecji i Litwie w walce z kryzysem. – Wyspę można by zarejestrować jako własność rządu litewskiego i mogłaby stanowić formalnie 22. jednostkę administracyjną stolicy Litwy – proponował burmistrz.- Odpoczywając na naszej własnej wyspie, ludzie nie zostawialiby pieniędzy w Turcji lub w Egipcie, lecz w litewskich firmach, a podatki z tego tytułu płynęłyby do litewskiego skarbu państwa”.

Czyż z takiej pomocy Grecji i sobie nie powinna skorzystać Unia? Już od dawna było wiadomo, że zamiast pompować miliardy euro na Półwysep Peloponeski powinna każdemu Europejczykowi zafundować wakacje na wyspach greckich. Dla turystów z pożytkiem, i dla samych Greków, bo mieliby szansę nie zmarnować ciężko zarobionych pieniędzy na obsłudze turystów. Z tymi pożyczonymi już tak różowo nie musi być.

W tym duchu idzie proroctwo burmistrza Wilna. I jeśli się bankierzy szwedzcy wahają nad stołem, to może ich uwadze nie powinna ujść propozycja Arturasa Zuokasa.

I tylko Alfred Nobel może w końcu nie przekręca się w grobie. Tyle razy nie oszczędzili mu tego wykonawcy jego testamentu, którzy kierowali się wszystkim, tylko nie spuścizną szwedzkiego naukowca. Tym razem jednak genialny wynalazca może spoczywać spokojnie. Przecież to nie on wymyślił i ufundował nagrodę z ekonomii.

 

Brzoza dopala się ślicznie

Przepiękny wrzesień  i pierwszy tydzień października wynagrodziły kaprysy letniej pogody. Magiczne barwy początku tej jesieni, która w żółtych płomieniach liści nie dopalała jeszcze brzozy ślicznie, tworzyły niezapomniany obraz miasta.
W Białymstoku rozpoczyna się Festiwal Piosenki Literackiej im. Łucji Prus. Piosenkarka przez lata chyba trochę w rodzinnym mieście zapomniana, od niedawna  przywrócona do publicznej pamięci.
Warto wybrać się w weekend do Spodków, by przekonać się, że  – jak pisała Agnieszka Osiecka i jak śpiewała Łucja Prus – w  żółtych płomieniach liści,  brzoza dopala się ślicznie, grudzień ucieka za grudniem, styczeń stuka za styczniem.

Odpoczniemy od kampanii. Na trzy lata

I po kampanii. Następna, jak się nic niespodziewanego się nie wydarzy, za trzy lata. Póki, co w niedzielę musi dokonać się jeszcze akt końcowy obecnej. Jak wielu już w poniedziałek dopadnie kac powyborczy, którego żadnym klinem nie da się uleczyć? I jak wielu będzie z tym bólem zmagać się przez kolejne lata.?

PO i PIS chcą między sobą podzielić Podlaskie mandaty

Jeszcze nigdy podlaska reprezentacja w Sejmie nie była oparta na układzie bipolarnym. Najbliżej niego byliśmy cztery lata temu. Czy zarysowana wówczas tendencja potwierdzona pierwszą tura wyborów prezydenckich i sejmikową elekcją w listopadzie, stanie się bytem 9 października? Na początku kampanii Grzegorz Schetyna goszcząc w Augustowie liczył, że w Podlaskiem Platforma zdobędzie siedem mandatów. Taką samą liczbę wymienili na początku kampania liderzy podlaskiego PiS. Czyli remis ze wskazaniem…

Czy taki scenariusz jest realny? I czy faktycznie dla obu partii podział mandatów w myśl zasady 50/50 byłby takim samym sukcesem?

Między utopią a rzeczywistością. Suplement

W dzisiejszym Porannym napisałem komentarz „Między utopią a rzeczywistością”. Powstał na kanwie prezentacji tego, co ma stanąć na placu Inwalidów. Papier – wbrew powiedzeniu – wszystkiego nie zniesie (chociażby z powodu braku miejsca), stąd poniższy suplement.

O placu Inwalidów i  o tym, co widzimy każdego dnia przy ul. Jurowieckiej pisałem na blogu wielokrotnie. Plac Inwalidów pojawia się też na nim, jako oddzielna kategoria. Nie bez kozery. Bo od samego początku było wiadomo, że przez pryzmat tego, co dzieje się w tej części centrum, będzie postrzegane miasto. W wymiarze wizerunkowy, ekonomicznym, społecznym, prestiżowym, prawnym, aksjologicznym. I tej optyki nie przesłoni oddanie nowych ulic, przebudowa rynku, festiwale, promocja.

Nie ukrywałem też perspektywa, której hołdowało miasto od samego początku, odbiegała od mojego spojrzenia na przyszłość terenów przy Jurowieckiej.  Bo aż się prosiło, by nie zostały zabudowane. Wszak była to przestrzeń naturalnie stworzona do rozrywki i odpoczynku na świeżym powietrzu. Od miedzy przy budynku Jedności Łowieckiej, powiększona o Plac Inwalidów i jeszcze dalej, po drugiej stronie Sienkiewicza. Ciągnąca się aż do Pałacowej i przechodząca w Planty. Taki właśnie nowy park. Zostawiony dla potomności, tak ja zostawiono właśnie nam Planty.
Tak wizja wykorzystania tego terenu przez miasto odpowiadała mi najbardziej. I nie była to bynajmniej wizja utopijna. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na dofinansowanie różnych przedsięwzięć w ostatnich latach programów unijnych w ostatnich latach. A zarazem idealna do realizacji partnerstwa samorządowo-prywatnego jako swoistej wartości (pisałem o tym kilka lat temu w tekście „Zaklęte rewiry”). Miasto wnosiło do niej bezcenny atut: ziemię i pomysły będące oczekiwaniami białostoczan. Inwestor prywatny pieniądze. Przy wsparciu dotacji unijnych nic nie stało na przeszkodzie, by obok parku powstał np. Aquapark (sąsiadujący w naturalny sposób z basenem).

Ale stało się jak się stało. Miasto  wybrało wizję stworzenia przy Jurowieckiej kolejnej strefy handlowo-usługowo-biznesowej z wyższej półki.

Gdy wiosną ubiegłego roku, po trzech nieudanych przetargach, przedsiębiorca z Siedlec wydzierżawił na 99 lat plac Inwalidów, jawił się wręcz jako  wybawiciel magistratu. Bo już wydawało się, że wizja zabudowy najatrakcyjniejszej działki na wschód od Wisły będzie kolejną utopią. Zarazem jednak swoimi zapowiedziami o powstaniu Białych Tarasów biznesmen rozbudził nadzieje białostoczan na obiekt niebanalny. Nie tyle pod względem handlowo-usługowym, co architektonicznym.

Projekt Galerii Jurowieckiej wywoła zapewne skrajnie różne komentarze: jednych przekona, innych rozczaruje. Ale jedno jest pewne: pokazany wczoraj projekt jest najbardziej realny do realizacji ( przy takich warunkach dzierżawy, jakie sformułowno w zapisach umowy).

Bo w najnowszych dziejach Białegostoku nie brakowało utopijnych inwestycji. Grubo ponad dekadę temu jeden z inwestorów zapowiedział, że za trzysta milionów dolarów odmieni Dworzec Fabryczny:  powstanie centrum biznesowe, na peronach zatrzymywać się będą pociągi jadące z Warszawy z prędkością 250 km/h.  Z kolei trzy lata temu potencjalni inwestorzy zza Oceanu deklarowali, że w okolicach Siennego Rynku postawią nowy hotel Ritz za 700 mln dolarów.

I dzisiaj na kanwie prezentacji zabudowy części terenu przy Jurowieckiej tj. placu Inwalidów nasuwa się inna też refleksja; inwestor, który najpóźniej wszedł w posiadanie ziemi przy Jurowieckiej, najwcześniej rozpoczyna jej zabudowę. W odróżnieniu działek położonych na wschód i północ placu Inwalidów. Ale to już temat na inną historię, bynajmniej nie z wątkami finansowymi w  roli głównej.

.

Lis jak Gembarowski

Rok 2000. Kampania wyborcza przed głosowaniem na prezydenta RP. W telewizyjnej Jedynce rozmowę z kandydatem AWS Marianem Krzaklewskim prowadzi redaktor Piotr Gembarowski. Sposób, w jaki to czynni zapisuje czarnymi zgłoskami w historii dziennikarstwa. Do tego stopnia, że od redaktora Gembarowskiego odcinają się jego ówcześni pryncypałowie związani z ówczesnym obozem prezydenckim.

Po ponad dekadzie duch tamtego styl tamtego wywiadu powrócił w rozmowie redaktora Tomasza Lisa z prezesem PiS. To nie była rozmowa dziennikarza reprezentującego telewizję publiczną z szefem partii startującej w wyborach, a rozmowa zacietrzewionego politycznie prezentera z rywalem wyborczym. Można mieć wiele zastrzeżeń za całokształt do Jarosława Kaczyńskiego, ale nawet niewidomy z niedosłyszącym (bez urazy dla osób niepełnosprawnych) dostrzegliby, że dziennikarz nie był dziennikarzem.

Inny wymiar niepamięci

Amnezja Białegostoku do  Borysa Kaufmana kontrastuje z estymą wobec jego brata Denisa. Bardziej znanego jako Dżiga Wiertow.

Wiertowowi poświęcono już tablicę na kinie forum, instalację u zbiegu Skłodowskiej i Legionowej, o mało włos nie został patronem festiwalu „Człowiek z kamerą”. Podczas lutowego posiedzenia komisji kultury rozpętała się o sowieckiego filmowca urodzonego ponad 100 lat temu w Białymstoku prawdziwa burza. Niektórzy radni twierdzili, że Wiertow był propagandystą systemu totalitarnego. Z  kolei pomysłodawcy festiwalu przekonywali, że na pewno nie w stylu Josepha Goebbelsa czy Leni Riefenstahl.  I mimo, że festiwal nie doszedł do skutków, to inkorporacją Wiertowa w pamięć i tożsamość miasta trwa. Tymczasem Borys Kaufman, pochodzący z Białegostoku zdobywca Oskara, nadal czeka na upamiętnienie w publicznej przestrzeni miasta.

I paradoksalnie można odnieść wrażenie, że jego głównym grzech było to, że w odróżnieniu od swojego brata, nie został w Rosji Sowieckiej i wrócił do Polski. Potem szlifował rzemiosło filmowe na paryskiej Sorbonie, by po wybuchu drugiej wojny światowej wstąpić do armii francuskiej. Po jej kapitulacji przedostał się do Kanady, potem USA gdzie realizował na początku filmy krótkometrażowe i dokumentalne. Dopiero potem zajął się robieniem zdjęć do dzieł fabularnych.  W 1954 roku jest operatorem Dzieła Eli Kazana „Na nabrzeżach” ( dostał za nie Oskara). W tym samym roku umiera w Moskwie jego brat Dżiga Wiertow. Wcześniej stał się twórcą idei kroniki filmowej, jednym z najwybitniejszych dokumentalistów w dziejach światowego kina. Krytykował film fabularny. Zarazem doprowadził do mistrzostwa nowatorskie techniki montażu, dzielenia obrazu, zdobywając zarazem pozycję czołowego twórcy filmów awangardowych i propagandowych w dziejach kina. Za zbytnią gloryfikację Lenina został wpisany przez Stalina na indeks reżyserów zakazanych. Od tego momentu zajął się montażem.

 Tyle skrócone rysu historycznego, chociaż jeszcze warto nadmienić, że gdy bolszewicy zajmują w 1920 roku Białystok, Wiertow kręci swój drugi film Bitwa („Bój pod Caracynem” ). Rok wcześniej zrobił swój pierwszy film „Rocznica rewolucji”. Wspominam o tym, bo przemilcza się to w procesie inkorporacji postaci Wiertowa w pamięć i tożsamość  Białegostoku.  I to po raz kolejny.

Po awanturze o Wiertowa na lutowym posiedzeniu komisji kultury rady miejskiej napisałem, że losy braci Kaufmanów są odzwierciedleniem zagmatwanych dziejów wielokulturowego i narodowościowego dziedzictwa Białegostoku. W końcu to jego mieszkańcami byli prezydent RP, premier Izraela czy szef dyplomacji Związku Sowieckiego, którego winy dla gloryfikacji leninizmu i stalinizmu są bez wątpienia niewspółmiernie większe niż sowieckiego propagandysty z kamerą.

Wydawałoby się, że znacznie lepszym okresem do inkorporacji Dżigi Wiertowa w pamięć i przestrzeń Białegostoku był ten, który zakończył się w 1989 roku. Czy jednak wówczas wymiar propagandowy takiego wydarzenia nie przysłoniłby się tego, na czym tak bardzo zależy dzisiejszym piewcom dorobku, Wiertowa: pokazaniu jego twórczości, abstrahując od uwarunkowań na nie oddziałujących?

Nie ulega wątpliwości, że Dżiga Wiertow był w pionierskich dziejach kina wybitnym reżyserem (dowodem jest miejsce na liście tygodnika „Time”). Takim Siergiejem Einsensteinem dokumentu. Podobnie jak on i wielu młodych Rosjan, Wiertow uwierzył w rewolucję. Jak wielu rosyjskich artystów – takie tłumaczenia znajdują się w leksykonach czy portalach poświęconych filmowi – chciał służyć jej swoim talentem. I, jak w większości przypadków, pozwoliła mu ona rozwinąć skrzydła, by następnie brutalnie je przyciąć. Zanim jednak to nastąpiło, co podkreślają krytycy i znawcy kina, Einsestein i Wiertow zdołali wnieść do rodzącej się sztuki filmowej swoje nowatorskie teorie i stworzyć obrazy uznawane za arcydzieła X Muzy. Ten pierwszy – „Pancernik Potiomkin”, ten drugi – „Człowieka z kamerą”.

 Ale to historia, nie tylko w sensie ideologicznym czy geopolitycznym, nie przyznała racji filozofii Wiertowa (choć są tacy, którzy uważają dziś Wiertowa za ojca chrzestnego interakcji twórca-odbiorca, które są dziełem Internetu). Tak krytykowany przez niego film fabularny, który uważał za „opium dla mas”, stał się tak powszedni jak kromka chleba. Wynosząc przy tym brata Wiertowa na szczyty nie tylko za Oskara, ale przede wszystkim za zdjęcia do „Dwunastu gniewnych ludzi”. Czyż zatem to nie Borys Kaufman, z racji dokonań, a także i miejsca urodzenia, powinien być owym „Człowiekiem z kamerą”, patronem nowego festiwalu? A tym samym jeszcze bardziej zakotwiczonym w procesie powrotu do „pamięci i tożsamości”, który od kilku lat trwa w Białymstoku?

Jeśli nie da się zmniejszyć tej asymetrii od razu, to może pierwszym krokiem mógłby być festiwal poświęcony nie tyle samemu Wiertowowi, co braciom Kaufmanom. Bo oprócz Dawida i Borysa był jeszcze jeszcze ten trzeci, mniej znany: Michaił, (operator swojego barat Denisa, zmarł w Moskwie w 1980 roku operator Dżigi Wiertowa. W końcu na świecie jest niewiele miast, w których w jednej rodzinie urodzili się artyści tak zasłużeni dla filmu, czy szerzej – kultury. A już na pewno nie ma żadnego, którego rodowici mieszkańcy tworzyli swoje wielka dzieła w dwóch równoległych (realnych, a nie wirtualnych) światach.

 I choć formalnie takiego festiwalu nie ma, to twórczość Dzigi Wiertowa i Michaiła Kaufmana była obecna na zakończonym w niedzielę festiwalu Inny Wymiar.  Ich filmy mogliśmy oglądać w ramach towarzyszącego festiwalowi przeglądu „Sąsiedzi”.  Ale w programie ani słowa na temat trzeciego z braci Kaufmanów. Po raz kolejny o Borysie cisza. A wydawało się, że lepszej okazji do zmniejszenia asymetrii w nierównym postrzeganiu przez Białystok filmowego. Doprawdy nie mogę zrozumieć, co stało na przeszkodzie, by w programie festiwalu umieścić chociażby pokaz filmu „Dwunastu gniewnych ludzi”, do którego zdjęcia nakręcił Borys Kaufman. Być może z perspektywy dziejów sztuki filmowej dorobek braci Kaufmanów należy rozpatrywać osobno. Tyle ze z punktu widzenia procesu pamięci i tożsamości Białegostoku na festiwalu poświeconym tożsamości i pamięci, taka separacja jest niezrozumiała.

 W ramach festiwalu Inny Wymiar  odbyła się debata „Wielokulturowość: bogactwo czy balast”. Wielokulturowość – termin w ostatnich latach niezwykle modny,  w ostatnich tygodniach bardzo nośny. Słowo-wytrych. Z jednej strony przepustką do starania się o różnego rodzaju granty (zwłaszcza unijne), z drugiej – to sposób na promocję miasta kreowanie wizerunku. To wszystko razem tworzy obraz Białegostoku jako miasta nowoczesnego i otwartego, miasta dialogu kultur, odkrywającego na nowo swoją historię. Z każdym dniem w Białymstoku dokładamy do niego kolejną kartę w postaci wszelkich inicjatyw, warsztatów, festiwali, koncertów. Jest ich w ciągu roku setki. Wystarczy wspomnieć działalność Centrum im. Ludwika Zamenhofa czy imprezy nawiązujące do tradycji przedwojennego, żydowskiego Białegostoku.

Bo ma rację Andrzej Lechowski, pisząc, że Białystok bez tego wszystkiego, bez swoich Żydów, stał się miastem o wiele uboższym. I stanie się miastem banalnym, gdy nie będziemy pielęgnować w pamięci obrazu żydowskiego Białegostoku.

Podobnie jak innych kultur, tradycji, religii, sąsiedztwa. Bliskiej odmienności, która uczy tolerancji. I nawet jeśli są to inicjatywy skierowane na przekonywanie przekonanych do wielokulturowości, to na pewno warte pochwały i potrzebne.
 Zarazem nie brakuje zachowań, które obnażają tę mitologię. I nie są to mało znaczące incydenty. W zdigitalizowanym świecie to one kształtują stereotyp miasta, bardzo szybko przekraczając wszelkie granice. Nie tylko terytorialne.

 I o tym dyskutowano na piątkowej debacie „Wielokulturowość:bogactwo czy balast” zauważając, że Białemustokowi niesłusznie przyczepiono palmę pierwszeństwo w incydentach o charakterze rasistowskim. Bo na mapie Polski takich miejsc jest znacznie więcej.

 A wracając do pytania pytania „Wielokulturowość: bogactwo czy balast”, odpowiem dwoma pytaniami: Jak wielkim balastem stało się bogactwo pochodzenia, losów i dorobku Borysa Kaufmana, by  nie znaleźć się w Innym Wymiarze. I jak balast propagandysty nie stał się przeszkodą do prezentacji na festiwalu bogactwa dorobku Denisa Kaufmana vel Dżigi Wiertowa?

 Nie da się przywracać jednych kamieni pamięci, zapominając o innych. Nie tylko w tym wymiarze. Pokazały to chociażby wydarzenia ostatniego tygodnia, które działy się (na wzgórzu pod pomnikiem) zupełnie równolegle do festiwalu Inny Wymiar –Sąsiedzi. Poświeconego w tym roku Polakom.

 

 

 

Frankowski dogonił Lubańskiego

W tabeli strzelców wszech czasów ekstraklasy. Kapitan żółto-czerwonych ma na swoim koncie 155 goli, tyle samo co legenda Zabrza. Do trzeciego na podium, innej legendy Śląska, Gerarda Cieślika, brakuje mu 12 bramek. Całkiem możliwe, że do końca sezonu Tomasz Frankowski jeszcze tyle razy umieści piłkę w siatce (obu tylko karnych nie pudłował). I gdyby nie lata spędzone na grze poza krajem, prawdopodobnie nasz zawodnik już dawno na zawsze pozostałby najlepszym strzelcem w historii ligi. A tak, a tak ma szanse w skoczyć na trzeci stopień pudła. Pomóżmy mu w tym

Na wagę światełka w tunelu

Na wagę światła. Pod takim hasłem cztery lata temu „Poranny” prowadził akcję, by wyeksponować fragmenty wagi miejskiej odkopane przy Ratuszu podczas przebudowy Rynku Kościuszki. Wagą określany był budynek, w którym w XVIII w. przechowywano wzorniki miar. W XIX w. zaczęli się tam wprowadzać handlarze. Powstawały dobudówki. Wszystko – razem z Ratuszem – zostało w 1940 roku rozebrane przez Sowietów. Ratusz odbudowano w latach 50., budynek wagi uległ zapomnieniu. Aż do 2007 roku.

Pojawił się wtedy pomysł, by tam, gdzie była waga, położyć – zamiast chodnika – szkło i podświetlić fragmenty muru. „Poranny” w ramach akcji „Na wagę światła” prawie 700 podpisów. Konserwator zabytków zdecydował jednak, by zasypać znalezisko. Obok miała powstać tabliczka informacyjna. Powstawała przez dwa lata. I upamiętniła  nie wagę, a kramnice. Tak zdecydował konserwator zabytków. Według niego  w 2007 toku  nie odkopano fundamentów dawnej wagi, a właśnie pozostałości  XIX- wiecznych kramnic.  

Przez ostatnie lata służby konserwatorskie wielokrotnie udowadniały, że dbałość o białostockie zabytki przejawiają  w sposób zrozumiały chyba tylko dla siebie. Tam, gdzie powinny być konserwatywne były  liberalne. Tam, gdzie mogły od tego liberalizmu nie stronić, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom mieszkańców, popadały w  mocno zakonserwowane antykonserwatorstwo. Dlatego z niedowierzaniem przyjąłem zapowiedź konserwatora zabytków Andrzeja Nowakowskiego, że kanały odkryte w pobliżu Galerii Arsenał należy przeszklić i podświetlić. Bo też brzmi ona niczym mityczna Eureka Archidemeda. Oby tylko w tym oświeceniu podlaski konserwator wytrwał. Na wagę światełka w tunelu.

Padają ostatnie bastiony tradycji

Kibice Barcelony zgodzili się po raz pierwszy w historii, by na koszulkach klubu był reklama sponsora. Amerykańska poczta będzie na znaczkach umieszczać także wizerunki osób żyjących. Tak padają ostatnie bastiony tradycji. A ta i tak długo opierała się pokusom zmerkantylizowanego świta. Ale i ona nie jest w stanie oprzeć się łajdactwom tego świata.  I tylko patrzeć jak i u nas niebawem ulice będą poświęcone żyjącym politykom, celebrytom, lichwiarzom i innym. Widać na tej ziemi nie ma już żadnych świętości.

A jednak Białystok w drodze do Manaus.

Kwestią czasu, było gdy marszałek wystąpi do prezydenta  o współfinansowanie nowej opery. Pisałem o tym wielokrotnie ( nie tylko w Porannym oraz na blogu) i to na długo jeszcze za nastąpiły zawirowania wokół kierowania operą. Ostatni raz w lipcu ubiegłego roku.

Bo na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych od zawsze umykało coś innego. Powstający gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów. Jeśli jednak opera miała być traktowana jako dobro wspólne, to zarządzający nią  już dawno powinny przedstawić taką argumentację, która przekonałaby zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jak i tych z Łap i Hajnówki, że powinni oni łożyć na jej utrzymanie. Także wówczas, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I przede wszystkim przekonać do tego białostoczan.

Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, ponieważ koszty związane z działalnością opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych. A  wtedy te mniejsze ośrodki, teatry, zespoły, instytucje mogą czuć się zagrożone.

I o tym oba samorządy powinny debatować od dawna. Być może i już wcześniej wypracować mechanizmy bądź instytucje wspierające się nawzajem. Ale do tego potrzeba jest zdolność wybiegania w przyszłość i dostrzegania zawczasu problemów tam, gdzie z pozorów ich nie ma. Z tą antycypacją nie jest najlepiej, co udowodniły inne sprawy, zupełnie z innej półki niż kultura.

Grzechy zaniechania obu stron powodują, że prośba marszałka o wyasygnowanie z miejskiej kasy  czterech milionów na trzymanie opery, stawia magistrat w dość dwuznacznej sytuacji. Nie da się bowiem, z powodów przytoczonych powyżej, w nieskończoność powtarzać, że jest to  inwestycja samorządu wojewódzkiego. Przez podobną retorykę, która czyniła magistrat bezwładnym do jakikolwiek aktywniejszych działań, Białystok zaprzepaścił szanse na lotnisko.

Te cztery miliony, to tyle ile w tym roku na promocję przez sport w rundzie jesiennej dostanie Jagiellonia. Zważywszy na to, z jaką lekką ręką miasto wsparło klub, prośba marszałka nie wydaje się zbyt wygórowana. Ale być może zbyt wygórowana, dla tych białostoczan, którzy nigdy na stadion czy do opery nie zajrzą. To ich powinien przekonać marszałek do spółki z prezydentem, że powinni łożyć na utrzymanie, choćby tylko od strony kulturalnej, nowego gmachu. Także wówczas, jeśli przekonowywani białostoczanie nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my, w odróżnieniu od szaleńców z Manaus, kauczuku lub innego złotego runa nie mamy.

Lincz na Kremlu

Dlaczego obrońcy praw człowieka nie bronią ministra finansów Rosji? Przecież sposób, w jaki Dimitrij Miedwiediew publicznie zlinczował Aleksieja Kudrina przypomina kompilacja najohydniejszych batorg wymierzanych przez cara i metod stosowanych przez enkawude. A media światowe ten licz pokazują jak coś w istocie zabawnego.  

Przecież to, co wydarzyło się na Kremlu urąga poczuciu nie tylko przyzwoitości, ale jednemu z fundamentów na, których ponoć opiera się cywilizacja zachodnia: godności. Ktoś powie, że to nie dotyczy spraw rosyjskich, bo państwo to nie opiera się na takich fundamentach. Skoro tak, to dlaczego Europa tak bardzo angażuje się w obronę Chodorkowkiego?  

Dwadzieścia cztery godziny, które wstrząsnęły Białymstokiem

Chodzi o czas, który upłynął od niedzielnej zapowiedzi wiceprezydenta Aleksandra Sosny o demontażu elementów umieszczonych na pomniku Obrońców Ziemi Białostockiej do momentu ogłoszenia komunikatu serwowanego już przez rzeczniczkę magistratu, że na razie demontażu nie będzie, choć umieszczenie napisów było naruszeniem prawa, a sprawa zostanie zgłoszona do prokuratury. Co takiego stało się, że buńczucznych zapowiedzi zostały tylko puste slogany? Zapraszam do rozwiązania tej zagadki.

Pamięci Waldka Kikolskiego

Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji w Białymstoku poszukuje patrona dla stadionu w Zwierzyńcy. I dlatego przypominam to, co napisałęm w styczniu, gdy taki pomysł jeszcze nie ujrzał światła dziennego:

 Kompleks lekkoatletyczny w Zwierzyńcu. Trochę niedoceniany przez kibiców, większości mieszkańców kojarzący się z wystawą psów rasowych, a przecież goszczący kilka razy w roku lekkoatletów z całej Polski. Zwłaszcza tych z młodszych kategorii wiekowych.

W 85-letniej historii stadionu przy ulicy 11 Listopada nie brakowało wielkich triumfów i porażek, nie tylko w wymiarze sportowym. Nie miał też patrona. Jubileusz stadionu to najlepszy moment, by to zmienić.

Dla mnie patron może być tylko jeden: Waldemar Kikolski. W  październiku minęło 10 lat od paraolimpiady w Sydney, na której niepełnosprawny biegacz po raz drugi zdobył złoty medal w maratonie (cztery lata wcześniej był najlepszy w Atlancie). W maju minie 10. rocznica tragicznej śmierci Waldemara Kikolskiego. Zginął w katastrofie mikrobusa w Czechach. Razem z kolegami wracał nim z zawodów we Włoszech. Dwa tygodnie przed wypadkiem wywalczył w Japonii kolejny tytuł mistrza świata. Wcześniej dosłownie przebiegł cały świat. I wszędzie był ambasadorem Białegostoku. Pamiętajmy o tym.

Choć to fizyce wbrew

Choć to fizyce wbrew, wskazówka cofa się – śpiewał niegdyś Lady Pank. Teraz to samo mogą powiedzieć naukowcy, bo włoscy fizycy swoim doświadczeniem zaprzeczyli fundamentom fizycznym świata opartym an teorii względności wymyślonej przez Alberta Einsteina. Otóż ojciec współczesnej fizyki dowodził, że ciało posiadające jakąkolwiek masę nie może poruszać się szybciej niż prędkość światła. Włoscy fizycy udowodnili, chociaż włos im się na głowie zjeżył, że neutrina pokonują tę barierę. A to wywraca do góry nogami fizykę. Bo już co bardziej odważni wieszczą podróże w czasie. Jakby jednak brakowało odważnych do takiej misji, to może tak wysłać na rekonesans naszych polityków.

Wniebowywindowanie kandydata

 Pisząc w wydaniu papierowym komentarz pod tytułem „Zbawcy z plakatów” byłem święcie przekonany, że nic już w plakatowej partyzantce nie zaskoczy. Wszak na banerach nic odkrywczego nie znajdziemy, treści w nich jak na lekarstwo, niektóre sprzeczne z linią partii, którą reprezentuje kandydat i tak dalej. Przykładów można mnożyć bez liku, podobnie jak tych, które zaprzeczają teorii prowadzenia kampanii wykładanej na studiach politologicznych. Bo jaki sens jest umieszczania bilbordów pod drzewem, którego gałęzie zasłaniają afisz. Jaki sens jest oplakatowanie słupa ogłoszeniowego kandydatami tej samej partii?. Jaki sens jest w umieszczaniu kilkudziesięciu plakatów, tej samej nijakiej treści, tego samego kandydata obok siebie?.

I tych sprzeczności  na białostockich ulicach (podkreślam na białostockich, bo ostatnio poza rogatki miasta się nie wybierałem) można przytaczać jeszcze długo. Jednak tą największą jest przerost formy nad treścią. I to takich wymiarów, że nie pozazdrościliby ich autorzy portretów przebrzmiałych proroków z dawnej epoki wożonych na samochodach podczas pochodów. Bo też i ten, który pojawił się na budynku u zbiegu ulicy i alei bije wszystko, co dotychczas widzieliśmy w ostatniej dekadzie na ulicach Białegostoku. Można nawet rzecz, że postać afiszowana na nim doznała wniebowywindowania. W końcu w tym bloku po raz pierwszy zamontowano w Białymstoku windę. Czyli wyszło jak w szlagierze z poprzedniej epoki „Windą do nieba”. Chociaż niezupełnie, bo w przeboju grupy 2+1  treści było sporo. Na megaplakacie przechodzień ich nie obaczy.

Tak, forma  w tej podjazdowej partyzantce (kampanią trudno to nazywać) przerosła treść. A niektórzy kandydaci widać za punkt honoru wzięli sobie, by w reakcji na jeszcze większy baner innego kandydata ( i to bynajmniej nie z innej partii) postarają się wywiesić jeszcze większy baner. Dziwne, że do tej pory żaden z nich nie wpadł na pomysł, by rozpostrzeć płachtę między dwoma kominami elektrociepłowni. Co prawda kosztowałoby ich to nieźle, ale takiego widoku nic by już nie przyćmiło. Zwłaszcza jeśli płachta mieniłaby się przypominając, jakby rodem z filmu „Gwiezdne wrota”, przejście do innego wymiaru. To by było dopiero wniebowywindowanie do świata równoległego. Bez biletu powrotnego.

Koszmar Pawłodaru powrócił w Zdzieszowicach

A wydawało się, że po koszmarnie zakończonej wycieczce na krańce Kazachstanu, nic gorszego Jagiellonii się nie przydarzy. Ale przynajmniej teraz sytuacja jest jasna: nie ma żółto-czerwonych w rozgrywkach europejskich, nie ma w Pucharze Polski. Teraz spokojnie może się skoncentrować się na rozgrywkach ligowych.

Na zdrowy rozum – bez balastu egzotycznych wojaży, powinna być w czubie ligowej tabeli. W przeciwnym razie trudno będzie na koniec sezonu znaleźć jakieś alibi. Bo i argument o mizerii naszej piłki już nie będzie usprawiedliwieniem.

I jeszcze jedna uwaga, a w zasadzie zmiana, jaka zaszła na koszulkach Jagiellonii. W pierwszych meczach sezonu logo Wschodzacy Białystok widniało na dość mało eksponowanym miejscu – ogólnie mówiąc na wysokości mniej więcej pępka. Teraz jest podniesione wyżej. Co prawda nie w miejsce, które określa się potocznie na piersiach (to zajął kolejny, prywatny sponsor). Oby cztery miliony, które miasto wydało na taką ekspozycję, w tym sezonie się ie zdewaluowały.

Ot, i Ameryka odkryła Amerykę o Białymstoku

Były w regionie dziwne pomysły, by to władze województwa jakoś samodzielnie występowały w stosunkach zewnętrznych, ale żeby Białystok trafił na szczyty dyplomacji, i to światowej?. Prawdę mówiąc prędzej można byłoby oczekiwać wybudowania przez nasze władze lotniska niż to, że amerykański ambasador w Warszawie będzie raportował o tym, co się dzieje w Białymstoku. Co prawda, dyplomata Ameryki o Białymstoku nie odkrył, ale dzięki niemu, a raczej portalowi Wikileaks, ujawnił dokumenty ambasady USA w Warszawie, Białystok znalazł się tuzów światowej dyplomacji.

Piastowska-Mieszka. Nadspodziewanie niebezpieczne skrzyżowanie

Nie trzeba przekonywać o tym, tych kierowców, którzy próbują skręcić w lewo z Mieszka w Piastowską i na wspak: w lewo z Piastowskiej w Mieszka. Niby są światła, ale tak naprawdę skręt zza samochodów usiłujących to samo zrobić w inną stronę, może zakończyć się bardzo przykrą niespodzianką. A niekiedy nawet i czołówką. I tak też chyba było w sobotnie popołudnie, gdy zderzyły się renault kangoo z miniterenówką mercedesa. Takiego wypadku chyba do tej pory na tym skrzyżowaniu jeszcze nie było. A wydarzyło się ich w tym miejscu już sporo.

Kilkaset metrów dalej drogowcy przebijają się z Piastowską na Pieczurki. Pozostaje mieć nadzieje, że w ramach tej inwestycji zmodernizują też sygnalizację na wspomnianym w tytule skrzyżowaniu. Tak by lewoskręty były bezkolizyjne.

 

Mam Talent. Talenty z Białegostoku

Najpierw para iluzjonistów , Tomek Sadowski z Katarzyną Mróz, swoim programem oczarowała jury i publiczność, a potem do rozpuku rozbawił ja 21-letni student Maciej Sikorski, który fantastycznie sparodiował polskich polityków. Jakiż to musiałby być jeszcze większy ubaw, gdyby na swój warsztat wziął także naszych podlaskich i białostockich.

I będą święcić Wam potomni, po pierwszym września-siedemnasty

Jakże skromne w tym roku w przestrzeni miasta uroczystości w 72. rocznicę sowieckiej agresji na Polskę.  Zostaną złożone kwiaty na cmentarzu przy ul. 11 Listopada, w Pałacu Branickich  będzie koncert, w poniedziałek wykład na kanwie tej rocznicy o pamięci i niepamięci.  To niewiele, jak na miasto depozytariusza. To raczej spotkania niszowe niż masowe  I nie ma znaczenia, że w tym roku nie wypada okrągła rocznica. Pamięci nie można eksponować raz na dziesięć lat albo Zwłaszcza, że przecież w obiegu publicznym ledwie od dwóch dziesięcioleci otwarcie mówi się o 17 września. Ta amnezja dziwnie na przekór słowom barda, który przecież w poprzednim systemie śpiewał dla owego systemu jakże szatańskie wersety: I będą święcić  Wam potomni , po pierwszym września – siedemnasty.

Marzy mi się, aby ten utwór Jacka Karczmarskiego wykonali  kiedyś 17 września podlascy filharmonicy i chór naszej opery. Skoro Jean Michel Jarre w Gdańsku wykonał swoją wersję “Murów”, to dlaczego w Białymstoku miałaby nie zabrzmieć właśnie „Ballada wrześniowa”.

Długośmy na ten dzień czekali
Z nadzieją niecierpliwą w duszy
Kiedy bez słów towarzysz Stalin
Na mapie fajką strzałki ruszy

Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy
I zanim zmilkł zagrzmiały działa
To w bój z szybkością nawałnicy
Armia Czerwona wyruszała

A cóż to za historia nowa?
Zdumiona spyta Europa
Jak to? – To chłopcy Mołotowa
I sojusznicy Ribentroppa

Zwycięstw się szlak ich serią znaczył
Sztandar wolności okrył chwałą
Głowami polskich posiadaczy
Brukują Ukrainę całą

Pada Podole, w hołdach Wołyń
Lud pieśnią wita ustrój nowy
Płoną majątki i kościoły
I Chrystus z kulą w tyle głowy

Nad polem bitwy dłonie wzniosą
We wspólną pięść, co dech zapiera
Nieprzeliczone dzieci Soso
Niezwyciężony miot Hitlera

Już starty z map wersalski bękart
Już wolny Żyd i Białorusin
Już nigdy więcej polska ręka
Ich do niczego nie przymusi

Nowš im wolność głosi Prawda
Świat cały wieść obiega w lot
Że jeden odtąd łączy sztandar
Gwiazdę, sierp, Hackenkreuz i młot

Tych dni historia nie zapomni
Gdy stary ląd w zdumieniu zastygł
I święcić będą wam potomni
Po pierwszym września – siedemnasty

 

Jagiellonia nie dała rady w Poznaniu

Nie miejmy żalu do Barana, że w  Poznaniu puścił tyle siat,

przecież to nie jego wina, że musiał w bramce Jagi stać

Wszak  Słowik mięśnia naderwał, a Sandomierski zaczął w Belgii grać.

 

Zbawcy z plakatów, czyli czeski film

To, że w Białymstoku kampania trwa na dobre, widać gołym okiem. Przybywa w mieście  zarówno wielkich banerów, jak i skromnych plakacików. Jednak o wiele ważniejsze od powierzchni reklamowej, jest retoryka z niej bijąca. A tu roi się od takich obietnic, że gdyby choć tylko mały procent z nich został spełniony, to Białystok, Podlaskie i Polska byłyby najszczęśliwszymi miejscami na świecie. Istnym rajem.

Nie brakuje też plakatów podszytych ironią. Zwłaszcza tych kandydatów, którzy kiedyś obiecywali, że z dala będą się trzymać od wszelkich konotacji wyborczych. Że ich dotychczasowa działalność wynikała z takiej obywatelskiej potrzeby, że działają dla mieszkańców bez żadnych ukrytych podtekstów.Zdarzają się afisze reklamujące kandydata startującego w innym okregu.

Czasami też spoglądając na baner trzeba przecierać oczy ze zdziwienia, bo twarze bijące z plakatów nie za bardzo odpowiadają nazwisku, które firmują: większość kandydatów zupełnie inaczej wygląda w rzeczywistości. Jak tak dalej pójdzie, to pewnie za jakiś czas pojawi się postulat, by komitety mogły rozliczać wydatki poniesione na lifting kandydatów zupełnie z oddzielnej puli. Skoro te zabiegi odmładzają,  to może sfinansowałby je narodowy ubezpieczyciel zdrowotny?

I tu dochodzimy do największego paradoksu tej kampanii. Gdyby tak niektórych kandydatów oswobodzić  z partyjnych onuc, to naprawdę byłoby w kim i w czym wybierać. Nie brak tych, którzy naprawdę mają głowę na karku, rozsądne pomysły i sposoby ich realizacji. Tylko co z tego, skoro dyscyplina partyjna  nałoży na nich kajdany. A w takim wypadku głos oddany na nich  przy urnie będzie tym z góry zmarnowanym.

I dlatego zbawienia po 9 października nie będzie. Nawet, gdyby kandydaci w kampanii zeszli z plakatu. Takie cuda zdarzają się tylko w czeskim filmie.

Litwa przegrała Eurobasket

Gdy byłem w Wilnie pod koniec sierpnia wszyscy żyli mającymi się rozpocząć 1 września mistrzostwami Europy w koszykówce. To największa impreza sportowa organizowana przez naszych sąsiadów od czasów uzyskania przzez nich niepodległości. A ponieważ Litwini zawsze na punkcie kosza, nic dziwnego, że mierzyli w złoto. Nadzieje te rozwiali dzisiaj Macedończycy. Ludzie zgromadzeni w Siemens Arena nie mogli uwierzyć w to, co się wydarzyło.

To, czego nie widać

Podczas kampanii wyborczej partie nie kryją zadowolenia, gdy innym partiom powinie się noga. Ale o dziwo politycy jeszcze bardziej się cieszą, gdy ta noga powinie się ich kolegom partyjnym z tej samej listy. Tak było cztery lata temu, gdy  kandydaci jednej z nich zamiast walczyć zamiast walczyć ze swoimi przeciwnikami politycznymi z innych partii, musieli udowadniać, że nie są czarnymi owcami we własnej partii. I tak jest teraz, choć bardziej to wysublimowane, bardziej przykryte pozorami jedności.

Naiwnością obu stron tej samej partyjnej barykady byłoby sądzenie, że wyborcy tego nie widzą.

Kempagate, czyli tej roboty Redford i Al Pacino by nie wzięli

Nie byłoby zamieszania ze skrzynką pocztową Beaty Kempy, gdy odbiorca listu zweryfikował otrzymaną informację. Ten, kto podesłał mu owego newsa dobrze wiedział, że adresat tego nie zrobi. Dlaczego? Odpowiedź znajdziemy w filmie „Wszyscy ludzie prezydneta” . Obraz ten z Robertem Redfordem i Alem Pacino powinnien być pokazywany wszystkim adapetom dziennikarska.

Za horyzntem

Jedną z atrakcji słonecznych dni  wrześniowych są wieczorne zachody słońca. Niebo zamienia się w sptektakl świetlny. Horyzont rozświetla  szerokie spektrum barw.  Dominuje czerwień i pomarańcz, które tworzą niesamowite kombinacje.  Jakby wyszły spod ręki mistrza efektów spejalnych. Do tego niesamowity układ chmur. Tak to przynajmniej wygląda z mojego okna.

Oba te kolory, wsparte żółcią, powinny dominować także bladym świtem. Jednak z oknien mojego pokoju wychodzącego na wschód próżno szukać równie pięknych widoków. Być może jest to wina stojącego nieopodal galeriowca, który przesłania horyzont. A może zwiastum, że wschodzący Białystok chyli się ku zachodowi

Może za rok o tej samej porze

Nie wiem jak było później, ale o godz. 17 pomost łączący Białystok z Wilnem był pusty. Szkoda, bo wydawało się, że słoneczna pogoda, wręcz wymarzona ( o takiej mogliśmy w wakacje pomarzyć) przyciągnie na Rynek Kościuszki na popołudniowa fiestę zarówno tradycjonalistów (widzących w pewną wartość w podkreślaniu przez Białystok depozytariuszostwa więzi z Wilnem), jak i modernistów (sympatyków nowoczesnego brzmienia).
O tych bliskich związkach pisałem w ostatnich tygodniach wielokrotnie. Ale też podkreślałem różnicę miedzy rynkiem zrodzonym z tradycji i rynkiem zrodzonym z tęsknoty za czymś, czego do niedawna Białystok nie miał i za czym tak bardzo tęsknił. Dzisiejsze popołudnie udowodniło jak wielka jest to różnica. Może za rok o tej samej porze będzie inaczej. Jeśli pomysłodawcy imprezy nadal zechcą poprzedzać nią Festiwal Up To Date.

Adamek-Kliczko. Za 34 zł. Lepiej obejrzeć „Cinderella Man”

Propozycję transmisji za taką cenę dzisiejszego boksu otrzymałem od swojego operatora. I uznałem, że nie warto na nią przystać. Bo to żadna walka stulecia. A przecież w historii były pojedynki, które termin ten wyniosły na wyżyny światowego boksu. Choćby Ali-Foreman w Kinszasie czy dwa słynne pojedynki Joe Lewisa i Maxa Schmellinga. A przecież były jeszcze inne słynne pojedynki. Ich niesamowity klimat i atmosferę w swojej książce Słynne pojedynki oddał niemalże w radiowej tonacji Aleksander Reksza, dziennikarz z przedwojennym stażem. Wśród ich pojedynek Jamesa Braddocka z Joe Lewisem.

Walkę tę wspominam nie bez powodów. Ze względu na życiorysy obu sportowców. Po zakończeniu kariery oraz w jej trakcie. Szczególnie w tym drugim przypadku historię Braddocka powinien poznać nie tylko każdy początkujący pięściarz marzący o walce stulecia. Nie trzeba szukać w bibliotekach biografii Braddocka, wystarczy obejrzeć film z Russelem Crowem w roli głównej „Cinderella Man”. Ktoś powie, ze to w zamierzchłych czasach. Tak naprawdę, mimo innych cyfr w oznaczeniu wieku i roku, zasady walki zostały te same.

Marsz, który nie jest na lans

Tak, jak każdy muzułmanin raz w życiu powinien odbyć pielgrzymkę do Mekki, tak każdy Polak raz w życiu powinien nawiedzić dawne Kresy Wschodnie – zachęca w swojej reklamie jedno z biur świadczących usługi hotelarskie w Wilnie. Przenosząc to drugie porównanie na białostocki grunt można powiedzieć, że każdy białostoczanin przynajmniej raz w życiu powinien iść w Marszu Żywej Pamięci Polskiego Sybiru. I nie dlatego, że kazali rodzice, ksiądz zachęcał z ambony, zmusiła szkoła, delegowała firma, dyscyplinę nałożyła podstawowa organizacja partyjna czy też zbliżają się wybory i dobrze się pokazać. Uczestnictwo w marszu nie powinno wynikać z obawy przed konsekwencjami naruszenia powyższych nakazów, ale z poczucia obowiązku.

Z tego samego, który co roku w kwietniu nakazuje młodym Żydom z całego świata przyjechać do Auschwitz i wyruszyć sprzed bramy nazistowskiego obozu trzykilometrową drogą śmierci. By upamiętnić zamordowanych przez hitlerowców i powiedzieć „Nigdy więcej”. Przez lata wydarzenie to zyskało niesamowitą oprawę medialną.

Bo jest w Polsce i drugi marsz, może mniej medialny, mniej znany w świecie, ale równie liczny, a może i liczniejszy. Marsz, który przejdzie w piątek ulicami Białegostoku – Marsz Żywej Pamięci Polskiego Sybiru. Obok tych, którzy przeżyli zsyłkę, podążać będą młodzi ludzie. Trzykilometrowy pochód, który przejdzie od placu Katyńskiego do kościoła św. Ducha, będzie nie tylko Marszem Żywych i Pamięci, ale wartością samą w sobie, która daje Białemustokowi powód do dumy. Nie tylko jak długo żyć będą jeszcze Sybiracy i pamięć o nich, ale tak długo jak oprze się on pokusie uczynienia z niego narzędzia marketingu historycznego.

Równolegle Białystok ostatnio bardzo prężnie promuje ideę powstania przy Węglowej Muzeum Sybiru, które swoim niepowtarzalnym, także multimedialnym charakterem, przyciągałoby zwiedzających nie tylko z kraju. Po wielu latach marazmu miasto podpisało w końcu umowę na zaprojektowanie muzeum w jednym z dawnych magazynów wojskowych. W sierpniu prezydent Białegostoku odwiedził obwód Tomski i położony w nim syberyjski Białystok, gdzie przedstawił pomysł takiej placówki. Kilka miesięcy temu lobbowały za nim w Sejmie władze miasta i Muzeum Wojska licząc na wsparcie finansowe projektu. Co, jeśli jednak go nie będzie? Nie tylko z powodu skromniejszych funduszy unijnych na taką działalność czy trudności budżetowych państwa.

W styczniu rząd przyjął wieloletni program „Budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”. Zakłada ona przeznaczenie z budżetu państwa na ten cel prawie 360 mln zł. Program będzie realizowany w latach 2011-2014 pod nadzorem ministra kultury.

– Warto zauważyć, że chociaż od wybuchu wojny minęło ponad 70 lat, to na świecie nie powstało muzeum całościowo ukazujące przebieg największego w XX wieku konfliktu zbrojnego, który przyniósł ludzkości niewyobrażalne cierpienia. Należy podkreślić, że za granicą życzliwie przyjęto pomysł utworzenia muzeum w Polsce, w kraju, który pierwszy stawił zbrojny opór Hitlerowi, i usytuowania go w Gdańsku, w symbolicznym miejscu rozpoczęcia działań wojennych – napisano w komunikacie po styczniowym posiedzeniu Rady Ministrów.

Przy takiej ontologii (niektórzy obserwatorzy widzą w tym jeszcze polityczne tło – muzeum ma być dla PO tym, czym dla PiS jest muzeum Powstania Warszawskiego), trudno sobie wyobrazić, aby w gdańskiej placówce nie było ekspozycji poświęconej deportacjom na Wschód. Przecież bez przedstawienia tego fragmentu historii II wojny światowej muzeum na Wybrzeżu byłoby niekompletne. To wyklucza wsparcie rządowe dla idei innego muzeum, w gruncie rzeczy dublującego pewien fragment wojennej historii. Tym byłaby białostocka placówka.

I tu przed Białymstokiem pojawia się dylemat, który jest fundamentalny dla idei Muzeum Sybiru: czy bez jakiegokolwiek wsparcia zewnętrznego powinien wznosić go za wszelką-każdą cenę? Czy jest to ten rodzaj obowiązku, którego wypełnienie nie powinno być rozpatrywane przez pryzmat kosztów?

Władze miasta powinny już teraz rozwiązać te dylematy. Ewentualne późniejsze tłumaczenia, że zamiary przerosły nasze siły będą taką samą krzywdą dla Białegostoku, jak ewentualne promowanie się na piątkowym marszu kandydatów do parlamentu. Mają prawo w nim iść (mam nadzieje, że ich udział wynika z obowiązku, o którym pisałem powyżej). Powinni jednak pamiętać, że to nie oni są w nim najważniejszy i raczej podążać bliżej końca niż wysuwać się przed pierwszy szereg. Bo są takie rocznice i święta, na których lans nie przystoi. Nie wszystkie te wydarzenia są na sprzedaż. 9 września jedno z nich.

 
 
 
 

 

Remis

Wrew temu, co po rzucie karnym wykonanym przez Jakuba Błaszczykowskiego wieszczyli telewizyjni komentatorzy, widać było gołym okiem, że Niemcy wyrównają lada chwila.  Choćby dlatego, że – jak uczy historią – grają do końca. I dlatego do historycznego zwycięstwa tak samo daleko jak zawsze.  Ale też trzeba uznać, że nie jest to pokolenie w niemieckiej piłce na miarę tego z oku 1972, 1980, 1988-1990. Gdziesz im tam do Overatha, Netzera, Schustera, Hansi Mullera, czy Lothara Matthausa. Tak samo współczesne pokolenie polskich piłkarzy nie umywa się do tego sprzed lat. Dlatego niesprawiedliwością dziejową byłoby gdyby to na podopiecznych trenera Smudy spłynął splendor chwały.

Wypominek

Ilekroć Jarosław Kaczyński porusza zagdnienie suwereności ( np. w kontekście rurociągu północnego czy dobrej drogi łączącej nas z krajami bałtyckimi), tylekroć trzeba przypominać, że ten obrońca suwerenności w roku 2007 dał dowód, że nie potrafi walczyć o nią. Bo tym była jego decyzja o zaprzestaniu budowy obwodnicy Augustowa. Jakoż wielką krzywdę wyrządził wtedy ówczesny szef rządu nie tylko mieszkańcom uzdrowiska. W końcu czyż nie z inicjatywy jego partii zorganizowano słynne referendum w sprawie obwodnicy, które okazało się iluzją podmiotowości społeczności podlaskiej?.

Swoją kapitulacją w sprawie obietnicy obwodnicy prezes PiS dał wzorzec postępowania dla tych, którzy przejęli po nim władzę w kraju do jeszcze większej uległości.

Strajk w PKS. W czym kierowcy autobusów są gorsi od muzyków opery?

Od tygodnia głodują kierowcy PKS. Domagają się przywrócenia do pracy zwolnionych kolegów, zarząd firmy twierdzi, że niektórzy z nich w nielegalny sposób zużywali za dużo paliwa podczas kursów. Związkowcy odpierają te zarzuty. Na tym sporze, który przystał już być tylko pracowniczym, mogą jutro ucierpieć pasażerowie. Na trasy może nie wyjechać większość taboru białostockiej firmy.

To, co dzieje się w spółce komunikacyjne jakże kontrastuje z innym konfliktem, który kilka miesięcy temu był w Białymstoku. I który ochoczo, od pewnego momentu, usilnie starały się rozwiązać władze województwa, właścicielem podlaskiej opery (przy czym przez wiele miesięcy zupełni nic nie zrobiły, by do niego nie doszło). Ale na przełomie marca i kwietnia ochoczo zaangażowały się po stronie związkowców (najpierw występując w roli mediatora).

O podjęcie mediacji apelują do marszałka dziś kierowcy PKS. Władze województwa odmawiają tego związkowcom PKS-u, twierdząc, że spór ten jest wyłączną sprawą firmy. W czym zatem są kierowcy gorsi  od filharmoników, którym nie tylko mediacji nie odmówiono? Czyż nie powinno być tak, że przejmując od skarbu państwa nadzór właścicielski nad białostockim PKS-em, nie powinny stosować  proporcjonalnych środków łagodzących obyczaje. Nie tylko muzyczne. Przecież związkowcy nie proszą o zbyt wiele. Możliwa była mediacja w operze członka zarządu województwa odpowiedzialnego za kulturę, nic nie stoi na przeszkodzie mediacji w PKS członka zarządu województwa odpowiedzialnego za transport.

W czym zatem kierowcy PKS-u są gorsi od muzyków z opery? W niczym, ich dramat polega na tym, że sytuacja potencjalnego mediatora jest dziś inna niż wiosną.

Bohater ostatniej akcji

Tydzień temu pisałem o jarmarku na wileńskim rynku, o podobieństwach z Rynkiem Kościuszki i różnicach, które było dobitnie widać podczas dzisiejszego jarmarku rzeźby i rękodzieła przed białostockim Ratuszem. Niestety, na korzyć tego wileńskiego.

W ogóle ostatnio dużo na blogu odnośników litewskich. To skutek mojej wizyty w Wilnie i refleksji zrodzonych na tej kanwie. Ale też dużo dzieje się w stosunkach między polską mniejszością a większością litewską. Do tego stopnia, że Polacy musieli zastrajkować i nie wysyłać dzieci do szkół, by także polski rząd energicznie zabrał się prostowania polityki tolerancyjnej i ugodowej postawy wobec polityki władz litewskich. Do tego stopnia, że sam premier wybrał się do Wilna. Po jego wizycie mniejszość zawiesiła strajk, zadając premierowi dość retoryczne pytanie”, dlaczego trzeba było dopiero strajku szkolnego, by władze polskie cokolwiek zrobiły bardziej stanowczego w ich sprawie? Pytanie retoryczne, bo odpowiedź jest jasna: Polska w stosunkach z Litwą jest zakładnikiem swojej geopolitycznej retoryki. Dobrze wiedzą o tym Litwini i wykorzystują to maksymalnie. Jak wielkie to maksimum wystarczy wejść do wieży Giedymina i obejrzeć prezentowany w niej film (pisałem o tym tydzień temu?.

A wracając do tytułu powyższego wpisu to bohaterem ostatniej akcji nie był premier Tusk, a Dardan Berisha, który rzutem na 12 sekund przed końcową syreną dał polskim koszykarzom  zwycięstwo w meczu z Turcją w Poniewieżu podczas mistrzostw Europy rozgrywanych na Litwie.

Religia, mroczny przedmiot pożadania libertyna

Wraz z początkiem roku szkolnego, co roku powraca dyskurs: o zasadności nauczania religii w szkole. W 2009 roku  było to za sprawą marginalnego protestu Młodych Socjalistów. W zeszłym roku sytuacja jest była  inna, bo w owym dyskursie odzwierciedla się wszystko to, co stało się na kanwie historii z Krakowskiego Przedmieścia. To już nie tylko marginalne środowiska lewicowe, a przebudzony krąg spod szyldu libertynizmu upominał się o coś ( a dziś to czyni jedna z partii kandydujących do parlamentu) , co w gruncie rzeczy jest nielogiczne. Bo religia powinna być w szkołach. Wyjaśnię to w oparciu o tekst (napisałem go kilka lat temu), w którym uzasadniałem, dlaczego religia powinna być zdawana na maturze, (co jest skutkiem uczenia jej w szkole). Przytoczę tekst w całości.

“Teoretycznie powinno być tak: matura tylko z przedmiotów ścisłych. Dlaczego? Bo tylko ją da się ocenić w sposób niebudzący jakichkolwiek wątpliwości.
A po drugie, i to jest najważniejsze, politycy raz na zawsze odczepiliby się od oświaty. Chyba, że kazaliby na maturze obliczyć prawdopodobieństwo dostania się partii rządzącej do kolejnego parlamentu.
Największym problemem naszej edukacji, obok braku pieniędzy, jest jej upolitycznienie. Tak było ponad dekadę temu, gdy ministrem edukacji został Jerzy Wiatr, główny architekt socjologii marksistowsko-leninowskiej w PRL. Nic dziwnego, że na znak sprzeciwu przez kraj przetoczyły się protesty organizowane przez partyjne prawicowe młodzieżówki pod hasłem “Uczniowi zawsze Wiatr w oczy”. Protestowała też Solidarność i Kościół katolicki. Zwłaszcza wtedy, gdy minister Wiatr zapowiedział powołanie seksuologa Zbigniewa Lwa Starowicza na stanowisko ministerialnego eksperta ds. wychowania seksualnego. I gdy zwrócił się do dyrektorów szkół, żeby w klasach, gdzie nie wszyscy uczniowie chodzą na religię, umieszczać katechezę na pierwszej albo ostatniej lekcji. Zaprotestował sekretarz episkopatu, bp Tadeusz Pieronek: – To wyraz nietolerancji wobec uczniów i powrót do PRL.
Oliwy do ognia dolewał sam Wiatr, oświadczając, że wychowaniem w szkole zajmuje się nauczyciel, nie rodzice. – Żadne gremium rodzicielskie nie będzie cenzurować nauczyciela.
Po tej wypowiedzi przyszła cała fala krytyki. Jan Łopuszański (ZChN) mówił: – Minister edukacji Jerzy Wiatr swoją działalnością przyczynia się do rozwoju zdziczenia. To skandaliczne, że odmawia rodzicom prawa wpływania na rodzaj edukacji, którą dziecko pobiera w szkole.
Wiatr na zarzuty odpowiadał: – W demokracji jest jeden bardzo prosty, wypróbowany sposób zmiany ministrów. Polega na wygraniu wyborów. Koniec!
O wydarzeniach sprzed dziesięciu lat wspomniałem, dlatego, że przypominają to, czego doświadczyliśmy w epoce giertychowskiej. Te same zarzuty, lecz w innej retoryce (zamiast haseł o fanatyku marksistowskim, słyszeliśmy głosy o fanatyku skrajnie narodowym). Każdego dnia uczniowie, rodzice, nauczyciele i opinia publiczna zarzucana była coraz to nowymi, sprzecznymi wewnętrznie pomysłami na polską szkołę. I nawet, jeśli niektóre miały sens, to problem Giertycha polegał na tym, że nie potrafił on przekonać opinii publicznej, iż wynikają one z racjonalności, a nie ideologicznego fundamentalizmu. A jednym z pomysłów, który podchwyciła minister Katarzynę Hall i za który została skarcona przez Donalda Tuska, był egzamin dojrzałości z religii
.

Od razu przypomniała mi się moja matura z religii. Zaliczyłem ją tylko na ocenę dobrą, bo miałem zbyt inny punkt widzenia na rolę kościołów i zakonów we współczesnym świecie niż ksiądz egzaminator. Nikt mnie do niej nie zmuszał. Była zgodna z tradycją, w której się wychowałem, jak też chęcią zdobycia wiedzy religijnej. Ale też zdawałem ją w czasach, gdy religia nie była przedmiotem nauczanym w szkołach. A opozycja wobec systemu komunistycznego uczyniła z katechezy parafialnej swoistą wartość.
Gdy odbywała się w salkach parafialnych, była czymś poza szkolną rutyną, czymś niestandardowym, z własną tożsamością. Służyła integracji wiernych. Dawała poczucie bezpieczeństwa, bo ufaliśmy, że członkowie tej wspólnoty przyjdą z pomocą, gdy znajdziemy się w trudnej sytuacji.
I choć później moje związki z Kościołem układały się różnie (teraz znowu bliżej niż dalej), to nie mam złudzeń, że we współczesnej polskiej szkole katecheza nigdy nie będzie tak ważna, jak matematyka, angielski, polski, historia (i inne przedmioty, z których trzeba zdać maturę, by myśleć o wymarzonych studiach). Nic dziwnego, że jest traktowana, jako okazja do odrobienia zadania domowego czy przygotowania się do kartkówki. I nie zmienią tego żadne decyzje administracyjne.
Poza tym “bycie na świadectwie” to żaden gwarant uczniowskiego szacunku. Piątka z WF ma taki sam wpływ na średnią, jak piątka z matematyki, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że większość uczniów (a zwłaszcza większość rodziców) zdecydowanie bardziej ceni tę drugą ocenę.
Mimo tych wszystkich ułomności uważam, że religia powinna być przedmiotem maturalnym. Skoro młodzież się jej uczy, dlaczego nie miałaby mieć możliwości uwzględnienia tego także na świadectwie maturalnym? Czyż nie byłoby to sprawiedliwe?
Ale jest inny, w gruncie rzeczy jedyny i bynajmniej pozaideologiczny argument. Bo skoro od 1990 roku religia gości w szkołach, to powinna być traktowana tak, jak każdy inny przedmiot. W przeciwnym razie musielibyśmy wrócić do czasów sprzed 17 lat.”

Ten tekst napisałem kilka lat temu. Ale istota problemu nauczania religii się nie zmieniła. Wyrzucenie religii ze szkoły oznaczałoby logicznie powrót do czasów sprzed 20 lat. Czyżby nagle tak bardzo wszyscy zatęsknili za socjalizmem realnym? Dlaczego zamiast kwestii socjalnych młodzi gniewni uciekają w tematy światopoglądowe? Czyżby w tej pierwszej sprawie nie mieli nic do powiedzenia?

Co więcej, w interesie jeśli może nie libertynów, to na pewno lewicowców wszelakiej maści, jest to, by religia nadal była nauczana w szkołach. W ten sposób być może mają szansę na wygranie kiedyś (no właśnie kiedy?) wyborów. A jak je wygrają, jak mówił minister Wiatr, wtedy mogą robić wszystko. Powrót religii do sal katechetycznych tę perspektywę oddala w nieskończoność, bo – jak pokazały doświadczenie PRL-u – zyskuje ona znacznie więcej na wartości niż gdyby pozostała w szkole.

I jeszcze jedno: jakoś dziwnie ukształtował się naukowy pogląd na świat lewicowców i libertynów, skoro nie dostrzegają w oparciu o naukę na czym polega dla zjednoczonej Europy wartość chrześcijaństwa (a zatem i religii)?.

1 września

Mijając dzisiaj młodzież, która opanowała dosłownie ulice miasta w drodze do szkoły na rozpoczęcie roku, zastanawiałem się jak bardzo, a może czy w ogóle, współczesne pokolenie byłoby skłonne pójść w ślady swoich poprzedników sprzed 72 lat. Pokolenie współczesne wychowane nie na mleku, lecz na amfie, luksusie, sztampie, konsumpcjonizmie, showbiznesie, dodyzmie i Bóg jeden jeszcze tylko wie na czym.

Chciałbym wierzyć, że  w takim samym stopniu.  Ale w tym wypadku raczej słaba we mnie wiara, bo rozum podpowiada, że to raczej mało realne.

Nie ma rady – jesień idzie. Trzeba zacząć chodzić w pulowerze

W czasach, gdy dominowała tylko jedna słuszna telewizja, zawsze 31 sierpnia pokazywała film “Koniec wakacji”. Nie wiem, czy jeszcze jakakolwiek  ze stacji telewizyjnych w epoce “High School Musical, “Klanu”, “M jak miłość” i innych dziwnych seriali i programów, puszcza ten obraz. A szkoda, bo w tych 86 minut na taśmie zawarte jest kilka tygodni wakacji, dla 14-letniego bohatera okres przyspieszonego dojrzewania. Przeżywa pierwszą miłość i pierwszy poważny dramat spowodowany rozpadem małżeństwa rodziców. Pierwszy raz świadomie przeciwstawia się agresji w swoim środowisku i po raz pierwszy w życiu czuje się odpowiedzialny za drugiego człowieka, ciężko chorego starego nauczyciela. W trudnych, konfliktowych sytuacjach musi samodzielnie oceniać rzeczywistość i dokonywać własnych wyborów. Tak staje się dojrzałym, krytycznie myślącym człowiekiem.

W zasadzie historia, sprzed ponad 30 lat, wydaje się jakże współcześnie bliska. Podobnie jak historia opowiedziana w obowiązkowo puszczanym w telewizjach w ostatnich latach film „Jutro pójdziemy do kina”.

Bliskie, zwłaszcza przed kolejnym początkiem roku szkolnego. I końcem lata, którego – wbrew słowom piosenki – nie szkoda. Było, a w zasadzie jakby go nie było. A już na pewno w weekendy. I ten ostatni tej oceny nie zmieni.

A w mieście coraz więcej samochodów i znowu korki tam, gdzie przez ostatnie dwa miesiące ich nie było. I te dni coraz krótsze. Nie ma rady. Jesień idzie. Jak w wierszu niezapomnianego Andrzeja Waligórskiego.

 Raz staruszek, spacerując w lesie,
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał: – Znowu idzie jesień,
Jesień idzie, nie ma na to rady!

I podreptał do chaty po dróżce,
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,
Swojej żonie, tak samo staruszce:
– Jesień idzie, nie ma rady na to!

A staruszka zmartwiła się szczerze,
Zamachnęła rękami obiema:
– Musisz zacząć chodzić w pulowerze.
Jesień idzie, rady na to nie ma!

Może zrobić się chłodno już jutro
Lub pojutrze, a może za tydzień
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!

A był sierpień. Pogoda prześliczna.
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał
O mającej nastąpić jesieni.

Ale cóż, oni żyli najdłużej.
Mieli swoje staruszkowie zasady
I wiedzieli, że prędzej czy później
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady

W kolejce BKM-u nie jest źle, czyli nie wszyscy są bliżej celu

W kolejce BKM- nie jest źle

Wszyscy marzniemy stojąc w niej

Dopóki pani z apteki nie zlituje się

i do przedsionka nie wpuści nas

Tak w kolejce BKM-u mija czas.

Taka parafraza z utworów niezapomnianego barda przyszła mi do głowy w oczekiwaniu na odbiór Białostockiej Karty Miejskiej. – Za komuny po kiełbasę stało się krócej niż po jakąś głupia kartę – skwitował lider kolejki. Starszy Pan, z siwym włosem, więc rzeczywistość PRL-u pamięta dobrze, ale w tym wypadku myli się. Po kiełbasę stało się znacznie dłużej, niekiedy od poprzedniego wieczora, i to już za późnego Gierka. A i później po papierosy, czekoladki czekoladopodobne, meble i wszystko inne towaropodobne też stało się. I to bardzo długo. Poza tym Białostocka Karta Miejska nie jest tak naprawdę głupia, tylko od samego początku z dziwnymi przypadłościami. I tak jest do tej pory.

Starszy Pan, lider  kolejki, ustawił się w niej o godzinie 5.15. I od stanowiska odszedł z kwitkiem, czyli bez e-karty. Okazało się, że nie wziął legitymacji uprawniającej do zniżki. Bez tego nie da się jeździć na e-karcie na ulgowej taryfie (chyba, że się ma w kieszeni dokument papierowy, ale chyba nie taka była idea biletu elektronicznego). Owe legitymacje zwłaszcza w przypadku uczniów mają kolosalne znaczenie. Także dlatego, że wielu z nich (jeśli nie wszyscy) ustawią się ponownie w kolejce już we wrześniu. Albowiem do 30 września jest podstemplowana ważność legitymacji szkolnej. I do tej daty wszyscy mają wprowadzone ulgi na karcie. Chyba, że ktoś byłby zapobiegliwy i zanim stanął w kolejce po odbiór e-karty, poszedł do szkolnego sekretariatu i podbił legitymację na nowy rok. Tylko, że po pierwsze: nikt u końca wakacji o tym nie myśli, po drugie: jak świat światem legitymację przedłużało się tuż przed 30 września.

Nie wiem czy w tym przypadku możliwe byłoby jakieś vacatio legis (jak w przypadku opóźnionego karania za jazdę bez logowania), ale na pewno tak informacja o wcześniejszym podstemplowaniu legitymacji w kampanii reklamowej BKM-u powinna się pojawić. Tym bardziej, że wiosną w szkołach wisiały plakaty zachęcające do wyrobienie e-karty. Tymczasem informacji przypominającej równolegle o ważności legitymacji nie było i nadal nie ma. W punkcie odbioru jest wiele innych, łącznie z odbiorem biletów do kina wygranych w konkursie, ale tej o treści przypominająco-paradnikowo-informującej:
”przedłuż ważność legitymacji, nie będzie stał dwa razy w kolejce”, brak.

Pewnie powyższej dyfuzji by nie było, gdy nie to, że szczyt wydawania e-kart zbiegł się z początkiem roku szkolnego. Ze strony BKM-u padną głosy, że białostoczanie nie odbierają kart, o wyrobienie, których wnioskowali w kwietniu. Ale prawdą jest też to, że wprowadzenie systemu miało znaczne odchylenie, i to nie standardowe, od przyjętego modelu. I tak można się licytować, tyle że jest to bez znaczenie, bo – przypomnę to jeszcze raz – po pierwsze: nikt u końca wakacji o nie myśli o przedłużaniu legitymacji, po drugie: jak świat światem legitymację przedłużało się tuż przed 30 września. I może raz w roku właśnie w tym roku 2011 uczniowie zmieniliby nawyki, gdyby im tylko o tym przypomnieć. Tej informacji zabrakło. Było wiele innych, za które komisja w Warszawie nagrodziła nasz BKM (za najlepszą kampanię promocyjną produktu współfinansowanego z programu Rozwój Polski Wschodniej).

W najgorszej sytuacji byliby, są i będą, gimnazjaliści i licealiści, którzy rozpoczynają naukę w nowej szkole. Oni za nic świecie nie mogą przedłużyć już czerwcu, lipcu czy sierpniu, legitymacji. Muszą czekać na nową. Najwcześniej otrzymają je 1 września (chociaż w praktyce trochę później). W ich przypadku nie było żadnych szans na uniknięcie ponownego stania w kolejce. Oni na pewno nie są bliżej celu.

Eurobasket 2011: Polska -Litwa. 1 września

Litwa żyje rozpoczynającymi się w środę Mistrzostwami Europy w koszykówce. Będzie to największa impreza sportowa u naszych sąsiadów od momentu uzyskania przez nich niepodległości. Ulice miast przyozdobiona specjalnymi emblematami, na wieży telewizyjnej w Wilnie  zamontowano największy kosz do koszykówki, hipermarkety sprzedają lub dają klientom kolekcje monet poświęconą europejskiemu championatowi. Nic dziwnego, bo Litwini zawsze mieli świra na punkcie koszykówki. Nawet w czasach sowieckich byli podporą sbornej.

Turniej zostanie rozegrany sześciu miastach, w Wilnie w przepięknej Simens Arena. Ale najbardziej ważnym  dla nas dniem będzie czwartek. W Poniewieżu o godzina 21 mecz litwa-Polska Polska. Murowanym faworytem są gospodarze turnieju, nasi – tego boją się kibice – mogą być, nie tylko dla Litinów, chłopcami do bicia. Oby było inaczej, historia sportu udowodniła jak bardzo można się zmienić.

 Ten mecz zapowiada się na wielkie wydarzenie. Podobny do hokejowej potyczki Polaków z Rosjanami na mistrzostwach świata w 1976 roku w Katowicach. I taki sukces już raz był. Na poprzednim eurobaskecie rozgrywanym w Polsce nasi koszykarze pokonali Litwinów. – Pojedynczych zwycięstw, którymi cieszyliśmy się w Polsce – np. zwycięstwa na ME z Litwą – w Europie nikt nie zauważył -żali się w „Gazecie Wyborczej”.

W czwartkowym meczu nie mamy zbytnio szans (dlaczego, to jasno wynika z tekstu  „GW”). Ale jeśli stałby się cud, to owego cudu (zwycięstwa) nie sposób byłoby nie zauważyć. Nie tylko w Polsce.

Przeszłości nie da się wymazać

Wczorajsze reminiscencje ze  spaceru po Wilnie zakończyłem stwierdzeniem o pewnym niedosycie. To – lekko ujmując sprawę – delikatne określenie. Bo ile przy opisach historycznych na tablicach owe informacje podawane są też po angielsku, to po polsku nigdzie ani słowa. A przecież nie tak łatwo historię da się wykorzenić. Nawet najbardziej restrykcyjny zapisami. I jak udowodniła wielokrotnie historia taka praktyka nie przynosi zamierzonych skutków. To w interesie mieszkańców Wilna i samej Litwy leży, by polskojęzyczne napisy pojawiły tam, gdzie powinny.

Rynek w Wilnie i Białymstoku. Podobieństwa i różnice

Oba mają nietypowy kształt. Z tym samym rozwiązaniem: na skraju jednej części fontanna, plac i Ratusz. I  na obu słońce doskwiera równie mocno.  Jest też wodopojka. I tak samo są wymarzonym miejsce na  jarmarki, integrację miejską i kulturową.  I to są najważniejsze cechy wspólne. Różnic jest znacznie więcej.

Przede wszystkim w Wilnie na Rynku dopuszczony jest ruch kołowy.  I to tak zmyślnie , że na niezwykle zagęszczonej powierzchni  odbywa się płynnie i bezpiecznie. Przez to, że dopuszczony jest ów ruch kołowy, rynek stał się zmorą dla parkujących tu kierowców. Jest to najdroższa cześć płatnej strefy parkowania od poniedziałku do soboty w godzinach 8-22. Za 10 minut trzeba zapłacić  lita (1,23 zł), za godzinę 6 litów. Na szczęście nie ma latania za kartami parkingowymi, ale w zamian jest latanie za bilonem. Bez niego parkomat nie wyda na biletu. I doprawdy trzeba nieźle się nagimnastykować, by w okolicznych punktach handlowych i gastronomicznych banknoty wymienić na monety.

Jarmark, przynajmniej  ten dzisiejszy, różni się od tych klasycznych  białostockich.  Przynajmniej ten dzisiejszy. Tak samo jak na Rynku Kościuszki podczas tradycyjnego Jarmarku na Jana, gościli na nim rzemieślnicy: garncarze, kowale, rękodzielnicy. Ale wszyscy byli  ubrani (od starych, przez młodych, aż po dzieci), w stroje dawnych mieszczan czy czeladników. Zaprezentowali się nie tylko z biernej strony wystawienniczej, ale zachęcali przechodniów by spróbowali ich rzemiosła. Wszystko to ubarwiała dawna muzyka grana nietypowych instrumentach przez muzyków przypominających dawnych wojów niż kuglarzy. Na dodatek okraszona tradycyjnym jadłem serwowanym przez mistrzów kuchni dawnej i regionalnej.

Takich klimatów na naszym Rynku Kościuszki nie ma (pisałem o tym wielokrotnie). Dzisiejsze sceny wileńskie pokazują dobitnie,  jaka jest różnica między rynkiem wyrosłym z tradycji handlu i mieszczaństwa,  a tym stworzonym mocą decyzji urzędniczej.

Sobota w Wilnie była niezwykła. Spacerując po starówce i rynku co rusz można było spotkać młoda parę. Dosłownie ślub za ślubem. W niektórych kościołach też chrzciny. Jakże w innej atmosferze niż  w Białymstoku. Bo w sobotę, nie podczas mszy,  w jednym kościele sakrament udzielany po polsku, w innym po litewsku. A i w wędrówce natknęliśmy się na pogrzeb. Umarł chyba ktoś ważny, bo w cieniu – w oczekiwaniu na ceremonię żałobna  – skrywała się orkiestra wojskowa.  W tej symbolicznej triadzie: ślub, chrzest, pogrzeb odzwierciedla się multikulturowa  (tej na Rynku Kościuszki prawie nie uświadczysz) przeszłość tego dziś uzupełniana przez wiele języków mieszających się podczas zwiedzania miasta. I pewien niedosyt. Ale to już temat na kolejną  opowieść znad Wilii.

Punkt dla BKM-u

Od kilku dni zastanawiałem się dlaczego na ulicy Jagienki robotnicy zamieniają trawnik na chodnik. Na zdrowy rozum to działania irracjonalne, bo w gruncie rzeczy powinno być na odwrót. Zagadka wyjaśniła się dzisiaj, gdy na owym chodniku pojawił słupek informujący, że będzie tu przystanek linii 22. Po raz pierwszy w historii (przynajmniej tej, którą ja pamiętam) autobus komunikacji miejskiej pojedzie ulicą Jagienki. Co prawda szkoda, że nie zrobiono zatoczki autobusowej (być może wtedy trochę by trawnika zostało), ale być może na nią nie było miejsca. I taki argument jestem skłonny uznać.

O tej skromnej w gruncie rzeczy inwestycji wspominam także z jeszcze jednego powodu. Wielokrotnie na blogu w ostatnich miesiącach negatywnie oceniałem działania naszego BKM-u. Bo na krytykę sobie owa inwestycja zasłużyła. Ale jeśli jest za co ją pochwalić, to nie widzę przeszkód by to uczynić. Przeto czynię ową pochwałę za puszczenie autobusu przez Jagienki. W końcu władze dostrzegły, że przejazd od ostatniego przystanku na Towarowej do pierwszego na Poleskiej był jałowy.

Nowe usytuowanie przystanku stawia jednak wyzwanie przed innym departamentem magistratu- edukacji. Ulica Jagienki, w porównaniu z tym, co było kilka lat temu stała się bardzo ruchliwa. Z każdym dniem coraz więcej ciężarówek z towarem podjeżdża do pobliskich, otwartych niedawno, sklepów. A i kierowcy osobówek potrafią nieźle nacisnąć pedał gazu na tym skrócie z Sienkiewicza do Poleskiej. Równolegle podążają tą drogą dzieci z pobliskiego osiedla do szkoły 11. Miejscem spotkania pieszych i zmotoryzowanych jest przejście na skrzyżowaniu vis-a-vis wejścia do WSFiZ. Teraz po wprowadzeniu autobusu, mimo ze będzie on kursował z częstotliwością 20 minut, ulica stanie się jeszcze bardziej ruchliwa. By droga do szkoły stałą się bardziej bezpieczna, urzędnicy albo musza wprowadzić ograniczenie prędkości do minimum, albo zainstalować sygnalizację wzbudzaną, albo zatrudnić strażnika (tak jak w innych miejscach w mieście przy szkołach), który będzie nadzorował przejście dzieciaków przez ulicę. Przed wyborem jednego z powyższych wariantów stoją teraz urzędnicy. Oby nie trwało to równie długo, jak skierowanie w tym miejscu autobusu linii 22 na nową trasę.

Rynku Kościuszki nie obroniliśmy

Przed politycznymi próbami ( w dużej i małej skali) zawłaszczenia tej przestrzeni miejskiej przez partie wszelkiej maści. Dlatego nie dziwmy się, że dzisiaj przyjeżdżają politycy z innych części i urządzają na rynku happeningi, skoro nie wymagaliśmy od jego twórców (nawet jeśli mają powody do dumy), by powstrzymywali się od podobnych działań. A te zaczęły się już w październiku 2007 roku, gdy otwarto jego część od strony księgarni Akcent w dniu ciszy wyborczej. Czyż przekaz nie był jednak czytelny?

Szkoda, że polityka na dobre zadomowiła się na Rynku Kościuszki.  

Zbrodnia i kara

Są białostocki wydał wyrok na kierowcę, który po pijanemu zabił na przejściu 23-latkę: skazał 20-latka na 5,5 roku więzienia. I na zawsze zakazał mu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych. Prokurator w mowie końcowej domagał się dla niego ośmiu lat więzienia.

W tym miejscu przypomnę to, co pisałem wielokrotnie w przypadku takich trgicznych historii: Pijani kierowcy wiozący za sobą śmierć powinni być karani w ten sam sposób jak zwyrodnialcy zabijający bez powodu, dla przyjemności. I to jest powinność i obowiązek polskiego systemu prawnego, które składa się na pojęcie kary sprawiedliwej. A resztę zostawmy ofiarom i ich rodzinom. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczać sowim winowajcom. Amen.

Wisła Kraków nie zasłużyła na Ligę Mistrzów. I nie ona jedyna

Szanowni komentatorzy sportowi: wbijcie sobie raz do głowy, że to nie wynik,a gra si liczy. Bo jak jest dobra gra, to i wynik musi być dobry. Tymczasem telewizyjni spikerzy po bramce strzelonej Wilka na 2:1 zaczęli zakrzywiać rzeczywistość. Tymczasem Wisła od pierwszej minuty udowdniła, że na Ligę Mistrzów nie zasługuje. Podonie jak w słynnym dwumeczu z estońską Levantią. Wtedy na początku drogi do fazy pucharowej, teraz na samym końcu. I nie ona jedna nie zasługuje z polskich drużyn na grę w europejskich rozgrywkach. Podobnie jest z naszą reprezentacją. My na EURO nie zasłużyliśmy (odsyłam do wcześniejszych wpisów na blogu).

I na koniec jeszcze jedno: 31 pażdziernia 1976 roku Polska reprezentacacja podejmowała w eliminacjach do mundialu w Argentynie drużynę Cypru. Choć od zwycięstwa podopiecznych Gmocha mineło już 35 lat, to ich grę na stadionie w miejscu, którego dziś powstaje Narodowy kolos, pamiętam jakby by było to wczoraj. Po raz pierwszy oglądałem drużynę narodową na żywo. Tego meczu nie sposób zapomnieć nie tylko ze wzgledu na rozmiary zwycięstwa (5:o), ale też powrót do drużyny narodowej po trzyletniej przerwie Włodzimierza Lubańskiego, wtedy już zawodnika belgijskiego Lokeren.

Czas gdy cypryjskieo drużyny były dostarczycielami punktów minęły dawno. I droga, która kluby z wyspy na Morzu Środziemmnym w ostatnich latach jest odwrotnie proporcjonalna do tej, którą staczas się jużod trzech dekad polska piłka.

I to nie ekstra stadiony i Legia Cudzoziemska zawróci nas z tej drogi.

Zabawa miejska

Patrząc na niebo, które zakryło Białystok tuż przed piątkowym flash mobem na Rynku Kościuszki zapowiadającym niedzielną potańcówkę w parku pałacowym, niewiele było szans, by odbyła się ona bez przeszkód. Tym bardziej, że i w sobotę pogoda była bardziej Jesiono-wczesnowiosenna niż letnia. Tymczasem wczoraj po południu stała się jasność. I nastała w Białymstoku ciepło, słonecznie i bezwietrznie. A wokół starego stawu zgromadziły się tłumy białostoczan.

I ponownie, jak przed rokiem, zewsząd słychać głosy zachwytu nad potańcówką. I znowu choć na chwilę Białystok wrócił do czasów dawnych potańcówek pod chmurką. Spontaniczna, żywiołowa zabawa z piknikową atmosferą w tle nadawała niesamowitego klimatu niedzielnym tańcom. I po raz kolejny okazało się, że – co by nie powiedzieć o wszystkich imprezach, które się na dzieją na Rynku Kościuszki, to tak naprawdę nie umywają się do tej potańcówki. Owszem nie brak na nim koncertów i imprez, ale w gruncie rzeczy są to występy gwiazd zakontraktowanych. Na nic więcej poza relację scena widownia nie ma miejsca.

A tymczasem potańcówka pokazała integrację mieszkańców na wspólnej zabawie. Czegoś takie brakuje nadal na Rynku Kościuszki brakuje. Może z czasem się doczekamy. Nie tylko w formie tanecznej.

Wczoraj napisałem, że prawdopodobnie nikt nie będzie w stanie pobić w sporcie wyczynu Marka Twardowskiego. Podobnie jak nikt nie będzie w stanie w działalności społeczno-kulturalnej zrobić czegoś lepszego niż Marta Zajkowska i jej Fundacja Zbiory, pomysłodawczyni potańcówki.

Złoto Marka Twardowskiego

Po pięciu latach Marek Twardowski ponownie stanął na najwyższym podium kajakarskich mistrzostw świata. I ponownie uczynił to w węgierskim Szeged. Wyczyn zawodnika, od niedawna białostockiej Cresovii (wcześniej augustowskiej Sparty) jest tym większy, że pokonał nie tylko rywali, ale też i chorobę, która kilka lat temu omal nie kosztowała go życie.

Nie wie, co jeszcze czeka nas w tym roku w dyscyplinach sportowych i jakie sukcesu odniosą nasi sportowcy. Daj Boże, by Tomasz Frankowski wskoczył na podium najlepszych strzelców wszech czasów piłkarskiej ekstraklasy. Wątpię jednak, by ktoś przebił jednak osiągniecie Marka Twardowskiego. Mimo że wywalczył je w tak niszowej, ale jakże niezwykle ciężkiej dyscyplinie. A tak kilka lat temu wspominał  chwile, gdy w oku kręci się biało-czerwona łza.

Bitwa białostocka. Inne spojrzenie

W niedzielę mija 91. rocznica bitwy o Białystok, największej batalii zbrojnej stoczonej w dziejach miasta. Była ona ważnym akordem wojny polsko-bolszewickiej. Brygada polskiej piechoty rozbiła znacznie liczniejszą 16. Armię Sowiecką. Czerwonoarmiści tuż przed ucieczką z miasta rozstrzelali 16 białostoczan. Sowieci zdążyli wyprowadzić ich  białostockiego aresztu i przy obecnej ulicy gen. S. Maczka, rozstrzelać. Pochowano ich we wspólnej mogile. Po paru dniach ciała ekshumowano i pogrzebano na cmentarzach wyznaniowych (wśród ofiar było 11 katolików, 3 żydów, ewangelik i prawosławny) W miejscu tragedii 3 maja 1931 roku wzniesiono pomnik autorstwa Rudolfa Macury.

 Jak co roku w miejscu masakry przy ul. gen Maczka spotkają się kombatanci, harcerze, władze miasta, nieliczni mieszkańcy. W intencji ofiar tamtej wojny zostanie odprawiona msza. W południe zostaną złożone kwiaty w miejscach pamięci 1920 roku, godzinę później przed Muzeum Wojska zostanie otwarta wystawa „Białystok w sierpniu 1920 roku”. 

O wydarzeniach sprzed 91 lat nie wolno nam zapomnieć. Gdyby nie tamto zwycięstwo i tamta ofiara, to Marchlewski z Dzierżyńskim na stałe zadomowiliby się już wtedy w Pałacu Branickim. I dlatego wspominając ofiary sierpnia 1920 roku, także te rozstrzelane przez bolszewików w pobliżu dzisiejszego wiaduktu na obwodówce, pamiętajmy, że dały one nam i Europie, 20 lat pokoju.

Tylko dlaczego musimy robić to w sztywnym, niezmienionym od lat ceremoniale, który – zwłaszcza młodych ludzi bardziej zniechęca niż przyciąga. Dla większości z nich określenie „największa bitwa w dziejach miasta” kojarzy się zapewne z telewizyjnymi pojedynkami tanecznymi na  Rynku Kościuszki. Nic dziwnego, bo msza , kwiaty, znicze, werble przyciągną o godz. 17 znacznie mniej białostoczan niż rozpoczynająca się o tej samej porze w parku pałacowym kolejna impreza taneczna w . Może warto iść śladem tak modnych dziś rekonstrukcji historycznych i odtworzyć chociażby jeden z incydentów tamtej wojny, jakim był szturm polskich żołnierzy na Dworzec Poleski. Zniszczony budynek Dworca Fabrycznego i jego zapomniane perony nadają się idealnie na taką rekonstrukcję, które przyciągnęłaby tłumy białostoczan stajać się żywą lekcją historii miasta To tu mogliby po raz pierwszy dowiedzieć się kim był Józef Marjański, którego imię nosi ulica przy Centralu.  Że tu walczył późniejszy bohater Armi Krajowej Emil Fieldorf Nil. W szkole nie ma na to czasu ani miejsca, media też nie wypełnią do końca tej roli.

Zarazem nic nie stoi na przeszkodzie, by nadal – jak co roku – przy pomniku na obwodówce odprawiana była msza, w innych miejscach składano kwiaty. Wszystko da się pogodzić.

W tym roku na taką rekonstrukcję jest już za późno. Ale mamy wystarczająco dużo czasu, by za rok rocznica zwycięstwa była świętowana w przestrzeni miasta trochę inaczej. A już na pewno za 9 lat – 100. rocznicę zwycięstwa w bitwie białostockiej. A i o rekwizyty nie powinniśmy się zbytnio martwić. Wszak w ostatnim czasie nakręcono serial o wojnie polsko-bolszewickiej. Muzeum Wojska mogłoby je wypożyczyć.

Inspiratorem przeniesienia akcentów sierpniowej rocznicy mogłoby być właśnie to muzeum, które w ostatnich dwóch latach odżyło na nowo i stara się wiele zrobić, by białostoczanie poznawali dzieje nie tylko miasta przez pryzmat oręża. Warto zrobić coś jeszcze.

Człowiek, który 20 lat temu wdrapał się na czołg

W życiu bywa tak, że nieraz chwila  decyduje o losach polityka. Pod warunkiem, że ma on odwagę  wykorzystać szansę, która da mu  możliwość kształtowania swojej wizji przywództwa przez wiele lat. Zarazem zapewniając miejsce w historii swojego  miasta, kraju, a niekiedy i świata. 

Najbardziej klasycznym przykładem potwierdzającym tę tezę jest Borys Jelcyn i jego wejście na czołg w proteście przeciwko puczowi Janajewa. To zdecydowało, że później raz zdobytej władzy, nic nie było w stanie mu jej odebrać. Oddał ja sam Putinowi.  Gdyby Jelcyn nie stanął na tamtej tankietce, kto wie, jak by się potoczyły jego losy. A także Rosji.

Dziś mija 20. rocznica w drapania się przez Borysa Jelcyna na czołg. Jak wyglądałby dziś siat, gdy tek komunistyczny aparatczyk nie dostrzegł nakazu chwili, by stanąć przy lufie, by dać odpór puczystom Janajewa?

Tak, w  sytuacjach rewolucyjnych, gdy sedno polityki kształtuje się na ulicy, o takie postawy dość łatwo. W monotonnej polityce dnia codziennego, której nie zagrażają gwałtowne wstrząsy, dostrzeżenie przez sprawujących władzę owego momentu pędu jest niezmiernie trudne. Ale nie jest to niemożliwe.

Nie tak dawno w Porannym napisałem komentarz, w którym postulowałem, by w ramach prezydencji uwolnić misia z białostockiego ZOO. Taką nieśmiałą reakcja, by zamiast Akcentu ZOO mówić o nim już po remoncie azyl zwierzęcy. Trochę to przypomina zeszłoroczną kampanię promocyjną Białostockiej Komunikacji Miejskiej, by białostoczanie zamiast posługiwać się terminem empik, używali raczej terminu bekaemka. Patrząc na ogólny efekt ogólnych działań promocyjnych naszej komunikacji w ciągu ostatnich 12 miesięcy, zły to omen dla azylu. I dlatego nie lepiej uwolnić misia?

Do przerwy 1:0

Po zwycięstwie Wisły z Cypryjczykami (tzn. Legią Cudzoziemską z Cypru) już wszyscy wieszczą grę w Lidze Mistrzów. To dziwne, bo po grze Cypryjczyków w Krakowie ich szanse na odrobienie strat wyglądają o wiele lepiej niż nadzieje legii cudzoziemskiej spod Krakowa na obronę zerojedynkowej przewagi. I dlatego lepiej trzymać język za zębami.

Podlaskie między budową a bałaganem

Jakoś tak się składa, że ani podlaska PO, ani podlaskie PIS w licytacji co komu wyszło, a co nie, ani słowem nie wspominają o lotnisku regionalnym. Czyżby nie było nikogo, kto widziałby siebie w roli ojca sukcesu? Ta ironia bynajmniej nie jest brzytwą za lotnisko.

Przypomnę to, co pisałem wielokrotnie podczas otwarcia różnych inwestycji w mieście: miarą wielkości polityka, samorządowców, włodarza jest stronienie od wszelkieje celebry i samochwalstwa . Nawet wtedy jeśli ma się powody do dumy. I bez względu na to, czy się jest akurat u władzy czy w opozycji.

A w nawiązaniu do tytułu i słów, którymi szafują obaj gracze polityczni, to Podlaskie leży między realizmem peryferyjnym a współzależnością niedoskonalą. I nad tym powinni pomyśleć wszyscy, którzy spod jakiegolwiek szyldu starają się o przepustkę na Wiejską.

Symboliczne brawa na Rynku Kościuszki

Białystok, 15 sierpnia 2011 roku, uroczystości w dniu święta Wojskowego Polskiego. Dowódca garnizonu czyta imienną listę gości przybyłych na uroczystość. Wśród tych oficjeli na pierwszym miejscu prym wiodą minister, parlamentarzyści, wojewoda, marszałek, prezydenta miasta. Dopiero przy powitania pani prezydentowej Karoliny Kaczorowskiej rozlegają się gromkie brawa. Gdy milkną dowódca czyta dalszą imienną listę gości. A na niej dowódcy innych formacji stacjonujących w mieście (policji, straży pożarnej i granicznej, izby celnej). I gdy pada nazwisko rotmistrza Bernarda Wasilewskiego, dowódcy pocztów sztandarowych, przedwojennego żołnierza 10. Pułku Ułanów Litewskich, który w tym tygodniu skończył 95 lat, znowu na Rynku Kościuszki rozlegają się gromkie oklaski.

Z jednej strony brawa w tych dwóch momentach są naturalne, ale też jakże symboliczne. I chyba nawet nie trzeba wyjaśniać dlaczego. Choć pewnie nie dla wszystkich. Bo w przeciwnym razie powstrzymaliby się od zgrzytu, jakim było wręczenie – w dniu Święta Wojska Polskiego – prezydentowi miasta honorowej odznaki zasłużonego dla województwa podlaskiego. Wyróżnienia, które ze względu na swoją ontologią, wydaje się nieuprawnione. Odpowiedź dlaczego, znajdziecie Państwo w krótkim spojrzeniu w przeszłość

Nie miejmy żalu do bramkarza, pomóżmy Tomaszowi Frankowskiemu

Bo nawet, jeśli Jakub Słowik popełnił błąd na początku meczu, to jego koledze mieli wystarczająco dużo czasu, by odwrócić wynik gry. Udało im się to połowicznie, już w doliczonym czasie gry. A w zasadzie Tomaszowi Frankowskiemu. Tym samym kapitan Jagiellonii znowu powiększył swój strzelecki dorobek w piłkarskiej ekstraklasie. I nieuchronnie zmierza na pudło. By stanąć na trzecim miejscu brakuje mu już tylko szesnaście goli. Jak tak dalej pójdzie, to niezmienione od ponad 40 lat czoło tabeli może się zmienić już tej jesieni. Pomóżmy Tomaszowi Frankowskiemu to uczynić.

A co młodego bramkarza Jagiellonii, to przypomina mi się historia sprzed 40 lat. Mecz Polska RFN na Stadionie Śląskim, eliminacje mistrzostw Europy 1972.. W polskiej bramce stoi młokos (niewiele starszy niż dzisiaj Jakub Słowik). Puszcza trzy siaty, po swoich błędach, i na kilka miesięcy wypada z polskiej kadry. Na próżno szukać go wśród późniejszych złotych medalistów olimpijskich. Ale do końca nie ginie z horyzontu selekcjonera. Rok później mówią o nim „Człowiek, który zatrzymał Anglię”.

Wspominam ta historię nie tyle na pocieszenie, co ku pokrzepieniu bramkarza Jagi. I by kibice nie mieli żalu, że w bramce Jagii nie stoi już Grzegorz Sandomierski.

Sto lat Panie Rotmistrzu!

10. Pułk Ułanów Litewskich był przed wojną dumą miasta. Stacjonował w nim od wrześniu 1922 roku. Dziś pamięć o przeszłości kultywują weterani i sympatycy tradycji kawalerzystów zrzeszeni w kole 10. Pułku Ułanów Litewskich. A swoistym zwornikiem tej przeszłości z teraźniejszością jest rotmistrz Bernard Wasilewski.

Przed wojną był podoficerem 10 Pułku Ułanów Litewskich. W czasie II Wojny Światowej przeszedł cały szlak bojowy od Prus Wschodnich do Kocka, a jako jeniec trafił do stalagu. Dwa lata temu  podczas święta pułku został uhonorowany medalem Ignacego Paderewskiego. Przyznała mu go Polonia amerykańska .

Rotmistrza nie może  zabraknąć na żadnej uroczystości patriotyczno-religijnej w mieście. Dowódca pocztów sztandarowych, czy to podczas Święta Niepodległości, procesji Bożego Ciała, wrześniowego Marszu Sybiraków, święta Wojska Polskiego, pułkowego  czy rocznicy powstania w białostockim getcie.  I jak zawsze z szablą, z którą Bernard Wasilewski na zawsze wpisał się w krajobraz naszego miasta. Stał się jego legendą.  

Dziś Bernard Wasilewski świętuje swoje 95. urodziny. Sto lat Panie Rotmistrzu.

Źle się stało

Źle się stało, że Polska ujawnił stronie białoruskiej dane bankowe opozycjonisty. I to jest proste jak słońca. Ale też źle dzieje, jeśli politycy i media  domagają ukarania winnych. Bo takie żądania, zwłaszcza jeśli spełni je prokurator generalny, będą dowodzić, że prokuratura nie jest instytucją niezależną. I będzie dowodem, że politycy mają na nią wpływ. A jeśli mają wpływ w tej sprawie, to mogą mieć i w innych. A przecież choćby w przypadku katastrofy Smoleńskiej tyle razy mówili przedstawiciele rządu, że nie mają wpływu na prokuraturę.

Tak, źle się stało….

Nasz Rynek Kościuszki niedokończony

Zupełnie niepostrzeżenie minęła druga rocznica otwarcia Rynku Kościuszki. 7 sierpnia 2009 roku. Takiego poruszenia nie było ani wcześniej, ani później (przynajmniej tego świeckiego, bo religijne od czasu do czasu jest znacznie większe). Rynek zamienił się w morze ludzkich głów.

To wtedy jedyny raz w ciągu tych dwóch lat ( i nie zmieniły tego taneczne imprezy telewizyjne) można było doświadczyć żywiołowości i spontaniczności, które charakteryzują rynki tak bardzo zakorzenione w tradycji i kulturze. A przecież geneza naszego jest zupełnie odwrotna. Zrodzony nie w sposób naturalny, z potrzeby wymiany dóbr i usług, a decyzją urzędniczą. Po części wynikającej z tęsknoty za czymś, czego w odróżnieniu od znacznie starszych miast, Białystok nigdy tak naprawdę nie miał.

Tak bardzo przywykliśmy do naszego Rynku. Może przez to zapominamy, że tak naprawdę nie do końca został on jeszcze umeblowany. O tych niezrealizowanych pomysłach, a także o przyszłości Rynku Kościuszki, pisze w jutrzejszym  Obserwatorze Tomasz Mikulicz. Zapraszam do lektury tekstu „Nasz Rynek Kościuszki niedokończony”.

Prezydent to nie król

Wybrańcy trenera Smudy wymęczyli zerojedynkowe zwycięstwo nad Gruzją. Ale większym echem w kraju odbiła się próba wyrobienia przez Lecha Wałęsę karty kibica Lechii Gdańsk. Próba nieudana, bo były prezydent nie miał przy sobie żadnego dokumentu, na którym widniałby numer PESEL. A beż tego owej karty ani rusz nie idzie wyrobić. Klubowi urzędnicy pozostali nieugięci. Z jednej strony udowodnili, że dla nich wszyscy są równi, z drugiej….

Wyobraźmy sobie, że do siedziby Realu Madryt przychodzi ktoś z hiszpańskiej rodziny królewskiej, by taką kartę wyrobić. Albo w Londynie Książe William póka do bram Quenns Park Rangers z taką sama prośbą. Czy w obydwu przypadkach wspomniane osoby odeszłyby z kwitkiem? Przecież większej ujmy dla klubu by nie było. A u nas? Lech Wałęsa tak na dobra sprawę powinien dostać honorową kartę kibic bez żadnych warunków wstępnych.

Samorządowo-parlamentarny zgrzyt wyborczy

Na listach wyborczych, już tych skrojonych i tych jeszcze szytych, nie brak urzędników samorządowych i radnych. Ale znajdziemy na nich też wójtów, burmistrzów, a niekiedy prezydentów. Zdobycie przez nich mandatów parlamentarnych oznacza nowe wybory w ich miastach. Po roku od poprzednich. A przecież wtedy zapewniali, ze mają misję do spełnienia na cztery lata. Coś tu zgrzyta.

 Chyba, że ich start w tegorocznym wyścigu parlamentarnym jest czymś w rodzaju inicjacji, wejściem do elity, ale na razie bez większych nadziei na sukces. Jeśli tak, to być może jest i OK. Tylko po co w takim razie drażnić wyborców?.

W ostatnim czasie modnego są wszelkiego rodzaju kodeksy postępowania urzędników, w tym samorządowych. Ich przestrzeganie ma uchronić kadrę biurokratyczną przed różnymi nieetycznymi zachowaniami. Nie tak dawno w Obserwatorze prof. Jerzy Kopania powiedział: “Uważam, że jak zawsze, wystarczy być porządnym, uczciwym człowiekiem i rzetelnym pracownikiem. Co więcej, gdyby nakaz bycia uczciwym był wystarczająco respektowany i gdybyśmy mieli na wystarczającym poziomie to poczucie uczciwości, to nie byłoby potrzeby tworzenia takich dokumentów. Ciekaw jestem, czy w tym kodeksie etyki urzędniczej znajdzie się coś, o czym normalny, przyzwoity człowiek by nie wiedział. Jeżeli tak, to chętnie to przeczytam.”

Pewnie takiej rzeczy w owych kodeksach nie ma, ale dla mnie nie ulega wątpliwości, że powinno nią być ( zarazem stanowić preambułę do takich ksiąg,  jeśli już powstały):  “Nie będziesz miał innych (samo)rządów przede mną”.

Stan skupienia

Zaczęła się kampania wyborcza. Partie, zwłaszcza te, które na danym szczeblu władzy sprawują władzę, są w stanie pod skrzydła swoich sukcesów zawłaszczyć dosłownie wszystko, co stoi. I jeszcze więcej. Szkoda, że w ogóle nie przyznają się do tego, co im nie wyszło. A było tego całkiem sporu. Tak od serca powiedzieć, bez ściemy: tu nawaliliśmy. W końcu prawdziwa cnota krytyki się nie boi.

Zimnym prysznicem dla ugrupowań opozycyjnych były powtórzone wybory prezydenckie w Wałbrzychu. Bo okazuje się, że mimo kompromitacji Platformy w tym mieście (afera z kupowaniem głosów), wałbrzyszanie znowu wybrali na prezydenta kandydata z PO. Ale nie wiem, czy nawet ten zimny przysznic wyrwie opozycję ze stanu skupienia.

Lewej pięty Tomaszowi Frankowskiemu zazdrościłby sam boski Achilles

Ale też 150 gol strzelony w ekstraklasie przez kapitana żółto-czerwonych przejdzie do historii. Do historii może też przejść strzelecki łup Tomasza Frankowskiego. Do trzeciego na liście najlepszych snajperów legendarnego Gerarda Cieślika, brakuje białostoczaninowi tylko 17 bramek. Tylko, bo przy takiej formie jaką ostatnio prezentuje nasz napastnik, barierę tę może przekroczyć na koniec rundy jesiennej. Miejsce na pudle jest możliwe. Pomóżmy łowcy bramek. Dopingiem.

Motocykliści kontra życie

Tak tragicznej dnia nie było na białostockich ulicach. Dla motocyklistów. Trzech z nich zginęło w dwóch wypadkach. Ich przyczyny wyjaśni policja, ale na forach internetowyh znów zawrzało. Tak jak dwa lata temu podczas kampanii policyjnej o nazwie „Użyj wyobraźni” nada jest wyrocznią.  W jej ramach przy polskich drogach zawisły billboardy z bardzo mocnymi hasłami, skierowanymi do motocyklistów, m.in. “Idzie wiosna. Będą warzywa”.

Z powodu tego hasła na forach internetowych zawrzało. I jest pewnie do dziś, po każdym wypadku. Motocykliści dowodzą, że to nie tylko oni są sprawcami wypadków. Wskazują na kierowców, zły stan dróg. Czują się, że  się ich uważa za gorszych uczestników ruchu drogowego, że ich się lekceważy.

Z kolei zwolennicy kampanii nie zostawiali (i nie zostawiają także dziś) na braku wyobraźni i rozwagi motocyklistów suchej nitki (podpierając się statystką). I to w ostrych słowach. Tak jak Zbigniew Głos na portalu redakcja. pl. Pisze tak:” Ja osobiście, wcale nie uważam motocyklistów za gorszych użytkowników dróg, tym bardziej, ani przez myśl mi nie przejdzie, by ich lekceważyć. Co więcej, ja ich niezwykle szanuję, a nawet jestem im, w pewnym sensie, wdzięczny… Chodzi o to, że to właśnie oni, częściej niż inni obywatele, stanowią rezerwuar organów, których używa się do przeszczepów, a tym samym przyczyniają się do ratowania istnień ludzkich, dla których nowa nerka, wątroba czy inny narząd wewnętrzny, stanowi jedyną szansę na przedłużenie życia.”

Każda ze stron sporu okopała się wtedy ( teraz pewnie też okopie się) na swoich pozycjach. A na potwierdzenie swoich racji mogą wskazywać wypadki, które wydarzyły się w ostatnich dziś na białostockich ulicach. Oby takich sytuacji, potwierdzających rację jednej lub drugiej strony, było jak najmniej.

W tym miejscu przypomina mi się mecenas Edward Wende. Na pytanie jednego z dziennikarzy dlaczego jeździ na motorze powiedział: – Jeżdżę dla poczucia wolności i relaksu. Za kierownicą zapominam o wszystkich stresach i to jest wspaniałe.
Robił to w taki sposób, że nie stwarzał zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych uczestników ruchu drogowego. A odszedł z tego świata po długiej i ciężkiej chorobie.

Ale przed oczami mam także kolegę z lat młodości. Wtedy, a było to w czasach, gdy ruch na drogach było o wiele mniejszy niż teraz i były znacznie gorsze nie tylko samochody, wyjechał na ulicę jawą. Na dość szerokiej wydawałoby się jak na tamtą epokę arterii wyprzedzał samochód. Niestety, tak tragicznie, że wyjechał wprost na jadącą z przeciwka furgonetkę. Dziś dobiegałby czterdziestki.

Inne spojrzenie na polityczne dzieje Andrzeja Leppera

Dojście do władzy zajęło Andrzejowi Lepperowi 15 lat. Jak to się stało, że lider Samoobrony, który wielokrotnie łamał prawo, zdobył tak mocną pozycję w polskiej polityce?.

Najprostszym wytłumaczenie była użyteczność Leppera. Dla Prawa i Sprawiedliwości to liczba głosów jakimi w Sejmie dysponowała w 2006 roku Samoobrona. Podobnie było pięć lat wcześniej, gdy SLD zabiegał o względy Samoobrony w samorządach wojewódzkich. Z kolei Lech Wałęsa, przyjmując Leppera w Belwederze po blokadzie pod Mławą i okupacji Ministerstwa Rolnictwa, próbował rozgrywać swoją partię z rządem Jana Olszewskiego. – Wałęsa przysłał do nas łącznika, zaprosili mnie na spotkanie w kancelarii prezydenta. Byli obecni Wachowski, Falandysz, Drzycimski, Zakrzewski. Twierdzili, że to czego chcemy, czyli obniżenie stóp procentowych, mogą załatwić. I załatwili to w ciągu jednego dnia, już o 17.00 leciało w ,,Teleekspresie” – tak wspominał lider Samoobrony na stronie www.lepper.com.pl. Niektórzy twierdzą, że gdyby nie ten akt polityczny, Samoobrona być może zniknęłaby tak szybko, jak się pojawiła. Nie podlegała też dyskusji użyteczność Leppera dla mediów. Blokada drogi czy mównicy była dla nich łakomym kąskiem.

Przekonanie o utylitaryzmie Leppera to nie jedyny zbiorowy rachunek, który obciąża klasę polityczną. Równolegle, zarówno w wymiarze moralnym, jak i prawnym kiełkowała tzw. miękka postawa. W tym drugim przypadku przejawiała się w pobłażliwości orzekania kary i winy wobec lidera Samoobrony. We wszystkich procesach od 1999 roku do 2006 roku, a miał ich Lepper niemało, otrzymywał wyroki w zawieszeniu. Tylko raz, za nazwanie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego nierobem i znieważenie wicepremierów Leszka Balcerowicza oraz Janusza Tomaszewskiego, został skazany na karę bezwzględnego więzienia. W apelacji gdański sąd zamienił pobyt w celi na karę grzywny. – Poprzedni wyrok został złagodzony, ponieważ karanie więzieniem za wypowiedziane słowa nie jest celem wymiaru sprawiedliwości – tak uzasadniał swoją decyzję sędzia Jerzy Grubba.

Ale już 2005 roku takich oporów nie miał warszawski sąd, który skazał Andrzeja Leppera za pomówienie polityków o związki ze światem przestępczym. Był to pierwszy w Polsce wyrok w sprawie karnej, w którym skazano posła za to, co powiedział z sejmowej trybuny. Szef Samoobrony otrzymał maksymalną karę za pomówienie, ale w zawieszeniu.

Skoro jednak swoim czynem zburzył istniejący porządek, to czy wymierzona mu kara nie powinna przywrócić zachwianej równowagi. Czy mogłaby nią być kara sprawiedliwa, czyli taka, która zniechęcałaby do popełnienia kolejnych przestępstw? Życiorys polityczny Leppera pokazuje, że nie.

Ta bezkarność w dużym stopniu zbudowała popularność szefa Samoobrony. Wyborcy pomyśleli:- Jeśli ten Lepper robi takie rzeczy, które są wyraźnym łamaniem prawa i nic mu się nie dzieje, to zapewne władza rozumie, że on działa słusznie. W przeciwnym razie za czyn bezprawny spotkałaby go sprawiedliwa kara, czyli wyrównanie niesprawiedliwości.

Czy miarą odkupienia nie mogły być wyroki bez zawieszenia, a zarazem pozbawienie praw publicznych? To, że sądy i ustawodawca (poprzez odpowiednie zmiany w prawie) nic w materii nie uczynili, jest przejawem miękkiej filozofii

Konsekwencją takiej postawy jest zmniejszenie moralnych wymagań stawianych sobie. Czy zatem nie jest tak, że pobłaża się innym, aby móc też pobłażać samemu sobie. Toleruje się małe zło u siebie i u innych, wybaczą drobne przewinienie, nie dostrzegając przy tym związku ze złem wielkim i ciężkim?

Spróbujmy porównania te przenieść na grunt polityki. Czy flirt Jarosława Kaczyńskiego z Samoobroną nie był w duchu miękkiej postawy? Ale tym samym był w poprzedniej kadencji układ Leszka Millera z Andrzejem Lepperem. Na jego mocy lider Samoobrony został wicemarszałkiem Sejmu.

– Sojusz Leppera zrobił, a teraz, powiedzmy, dokonuje na nim swego, rodzaju aborcji, aborcji politycznej. My akurat w tej sprawie jesteśmy za aborcją polityczną i to mu ułatwiamy – mówił w listopadzie 2001 roku Ludwik Dorn, poseł PiS. (Słowa te padły przed słynną debatą o odwołanie Leppera z funkcji wicemarszałka. Pretekstem do tego było to, że lider Samoobrony jako wicemarszałek uniemożliwił eksmisję nielegalnego targowiska we Włocławku).

I dlatego Platforma w 2006 roku mogła mówić, że PiS przeprowadza transplantację polityczną. Tylko, że w tej polemice, nie powinna podnosić roszczeń natury moralnej. Dlaczego? Bo żądania etyczne powinny być podnoszone wyłącznie w stosunku do siebie. Zabrakło tego Platformie w 2001 roku, kiedy Donald Tusk bez żadnych wątpliwości zasiadł w prezydium Sejmu obok Leppera (nie zrobiło tego PiS, ale tylko dlatego, że SLD nie zgodziło się, by Lech Kaczyński został wicemarszałkiem). Czy lider PO miał alternatywę? Tak, dowiódł tego swoją postawą Stefan Meller, gdy odmówił zasiadania w rządzie obok Andrzeja Leppera. .

Tej miękkości moralnej Platformie, mimo późniejszej konsekwentnej walki z Samoobroną, nie da się wymazać. Podobnie jak związku PiS-u z Samoobroną, który zrodził się na prawnych i moralnych gruzach III Rzeczpospolitej. A zarazam kalał grzechem pierworodnym IV Rzeczpospolitą. Bez szans na odkupienie. Mówienie, że “nie mieliśmy innego wyjścia, bo Platforma nie chciała samorozwiązania Sejmu” lub “moralnie jesteśmy rozgrzeszeni, bo Samoobrona miała za sobą przecież poparcie wyborców” było tylko uproszczenie godnym szyderczego śmiechu.

Klasa polityczna zrodzona przy Okrągłym Stole, i ta, która to poczęcie traktuje jako największe zło współczesnej Polski, powinny uderzyć się w pierś. Andrzej Lepper u władzy był produktem jej pobłażliwości. W przeciwnym razie nie byłoby Samoobrony i jej lidera u władzy. I tego, co nastąpiło po objęciu przez niego teki wicepremiera.

A jeśli nowy Sejm bez Kaczyńskiego, Tuska, Pawlaka, Napieralskiego i innych

Prezydent ogłosił datę wyborów, kampania rozpoczęta. Czeka nas dwa miesiące debatencji.   Jesteśmy w tym dobrzy, jak mało która z nacji. Zazwyczaj nic z tych dysput nie wynika. I tym razem będzie zapewnie podobnie. W zasadzie jesteśmy tym dziedzicznie, jako naród, obciążeni. Czyż całe liberum veto  i niechlubne tradycje wolności szlacheckiej nie były jednym wielkim debatowaniem ze skutkiem śmiertelnym (patrz końcówka XVIII wieku).

Przed wyborami debaty rosną jak grzyby po deszczu. A raczej muchomory. A może jednak tak  na rewersie tej debaty, jawi się Sejm bez Kaczyńskiego, Tuska, Napieralskiego, Pawlaka, Poncyljusza, Dorna, Niesiołoskiego, Macierewicza, Millera i innych ich kolegów, mniej lub bardziej zasłużonych dla o owej debatencji. Niemożliwe? Niekoniecznie.  Ależ byłoby to trzęsienie ziemi Polsce. Rzecz jasna polityczne.

Czekając na pierwsze przyłożenie e-karty

Autobus boczny o numerze 303 Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Kursował wczoraj na trasie linii nr 3. Przejechałem nim kilka przystanków z centrum na Wyżyny. Na bilecie jednorazowym. Bardzo mnie ciekawiło, czy ktokolwiek z pasażerów przyłoży do czytnika osławioną kartę elektroniczną. Niestety, nie było chętnych. Być może dlatego, że większość pasażerów chyba nadal jeździ na papierowych biletach trzymiesięcznych. Tym bardziej, że na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy kasowali tradycyjne bilety papierowe.

Obserwując jednak rozmieszczenie czytników zbliżeniowych  w autobusie pomyślałem, że chyba najgorsze z kartami jeszcze przed białostoczanami. Wyobrażmy sobie taką sytuację: Początek września, młodzież wróciła do szkół. Uczniowie w drodze na lekcje tłoczą się jak sardynki. Jeśli jednak wsiedli pierwszymi drzwiami (zgodnie z uchwalą rady miejskiej jest to dozwolone), to by przyłożyć kartę do czytnika muszą przeciskać się co najmniej do środkowych drzwi. Bo to na ich wysokości zamontowany jest pierwszy czytnik. W tym samym czasie od tyłu, także w kierunku drzwi środkowych mogą przeciskać się pasażerowie, którzy będą chcieli skasować jednorazówkę. Bo dla nich pierwszy kasownik też jest zamontowany na środku. Jeśli posiadacze kart będą chcieli wykupić dla znajomej osobny bilet, to wtedy zapowiada się niezły korek. Zwłaszcza, że ową kartę do czytnika należy raczej dokładnie przyłożyć, a i operacja z kupnem też chwilę potrwa.

Jednym słowem zapowiada się niezła jazda bez trzymanki. O ile byłaby łatwiejsza, gdyby karta była zalogowywana tylko raz w miesiącu, a nie za każdym razem po wejściu do autobusu. Całe szczęście, że darowano nam tę operację przy każdym wysiadaniu.Wtedy byłby dopiero Meksyk z Sajgonem.

Puste miejsce nad logo

Oglądając wczorajszy mecz Jagiellonii z Podbeskidziem na otwarcie nowego sezonu chyba nie tylko ja przecierałem oczy ze zdumienia. Nie tylko z powodu gry naszych piłkarzy w Bielsko-Białej (od pewnych trzech punktów do ledwie uratowanego remisu), ale tego, co mieli na koszulkach. A raczej czego na nich nie mieli. Jak wiadomo do końca rundy jesiennej klub  za promocję Białegostoku ma otrzymać cztery miliony złotych.  W zamian m.in. na koszulkach reprezentacyjnych mają się pojawić symbole wizualne miasta. I tak też i było we wczorajszym meczu. Z tyłu koszulki pod numerem widniała literami bijąca po oczach nazwa Białystok. Z przodu zaś było logo Wschodzący Białystok. Szkoda, że nie na piersi, a gdzieś na wysokości pępka. Oczywiście  w specyfikacji przetargu miejsce rozmieszczenia musi być uzgodnione z zamawiającym. Ale czyż jednym z powodów  jego powtórzenia nie było to, że logo miasta zahacza o znak innego sponsora klubu? Tyle że owego znaku piłkarze Jagiellonii nie mieli wczoraj na koszulkach. Zatem wychodzi na to, że zmniejszając rozmiary swojej reklamy  w drugim przetargu miasto ustąpiło miejsca niepotrzebnie.

I tak rozumieć trzeba 1 sierpnia

67 lat temu, godz. 17. Od pięciu  dni w Białymstoku są Sowieci, od czterech delegaci PKWN. 200 kilometrów na południowy-zachód rozpoczyna się zryw wojskowy i cywilny, bodaj czy nie najważniejszy w historii Polski, a już na pewno Warszawy.

Dziś w potoku powracających pytań o sens walki (np. ostatni wpis na Twiterze ministra Sikorskiego i ostrą odpowiedź na niego warszawskich radnych PiS), o postawę aliantów, o cynizm Sowietów, o martyrologię, o ciągłość państwa, o mitologię, o krótkowzroczność dowódców wydających rozkaz do powstania i ich w gruncie rzeczy – jak twierdził zmarły dwa lata temu prof. Jan Wieczorkiewicz – zbrodniczych decyzji,  niebywałego bohaterstwa Powstańców i poświecenia ludności cywilnej -w ogóle o wszystko, prostych odpowiedzi nie otrzymamy. I pewnie przyszłe pokolenia też ich nie uzyskają. I jednej wspólnej oceny też.

W serialu “Jan Serce” pada takie zdanie: dla każdego warszawiaka  najważniejsze są trzy daty: dzień urodzin, dzień rozgrywania wielkiej warszawskiej i dzień wybuchu Powstania Warszawskiego.

 Bez względu na to, jak wielką ingerencję politycy poczynią w kalendarzu świąt państwowych, to i tak nie zmienią istoty tego, że dla warszawiaków dzień ten  jest czymś więcej niż dla reszty kraju.

I być może  warszawiacy nie potrzebują żadnej prawnej solidarności od reszty kraju. Może powinni sami decydować jak upamiętnić  63 dni walki. Bo – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – tylko ofiary się nie mylą. I tak rozumieć trzeba 1 sierpnia.

Tak jak przed laty

Tłumaczenia szefa rządu, dlaczego Bogdan Klich pożegnał się z resortem obrony jako żywo przypominają komunikaty z dawnej epoki, w których obwieszczano, że jakiś decydent odszedł ze stanowiska ze względu na zły stan zdrowia. Rezygnacja ministra obrony jest także jeszcze jednym dowodem na potwierdzenie tezy, że premier nie potrafi ich zdymisjonować. Tak było przy opuszczaniu resortów po wybuchu afery hazardowej ministrowie odeszli na własną prośbę, zresztą dla dobra partii), tak też i było, gdy rezygnował były minister sprawiedliwości.

Raport komisji Millera

Wszyscy czekają na niego jak niegdyś Amerykanie na raport komisji Warrena.  Niemal wszyscy podkreślają, że wnioski z niego płynące powinny przyczynić się do tego, by podobna katastrofa już nigdy się nie miała miejsca zdarzyła. Tyle ze ona już się nie powtórzy. Ona mogła przytrafić tylko raz. I tylko Polakom.

27 Lipca

Gdyby zapytać białostoczan, z czym kojarzy im się ten dzień, wszyscy odpowiedzieliby, że z ulicą o tej nazwie. Gdyby tak jeszcze podrążyć i zapytać, co tego dnia takiego ważnego się wydarzyło, to zapewne niewielu by wiedziało.  A  to tego dnia właśnie żołnierze sowieccy wyparli hitlerowców z Białegostoku (faktycznie było to wieczorem 26 lipca, a dnia następnego zainstalowali się w Białymstoku delegaci rządu lubelskiego) . Dziś przypada 67. rocznica tamtego wydarzenia. Dzień wyzwolenia, dzień  zniewolenia. No, ale taki los nam zgotowali w Jałcie sojusznicy.

To było trzecie wejście sowietów do Białegostoku. Pierwszy raz w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Wtedy to w Pałacu Branickich zainstalował się rząd tymczasowo rewolucyjny z Dzierżyńskim i Marchlewskim na czele. Na krótko. 

Drugi raz sowieci weszli do naszego miasta we wrześniu  1939 roku na mocy paktu Mołotow- Ribentrop. Sojusz gwiazdy, sierpa,  hakenkreuz i młota  przetrwał dwa lata. Niezwycieżony miód Hitlera przeganiał nieprzeliczone dzieci Soso. Trzy lata później sytuacja się odwróciła.

27 lipca 1944 roku Sowieci weszli po raz trzeci do Białegostoku. A raczej wjechali czołgiem, który utknął na pagórku przy obecnym wiadukcie na Sienkiewicza. Stanął, bo się zepsuł. Tak mówiła czerwona legenda. Do tego stopni, że w połowie lat 70. przyjechał do Białegostoku ten, co kierował tym czołgiem (T34 podarowało na uroczystość LWP). Czerwonoarmista odsłonił pamiątkową tablicę, która w 1989 roku znikła z czołgu. Kilka lat temu T34 odjechał do muzeum. Pozostał postument

Kilka  lat temu powstał niezły ambaras na wieść, że na rocznicę wjechania czerwonoarmistów czołgiem dwybiera się do Białegostoku ambasador rosyjski. Ostatecznie dyplomata nie przyjechał, ale nasi miejscy urzędnicy wpadli w niezły popłoch. Tym bardziej, ze znikła z obelisku na cmentarzu tablica upamiętniająca poległych żołnierzy.

Ale już niedługo po 27 Lipca nawet i ulica nie zostanie. Przynajmniej na pewnym odcinku. Albowiem będzie ona częścią Trasy Generalskiej. Trudno bowiem przypuszczać, by pośród takich generałów była wyrwa historyczna. Bo jak to miałoby być: Kleeberga, Maczka, Andersa, 27 lipca, Sulika. A tak będzie Kleeberga, Maczka, Andersa, Sulika.

To nie ekstraboiska dadzą nam dobrych piłkarzy

Mocne słowa trenera, cała prawda o polskiej piłce – takie padają określenia po wywiadzie trenera Michała Globisza, twórcy sukcesów młodzieżowej piłki, o współczesnym pokoleniu polskich piłkarzy.  W rozmowie z dziennikarzami „GW” diagnozuje też, dlaczego jego podopieczni nie odnieśli sukcesów w dorosłej piłce. W wypowiedziach trenera odnajduję wiele wątków, które poruszałem na blogu. Zacytuję jedną z nich: „Jedyna poprawa jest pod względem bazy. Dla trenera, który w Lechii przepracował 27 lat w piachu, błocie, śniegu i lodzie, to wielka różnica, kiedy mogę poprowadzić zajęcia na równej płycie. Ale kiedy dawniej ogłaszałem nabór do drużyny, przychodziły tabuny dzieciaków. A im brudniejszy i palec w nosie, tym lepszy. Przychodzili z Oruni, Nowego Portu, nie musiał być nawet superuzdolniony, ale miał charakter”.

 Słowa te potwierdzają tezę, która głoszę od lat, że to nie gładkie jak masło trawniki boisk zrodzą nam talenty. One rodzą się na nierównych klepiskach, połamanych krawężnikach, zniszczonych asfaltach. Ale nie mogą mieć wokół siebie tylu blichtru, lansu i pieniędzy. Bo pradą pieniądz stworzył futbol i pieniądz niszczy futbol. Widać to zwłaszcza po innych krajach. Dzisiejsze pokolenie z faveli Rio czy boisk La Platy o Budapeszcie, Pradze czy Belgradzie niewspominając, to też generacja zmarnowana w porównaniu z tymi sprzed dziesięcioleci. Cały wywiad z trenerem Globiszem to udowodnieni innej, generalnej tezy o polskim futbolu i analfabetyzmie polskich kopaczy. Zapraszam do archiwum bloga kategorii Do przerwy 0:1.

Trochę kultury i historii

Pozytywne Wibracje, Podlaska Oktawa Kultur, Basowiszcza – nie tylko białostoczanie mają w ten weekend, w czym wybierać, A jeśli do tego dorzucimy jeszcze jedną imprezę, co prawa nie w Białymstoku, ale białostocką z krwi i kości – czyli doroczne pływanie na czym się da w Augustowie, to naprawdę zapowiadają się dni i noce jakich mało. Nawet jeśliby pogoda trochę miała inne plany.

A na koniec trochę historii. Tym, co pamiętają, ale nie tęsknią. I tym, którzy krzyczą: na pohybel dawnym czasom. Ale też trochę nostalgicznie. Zwłaszcza dla tych, urodzonych 22 lipca. Dziejom dla niektórych tak odległym, jak dziewczyna z PRL-u w piosence Jana Pietrzaka.

Faworyci, wielkie nadzieje i czarne konie w wyborach do Senatu na Białostocczyźnie

Po dzisiejszej decyzji Trybunału Konstytucyjnego gra o mandat senatorski rozpoczęta. Do tej pory wiadomo było na sto procent, że wystartuje Włodzimierz Cimoszewicz, a jego rywalem w tym samym okręgu wyborczym hajnowsko-siemiatycko-bielsko-wysokomazowieckim będzie Mikołaj Janowski z PSL. Gdyby były to wybory uzupełniające, a nie po pełnej kadencji, radny sejmikowy PSL miałby szanse. SLD nie wystawi zapewne kandydata, bo przy całym dystansowaniu się podlaskiego SLD od byłego premiera (i nawzajem) ośmieszyłoby się tylko. Z kolei Platforma Obywatelska już zapowiedziała, że tym okręgu i będzie popierała Włodzimierza Cimoszewicza. W kraju jest to przedstawianie jako poszerzenie oferty PO wobec lewicowego elektoratu. Ale na awersie takiego tłumaczenia jest to, że podlaskiego PO nie ma kandydata, który miałby jakiekolwiek szanse z byłym szefem dyplomacji.

Od lat obecność Włodzimierza Cimoszewicza rodzi asymetrię na podlaskiej sceny politycznej. Start senatora powodował, że tak na dobra sprawę walka toczyła się od dwa mandaty. Po zmianie Kodeksu wyborczego w praktyce oznacza, że walka jest już rozstrzygnięta. Choć i jego samego ordynacja jednomandatowa zmusi do czegoś więcej niż w 2007 roku. Po zdobyciu mandatu w rozmowie z Porannym na pytanie „Co Pan chce zrobić dla Podlasia?”, odpowiedział: Co do Podlasia – jego potrzeby, specyfika i interesy będą tłem dla dyskusji budżetowych, o polityce regionalnej, polityce zagranicznej, Unii Europejskiej, sąsiedztwie”.  Teraz, takie ogólnikowa deklaracja wydaje się, że już nie wystarczy. Wszak ideą zmian jednomandatowych było (oprócz spełnienia obietnicy PO sprzed lat) prymat zasady bliskości wyborcy i niezależność od lokalnych układów partyjnych.

Z kolei forowanie przez Platformę w okręgu w białostockim Tadeusza Arłukowicza nie jest pozbawione szans. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na ostatnie wyniki wyborów do sejmiku. Wiceprezydent z okręgu w gruncie rzeczy tożsamym z dzisiejszym okręgiem senackim zdobył najwięcej głosów (na tej samej liście) po Tadeuszu Truskolaski. Zatem potencjał niby jest. Podobny w tym samym okręgu ma inny radny wojewódzki Dariusz Piontkowski. Jeśli tylko zdecydowałby się na Senat, a nie bardziej prawdopodobny Sejm, wówczas pojedynek między liderami obu tych partii były niezwykle emocjonujący. Jednak to elektorat wielkomiejski Białegostoku może przesądzić o triumfie obecnego wiceprezydenta miasta.

Ale czy senator białostocki musi być partyjny? Na pewno nie będzie też kandydata z inicjatywy senatorskiej prezydentów siedmiu miast. Ale to nie oznacza, że nie pojawi się inna alternatywa. Wystarczy 15 osób, by powołać komitet wyborczy. Potem wybrać pełnomocnik, zebrać podpisy i tak dalej. To wcale nie jest niemożliwe do wykonania. Wśród dziesiątek tysięcy białostoczan dysponujących biernym prawem wyborczym do Senatu, chyba znajdzie się ktoś do tej pory ten całkiem obcy.

Wyborcza suma wszystkich strachów podlaskiej PO

Optymalna lista i jasny przekaz z niej płynący to przepustka do historycznego sukcesu PO w Podlaskiem: pokonania PiS wyborach do Sejmu.

Parlamentarne wybory w Podlaskiem mają swoją specyfikę. Nie tylko przez dość konserwatywne, nie tyle w poglądach, co w formie, zachowania elektoratów (brak chęci tworzenia nowych alternatyw). Nasz okręg wyborczy, jako jeden z czterech w kraju, tożsamy jest z administracyjnym obszarem województwa. To dla strategów partyjnych rodzi nie lada wyzwanie: jak ukształtować listę wyborczą, by z jednej strony maksymalnie zyskać, a z drugiej, by reprezentowała cały region? To z kolei oznacza kolejną rozterkę: czy zadośćuczynienie takiemu regionalizmowi nie spowoduje rozproszenia głosów? Może zamiast decydować się na pełną listę zawierającą 28 nazwisk, lepiej postawić na krótką ławkę kandydatów, ale sprawdzonych w swoich społecznościach? W tym roku dylematy te uzupełnia jeszcze jeden: zadośćuczynienie parytetom. A w przypadku Platformy kolejny: miejsce na liście dla ministrów i dotychczasowych posłów. I to odzwierciedla podlaska lista kandydatów Platformy do Sejmu.

Październikowe wybory będą dla niej jednak czymś więcej: rozstrzygnięciem na swoją korzyść prestiżowego pojedynku z PiS. Od dawna region uważany był za matecznik prawicy (PiS, wcześniej też LPR). W ostatnich latach preferencje wyborcze uległy, zwłaszcza wśród elektoratu wielkomiejskiego, zmianom. Potwierdzeniem tego była ubiegłoroczna pierwsza tura wyborów prezydenckich i jesienna elekcja sejmikowa. Głosowanie w drugi weekend października ma być symbolicznym postawieniem „kropki nad i” przez Platformę. I to jest stawką (oprócz osobistych nadziei kandydatów) tegorocznych wyborów. Każdy inny wynik, przy wszystkich atutach rzeczywistych lub deklaratywnych, którymi dysponuje dziś w regionie partia Donalda Tuska, będzie porażką Platformy. Droga do zwycięstwa zaczyna się przez optymalne ułożenie listy wyborczej.

Oferta wyborcza powinna być skierowana znacznie szerzej i odzwierciedlać coś więcej niż tylko oczekiwania partyjnego elektoratu

W 2007 roku podlaska Platforma zdecydowała się na pełną reprezentatywność regionu. To plus błędy popełnione wówczas przy konstruowaniu list wyborczych (Sejm i Senat) przyczyniło się do tego, że zmarnowała już wtedy szansę (przy plebiscytowym charakterze ówczesnych wyborów) ogrania PiS w regionie. Po czterech latach Platforma powtarza swoją strategię opartą na pełnej reprezentatywności.

Pozornie kształt pierwszej piątki wydaje się jasny. Pierwsze miejsce Barbary Kudryckiej odzwierciedla główne kryteria nakreślone przez centralę: bardzo dobra pozycja startowa ministrów rządu Donalda Tuska oraz zadośćuczynienie parytetom. W tym drugim przypadku spełnienie tego kryterium przez podlaską Platformę nie było takie proste. Dosłownie rzutem na taśmę w pierwszej piątce znalazła się Bożena Kamińska, która jeszcze kilka dni temu była kandydatką partii w wyborach do Senatu w okręgu suwalsko-łomżyńskim. Jej awans rykoszetem uderzył w posła Leszka Cieślika, który jako przedstawiciel tej samej części województwa wypadł poza pierwszą piątkę (reprezentatywność województwa dopełnia w niej Marek Borysiewicz z Łomży). Jeśli jednak odsłonilibyśmy parawan parytetowy, to widać gołym okiem, że Platforma nie wyciągnęła wniosków z poprzedniej elekcji w 2007 roku. Wtedy rozproszenie głosów wśród kandydatów suwalskiego elektoratu pozbawiło Cezarego Cieślukowskiego mandatu poselskiego. Zabrakło mu 210 głosów. Podobnie może być i tym razem. Tym bardziej że brak na liście właśnie Cezarego Cieślukowskiego jest znacznie większym zaskoczeniem niż absencja posła Jacka Żalka. Bo – jak pokazały jesienne wybory samorządowe – wydawał się być jednym z murowanych faworytów z północno-wschodniej części województwa do zasiadania na Wiejskiej. Do mandatu, który Platforma mogła uzyskać kosztem PSL (teraz jego lider na Suwalszczyźnie, poseł Jan Kamiński, mimo – lekko mówiąc – niezbyt dobrej passy w tej kadencji, ma otwartą drogę do reelekcji). Nie wydaje się, że w tej roli mogłaby Cezarego Cieślukowskiego zastąpić Bożena Kamińska czy nawet poseł Leszek Cieślik. Jemu tym razem będzie znacznie trudniej dostać się do Sejmu. Bo to, że będzie miał w 2007 roku mandat, było pewne tak samo jak to, że obwodnica Augustowa nie ma szczęścia.

Wspominam o tych paradoksach suwalskich nie bez kozery. Jak pokazały ubiegłoroczne wybory w czerwcu i listopadzie, to właśnie ten region plus Hajnówka są wytrychem do zwycięstwa. Po prostu: zamiast brać się za bary z PiS tam, gdzie nie ma się szans, Platforma powinna skoncentrować się na słabych ogniwach swoich rywali, czyli – oprócz Białegostoku – także na Suwałkach i Hajnówce.
Rok temu obserwatorzy podlaskiej sceny politycznej podkreślali duże poparcie uzyskane przez kandydata PO w wyborach prezydenckich w powiecie hajnowskim. Tradycyjnie tamtejszy elektorat był przywiązany do lewicy. Od kilku lat PO próbowała wkraść się w jego łaski. Ale gdy przychodziło już do wyborów, robiła wszystko, by go zniechęcić do siebie. Choćby cztery lata temu. Nic dziwnego, że wtedy atrakcyjniejszy dla tego elektoratu kolejny raz okazał się Eugeniusz Czykwin z SLD.

Tamte doświadczenia wymagały od Platformy wskazania takiego kandydata, który byłby reprezentantem jak najszerszego środowiska mniejszościowego. Tym bardziej że musi ona zmagać się z tej strony z jeszcze jednym wyzwaniem: dość mocno zakorzenioną na Białostocczyźnie pozycją posła Jarosława Matwiejuka. Uzyskany przez niego w 2007 roku mandat był konsekwencją nie tyle jego lewicowości, a raczej reprezentowania środowiska, o które walczy Platforma. I co ważne, mandat uzyskany głosami zdobytymi nie tylko w powiecie hajnowskim, ale w Białymstoku. I dlatego jeśli teraz Platforma, jako reprezentanta środowiska prawosławnego, zdecydowała się umieścić na liście wiceprezydenta Aleksandra Sosnę, powinna przygotować mu znacznie lepszą kampanię niż w 2007 roku miał Marek Masalski. W przeciwnym razie dla wyborców wywodzących się z tego środowiska nadal atrakcyjniejszy będzie Eugeniusz Czykwin (nie wspominając już o Jarosławie Matwiejuku – obaj posłowie szykują się do reelekcji). Tym bardziej że trudno wskazać osiągnięcia Aleksandra Sosny jako wiceprezydenta Białegostoku, które stanowiłyby jego atut w walce o względy wyborców z innych środowisk.

To ostatnie zastrzeżenia dotyczy także tzw. trzeciego garnituru na liście. Znajdujemy tam kandydatów, którzy w listopadzie 2010 roku zostali wybrani do samorządowców. Cóż jednak w ciągu tych dziewięciu miesięcy takiego istotnego uczynili, by u wyborców spoza partyjnego kręgu starać się o miejsce w ławach poselskich? Rozumiem parytety, reprezentatywność, ale wybory parlamentarne wymagają czegoś więcej. Na dodatek Platforma popełnia ten sam błąd, choć w znacznie mniejszym stopniu, co cztery lata temu. Wówczas wysyp radnych miejskich na liście wyborczej spowodował rozproszenie głosów między białostockimi kandydatami PO. Skutek: pięć tysięcy głosów oddanych na Jacka Chańkę zostało zmarnowanych.

Kiedy patrzy się na kształt tegorocznej listy wyborczej Platformy, tych odniesień do błędów popełnionych w 2007 roku widać znacznie więcej. Nic dziwnego, skoro jest ona tak naprawdę pokłosiem zrodzonego wówczas sporu. Sporu, który ostatnio przerodził się w otwarty konflikt wewnątrz-partyjny. W przestrzeni publicznej wizualnym dowodem tego są dwa ośrodki partyjne mieszczące się przy tej samej białostockiej ulicy. Część partii, mimo retoryki o jedności i pozorowanego formalizmu, nigdy nie pogodziła się ze zmianą, które dokonała się w maju ubiegłego roku na fotelu przewodniczącego w regionie (opuścił go Robert Tyszkiewicz). Z kolei Damian Raczkowski nie okazał się na tyle silnym i zręcznym politykiem, by stać się liderem z prawdziwego zdarzenia. Do tego stopnia, że nie był w stanie przeforsować swojej listy kandydatów. A i sam, jako przewodniczący regionu, znalazł się na drugim miejscu dopiero po decyzji władz krajowych.

Optymalny kształt listy wyborczej i jasny przekaz z niej płynący to początek drogi do sukcesu. Choć z drugiej strony, stare porzekadło mówi, że tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Czy kandydaci Platformy odzwierciedlają jednak aspiracje przyszłościowe regionu i wyborców wywodzących się spoza tradycyjnego, twardego aktywu i elektoratu PO? Bo to oni w gruncie rzeczy przesądzą, czy na podlaskiej scenie partyjnej będziemy mieli nowego dominatora, a w przyszłości być może i hegemona.

Przekonamy się o tym 9 października. Na razie Platformie może sprzyjać to, że jej najwięksi rywale w Podlaskiem mają nie mniejsze, choć zupełnie inne, rozterki i dylematy.

Nóż, atrybut nie tylko współczesnego nastolatka

Szesnastolatek podejrzewany jest o śmiertelne ranienie nożem właściciela sklepu na Nowym Mieście w Białymstoku. Dwa lata temu siedemnastolatek nożem zabił policjanta w Warszawie. W innym mieście siedemnastolatek zabił nożem piętnastolatkę. W jeszcze innym dwaj bracia (starszy miał 10 lat) tak pokłócili się o komputer, że młodszy rzucił się na starszego z nożem.

Dlaczego dzieci sięgają po ten przedmiot? Dzieci, bo zabójca nastolatki jak pokazano na filmie, to jeszcze tak na dobrą sprawę dziecko. Przynajmniej z wyglądu, bo z litery prawa powinien odpowiadać według mnie jak dorosły. Podobnie jak zabójca policjanta.

Co dzieciakom daje posiadanie w kieszeni noża? Poczucie siły, bezkarności? I dlaczego są w stanie go użyć ze skutkiem śmiertelnym? Czyżby liczyli, że nie zostaną złapani? Dlaczego widmo zmarnowania sobie życia nie powstrzymuje ich o cofnięcia ręki? Dlaczego tak beztrosko robią ostateczny ruch ręką, zabierając inne życie? Dlaczego nie mają strachu przez zabraniem tego życia? Może dlatego, że dziś życie wbrew retoryce, którą słyszymy zewsząd, nie jest w Polsce wartością najwyższą?
A przecież był czas, ze tzw. finka była atrybutem niejednego młodego człowieka. Ale nikomu do głowy nie przyszło, by użyć jej do odebrania innemu człowiekowi życia. A jeśli już zdarzały się takie przypadki to nie na przystanku, w autobusie czy samochodzie. Dziś dzieci nie tylko zabiją dorosłych. Zabiją dzieci. Tak łatwo im to przychodzi.

Obława po Ostrej Bramie

13 lipca 1944 roku pchor. Jerzy Jensch “Krepdeszyn” z częścią plutonu osłonowego zlikwidował na Górze Zamkowej gniazdo ciężkiego karabinu maszynowego i zawiesił biało-czerwoną flagę na wieży zamkowej w Wilnie.

Ale tak potoczyły się losy operacji Ostra Brama, że żołnierze AK musieli współdziałać z Armią Czerwoną.
Nazajutrz dowództwo sowieckie nakazało im wyjść z miasta. Płk Krzyżanowski “Wilk” rozkazał przeprowadzić oddziały na skraj Puszczy Rudnickiej a sam udał się do kwatery dowódcy 3 Frontu Białoruskiego gen. Czerniachowskiego i uzyskał od sowietów obietnicę, że ci dostarczą wyposażenie dla jednej dywizji piechoty i jednej brygady kawalerii, bez żadnych warunków politycznych. 16 lipca “Wilk” został ponownie zaproszony “na spotkanie z gen. Czerniachowskim na podpisanie stosownego porozumienia. Na spotkanie pojechał z szefem sztabu mjr. Teodorem Cetysem. Z tego spotkania oficerowie nie wrócili do oddziałów. Inna grupa oficerów, omawiająca z oficerami sowieckim w miejscowości Bogusze szczegóły wyposażenia dywizji, również została aresztowana i osadzona w więzieniu w Wilnie. Został także aresztowany delegat rządu na okręg wileński i pracownicy delegatury.

I rozpoczęła się obława na polskich żołnierzy, internowania, wiezienia.

Rok później kolejna. Obława Augustowska. Dziś wiemy, że prawie 600 zagionych w niej Polaków zostało rozstrzelamych przez Sowietów. Ustalił to rosyjski historyk Nikita Petrow. Nie wiemy jeszcze, gdzie spoczywają. I to jest sąsiedzka i historyczna powinnośc prezydenta Bronisława Komorowskiego.

Kibice bojkotują Jagiellonię. Władze klubu: to nie nasza wojna

Stowarzyszenie Kibiców Dzieci Białegostoku bojkotuje Jagiellonię . Wstrzymuje się od kupna karnetów i produktów naszego klubu oraz jego sponsorów. Jest to odpowiedź na nałożony zakaz wyjazdowy przez Ekstraklasę, za porozumieniem wszystkich klubów z tej klasy rozgrywkowe. I tu dochodzimy do pewnego paradoksu. Zgodnie z tą logiką kibice ze stowarzyszenia powinni bojkotować też miasto Białystok. Bo od 15 lipca jest ono jednym z głównych sponsorów Jagiellonii. Za promocję przekazało jej 4 miliony złotych. Trudno sobie jednak wyobrazić, by teraz kibice zamiast jeździć bekaemką nagle zaczęli chodzić pieszo czy nie korzystali z wody zimnej lub ciepłej. W końcu to produkty miejskich spółek.

W sprawie protestu kibiców oświadczenie wydała Jagiellonia pisząc m.in.: ‚To nie jest nasza wojna.  W dość obszernym komunikacie klub oświadcza, że nie zgodzimy się, aby w Białymstoku były powielane schematy z niektórych polskich stadionów, gdzie osoby podające się za kibiców zastraszają innych uczestników widowisk sportowych i wprowadzając swoje zasady czerpią poważne korzyści finansowe z „kibicowania”, wykorzystując strach i bierność klubów”.

I tutaj uważni obserwatorzy też odnajdą pewną nutę paradoksu związaną ze stronieniem od wcześniejszej legitymizacji

Ponoć muzyka łagodzi obyczaje. I dlatego,  ale też w związku w gruncie rzeczy z nie tak dawnym podobnym bojkotem w ostoi podlaskiej muzyki, może warto by dokonać pewnej roszady: melomani na stadion, a kibice na widownię filharmonii. Zaiste, nieoczekiwana byłaby to zmiana miejsc. Zarazem przecząca słowom byłego prezesa Jagiellonii, że stadion to nie filharmonia. To byłby dopiero paradoks i precedens w jednym.

A po burzy nie zawsze przychodzi spokój. Czasami też polityk z obietnicami.

Krajobraz po trąbie powietrznej, niezależnie od regionu kraju, wygląda mniej więcej tak samo. Tak się jednak składa, że raz na jakiś czas po burzy u poszkodowanych zjawia się polityk. I to z tej najwyższej półki. Tak jak w maju 2007 roku, gdy zniszczoną przez nawałnicę podsuchowolską Chodorówkę odwiedził pierwszy garnitur, nie tylko podlaskich, polityków.

 – Nawet premier Kaczyński do Suchowoli przyjechał i obiecał pomoc finansową dla poszkodowanych. To był czas kampanii przed wyborami do sejmiku. Kampania się skończyła, a wraz z nią deklaracje pomocy – mówił rok po kataklizmie  Marek Rudziński, sołtys Chodorówki.  

 Przy odbudowie wsi przydały się pieniądze przekazane m.in. przez wojewodę.  Z rezerwy celowej budżetu państwa czy poszczególnych resortów nie dotarła tu ani złotówka. – W końcu wojewoda, który dał nam pieniądze, to przedstawiciel rządu – śmiał się ponad rok po kataklizmie ówczesny burmistrze Suchowoli Jerzy Omielan. Ale po chwili już bardzo poważnie dodawał: –  Tyle że to, co dostaliśmy, to nie była rekompensata. Co najwyżej zasiłek.

Powyższa historia przypomniała mi się po wczorajszych  relacjach z wizyty premiera Donalda Tuska w zniszczonych przez nawałnicę gminach łódzkiego i mazowieckiego. Premier pocieszał i obiecywał, że rząd ma pieniądze na pomoc. W czasie też w gruncie rzeczy przedwyborczym. I to powie każdy spec od marketingu politycznego.

Chodorówka nie doczekała się  spełnienia deklaracji pomocy. Gdy po roku od kataklizmu zarówno burmistrz, jak i sołtys wypowiadali przytoczone powyżej słowa, Jarosław Kaczyński, choć jego partia wygrała wtedy tamte samorządowe wybory, sam od kilku miesięcy nie był już premier, bo oddał władzę w kraju na skutek przegranych wyborów parlamentarnych. Czy to zły omen dla premiera Tuska, a zatem i adresatów jego posttwisterowskich obietnic czasu przedwyborczego?

Historia, prawo i Dom Turka

Augustów, spór od Dom Turka. W kamienicy tej rodowity Turek miał przed wojną cukiernię. Po wkroczeniu sowietów w budynku tym zainstalowało się NKWD i bezpieka. Co było w jego piwnicach i kazamatach, łatwo się domyśleć. Do dzisiaj żyją ludzie, którzy przeszli przez to piekło.

Obecnie dom jest własnością augustowskiego biznesmena, który nabył go od spadkobierców przedwojennych właścicieli (ci o trzymali go na mocy decyzji MSWiA). I ten przedsiębiorca zamierza zrobić w nim galerię handlową (w zgodzie z planem zagospodarowania przestrzennego), czym wprawił w oburzenie wszystkie środowiska patriotyczno-kombatancko-historyczno-samorządowe, które uważają, że miejsce kaźni to nie miejsce na centrum handlowe. Ich zdaniem powinno tu być muzeum.
Czy właściciel aksjologicznie powinien poddać się temu historycznemu rozumowaniu i uznać jego prymat nad swoim prawem własności?

Władze miasta próbują od niego kupić kamienicę, ale na razie na przeszkodzie stanęła cena. A ta jest pretekstem do dalszych rozważań: czy czując za sobą oddech oczekiwań środowisk historycznych nie powinien się odwołać to wartości wyższych i spuścić z ceny za budynek? I z drugiej strony: skoro władze mając za sobą takie poparcie, będąc przekonane o słuszności interesu społecznego w tej sprawie nad prawem jednostki do własności, czyż nie powinny przystać na  każdą cenę?

Na razie Dom Turka został zabytkiem. Zdecydował o tym minister kultury. Dzięki temu budynek nie zostanie wyburzony. Władze miasta nadal, chcą odkupić go od właściciela.

I tu pojawia się zasadnicza sprawa: Czy wolno wykorzystywać własność prywatną przeciwko cudzej wolności w tym także wolności, która urzeczywistnia się w interesie społecznym?  A jeśli nie, to czyż w istocie nie oznaczałoby to bankructwa przekonania, tak fundamentalnego dla ostatniego dwudziestolecia, że nic nie przekona ludzi do tego, że własność prywatna jest wiele warta, jeśli sami nie zakosztują jej atrakcji. I że jeśli jak najszerzej upowszechnimy własność prywatną wśród polskich obywateli, to wtedy znikną uprzedzenia, zahamowania. A miliony właścicieli bad funkcjonować także inaczej jako obywatele.

Między flagą a powtórką

Po raz pierwszy historii telewizyjnych transmisji flagi uniemożliwiły oglądanie meczu. Łotysze tak machali chorągwiami przed okiem kamery, że zupełnie nie można było dopatrzeć się czegokolwiek na boisku. Najlepiej wychodziły powtórki, ale ileż można oglądać ripley.

Chyba jest już za późno na polskie obywatelstwo dla Franciszka S.

Najlepszym sposobem zmniejszenia ryzyka związanego z tym, co dzieje się na świecie będzie nadanie polskiego obywatelstwa Franciszkowi S. W końcu lepiej tego drania mieć bowiem po swojej stronie niż miałby działać przeciwko obywatelom Polski. Zresztą wielu znawców półświatka mówi, że tak na dobrą sprawę nie mamy szans obronić się przed jego niecnymi pokusami. A skoro tak, to lepiej przekabacić go na naszą stronę. Taki mały azyl nad Wisłą.

Przetojuż z dwojga złego lepiej zaopiekować się Franciszkiem S. Najlepszą formą takiej adopcji, będzie nadanie mu polskiego obywatelstwo. Skoro dorobili się jego i Olisadebe, i Roger, o których teraz słuch zaginął, to i dla Franciszka S. znajdzie się pewnie polski paszport. Zwłaszcza, że lobby za takim rozwiązaniem będzie znacznie szersze niż to było w przypadku futbolistów. W końcu nie bez powodów ciągnie sie za nim na świecie mit króla kasiarzy.

Tyle, że na polski paszport dla Franciszka S. chyba jest już za późno. A może się mylę?

Kolej na strajk. Nie tylko Temidy

Na dzisiaj protest zapowiedzieli pracownicy wymiaru sprawiedliwości, na 22 lipca pracownicy Przewozów Regionalnych. Ci pierwszy protestują pod hasłem: „Pacta sunt servanda” (Umów się dotrzymuje). Nawiązuje ono do niedotrzymywania zobowiązań o sukcesywnym wzroście płac dla sędziów i prokuratorów. Tymczasem zgodnie z decyzją podjętą na wiosnę przez resort sprawiedliwości w przyszłym roku nastąpi zamrożenie płac w wymiarze sprawiedliwości.

Przeciwko w pewnym sensie zamrożeniu płac protestują też kolejarze ze związków zawodowych. Związki zawodowe, działające w spółce, domagają się 280 złotej podwyżki. Tymczasem zarząd firmy zaproponował wzrost wynagrodzeń o 130 zł od października. Taka kwota nie satysfakcjonuje jednak maszynistów. Jak twierdzą, w październiku być może w spółce nie będzie miał już kto pracować, bo maszyniści odejdą do innych spółek.

 To prawda, zawartych umów należy dotrzymywać. Chociażby wtedy, gdy podróżny wykupi bilet na przejazd koleją (czyż nie jest to rodzaj umowy z przewoźnikiem, że w zamian dowiezie go tego dnia do celu). I wtedy, gdy świadek przyjechał dzisiaj do sądu  w dobrej wierze, wezwany przez ten sam sąd, który np. będzie co rusz ogłaszał 20 minutowe przerwy w czasie rozpraw.  

Od każdego pacta sunt servanda  jest rebus sic stantibus. Czy taką nadzwyczajną okolicznością może być trudna sytuacja budżetu państwa lub przewoźnika? I co jeśli ta nadzwyczajne okoliczności okazują się okolicznościami permanentnymi?  Czy sędziowie i kolejarze będą zmuszeni powiedzieć: „Teraz trzeba zaczekać – rzekną nam. – Zaczekamy na pewno, o tak! Nie spoczniemy czekamy w czekaniu na ów dzień, Gdy nie będzie trzeba rzec: to nie to!”

A w ślad za nimi pasażerowie i świadkowie.

Cztery miliony piechotą nie chodzą

Nadal trwa lament nad wyczynem Jagiellonii w Pawłodarze. Ale cóż dopiero ma powiedzieć taka Argentyna czy Brazylia, które lada chwila mogą pożegnać się z Copa Americą. Ich trenerzy próbują racjonalizować wpadki swoich zespołów, nie dostrzegając, że obie te nacje już dawno zeszły poniżej poziomu minimum.

Przeto i my spróbujmy zracjonalizować porażkę Jagi z Irtyszem. I napiszę tak: teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by Jagiellonia wygrała ligę. Do tej pory można byłoby się spodziewać, że ewentualne niepowodzenia w lidze byłyby tłumaczone grami w pucharach europejskich. A tak sprawa jest jasna i prosta jak konstrukcja cepa: nie m żadnych przeszkód natury sportowej, czy innej do wygrania ligi, tej i tak słabej ligi. Ponadto 4 miliony złotych od miasta w ramach promocji w Ekstraklasie do czegoś zobowiązują? Nieprawdaż

No, tak, zapomniałem: jest jeszcze Puchar Polski. W takim razie i z tymi rozgrywkami należy rozstać się jak najszybciej (kto wie, może i oddać walkowerem). Tak by nic, naprawdę nic nie stało na przeszkodzie do sukcesu na miarę tych czterech milionów.

Pokolenie do zmarnowania

Juniorzy Jagiellonii zdobyli mistrzostwo Polski. Jeden z kibiców na forum Porannego użył takiego określenia: to najlepsza odpowiedź na gwiazdorstwo podopiecznych Michala Probierza. Niestety, historia polskiej piłki uczy tego, że za kilka lat od zwycięskich juniorach Jagiellonii powiemy kolejne zmarnowanie pokolenie. A było tych generacji bez liku, nie tylko w białostockiej piłce. W kraju  cudowne dzieci warszawskiej Gwardii: Banaszkiewicz, Baran, Dziekanowski. Pamiętacie jeszcze takiego zawodnika jak Dariusz Marciniak. Strzelał bramki w reprezentacji, a teraz gryzie ziemię.  Przyczyną śmierci był zawał serca (w następstwie choroby alkoholowej). Był jednym z największych niespełnionych talentów polskiej piłki nożnej lat 80. Gdy był piłkarzem Śląska Wrocław ubiegali się o niego menadżerowie Realu Madryt i Bayernu Monachium.

Srebrna jedenastka z Barcelony Janusza Wójcika? Toż to dopiero niespełniona generacja, nie to było jej pisane. Zwłaszcza patrząc, że największe sukcesy odnosi dziś w Europie ich ówczesny przeciwnik boiskowy – Guardiola. Już na ławce trenerskiej.

A i gdy spojrzymy na cudowne dzieci Jagiellonii z rocznika 1974,  to też możemy w gruncie rzeczy powiedzieć o niespełnionym pokoleniu. Citko, Frankowski, Bogusz i inni. Mogli osiągnąć znacznie wiecej, o niebo więcej.  

Tak  zmarnoanych generacjach to jesteśmy nad Wisłą mistrzami świata. Z powodzeniem moglibyśmy wystawić kilka jedenastek.

Oczywiście gratuluję sukcesu młodym piłkarzom  Jagiellonii i życzę, by powyższy scenariusz się nie sprawdził. Ale …

Szosa PO czy Trasa Generalska?

Przejechałem wczoraj około godz. 16 nowo otwartymi estakadami (chociaż dość skutecznie krzątali się po nich drogowcy) na ul. Maczka. Luz blues, a już przy wyjeździe ze Świętokrzyskiej puchy niemiłosierne. Jakże odmiennie niż dotychczas o tej samej porze. Od zawsze kolejki tirów zmierzających na Augustów blokowały skutecznie jazdę przez tę część obwodówki. O tym, że w ogóle nie powinno być ich w mieście w czasie przebudowy ul. Maczka, pisałem wielokrotnie. I że Białystok powinien domagać się od rządu partycypacji w utrzymaniu przebudowanej ulicy po okresie gwarancyjnym. Bo alternatywne drogi, czyli obwodnica północno-zachodnia Białegostoku jest tak samo realna jak zdobycie mistrzostwa Europy przez podopiecznych Franciszka Smudy.

Czy raz na zawsze pozbyliśmy się korków na Maczka? Oby, choć można dostrzec niepokojąco wąskie gardło przy zjeździe z pierwszej estakady i skręcie na Augustów (odpukać).

Po wczorajszym zjeździe z estakad wróciłem na Sienkiewicza przez Dziesięciny i Antoniuk. Skręciłem w Narewską i po skraju ogródków działkowych swoim trzynastoletnim kangurem, zupełnie nieprzystosowanym do jazdy terenowej, wyjechałem na Białostoczek. I sobie pomyślałem, że wszystkie nowe drogi, które zostaną wybudowane  w mieście, w swej chwale zejdą na plan dalszy jeśli nie powstanie nowa przeprawa przez tory z centrum na Antoniuk i Dziesięciny. Alternatywa dla wiaduktu na Dąbrowskiego.

Co do oficjalnego otwarcia wczoraj trasy  na ul. Maczka, powtórzę to, co napisałem dwa lata temu podczas otwarcia ostatniego odcinka Trasy Kopernikowskiej, czyli dzisiejszej ulicy ojca Pio: miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest celibat od wszelkich takich pomp, a nie ich celebrowanie. Nawet jak się ma powód do dumy. Ale gwoli sprawiedliwości trzeba też przyznać, że w porównaniu z tym, co było dwa lata temu, wczoraj z ta celebrą było znacznie skromniej.

I na konie jeszcze jedno. Trasa Generalska to dawna Szosa Północno Obwodowa. Może ta druga nazwa odeszła już  do lamusa? A może jeszcze znacznie duża część białostoczan nadal nie może przyzwyczaić się do tego pierwszego? 

Zapraszam do obejrzenia galerii z otwarcia estakad.

Wyborcza suma strachów PO. Suplement

Suplement, bo uzupełnienie tego, co jutro z braku miejsca nie znalazło się w papierowym Obserwatorze. Pod takim tytułem piszę o szansach i zagrożeniach podlaskiej PO w nadchodzących wyborach. Pomijam Senat, bo tutaj nadal nie wiadomo w myśl, jakiej ordynacji będzie głosowanie do Izby Wyższej. Po decyzji Trybunału Konstytucyjnego wrócę do tematu.

Koncentruję się na Platformie z kilku powodów. Po pierwsze rządzi w kraju i województwie. Z tego także powodu będą to dla niej prestiżowe wybory. Po drugie: już przedstawiła swoją listę. To samo wprawdzie zrobił PSL, ale po pierwsze nie jest przeciwwagom dla PO w walce o dominację na regionalnej scenie polityczno-partyjno. Poza tym oferta ludowców raczej wydaje się być skrojona na miarę wyborów sejmikowych, ale nie sejmowych. PiS i SLD nie zamknęły swoich list, o innych na razie cisza.

Po trzecie: wyborczą sumą wszystkich strachów PO jest zdobycie więcej mandatów niż PiS w regionie. Początek wiedzie przez optymalny kształt listy wyborczej. Z umiejętnością nie powtarzania błędów z przeszłości.

Zapraszam do Obserwatora.

Siedmiu prezydentów. Bez Tadeusza Truskolaskiego

Kilka tygodni temu w tekście  „Wybory 2011. 3xNIE” napisałem, że przy całym skostnieniu naszej sceny politycznej, wyborcy mogą dokonać czegoś wyjątkowo. Oczywiście nie wymienią elit i ich nie zastąpią, ale w ramach tychże elit mogą dokonać fundamentalnego przesunięcia. To nadal będzie ten sam krąg, ale nie taki sam. Tych, co przetrwają „Wybory 2011 – 3Xnie”  nauczą pokory na przyszłość.

Nie spodziewałem się, że jedno z tych NIE, które umownie można określić hasłem „odbierzmy partiom Senat”, tak szybko się zinstytucjonalizuje. Bo w gruncie rzeczy tym jest komitet wyborczy do Senatu prezydentów siedmiu miast. Oczywiście nie należy się spodziewać, że wystartują oni w październiku (oznaczałoby to wybory prezydenckie w tych miastach). Inicjatywa ta nie wyklucza także  powstania innych, pozapartyjnych alternatyw do Senatu. Nie wiadomo jeszcze, jaka ordynacja będzie obowiązywała w październiku. Zależy to od przyszłotygodniowej decyzji Trybunału Konstytucyjnego. Ideą tych zmian  (oprócz spełnienia obietnicy PO sprzed lat o jednomandatowych okręgach wyborczych) był prymat zasady bliskości wyborcy i niezależność od lokalnych układów partyjnych.

Od samego początku tej noweli Izba Wyższa jawiła się jako azyl dla osób spod szyldu senatora Stokłosy. Tyle że mają oni potencjalnie większe szanse na mandat w wyborach uzupełniających niż tych po upływie pełnej kadencji. To drugie bardziej sprzyjało samotników sceny politycznej (tych nie brakuje: choćby Władysław Frasyniuk czy Jan Rokita, ale też byłby to czyściec dla polityków, którzy odeszli z innych partii). Z drugiej strony dawało szanse na potencjalne przełamanie monopolu partii politycznych w Senacie.

Jeśli wybory odbędą się według starej ordynacji, to inicjatywie prezydentów siedmiu miast i każdej innej może być znacznie trudniej (do tej pory jedynym kandydatem o potencjale pozwalającym zdeklasować konkurentów wyznaczonych przez partie był Włodzimierz Cimoszewicz). Co nie oznacza, że zupełnie nierealnym (zależy też to od jakości wystawionych kandydatów). A wtedy bardzo szybko po wyborach okaże się w Sejmie, że taki zdefragmentowany Senat jest zbędny. I PO, jeśli nie zdobędzie większości sejmowej, wróci do pomysłu jego likwidacji.

Wspólne zobowiązanie prezydentów Wrocławia, Krakowa, Zabrza, Kielc, Gdyni, Rzeszowa, Gliwic (niczym filmowe z „Siedmiu samurajów”) łączy  apartyjność i bardzo dobry wynik wyborczy w listopadowej elekcji. Próżno w tym gronie szukać apartyjnego i także z bardzo dobrym w listopadzie wynikiem gospodarza Białegostoku. To rodzi pytanie o polityczność prezydenta Truskolaskiego. Ale to już temat na inną opowieść.

Sprawiedliwość w Hadze, niesprawiedliwość w Mińsku

Dwa sądy, dwa wyroki, na dwóch krańcach Europy. W Hadze holenderski sąd uznał, że państwo holenderskie jest odpowiedzialne za śmierć trzech muzułmanów w masakrze dokonanej przez siły serbskie po upadku Srebrenicy podczas wojny bośniackiej (1992-95). I  nakazał wypłacenie odszkodowań ich krewnym. To precedensowy wyrok, który może otworzyć drogę do wypłaty odszkodowań za masakrę ludzi, którzy w Srebrenicy znajdowali się pod ochroną holenderskich żołnierzy ONZ.

Tym sam trzeci akt sprawiedliwości dziejowej za hańbę Europy dopełnia się. Pierwszym było postawienie przed międzynarodowym trybunałem haskim Slobodana Miloszevica (zmarł w Hadze), drugim Radovana Karadzicia, przywódcy bośniackich Serbów. Drugim – i Radko Mladicia, wojskowego dowódcy bośniackich Serbów. Obaj są już w Hadze, jednak ile czasu i z jakimi oporami przyszło Europie zmazywać tę część hańby. Ale znacznie trudniej przyszło zmywać Europie i samym Holendrom  inną część tej samej hańby – za dopuszczenie do masakry ludzi, którzy w Srebrenicy znajdowali się pod ochroną holenderskich żołnierzy ONZ. Dzisiejszy wyrok to czyni. Tu sprawiedliwości stało się zadość.

Nie można tego samego powiedzieć o drugim dzisiejszym wyroku, który zapadł w Mińsku. Andrzej Poczubut uniknął kolonii karnej, ale został skazany na trzy lata w zawieszeniu na dwa lata. Odzyskał wolność, ale zapadł nieprawy wyrok. Bo niesprawiedliwe i nielegalne było uwięzienie Andrzej Poczubuta. A skoro tak to niesprawiedliwe i nielegalne było procedowanie nad sprawą Andrzeja Poczobuta. Mało tego, wyrok w jego sprawie dowodzi ostatecznie,  jaką fikcją jest sądownictwo na Białorusi. Jak wymiar sprawiedliwości wydaje wyroki na zamówienie politycznego ośrodka władzy. Albowiem od jakiegoś czasu mówiono, że reżim w Mińsku nie chcąc przeciągać i tak napiętych do granic stosunków z Polską i Europą, nie zdecyduje się na surowy wymiar kary dla Andrzeja Poczobuta. Gdyby było inaczej, to sędzia dziś powinien powiedzieć tak: „Jest pan wolny Panie Poczubut, bez żadnego wyroku, bez żadnej kary. Pana sądzenie było hańbą dla białoruskiego państwa,  jego wymiaru sprawiedliwości i dla mnie osobiście”.

Ciesząc się tego, że Andrzej Poczobut jest woln, z bagażem dzisiejszego wyroku nadal tkwi w kajdanach bezprawia i okowach niesprawiedliwości. Tak jak inni, którzy zostali za kratami.  Chociażby Wasyl Parfienkou, skazany w lutym na cztery lata kolonii karnej. Powód: uczestnictwo antyprezydenckiej manifestacji po reelekcji Aleksandra Łukaszenki w grudniu ubiegłego roku.

I dość przypomnieć, że jeszcze niedawno Europa widziała w Aleksandrze Łukaszence nie tyle uzurpatora, co wręcz nawet pewnego rodzaju wyzwoliciela. I jeśli dziś akolici tamtego relatywizmu przybierają bardziej srogie pozy, to za tym postanowieniem poprawy musi pójść rachunek sumienia i żal za grzechy. Bo to dzisiaj Aleksander Łukaszenka jest nad Europą pochylony w pozie ostatniego sprawiedlwiego. I śmieje jej się w twarz. Utraconą twarz. Bardzo dawno temu.

Bronisław Komorowski jak Aleksander Kwaśniewski w 1998 roku

Prezydent ogłosił, co prawda nieformalnie, termin wyborów, i to jednodniowych, 9 października. Ani to po myśli byłych kolegów partyjnych, którzy chcieli dwudniowego głosowania. Ale też nie po myśli PiS, które proponował w swoim czasie jeden dzień głosowania 30 października, czyli tuż przed masowym wyjazdem Polaków na groby.

Gdy kilka miesięcy temu prezydent prowadził konsultacje na temat wyborów był w podobnej sytuacji, jak Aleksander Kwaśniewski wiosną 1998 roku. Na kilka godzin przed upływem ostatecznego terminu prezydent Kwaśniewski podpisał decyzję umożliwiającą przesunięcie wyborów samorządowych na jesień. Podpisanie ustawy otwierało drogę do równoczesnego wyłaniania rad gmin, powiatów i województw.

Decyzję tę poprzedziły burzliwe negocjacje. Lewica, środowisko w końcu prezydenckie, chciałaby wybory municypalne odbyły się na wiosnę, wtedy, gdy dobiega końca kadencja wybranych w 1994 roku rad. Rządząca koalicja AWS-UW postulowałaby przełożyć głosowanie na jesień. Miała ważny powód: zapowiadane reformy administracyjne kraju. Posłowie Akcji Wyborczej Solidarność przerwali nawet obrady klubu, by w telewizji w sejmowych kuluarach wysłuchać decyzji prezydenta. Relacja z Pałacu była na żywo i słowa Kwaśniewskiego “podpisuję tę ustawę” przyjęto brawami.

Prezydent stwierdził, że decyzję podjął z trudem, bo kosztuje go ona przyjaźń ludzi, których zna i ceni. – Proszono mnie, aby dać szansę. Podpisuję tę ustawę – mówił wtedy prezydent Kwaśniewski.  – Byłem pewny, że argumenty merytoryczne potrafią przekonać każdego, nawet prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, do słusznych racji — oceniał wtedy wicepremier Janusz Tomaszewski (AWS).

Temat historia jako żywo przypomina położenie, w którym znalazł się obecnie prezydent Bronisław Komorowski. – Czy w wystąpieniu telewizyjnym też powie: „Poproszono, mnie by dać szansę”. I mimo że słowa te będą być może kosztować go przyjaźni ludzi, których zna i ceni,   podejmie decyzję wbrew oczekiwaniom przyjaciół, że wybory będą jednodniowe. Oczywiście nie 30 października, jak postuluje PiS, bo ten termin jest wzięty z  „tamtego świata” – pisałem kilka miesięcy temu.

Przeto dzisiejsza decyzja prezydenta jest w jakimś sensie powtórki z Aleksandra Kwaśniewskiego. Co więcej, zdecydowanie się na pierwszy możliwy termin skraca kampanię wyborczą (co nie jest bez znaczenia dla prezydencji polskiej). Czeka nas prawdziwy, jesienny bliezkrieg.
Ale Bronisław Komorowski zaskoczył mnie czymś innym. Datę wyborów i ich czas trwa ogłosił nieformalnie. Na konferencji prasowej w czasie, której omówił m.in. pierwszy rok swojej prezydentury. – Decyzję formalnie podejmę, zgodnie z ustawą i konstytucją, dopiero na początku sierpnia, bo dzisiaj ogłoszenie decyzji oznaczałoby uruchomienie całej procedury związanej z wejściem Polski w okres kampanii – mówił Bronisław Komorowski.

Wbrew nadzieją prezydenta, jego nieformalna decyzja i tak wprowadzi w nas kampanię (bez względu na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie kodeksu wyborczego). Poza tym mógł z nią poczekać do początku sierpnia, bo to dopiero wtedy mija pierwszy rok jego prezydentury. Czas biegnie od chwili złożenia przysięgi. A decyzja, i to jeszcze taka decyzja, podjęta w pierwszą rocznicę jej złożenia miałoby wymiar także symboliczny.

Przez Pawłodar do Białegostoku. Podróż życia także prezydenta

Pięciu kibiców Jagiellonii wybrało się pociągiem na mecz rewanżowy z Irtyszem. Do Pawłodaru będą jechać pięć dni. Oby po drodze na szynach nie było opóźnień, bo sympatycy Jagi mogą nie zdążyć dojechać na stadion przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Ileż jednak w tej podróży, oprócz sportowych pierwiastków, jest też i tych symbolicznych?. Nawet nie wiem, czy kibice sobie z tego zdają sprawę.

W naszej historii  pociąg do Kazachstanu miał jakże inne piętno. Tam sowieci wywozili z Kresów całe polskie rodziny. Męczeńska droga deportowanych zaczynała się już w momencie najścia NKWD na ich domy, gdy dawano im kilkanaście minut na spakowanie się. Potem był trwający kilkadziesiąt dni transport na Syberię, w bydlęcych wagonach przy mrozie sięgającym pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Tak zsyłkę wspomina 38-letniej Polki zesłanej w kwietniu 1940 roku z Białegostoku do Pawłodaru:

„Sytuacja w wagonach była straszna. Na pryczach, pakunkach, walizkach, leżały lub siedziały w kuczki kobiety przez kilka dni nie zdejmując sukien. To też momentalnie pojawiły się wszy. Dzieci ułożone w wygodniejszych miejscach, ale bez dobrego powietrza, ruchu i należytego pożywienia zaczęły gorączkować. Nerwy ludzi, zmęczone zaduchem, brakiem snu, dobrej wody i gotowanego jadła, a nawet dostatecznej ilości wody do mycia, wytwarzały atmosferę nie do zniesienia. Żołnierze NKWD stali się ordynarni, grozili kolbami, ubliżali lub czasem kokietowali prostacko dziewczęta. „Eszelony” wlokły się powoli. Drzwi otwierano tylko przed większymi stacjami, gdzie kilkakrotnie tylko w ciągu 18. koszmarnych dni pozwalano ludziom przejść się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Robiliśmy widocznie koszmarne wrażenie, bo ludzie tamtejsi patrzyli na nas z trwogą, a często z odrazą, jak na zbrodniarzy”.

W czwartek,  gdy kibice Jagiellonii  po trudach pięciodniowej podróży wejdą na stadion Irtysza, nie będą zapewne jedynymi (niektórzy lecą też samolotem)  dopingującymi po polsku. Wszak w poprzedniej dekadzie język polski był nauczany w jednej ze szkół pawłodarskich. Zapewne dla mieszkających tam niewielkiej polskiej Polonii mecz Irtysz-Jagiellonia będzie bardzo ważnym wydarzeniem. Także symbolicznym.

Myślę, że nie powinno tam też zabraknąć władz Białegostoku (choć wiem, że jest to chyba już niemożliwe). Skoro stać było tych pięciu śmiałków pojechać koleją, to tym bardziej powinno stać władze Białegostoku na wyczarterowanie samolotu dla drużyny i kibiców.  Koszty takiej wyprawy nijak się mają do pieniędzy, które w poniedziałek miasto przekaże Jagiellonii na promocję miasta w rozgrywkach ligowych do końca grudnia 2011. W ostateczności o koszty wyprawy kazachskiej można pomniejszyć wyniki przetargu.

Wspominam o tym także z jeszcze jednego powodu. Już chyba nigdy władze Białegostoku nie będą miały takiej okazji, by odwiedzić Białystok na Syberii. Wszak lot z Pawłodaru do Tomska to rzut beretem. Czasie, gdy piłkarze jeden dzień przeznaczyliby na trening, białostocka delegacja mogłaby go wykorzystać na przelot do Tomska. Stamtąd tylko 200 kilometrów jazdy samochodem (tyle co z Warszawy do stolicy Podlasia)  i już jest Białystok na Syberii.

Szkoda, że naszym władzom (a były już w niejednym miejscu na świecie i to bardzo odległym) zabrakło trochę refleksji i refleksu. I pojechać tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Ale tam gdzie prezydent Białegostoku powinien zawitać. Do Białegostoku na Syberii.

A potem przez Pawłodar z Jagiellonią i kibicami wrócić do Białegostoku nad Białą w glorii chwały. Nawet jeśliby nie było do niej powodów sportowych (odpukać). I myślę, że akurat w tym przypadku po wylądowaniu na Okęciu i podróży samochodowej do domu nikt  nie wypomniałby władzom naszego miasta kosztów tak dalekiej podróży.

Kliczko-Haye

Walka stulecia – tak określa się pojedynek Kliczko-Haye. A przecież w historii były pojedynki, które termin ten wyniosły na wyżyny światowego boksu. Choćby Ali-Foreman w Kinszasie czy dwa słynne pojedynki Joe Lewisa i Maxa Schmellinga. A przecież były jeszcze inne słynne pojedynki. Ich niesamowity klimat i atmosferę w swojej książce Słynne pojedynki oddał niemalże w radiowej tonacji Aleksander Reksza, dziennikarz z przedwojennym stażem. Wśród ich pojedynek Jamesa Braddocka z Joe Lewisem.

Walkę tę wspominam nie bez powodów. Ze względu na życiorysy obu sportowców. Po zakończeniu kariery oraz w jej trakcie. Szczególnie w tym drugim przypadku historię Braddocka powinien poznać nie tylko każdy początkujący pięściarz marzący o walce stulecia. Nie trzeba szukać w bibliotekach biografii Braddocka, wystarczy obejrzeć film z Russelem Crowem w roli głównej „Cinderella Man”. Ktoś powie, ze to w zamierzchłych czasach. Tak naprawdę, mimo innych cyfr w oznaczeniu wieku i roku, zasady walki zostały te same.

Zielona Stolica Europy. Może kiedyś.

Z prezydencją jest jak z królowa brytyjską, mniej znaczy niż się wszystkim wydaje – mówi w dzisiejszym Obserwatorze w rozmowie z Tomaszem Mikuliczem dr. hab. Maciej Perkowski. I trochę sprawadza na ziemię nadzieje związane z polską prezydencją. A ponieważ jest także jednym z czołowych polityków PO w naszym regionie, tym bardziej warto zajrzeć do tego wywiadu. Zapraszam do lektury Obserwatora.

U progu naszej prezydencji zaintrygowało mnie coś innego. Komisja Europejska rozpoczęła starania o wyłonienie miasta, które 2014 roku zostanie Zieloną Stolicą Europy. O nagrodę „Zielonej Stolicy Europy” mogą ubiegać się miasta, których mieszkańcy przodują w najbardziej przyjaznym dla środowiska stylu życia – stanowiąc wzór do naśladowania dla wszystkich miast. Celem corocznego przyznawania tego tytułu jest wspieranie miast europejskich, by stały się bardziej atrakcyjnymi i zdrowymi miejscami, gdzie żyje się zdrowo, przyjemnie i zgodnie z naturą. Od 2010 r. do 2013 r. zaszczyt ten przypadł w udziale kolejno: Sztokholmowi, Hamburgowi, hiszpańskiemu miastu Vitoria-Gasteiz i francuskiemu Nantes.

I tak sobie pomyślałem, że skoro tytuł otrzymały wspomnienie powyżej miasta, to, czemu nie Białystok?. W końcu chyba nie nadaremnie ukuto powiedzenie o nas stolica regionu Zielonych Płuc Polski.  Ponadto nie wyszło nam z Europejską Stolicą Kultury, to może wyjdzie z Zieloną Stolicą Europy. Zresztą kilka miesięcy temu, był już pomysł, by starać się o ten tytuł w 2012 lub w 2013.

Przeto zacząłem szukać argumentów bardziej przyziemnych, które uprawdopodobniałyby nasze szanse? I tak: nie mamy lotniska, autostrad też. Wokół nas Natura 2000, Puszcza Knyszyńska, spalarni jeszcze nie ma. I jeszcze w dodatku posiada piękne parki i ogrody, i to na wyciągnięcie ręki, bo niemal w samym centrum. Akcję Czysty Białystok (choć ze skutkami różnie bywa) i naturalny ugór zarastający wart ze 30 milionów albo lepiej.

Ale nadal nie mamy jednak kultury zachowań, instytucjonalnych i takich zwyczajnych, ludzkich zgodnych z naturą. A to przez ich pryzmat można postrzegać Białystok, jako zielone miasto na miarę Europy.

Instytucjonalnych, bo zimą zapytani strażnicy miejscy przez jednego z białostoczan, dlaczego nie dokarmiają ptaków przy siarczystych mrozach (a inne miasto to robią), odpowiedzieli: że gdyby mieli takie polecenie, to z chęcią by je wykonali.

Czysto ludzkich, bo operatorowi koparki nie przyszłoby do głowy nigdy wybrać ziemię, z miejsca gdzie gniazda mają jaskółki i brzegówki, ptaki pod ochroną. A tak było w czwartek w pobliżu ulicy Kuronia. Z kilkunastu gniazd, gdzie były złożone jaja, ocalało jedno.

Patrząc na zimowy i letni los ptaków, Białystok za Zieloną Stolicą Europy może tylko zatęsknić. Może kiedyś.

Oby z wiaduktem nie było tak samo, jak ze stadionem

O staniu w korkach na białostockich ulicach poświęciłem niejeden wpis na blogu. Wszystkie mają dwa wspólne wątki. Obiektywny rzec można i  drugi subiektywny. Ten pierwszy sprowadza się do tego, że ile by magistrat za ciężkie miliony dróg nie pobudował w mieście, to nie będzie miało to żadnego znaczenia, jeśli nie powstanie druga przeprawa przez tory. Futurystyczna wizja wiaduktu na dworcem PKP lub pod nim, jest tak samo realna, jak to że w rewanżu za zawalenie przez Chińczyków budowy A-2 ocieplimy im mur chiński. Zostaje więc przebicie przez Sitarską. Dla magistratu zanosi się na drogę przez mękę, znacznie większa niż przy przedłużaniu Piastowskiej. I dlatego, choć nie tylko, co kwartał władze miasta publicznie powinny oznajmiać, jaki jest stan przebicia z Białostoczku na Antoniuk.

I druga, subiektywna strona, białostockich remontów. Są dwie szkoły drogowych inwestycji w mieście. Jedna nakazuje prowadzić je stopniowo, rozłożyć na kilka lat, by były jak najmniej uciążliwe dla mieszkańców. Druga każe je robić od razu, jeśli się da to jak najwięcej. W myśl tej zasady lepiej raz się przemęczyć, by później mieć święty spokój. I zdaje się, że nasze władze tej drugiej szkole hołdują. Ale w formie skrajnej i ortodoksyjnej. W ostatnich latach byliśmy świadkami tego wielokrotnie. Być może lepiej było najpierw zmodernizować Legionową, a dopiero później robić deptak z Rynku Kościuszki? Jaki sens było rozpocząć remont ulicy Sienkiewicza cztery dni przed wielkim, także pod względem logistycznym, wydarzeniem, jakim były uroczystości beatyfikacyjne ks. Sopocki.

To są przykłady z poprzednich lat. Pamiętając o nich, nie dziwi to, co sod poniedziałku dzieje na wiadukcie Dąbrowskiego. Zresztą, czy może dziwić, skoro w innej części miasta rozkopano na wakacje jedyny dojazd na plażę. Na plaże do korzystania, z której tak bardzo władze miasta zachęcają. Można by rzec, że po raz kolejny ktoś coś nie zgrał, nie zsynchronizował. Ale to tłumaczenie byłoby zbyt proste. Tu, jak w pryzmacie odbija się skutek uboczny dylematu administrowania czy reprezentowania miasta.

A wracając do wiaduktu na Dąbrowskiego. Białostoczanie zastanawiają się, ile razy ten wiadukt będą jeszcze remontować. Bo mają nieodparte wrażenie, ze remontowany jest on nieustająco. T o z kolei rodzi teorie spiskowe, typu: coś pewnie spartolili i muszą teraz poprawiać. I dlatego, aby z jednej strony uciąć takie spekulacje, a z drugiej by nie wyszło tak jak ze stadionem, władze miasta powinny publicznie oznajmić (najlepiej byłoby na sesji, ale radni rozjechali się na wakacje), co z tym wiaduktem. Bo perspektywa, że po wakacjach białostoczanie będą stali w takim samym korku, tyle, że z drugiej strony, jest mało zachęcająca..

PS. Na pocieszenie dziś zapowiadają się jeszcze większe korki. Po południu zamknięta będzie nowa Mazowiecka. Kierowcom zostaje 11 Listopada, Kalinowskiego-Wyszyńskiego, Młynowa. A jeszcze przecież trzeba zrobić wolny i bezpieczny przejazd dla kolumny prezydenckiej. Na dodatek wieczorem kibice na mecz się wybierają. Oj, zapowiada się sądny czwartek na białostockich ulicach.

Gdzie Rzym, a gdzie Białystok

Święta regionalne. W niektórych miastach Europy w tym dniu jest wolne od pracy. Tak jak dziś w  Rzymie. Fiesta w św. Piotra i Pawła. Za takim świętowaniem stoi tradycja . Tak jak w Lizbonie podczas czerwcowej Festas dos Santos Populares poświęconej trzem wielkim świętym: Antoniemu (12-13.06), Janowi (23-24.06), Piotrowi (28-29.06). A siła tradycji, wbrew temu, co niekiedy usiłuje się w mówić, to swoisty atut. Nieraz ta tradycja rodzi się w bólach, nieraz jednoznacznie nie da się określić dokładny, co do dnia, jej początek.

Może i u nas warto zapoczątkować nową świecką tradycję i ustanowić takie święto. Oczywiście za chwilę znajdą się adwersarze, którzy powiedzą, że nie stać nas na taka labę. Problem w tym, że na wiele rzeczy nas nie stać, mimo to je robimy. Także w Polsce. Chociażby EURO 2012, co otwarcie przyznał premier Tusk podczas słynnego lunchu z artystami.

Jaka data wiec na to nasze białostockie świętowanie? Fiesta na Jana, na cześć imienin hetmana czy może 19 lutego, na chwałę powrotu Białegostoku do macierzy? A może da się tak zrobić, że i jednego, i drugiego dnia będzie trochę bardziej świątecznie? Nawet jeśli nie będzie wolnego.

Sezon ogórkowy, czyli saturator na Rynku Kościuszki

Radna Katarzyna Siemieniuk wpadła na pomysł, by po Białymstoku woził turystów stary jelcz. Skoro inne miasta maja swoje tramwaje czy pojazdy konne, to dlaczego nie spróbować z podobną atrakcją w Białymstoku?. Tym bardziej, że jedna ze spółek komunikacyjnych ma na swoim stanie popularnego przed laty ogórka.

Prezydent Tadeusz Truskolaski w białostockim dodatku Gazety Wyborczej jest zachwycony pomysłem i wieszczy, że jeszcze w tym sezonie ogórek wyjedzie na białostockie ulice. Z kolei jego rzeczniczka Urszula Sienkiewicza także zachwycona tym pomysłem, w Radio Białystok i w Kurierze Porannym jasno daje do zrozumienia, że w tym roku autobus nie wyjedzie na trasę. Bo w tegorocznym budżecie nie ma na to pieniędzy. Skąd zatem ten dysonans między prezydentem i jego rzeczniczką?   

W uzasadnieniu swojego pomysłu radna Siemieniuk pisze, że „Mimo skoku technologicznego, niejednemu przychodzi ochota pojeździć jelczem. To część naszej historii i kultury technologicznej

 Zatem zgodnie z tą logiką na Rynku Kościuszki i nie tylko powinny się pojawić saturatory. Zmęczeni jazdą ogórkiem i spragnieni turyści mieliby od razu możliwość skorzystania ze szklaneczki z czystą lub sokiem. Zwłaszcza w upalne dni. W końcu w poprzedniej epoce technologicznej, do którego dziedzictwa odwołuje się w swoim pomyśle ogórkowym radna, przy tym urządzeniu gasiło pragnienia wielu (ustawiały się przed nim kolejki, bo wiadomo napojów chłodzących było jak na lekarstwo). Zwłaszcza ci, którzy wysiadali z ugotowanych do ukropu ogórków, czyli czerwonych autobusów. Wówczas dla spragnionych jedynym ratunkiem był saturator, przy którym człowiek w białym kitlu serwował szklankę czystej wody lub czystej z sokiem. Później opryskiwał szkło niby dezynfekując, i następny spragniony obywatel mógł łyknąć owego balsamu dla rozgrzanego ciała.

Ciekawe, jak by dziś białostoczanie i turyści, gdyby taki saturator pojawił się dziś (może jest jeszcze w jakiejś piwnicy) na Rynku Kościuszki i innych spektakularnych miejscach? Pewnie na taki eksperyment litości nie miałby sanepid, a przede wszystkim Komisja Europejska. W końcu tak wiele mówią o przestrzeganiu higieny w czasach E. coli? Z drugiej strony wtedy wielu piło i wielu nic się nie stało. Wszak w saturatorach można było zdezynfekować szklankę pod mini prysznicem?

Zresztą są miejsca w kraju, gdzie taką czystą z sokiem sprzedają za dwa złote. I to z naturalnego, źródlanego, saturatora. Pomimo że to woda najczystsza z czystych i najzdrowsza ze zdrowych, to jednak nie umywa się do tej sprzedawanej niegdyś przez ludzi od saturatora.

Zatem wystarczy w Białymstoku szybki przetarg na miejsce (góra 4 metry kwadratowe), na których stanie saturator (podobny przetarg, jak ten na podstawie, którego handluje się w parkach). Z uzyskanych pieniędzy za dzierżawę powierzchni uruchomi się linię dla starego jelcza i nie trzeba będzie nowelizować tegorocznego budżetu.

W końcu mamy sezon ogórkowy.

Maciej Zembaty

Maciej Zembaty, legenda piosenki piosenki prawdziwej, sceny satyrycznej, a przede wszystkim tłumacz pieśni Leonarda Cohena. Bez tych polskich wersji twórczość kanadyjskiego barda, podobnie jak bez tłumaczeń Maryli Miklaszewskiej twórczość Karela Kryla, w Polsce byłaby niepoznana. Maciej Zembaty w duecie z Johnem Porterem stworzyli jedną z legend sceny, która w dawnym systemie była poza głównym obiegiem.

– I chociaż wszystko poszło źle, przed Panem pieśni stawię się, na ustach mając Alleluja – to cytat z piosenki Cohena Alleluja (młodszym utwór ten kojarzy się z jedną części Shreka). Ale właśnie Alleluja w wykonaniu Macieja Zembatego było tym najlepszym Alleluja jakie kiedykolwiek słyszałem. Gdy kilka lat temu napisałem o tym na blogu w Wielkanoc, parę miesięcy później pojawił się pod moim tekstem komentarz: Pozdrowienia od Zembatego? Czy to był wpis od Pana Macieja? Nie mam powodów wątpić, że nie. A jeśli tak, to dziękuję. Nie tylko za niego.

I chociaż wszystko poszło źle,

przed Panem pieśni stawię się,

na ustach mając Alleluja

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=PR4gAFCGH6Y&feature=player_embedded[/youtube]

Don’t cry Argentino

Ferreyra, Cesarini, Peucelle, Minella, Vaghi, Soriano, Labruna, Moreno, Padernera, Munoz, Loustosu, Rossi, Carrizzo, Sivori, Angellino, Matosas, Cubilla i setki innych, którzy w 90 procentach patrząc z tamtego świata nie mogą uwierzyć, że ich ukochany River Plate spadł do ii ligi argentyńskiej. Po raz pierwszy w historii. Najsłynniejszy klub w historii Argentyny. Millionarios. To tak jakby Real Madryt spadł z Primera Division.

Polskie agencje pisząc o spadku River Plate, koncentrują się na ekscesach wywołanych przez kibiców klubu. Tymczasem los drużyny z poprzecznym czerwonym pasem na koszulkach jest najlepszym dowodem na tezę, którą postawiłem kilka lat temu, że pieniądz stworzył piłkę, pieniądz zniszczy piłkę. A także dowodem na upadek argentyńskiej piłki. Od zawsze wypuszczała w świat więcej gracz niż rośnie w lesie po deszczu grzybów. Z każde takiej generacji oriundi można by utworzyć ligę w kilkunastu krajach. A i ci, którzy zostawali w kraju, byli graczami wybitnymi. Nawet River Plate w dekadzie lat 60, w której ani razu nie sięgnęło po mistrzostwo kraju, miało takich tuzów jak Onego, Mas, Cubilla. I grali oni jak z nut. Dziś jest inaczej. Taki Messi mógłby swoim poprzednikom buty nosić, nie wspominając o tych futbolistach, którzy kilka tygodni temu przegrali z Polską.

Za klika dni w Argentynie rozpoczyna się Copa America. Gospodarze nie zdobyli tego trofeum od 18 lat. Spadek River  Plate do drugiej ligi zły to dla nich omen. Nawet jeśli z krajowych graczy w kadrze Argentyńczyków jest tylko jeden zawodnik: bramkarz Carrizzo z … River Plate.

Najsmutniejsze w tej historii jest to, że ta klęska w River Plate stała się udziałem dwóch iście żywych legend klubu: Daniela Passarelli i Juana Jose Lopeza. Pierwszy jest prezesem klubu, drugi trenerem drużyny. Szkoda.

Tyle kwiatów zabrała nam śmierć. Na drogach.

Wyścig na niej właściwie trwa cały rok, tylko latem nabiera tempa. To dziwne, bo o tej porze roku warunki pogodowe są najlepsze. Dzień długi, zjawiska ekstremalne tylko od czasu do czasu. A jednak …

Podczas pierwszego wakacyjnego weekendu zginęło na polskich drogach 70 osób. Jak wynika z policyjnych statystyk najczęstszymi przyczynami zdarzeń drogowych jest nadmierna prędkość, niedozwolone wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa i alkohol.

Zdjęcia zmiażdżonych samochodów dominują w gazetach, telewizji i Internecie. Powinny przemawiać do wyobraźni. A jednak…

Pierwszy tegoroczny wakacyjny weekend kończył Narodowy Eksperymet Bezpieczeństwa. Jego ukoronowaniem miałbyć właśnie Weekend bez ofiar. A jednak…

Może gdyby pomysłodawcy akcji przesunęli ją bliżej święta patrona kierowców, to bilans weekendu naprawdę byłby inny. A jednak…I i święty Krzysztof nie pomoże, gdy gangsterstwo na drodze.

I tak można pisać co roku. Strach wyjechać na drogi, brakuje sposobów by oszukać na nich przeznaczenie. Już nie tylko na krajowej ósemce czy innych ważniejszych drogach, ale i tych pobocznych.

I będzie tak dopóty politycy na serio nie wezmą się, ża gangsterskie zbójowanie. Tu pobłażliwości nie może być. Pijani kierowcy powodujący wypadek śmiertelny powinni być tak samo karani jak zwyrodnialcy zabijający dla przyjemności. Tu nastał czas na prawo talionu, nawet jeśli poruszona Europa podniesie swój zadek na znak sprzeciwu.

A jednak politycy za te i inne działania się nie wezmą. Nie tylko ze względu na poprawność europejską, ale dlatego, że w przyszłości oni sami mogą być w podobnej sytuacji. Co po niektórych chronić będzie immunitet, ale co potem jak przygoda z władzą się skończy. Skoro tak, jeśli tak bardzo groby kochacie, to leżcie w nich sami.

Zdarzyło się 35 lat temu

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=DwLPy1Y5GNk[/youtube]

Ta noc niepodobna do innych

Noc z 23 na 24 czerwca to jeden z symboli europejskich. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości – obchodzone dawniej na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, bałtyjskie, germańskie i celtyckie. Także przez część narodów wywodzących się z ludów ugrofinskich np. Finów (w Finlandii noc świętojańska jest jednym z najważniejszych świąt w kalendarzu) i Estończyków. Noc świętojańska – Līgo na Łotwie jest świętem państwowym, a po odzyskaniu niepodległości 23 i 24 czerwca stały się dniami wolnymi od pracy. Również w Republice Litewskiej dzień 24 czerwca jest od 2005 roku wolny od pracy.

Bo też ten dzień był, za nim człowiek nie wymyślił kalendarza i sylwestra, swoistym Nowym Rokiem. Kończył sie stary, zaczynał kolejny. Wszak dni od tego momentu sa coraz krótsze. I za chwilę znowu zapadniemy w jesienno-zimowe ciemności. Nie ma na to rady.  Coś znowu uleciało nam z życia.

Biała sukienka

 To film o typowym polskim miasteczku, w którym trwają przygotowania do Bożego Ciała. A na ich tle, wiele większych i mniejszych tragedii: spalona sukienka dziewczynki, która miała sypać kwiatki, brak sprawnego mikrofonu w parafii i trochę wstawiony kościelny. Ale zamiarem reżysera było, moim zdaniem, nie ukazanie, że każde przygotowania w polskim Kościele kończą się tak, a nie inaczej, ale obrazu ludzi, którzy w tej sytuacji starają się pomóc i tych, którzy ciesząc się z cudzego nieszczęścia, „wietrzą” coś dla siebie.

Ten fragment recenzji internauty przypomniałem nie bez powodu. Tradycyjna procesja mimo swej uniwersalności, jest w każdym mieście czy parafii, inna. Ma swoją własną specyfikę, klimat,  jak choćby w Łowiczu.

Tak jest i w Białymstoku. Przemarsz od kościoła do kościoła główną (do niedawna) ulicą miasta jest w gruncie rzeczy wyjątkowy. I wpisuje się w katalog, który określiłem terminem “Święta białostockie”. Wydarzenia, rocznice, które nas wyróżniają. Lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.

Po roku nie tylko Grecy nadal udają Greków

Nie zdziwiłbym się gdyby Grecy po rozróbach za chwilę się bawili. W myśl zasady wino, kobiety i śpiew. W końcu potomstwo Dionizosa i Zorby zobowiązuje.

Greka nadal udaje też Unia. Bo zamiast pompować miliardy euro na Półwysep Peloponeski powinna każdemu Europejczykowi zafundować wakacje na wyspach grecki. Dla turystów z pożytkiem, i dla samych Greków. Potomkowie mitycznych Bogów próżności mieliby szansę nie zmarnować ciężko zarobionych pieniędzy na obsłudze turystów. Z tymi pożyczonymi już tak różowo nie musi być.

Unia udaje Greka też z innego powodu. Robi dobrą minę do złej, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że eksperyment pod nazwą integracja europejska nie tylko był złudzeniem politycznym, ale co gorsza, ekonomicznym.

No i Greka udaje polski rząd. Chciałbym wiedzieć, jaki ma w zanadrzu arsenał obronny polskiej złotówki. Bo takie mierne i bierne poddanie się przekonaniu „że i tak nie da się nic zrobić” jest marnym alibi.

Kiks UEFA, czyli jedyny taki czwartek w Białymstoku

500 tys. złotych, które piłkarze Jagiellonii mają otrzymać od miasta za sukcesy w zakończonym niedawno sezonie, może pójść na zrzutkę na wyprawę do Kazachstanu. Tyle może kosztować podróż na rewanż z Irtyszem Pawłodar. Jak zauważył redaktor Jerzy Kułakowski z Radia Białystok kibice, którym zamarzyłoby się zobaczyć, jak żółto-czerwoni awansują do kolejnej rundy Ligi Europejskiej, musieliby podróżować samochodem sześć dni.  A podróż zacząć zanim w Białymstoku zostanie rozegrany pierwszy mecz.

Zapewne  na UEFA taka perspektywa nie robi wrażenia. Bo gdyby robiła, to powinna piłkarska centrala zaliczyć powtórkę z geografii. Ale prędzej można przypuszczać, że przyjmą do rozgrywek ekipę Kratera Księżyc i każą Europejczykom rozegrać mecz na Srebrnym Globie. Tylko jak, skoro ostatni raz człowiek po satelicie stąpał prawie czterdzieści lat temu, a na dodatek Amerykanie ostatnio oddali do muzeum promy kosmiczne.

Niemniej 30 czerwca szykuje się w Białymstoku nie lada czwartek. Tego dnia prezydent RP ma wręczać sztandar żołnierzom na Rynku Kościuszki. Nowo wybudowanemu odcinkowi ul. Mazowieckiej zostanie nadane imię Ryszarda Kaczorowskiego, a wieczorem Jagiellonia rozegra mecz z Irtyszem (jeśli Kazachowie przyjadą do Białegostoku). Które z tych wydarzeń jest najważniejsze?

Rozwalili nasyp kolejowy

Niemal od zawsze oddzielał osiedle Piasta od Pieczurek. Stąd przeprawa z południa na północ Białegostoku i tak musiała biec traktem Sienkiewicza-Wasilkowska. Wyrwa w nasypie i kręcące się tam buldożery to znak, że przedłużenie Piastowskiej coraz bardziej jest widoczne dla przeciętnego białostoczanina. Mimo zawiłości prawnych, które spotkały tę inwestycję. A wydawało się, że akurat w tym przypadku nic takiego się nie przydarzy.

Po zbudowaniu od podstaw tunelu Nila, Białystok miał do zrealizowania trzy strategiczne   inwestycje drogowe. Ich powstanie zniwelowałoby wąskie gardła na mapie drogowej miasta i sprawiło, że ruch stałby się bardziej płynny.
Pierwsza z nich: przebicie się z Nowego Miasta na Piasta. I to się udało. Początkowym etapem było zbudowanie nitki łączącej Mickiewicza z Piastowską, czyli dzisiejszej ulicy Miłosza (powstała przy okazji budowy Galerii Białej). Następnie udało się ją połączyć ze Zwierzyniecką, dzięki oddanemu w 2009 roku ostatniemu odcinkowi Trasy Kopernikowskiej.

Kolejną kluczową inwestycją jest właśnie przedłużenie Piastowskiej na Wygodę, Pieczurki, Bagnówkę. Jak bardzo brakuje tego traktu, pokazała awaria gazu w grudniu 2007 roku na skrzyżowaniu Wasilkowskiej z 27 Lipca. Miasto komunikacyjnie zostało sparaliżowane..

I ostatnia droga życia: z centrum przez Białostoczek na Antoniuk (i dalej do obwodówki). Jej powstanie byłoby dywersyfikacją dotychczasowej przeprawy przez wiadukt na Dąbrowskiego. Pierwszy etap, przebicie od Lipowej do Piłsudskiego, zrealizowano po wielkich bólach kilka lat temu. Po równie wielkich bólach wymęczono kolejny odcinek:  Częstochowskiej do Poleskiej.

Następnym etapem ma być łącznik od Sitarskiej przez działki do Świętokrzyskiej. Czy i kiedy powstanie zależy…. No właśnie. Pierwszą batalię mieszkańcy sprzeciwiający się wariantowi proponowanemu przez miasto przegrali. Magistrat rozpisał  przetarg na przygotowanie dokumentacji. Ale po niespodziewanych zawirowaniach prawnych na przedłużeniu Piastowskiej można się spodziewać, że i na Sitarskiej miastu nie pójdzie tak łatwo

Przy budowie przedłużenia Piastowskiej mieszkańcy nie kwestionowali sensu budowy drogi, a wariantu jej przebiegu, który miasto wybrało w rejonie ul. Skrzatów i Rycerskiej. I tak po cichu zaskarżyli sprawę do sądu. Wojewódzki Sad Administracyjny przyznał im po części rację i uchylił decyzje RDOS. Wojewoda podlaski uznał, że wyrok ten nie jest dla niego imperatywny w nadzorowanej przez niego materii i nie wstrzymał inwestycji. I dlatego m.in. buldożery mogły rozwalić nasyp kolejowy.

Mieszkańcy zapowiedzieli, że to jeszcze nie koniec ich walki. Byłem ostatnio w okolicach spornego przebiegu ulicy i  faktycznie droga będzie biegła tuż za parapetem. To, jak ta sprawa w ostateczności się zakończy, ma fundamentalne znaczenie dla przebicia z centrum na Antoniuk. Tutaj sprawa też się rozbija  warianty. A mieszkańcy już wcześniej pokazali, że są jeszcze bardziej zdeterminowani niż ci ze Skrzatów.

Te dwie drogi miastu są potrzebne jak płucom powietrze.

Jubileuszowy Jarmark na Jana. Już za rok

Były grabie, styliska, sita, misy drewniane, kosy, koguciki na drucikach, blaszane zegraki, wata cukrowa . Kwas chlebowy lany z beczki, tradycyjne jadło z regionu i Litwy. I tłum białostoczan, którzy jak co roku, raz do roku, próbują posmakować tradycji. I jak to na jarmarku bywa targowano się przednio. Można rzec białostockim targiem.

Za rok jubileuszowy Jarmark na Jana. Wypada dokładnie w niedzielę 24 czerwca. Jubileusz zobowiązuje. Także naszą władzę, która może pojawi się na jarmarku. Bo gdziesz będzie miała lepszą okazaję do rozmowy z mieszkańcami, jak nie na targu? Zwłaszcza, że za rok żadnych wyborów nie będzie.

Ziemia jak gwiazda w konstelacji Smoka

W konstelacji Smoka, oddalonej od Ziemi o trudno wyobrażalną nadprzestrzeń (3,8 mld lat świetlnych), czarna dziura pożarła gwiazdę. Jeden z naukowców zapytany przez dziennikarza brytyjskiego czy do tego rodzaju zjawiska mogłoby dojść w naszym sąsiedztwie w Drodze Mlecznej. – To nie jest coś czymś należy się zbytnio martwić – powiedział

Ale nie trzeba sięgać do gwiazd, nie trzeba mieć superteleskopu czy megasondy, by dojrzeć, że czarna dziura zasyca Ziemię. Jak nie świńska grypa, to zmutowana bakteria E.Coli, jak nie trzęsienia ziemi, to inne egipskie plagi, jak wolniejszy wzrost gospodarczy w USA, zaogniony kryzys finansów publicznych w Europie, rosnąca inflacja, mrożenie Franciszka S. zamiast usynowienie. I tak dalej.

Jakkolwiek można doszukiwać się różnych i niezwiązanych ze sobą przyczyn wymienionych powyżej skutków, to nie da się ukryć, że zbiegły się w czasie z uruchomieniem przez naukowców zderzacza Hadronów. Co prawda na początku zakonczyło się falstartem, ale kto wie, czy gdzieś tam jego skutkiem ubocznym nie jest taka właśnie czarna dziura, która pożera coraz więcej.

Tego grzebiąc w śmieciach nie znajdziesz

2017 rok. Wybudowana po wielu bataliach i za 600 milionów zł białostocka spalarnia pracuje. Ale nie pełną parą. Nie ma co palić. Trafia do niej z miasta jedynie połowa tego, co powinno. Resztą śmieci jest wywożona, gdzie się da.

Choćby z tej futurologicznej perspektywy dzisiejsze  dociekanie, dlaczego do Hryniewicz trafia nie tyle odpadów, co powinno, jest zasadne. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pieniadze  białostoczan. I nie tyle w sensie publicznych, co osobistych.

Przy każdej kolejnej podwyżce opłat za wywóz śmieci  (bez względu czy ktoś mieszka w spółdzielniach, wspólnotach czy domkach jednorodzinnych i bez względu na to czy produkuje je od metra kwadratowego czy osoby zameldowanej) słyszeliśmy taką argumentację:  składowisko w Hryniewiczach podniosło cenę za tonę składowanych odpadów. Jednym słowem opłata za wywóz śmieci jest uzależniona od opłat ustalonych za składowanie w Hryniewiczach. Skoro jednak trafia tam tylko połowa śmieci, to białostoczanie proporcjonalnie mniej powinni płacić za odpady.

Jeśli tego zaczną się domagać od wspólnot, spółdzielni, zarządców i administratorów, a ci od firm odbierających śmieci, to bez wątpienia wysypisko w Hryniewiczach zapełni się jeszcze bardziej. A i wtedy wizja wybudowanej za 600 mln zł spalarni nie mającej co palić nie będzie znowu taka futurystyczna.

Na razie bez widoków na szpital przemienienia

Umieralnia – tak w czasach, gdy sprowadziłem się do Białegostoku określano szpital miejski.  A najgorsze, co mogło spotkać człowieka, to rozchorować się wtedy, gdy szpital przy Sienkiewicza pełnił dyżur. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Budynek został zmodernizowany, dobudowano nowe skrzydło szpital wyspecjalizował się w kardiologii. Mijam go każdego dnia. Termin umieralnia gdzieś pozostał z tyłu głowy, choć już nie w odniesieniu bezpośrednio do tego szpitala, a tego wszystkiego, co dzieje się w po(d)l(a)skiej służbie zdrowia.  

W Białymstoku mamy swoistą stratyfikację szpitalną. Zawsze na samej górze był Gigant. Nic dziwnego, skoro to kliniczne zaplecze dawniej akademii, a dzisiaj uniwersytetu. Zaraz zanim szpital MSWiA, potem Śniadecja, zakaźny, wspomniany miejski, może przed nim lub tuż za nim Choroszcz. I w zasadzie tyle. Tylko tyle czy aż tyle?

Większość mieszkańców Białegostoku osobiście bądź przez prymat swoich bliskich zetknęło się z wymienionymi szpitalami. Ja także. Historię tych bliskich spotkań, niekiedy prawie trzeciego stopnia, zostawię dla siebie. I mam uzasadnione podejrzenia, że to nie koniec tych bliskich spotkań trzeciego stopnia. A na jednej z izb przyjęć jakbym ujrzał kostuchę. Bo zanim powiedziałem, co mi dolega, to musiałem najpierw pisemnie oświadczyć, kogo upoważniam do wglądu do dokumentacji medycznej na wypadek śmierci. Człowiek idzie po ratunek, a tu proszę, już na wstępie był jedną nogą na tamtym świecie. To jeden z kolejnych licznych paradoksów nie tylko białostockiej służby zdrowia. O czekaniu 7- miesięcznym na wizytę w poradni specjalistycznej nie wspominając. Z akcentem na doczekanie.

Ten krótki, utajniony opis z mojej karty chorób, przytoczyłem nie bez kozery. Z całą świadomością, że pewnie jeszcze nieraz odwiedzę szpitale. Pod warunkiem, że będą też istnieć. Bo doświadczenie nie tylko białostockiej Śniadecji pokazują, że nadzieja, co prawda ostatnie, ale jednak umiera.

Nieszczęsny przez lata algorytm podziału pieniędzy z NFZ, absurdalny rozrost biurokracji i procedur i setek innych przyczyn, które w obiektywny sposób są w stanie wytłumaczyć niewydolność  służby zdrowia. Ale z drugiej strony mamy atut, którego nam mogą zazdrościć inne regiony kraju na wschód od Wisły. Akademicki ośrodek medyczny. 

Nie ma tu żadnego znaczenia, że w połowie (USK i MSWIA) jest finansowany przez państwo. Od zarządzających podlaską, publiczną służbą zdrowia mamy prawo oczekiwać wypracowania takiego systemu i mechanizmów, takiej kooperacji miedzy różnymi podmiotami, która w oparciu o ten ośrodek akademicki (druga jego połowa to szpital wojewódzki, miejski, zakaźny, Choroszcz i wszystkie inne publiczne placówki) nie tylko zapewniłaby i zagwarantowałaby bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańcom Białegostoku i regionu, ale także na marce tego ośrodka przyciągałaby pacjentów z innych części kraju.

Nie jest to futurologia, ale konieczność. Notoryczne zwalanie winy na NFZ za brak pieniędzy nie jest żadnym alibi. Bo fundusz ze swej natury jest ontologicznie skąpy. Być może trzeba stworzyć własny system ubezpieczeń regionalnych, może sięgnąć po pieniądze unijne, może zagrać w totolotka, bądź….  

I to jest ta subiektywna strona podlaskiej służby zdrowia: zarządzanie i nadzór. Nigdy nie mieliśmy do tego szczęścia.  Tym bardziej, że był to swoisty łup polityczny. Jak nie szlachcic, to mechanik , albo radny zawodowiec. Jakie są tego konsekwencje, pisałem w tekście ”Śmierć idzie za nami krok w krok. A na Podlasiu przyspiesza”.

Rzecz dotyczyła suwalskiego szpitala, ale to było małe piwo w porównaniu z tym, co dzieje się w teraz w białostockim szpitalu wojewódzkim. Tyle, że tego piwa nie ma, kto wypić. I jeśli remedium na „abstynencję”  ma być redukcja personelu i zamykanie oddziałów, to marny to esperal.

Bo przecież już to kiedyś przerabialiśmy. Poprzedni dyrektor Śniadecji zapowiadał, że po odchudzeniu szpitala, co prawda będzie miał mniej łóżek, ale będzie przyjmował więcej pacjentów. 

– Chyba jak się ich wyposaży w niezbędnik: materac, suchy prowiant o przedłużonym terminie ważności i saperkę (zawsze można nią sobie grób wykopać). I tyle zostanie ze szpitalu przemienia, który – jak nie tak dawno jeszcze obwieszczano nam – za kilka lat miał być na Skłodowskiej po opuszczeniu budynków przy Warszawskiej.  

Powyższy fragment napisałem prawie półtora roku temu, dziś go przytaczam bez satysfakcji. Ale też w wypowiedziach już nowego dyrektora pobrzmiewa ten sam ton, co jego poprzednika. A uwagi, że rozbudowywanie części administracyjnej to chyba nie jest kierunek działań, który powinien być w szpitalach obserwowany, nie powinniśmy brać za dobrą monetę. Bo do zwolnienia na 215 osób jest 66 pracowników administracyjnych.

Ponadto nowy dyrektor będzie chciał wznowić działalność poradni kardiologicznej, do zamknięcia której doprowadził jej poprzednik. Skoro tak, to gdzie był, gdy jego poprzednik zamykał kardiologię.

Powtórzę jeszcze raz: pora w końcu dostrzec w akademickości ośrodka medycznego kurę mogącą znosić złote jajka, ale też zapewniającą  bezpieczeństwo i łatwą dostępność do świadczeń zdrowotnych dla Podlasian. I tym samym przestać go traktować jak zło konieczne.

I dlatego na razie póki co bez widoków na szpital przemienienia.

Stanął w ogniu pusty dom

To zdjęcie zrobiłem dzisiaj przed godz. 21. Strażacy kończyli dogaszanie domu na rogu Ogrodowej i Fabrycznej. Ostatniego domu, który pozostał jako wspomnienie po zabudowie drewnianej w tej części centrum. Pozostałe też spłonęły. Ten się ostał do dzisiaj. I zawsze budził  zdziwienie tych, którzy go mijali: jak to się stało, że tak długo stoi. A teraz powiedzą: i znowu kawałek ziemi odzyskany, a może i wyrwany.

Wybory 2011- 3xNIE

Utarło się potoczne przekonanie, że dla obecnego establishmentu politycznego nie ma alternatywy. Raz jedne, raz drugie partie mogą zwiększać swoją przewagę, ale w gruncie rzeczy nic nie jest w stanie zmieść je ze sceny politycznej. Organizacja i sposób finansowania partii politycznych sprawia, że mamy do czynienia z zakonserwowanym status quo. Ponadto, oprócz strukturalnych uwarunkowań, nasza polityczność w zasadzie ogranicza się do biernego aktu wyborczego.  A potem cisza, żadnej aktywności, żadnej presji obywatelskiej, żadnych nowych alternatyw. Niezdolność do odnowienia elit, niechęć do stworzenia alternatyw, poddanie się determinizmowi centralnemu (bezrefleksyjne przejmowanie wzorców krajowych, choć stoją one w sprzeczności z interesami miasta czy regionu), traktowanie inicjatyw oddolnych jak oszołomstwa – TO  WSZYSTKO ontologicznie obala mit społeczeństwa obywatelskiego (ilość organizacji pozarządowych tego nie zmieni). Ale czy może być inaczej, skoro wzorce postępowania odziedziczone przez ostatnie lata tak bardzo wyjaławiają demokratyczną glebę i aktywność obywatelską?

Wydaje się zatem, ze po raz kolejny na jesieni nie należy spodziewać się przełomu. W sensie polityczności, a nie partyjności.  To nadal będzie ten sam zamknięty krąg, ten sam nurt. Sprawniejszy, bardziej profesjonalny niż poprzednicy. I nadal zazdrośnie strzegący dostępów do zaklętych rewirów społeczeństwa obywatelskiego.

A jednak  w tym całym marazmie wybory mogą dokonać czegoś wyjątkowo. Oczywiście nie wymienia elit i ich nie zastąpią, ale w ramach tychże elit mogą dokonać fundamentalnego przesunięcia. To nadal będzie ten sam krąg, ale nie taki sam. Jednak Wybory 2011 – 3xNIE  nauczą tych, co przetrwają pokory na przyszłość.

Postaw piwo, gol ci wynagrodzi

Ot i Chińczyki zwijają się z autostrady. Ponieważ pisałem o tym ostatni, więc dziś tak rykoszetem o zadziwieniu. Dziwią się wszyscy wszem i wobec, że Chińczykom nie wyszło. Ponoć budują u siebie po 100 km autostrad dziennie, a u nas ani w ząb. No właśnie, u siebie. Najpełniej istotę sprawy oddaje scena z filmu 2012. Budowę statków-arek powierzono Chińczykom. Bo tylko oni byli w stanie to zrobić w tak krótkim czasie. Ale nie gdzieś na świecie, ale u siebie. U siebie.

A2 w powijakach, narodowy w Warszawie w niemniejszych, ale za to będziemy mieli lanego fulla na stadionie. Jak w piosence, w której aniołowi i diabłu browar wyszedł naprzeciwko, tak kibicom wyjdzie na stadionie. Zwolennicy, jak i przeciwnicy nowego prawa mają swoje argumenty. Ci pierwszy przytaczają przykłady Niemiec i Czech, gdzie coś takiego jest praktykowane. Ci drudzy mówią, że u nas jest inna kultura picia, a takie prawo to jest niczym innym niż rozpijaniem narodu. Swoje racje ma pewnie jeszcze lobby piwowarskie, które w możliwości sprzedaży złocistego napoju widzi niezły biznes.

Na kanwie tej dyskusji przypomniały mi się sytuację sprzed lat. Gdy co prawda alkoholu się na stadionach nie sprzedawało, ale oficjalnie na nie wnosiło. Mi samemu onegdaj na trybunach stadionu w moim mieście rodzinnym przeleciała flaszka nad głową. A słynny mecz z Anglikami na śląskim gigancie w 1973 roku. Przecież po faulu McFarlanda na Lubańskim nie jedna butelka leciała nad trybunami.

W dzisiejszych czasach problem latających butelek można zapewne zlikwidować sprzedając piwo w plastikowych kubkach. Takie rozwiązanie stosuje się przecież na masowych imprezach. Jeśli chodzi o kulturę picia, to każdy chyba wie, że Polak rzadko kiedy zna umiar. Wszystko chyba zależy od indywidualnych predyspozycji.

I jeszcze jeden powrót do przeszłości. 1983 rok. Mecz Juventusu z Widzewem w Łodzi. Kibic rzucił butelką w sędziego bocznego. Kiedy milicja usiłowała znaleźć owego troglodytę, stadion nie śpiewał ”Zostaw kibica…”, tylko zgodnym chórem skandował ”Wydać go!”(czy dzisiaj byłoby tak samo). No i wydali.
Później przez całe boiska milicja ciągnęła zamroczonego, słaniającego się na nogach tego „złego”. Po latach okazało się, że to nie on rzucił w sędziego.
I choć od tamtych wydarzeń minęły lata i inny system mamy w kraju, to czy powinniśmy mieć prawo do piwa na stadionie, w hali, na korcie, basenie, parkurze i tak dalej.

Tysiące na tańcach, nieliczni na Zachorze

Ten dysonans trudno pojąć. Bo przecież oba powyższe wydarzenia odzwierciedlają paradygmat, który od kilku lat podniesiono w Białymstoku do rangi niemal absolutu: taniec młodych i multikulturowość przez pryzmat tradycji. W gruncie rzeczy oba te wydarzenia powinny mieć takie same audytorium.
Może tak się nie stało, bo nasz Zachor to jeszcze nie tej rangi festiwal jak ten na krakowskim Kazimierzu? Może ta dyfuzja ma znacznie głębsze podłoże i jest emanacją zmian zachodzących w kulturze doby postwizyjnej? Skoro procesyte  tak bardzo dają o sobie znać w polityce i oddziaływują na polityczność zachowań (a raczej braku reakcji), to dlaczego w innych sferach miałoby być inaczej? A może jeden z tych paradygmatów jest mitem, tylko trudno publicznie się nam do tego przyznać?
Albo owa dyfuzja jest dowodem, że w centrum Białegostoku spotkały się podobne w gruncie rzeczy formacje duchowe. Z tą różnicą, że jedna należy do utraconej przeszłości, druga do utraconej przyszłości (tak jak śpiewal Jacek Kaczmarski w Kasandrze – bawcie się,  pijcie dzieci, tak jak bawić i pić potraficie, są ludy co dojrzały…..?

Przy całej masowości sobotniej imprezy, to niewątpliwy urok tej dzisiejszej i swoista wartość, jako wzór na przyszłość dla idei i miejsca jakim jest Rynek Kościuszki, polegał na tym, że artyści zeszli ze sceny. To, co zrobił rosyjski zespół Opa porywając do wspólnej zabawy białostoczan naprawdę było niesamowite. Ale też całkiem nieźle zakręcona jest ta kapela z Petersburga. Właśnie takich wzorców powinno być na Rynku Kościuszki więcej. Także podczas nadchodzących dni miasta.

I jeszcze jedno: może w sezonie letnim zamiast co rusz stawiać i rozbierać scenę niechże ona zostanie do końca wakacji jako miejsce dostępne dla wszystkich. A zarazem najpełniej odzwierciedlające ideę „Spotkajmy się na Rynku Kościuszki”.

Za autostradę ocieplmy Chińczykom Wielki Mur

Co tam Panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno – słynny dialog z Wesela Stanisława Wyspiańskiego po ponad stu latach nic nie stracił ze swej aktualności. I jak ulał pasuje do przekomarzania się rządu z konsorcjum Covec.  

Z Chińczykami zawsze wszystkim trudno w negocjacjach, ale w ostateczności możemy sięgnąć po ostatnią deskę ratunku i zadeklarować, że za ten kawałek autostrady ocieplimy – jak to kiedyś w jednym ze skeczy bawił jeden z polskich kabaretów – Wielki Mur. Może to być groźba za nie wykonanie roboty, może to być bonus za wykonanie roboty. Cena nie gra roli. W końcu w obu przypadkach da się zaoszczędzić na przetargach. Choćby wirtualnie.

Requiem dla polskiej piosenki

Zawsze powtarzałam, że znacznie gorsza od telewizji partyjnej jest telewizja koteryjna. Dzisiejszy wieczór na opolskim festiwalu piosenki to potwierdził dobitnie. Ale nie polskiej piosenki, a telewizyjnej piosenki. Albowiem pomysł by w Opolu śpiewać po angielsku nie da się określić inaczej jak tylko koteryjność do kwadratu. Dziwię się wykonawcom, który przecież tak często narzekają, że polskiej piosenki jest tak mało w krajowych środkach audiowizualnych. Kuriozalna rozmowa prowadzącego z jednym z wykonawców po koncercie o angielszczyźnie jeszcze bardziej dowodzi tej koteryjności.

 Gdzie to Opole, gdzie tamten świat – ta parafraza przeboju Wojciecha Gąssowskiego przyszła mi na myśl po pierwszej godzinie tegorocznego festiwalu. A przecież przez lata w te dni czerwcowe rodziło się tyle przebojów, które na zawsze stworzyły podwaliny pod legendę polskiej piosenki.
Lata 80. I koncerty rockowe, z początku tej samej dekady kabaretony. Pierwszy triumf Ewy Demarczyk, koncert wspomnieniowy Agnieszki Osieckiej, Krainy Łagodności, Psalm stojących w kolejce i tysiące niezapomnianych chwil, których nie sposób wymienić.
I z tymi dla mnie najważniejszymi utworami w historii polskiej piosenki (tak się składa, że wszystkie były wykonywane dosłownie rok po roku): Jaskółka uwięziona, Zegarmistrz światła, Zaproście mnie do stołu. Kto dziś potrafi tak jeszcze śpiewać? W czasach, gdy nie tylko polska młodzież nie śpiewa polskiej piosenki.

I dlatego zamiast nekrologu i requiem, słowa z wielkiego przeboju Salonu Niezależnych: „Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili”. Bo festiwalowego Opola polskiej piosenki już nie ma od dawna. Wybudowanie nowego amfiteatru tego nie zmieni.

Krajobraz przed samobójem

Gdy nasi kopacze piłki szmacianej męczą się niemiłosiernie i wygrywają jednym golem, wszyscy wmawiają nam, że nieważny jest styl zwycięstwa. O nim za kilka dni i tak nikt pamiętać nie będzie. To, co istotne, to wynik. On zawsze zostaje w tabeli i annałach. Taka argumentacja zamazuje rzeczywistość, pozwala tolerować fundamentalne braki w wyszkoleniu taktycznym, technicznym,  zmyśle boiskowym. I zakrzywiać rzeczywistość  po porażce jednym golem.

Stacja Białystok-Stadion

Bolesny przykład z białostockim stadionem jeszcze raz dobitnie pokazuje, że o inwestycji przy Słonecznej powinno się mówić bez owijania w bawełnę. Nawet jeśli prawda byłaby bolesna i w konsekwencji oznaczałaby bardzo poważny poślizg bynajmniej nie atmosferyczny. A tak było już na początku marca. Prezydent powinien być już wtedy bardzo stanowczy i konsekwentny. Zważywszy na to, jaką legitymizacją wśród kibiców cieszy się w sprawie stadionu.

Ale zapewne i on nie przypuszczał, że po przypadłościach przetargowych na wykonawcę stadionu, które uznał za minusy swojej pierwszej kadencji, po pół roku drugiej będzie jeszcze gorzej. Że zostanie wykonanych jedynie zaplanowanych 17 proc. prac, a on zerwie umowę z polsko-francuskim konsorcjum.

Najgorsze jednak dopiero nadchodzi, zjawi się tuż po otwarciu stadionu.

EURO. 2012

Lament nad stanem przygotowań nad Euro. Z setek komentarzy, które pojawiły w ostatnich godzinach nie brak z pozoru racjonalnych. Słychać w nich ton pojękiwania, ale też nutę tego by nie szukać kozła ofiarnego. Przynajmniej teraz. Bo może być jeszcze gorzej.

W tym momencie przypomina mi się sytuacja z meczu w austriackiej, bodajże drugiej, lidze futbolowej. Niechlubnym bohaterem owego spotkania był obrońca gospodarzy, który strzelił  trzy bramki samobójcze.
 Na konferencji prasowej dziennikarze pytają się trenera gospodarzy, dlaczego po pierwszej bramce nie zdjął pechowca z boiska.

– Myślałem, że jak to często bywa w podobnych sytuacjach zawodnik się zrehabilituje – odparł selekcjoner.
– No dobrze – dociekają dziennikarze. – To dlaczego nie zdjął go pan po drugim samobójczym golu.
– Myślałem, przyznał z rozbrajającą szczerością trener, że nic gorszego już się zdarzyć nie może.

I to niech będzie puentą i ostrzeżeniem. Po tym, co wydarzyło się na kolei, była nadzieja na rehabilitację. Po raporcie w sprawie dróg wydaje się, że nic gorszego nie może się wydarzyć. Futbolowa historia rodem z Austrii pokazuje, że jednak może. Ma zatem nad czym głowić się premier. Problem jednak w tym, że jednak w tym, że premier Tusk nie umie odwoływać ministrów. Nawet po wybuchu afery hazardowej nie potrafił tego zrobić. Jej bohaterowie odeszli na własną prośbę. Podobnie było z ministrem Ćwiąkalskim.

A wracając do EURO, to wychodzi, że jej przyznanie Polsce było swoistym majstersztykiem. Majstersztyk, by przydusić Polskę. A Polacy w myśl swojej starej maksymy „Zastaw się, a postaw się” podejmą gościnie Europejczyków. I to robimy. Przyznał to otwarcie podczas słynnej debaty z artystami premier Donald Tusk. – Wiecie, jak kocham piłkę nożną, ale gdybym miał na to wpływ, powiedziałbym: nie organizujmy Euro 2012. Nie stać nas – przyznał w rozmowie z artystami premier.  

Otóż Panie premierze, miał Pan wyjście. Zadzwonić do Platiniego i powiedzieć mu: Sorry, ale nie stać nas. Przerosło nas. Może za trzydzieści lat, jak dobrze pójdzie.  

Ale to nie z powodów organizacyjnych, ale czysto sportowych,   powinniśmy oddać EURO. My po prostu nie zasługujemy, by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy.

Kołysanka dla Joanny. O mandacie

Wróble warszawskie ćwierkają za parapetem na oknie, że Joanna Kluzik-Rostkowska, po tym jak jej wizja przywództwa partyjnego nie przekonała w sobotę kolegów z PJN, ma zasilić PO. W gruncie rzeczy nie ma czemu się dziwić. Od kiedy PO przejęła wzorce PiS i z niezwykle subtelną lekkością, zaadaptowała onegdaj sieroty z Samoobrony, nic na poletku transferowym polskiej polityki nie może zaskoczyć. A wszystkie rozpady, które do tej pory były na przestrzeni 20 lat w strukturach partii, to w zasadzie rozpady połowiczne

Co do posłanki Kluzik-Rostkowskiej, to gdy odchodziła z PiS napisałem, że ma bilet w jedną stronę. Albowiem po tej stronie sceny politycznej, z którą jesienią wzieła rozwód, łatwiej darować synom marnotrawnym niż  przebaczyć „cudzołożnic(k)om partyjnym”. Przykład posła Bielana jest tu najlepszym dowodem. Napisałem też, by tylko wyrzuconym wtedy z PiS posłankom ani przez chwilę nie przyszedł do głowy pomysł szukania pocieszenia u faryzeuszy z innej strony sceny politycznej. Obie mają potencjał, choćby jako senatorki, istnieć samodzielnie na scenie politycznej.  Zwłaszcza z taką martyrologią w CV.

I nadal to podtrzymuję, choć nie mogę pojąć dlaczego ci z pierwszego szeregu wielu partii tak bardzo niczym diabeł od święconej wody odpędzają się od walki o mandat senatorski. Z taką legitymizacja, jaką daje tegoroczna ordynacja do Izby Wyższej, miejsce w ławach poselskich jawi się jako gorsze.

Gienek Loska wygrał X-Factor

Ponoć pieniądze leżą na ulicy, ale czasami  trzeba być  jej dzieckiem, by je nie tyle podnieść, co wyśpiewać. Nie jest to takie proste, świadczy o tym historia Macieja Maleńczuka i Gienka Loski.
Ich wspólnego występu w finale X- Factor nie da się zapomnieć. Chłopaki ponoć nie płaczą. Także ze szczęścia.

Nie tylko kopiec dziękczynny

 5 czerwca 1991 roku za zawsze wrył się w pamięć nie tylko Kościoła białostockiego, ale i miasta. Wielka, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju uroczystość. Być może najważniejszą, jaką doświadczyło miasto nad Białą, choćby też z powodu wizyty Papieża w cerkwi św. Mikołaja.

Po dwudziestu latach Białystok dziękuje za tamtą pielgrzymkę. W centrum miasta, ale też na Krywlanach. Powstał tam kopiec upamiętniający papieską wizytę. Skoro mniejsze miejscowości, a także osoby prywatne (dla przykładu podam kapliczkę w Tobołowie w otulinie parku wigierskiego) dawno już to zrobiły, tym bardziej powinien to uczynić Białystok. Zwłaszcza, że miejsce spotkania z Papieżem przez lata było zapomniane i zdewastowane, a główną jego atrakcją było palenie gumy przez miłośników motoryzacji. I dlatego renowacja wydawała się racjonalnym pomysłem. Mimo nieszczęśliwej nazwy, którą ją określono, lokalizacji kopca ( został zaproponowany zanim jeszcze było wiadomo, że na Krywlanach nie będzie regionalnego portu lotniczego) i przeznaczonych na niego pieniędzy.

 Gdy ponad dwa lata temu pojawiła się kwota jaką miasto zamierzało przeznaczyć na ten cel, 600 tys. złotych, od razu odezwały się głosy, że to zbyteczny wydatek, że lepiej przekazać te pieniądze na coś innego. Zważywszy na to ile, w ciągu ostatnich lat miasto przeznaczyło na mniej lub bardziej odlotowe działania promocyjne, owe 600 tys. zł przeznaczone na tak bardzo przyziemną rzecz jaką jest kopiec, nie wydawały się duże. Czy warto jednak było je wydawać? By  odpowiedź na to pytanie, cofnijmy się do 1991 roku .

Tamta pielgrzymka poświęcona była przypomnieniu Polakom znaczenia prawa i zasad zawartych w Dekalogu. Dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich Białystok. Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II.

– Jak bardzo Papież nas już nie rozumie – biły niektóre środowiska i cześć elit politycznych.

Jak bardzo ostra była to polemika, najlepiej pokazuje druga część pielgrzymki w tym samym roku. Papież przyjechał w sierpniu na Światowy Dzień Młodzieży na Jasnej Górze. Potem kilka dni chciał spędzić na wypoczynku w Zakopanem i Tatrach. Jan Paweł II, głęboko dotknięty małodusznymi, zadawanymi przez niechętną mu część centralnych środków masowego przekazu pytaniami: ile to będzie kosztować? Ostatecznie Ojciec Święty  zrezygnował. Odwiedził tylko Kraków i rodzinne Wadowice.
Potem Papieża nie było w Polsce przez długich sześć lat (nie licząc jednodniowego pobytu w Skoczowie przy okazji wizyty w Czechach). Ale w końcu do nas powrócił.

Dziś nie tylko wierzący, ale i duża część niepodzielajacych tej wiary,  daliby każde pieniądze, by nadal był z nami. Więc nie licytujmy się o te 600 tys. złotych przeznaczonych na kopiec. Ale źle by się stało, by jedyną spuścizną po tamtej wizycie miał wymiar tylko materialny.

Ilu z białostoczan pamięta, wraca bądź sięga do słów wypowiedzianych na Krywlanach przez Jana Pawła II?  Papież
przestrzegał polskie społeczeństwo, by nie podążało ślepo drogą wolnego rynku, myśląc tylko o korzyściach materialnych pomijając względy etyczne: – „Dlatego czeka nas wielki wysiłek natury organizacyjnej, ustrojowej, ale równocześnie moralnej. Moralnej! Musimy uczyć się tworzyć sprawiedliwe społeczeństwo przy założeniu wolnego rynku. To wszystko jest powiązane z tym jednym, prostym przykazaniem „Nie kradnij”.

Przypomniałem powyższe słowa wypowiedziane przez Papieża na Krywlanach, by podkreślić, że to one są główną spuścizną spotkania sprzed 20 lat. Warto by zawłaszczyli je ich współcześni adresaci. Być może to, co określa się dzisiaj jakże modnym określeniem społeczna odpowiedzialność biznesu  stałoby się rzeczywistością, a nie iluzją. I każda inna odpowiedzialność też.

Europoseł a sprawa podlaska

Prokuratura w Koszalinie postawiła zarzuty europosłowi PO, reprezentującemu w Brukseli region podlaski i warmińsko-mazurski. Sprawa dotyczy turystycznej spółki Campus, której był prezesem.  Grozi mu do 10 lat więzienia. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy. Zresztą w polskim prawie istnieje zasada domniemania niewinności. W tym kontekście deputowany  nie powinien być traktowany jak trędowaty.

Ale prawda jest też taka, że w ogóle podlaskiego regionu sprawa ta by nie tyczyła, gdyby dwa lata temu tak łatwo wyborcy nie przyjęli oferty przygotowanej dla województwa przez dwóch głównych graczy centralnych. Ofertę szytą nie na podlaską miarę, która odzwierciedlałyby interesy naszego województwa. Z jednej strony otrzymaliśmy spadochroniarza z Wybrzeża (zgoda na to podlaskich działaczy PiS jest krzywdą wyrządzoną przez nich regionowi), z drugiej  przeciwległy obóz wystawił kandydatów, którzy dali się ograć bądź, co bądź czwartemu garniturowi warmińsko-mazurskiemu. By nie powiedzieć dosadnie także spadochroniarzowi z Wybrzeża. Być może odzwierciedlało to aspiracje partyjnego aparatu, ale wybory do europarlamentu to zupełnie inna klasa, wymagają czegoś znacznie więcej.

Wspominam dziś o tym z dwóch powodów. Wielokrotnie w tym dwudziestoleciu bywało tak, że najlepiej lobbowanie czy promowanie wychodzi nam wtedy, gdy jest pozbawione całej biurokratycznej machiny. I gdy robią to ludzie, których nazwiska coś znaczą, albo ci, których pomysły nie są jeszcze zakażone urzędnicza mitręgą. Ale prawdą jest też to, że w Brukseli najwięcej dla regionów znaczą europosłowie. To oni są w stanie wydeptać dla swoich mateczników nawet najmniej dostępne ścieżki i otworzyć dla nich nawet te najbardziej oporne drzwi. Problem polega na tym, że Podlaskie, jak już wspomniałem powyżej, nie ma swoich europosłów. Ten lobbing europoselski by się nam teraz przydał, choćby w tak ważnej sprawie jak lotnisko.

Oczywiście, mamy w Brukseli Dom Polski Wschodniej. Nie sądzę, że będzie to skuteczny – za sprawą połączenia sił pięciu województw – lobbing. Wszak mimo podobieństw między nimi, to jednak znacznie więcej je dzieli niż łączy. Zwłaszcza podlaskie i warmińsko-mazurskie. Ciekawe czy w przypadku, gdy będą ważyć się losy przebiegu Rail Baltiki, ten wspólny chór będzie śpiewał jednym głosem. Przykład Via Baltiki jest tu wymowny.

Co najwyżej dom brukselski dowartościuje niektórych polityków samorządowych, którzy w końcu będą mogli spełnić sen o prowadzeniu dyplomacji w choćby małym zakresie. Dobra okazja, by wyrwać się na kilka weekendów do Brukseli, zorganizować parę rautów, bywać na salonach. Jednym słowem łyknąć świata zarezerwowanego dotychczas dla wąskiego szczebla najwyższych władz państwowych.

I powód drugi powrotu do wyborów sprzed dwóch lat: za klika tygodni znowu otrzymamy ofertę. Co po niektórzy już ją przygotowali, inni próbują. Kandydaci w swoim cv zapewne wpiszą walka o drogi, kolej, lotnisko. Ci w starym, znoszonym garniturze będą przekonywali, że się nie poddawali, że zrobili wszystko, co się dało, że w następnej kadencji zrobią, co się da. I że interes regionu to dla nich jak amen w pacierzu. W podobny ton uderzą ci w nowych garniturach, nie zdając sobie nawet sprawy do końca, dlaczego ich w nie przyodziano. Wielu adresatów tych zapewnień  uwierzy w ich jeszcze jedno polityczne odrodzenie lub narodzenie. Ale pamiętajmy, że w odróżnieniu od kotary przymierzalni, za kotarą wyborczą wybranego garnituru nie da się zmienić. Dopiero za cztery lata.

I dlatego decydując się na ów garnitur pamiętajmy, że  i – to pokazują ostatnie lata –   nie wystarczy wypuszczać w niebo baloników czy w eterze przy mandolinie śpiewać: nie róbmy polityki, słuchajmy muzyki. Najpierw trzeba zrobić dobrą politykę, a dopiero potem słuchać muzyki wznosząc się z balonem – jak windą – do nieba. .

Front białostocki

Rozciąga się na długości prawie 30 kilometrów i jak – to mówią budowlańcy – ów front robót jest. Tyle że drogowy. Nie da się bowiem ukryć, że skala inwestycji prowadzonej na odcinku Białystok-Jeżewo jest – jak na bliskość Białegostoku – niespotykana. I pomyśleć, że od tej szosy w bok miałoby być lotnisko w Sanikach. Ale czy byśmy do niego drogę zbudowali? Wspominam o tym nie bez kozery. Niedawno pojawiły się Kowalowce jako być może alternatywna lokalizacja, gdyby jednak z Sanikami nie wyszło. Ale czy z owych Kowalowców wybudowalibyśmy szosę do szosy głównej. Szosy głównej, która tak na dobrą sprawę w planach ma być zmodernizowana gdzieś za dwadzieścia lat?.

O historii budowy lotniska i zawirowaniach z nim związanych pisałem wielokrotnie. Marne to pocieszenie, że wychodzi na moje, gdy przez następne lata, by odebrać rodzinę z lotniska,  trzeba będzie się tłuc do Warszawy. A podróż na Okęcie i z powrotem będzie trwała sześć godzin dłużej niż lot samolotem do Polski? Alternatywne propozycje: że lepiej potrzebna szybka kolej czy autostrada do Warszawy, są tak samo mało realne, jak budowa lotniska w Podlaskiem. Z tą jednak różnicą, że na nie ma pieniędzy, a na podlaski aerodrom są.

Zapewnienia, że się one nie zmarnują i zostaną ewentualnie przeznaczone na drogi wojewódzkie są brutalnym przerwaniem snu o lataniu lub jak to woli kpiną podszytą szyderstwem. Ciekawe jak ich autorzy wytłumaczą Podlasianom, że zamiast lądować i startować będą mogli do woli w ten i z powrotem się nimi, owymi drogami wojewódzkimi,  najeździć. Nawet wtedy, gdy nie będą mieli po co?

Nangar Khel. Regulamin zabijania

 W przypadku zbrodni wojennych, a takie w istocie postawiono siedmiu polskim żołnierzom z misji w Afganistanie, granica między sukcesem a porażką jest bardzo delikatna. Wystarczy wspomnieć procesy norymberskie. Niewiele brakowało, by odwet wziął górę nad prawem. Gdyby nie sprzeciw Amerykanów, którzy z szacunku dla własnego prawa nalegali na przeprowadzenie procesów, to Rosjanie rozstrzelaliby wszystkich pozostałych przy życiu nazistów. I choć dzisiaj największym dziedzictwem Norymbergii jest osądzenie winnych za zbrodnie przeciwko ludzkości, to wówczas kwestia ta miała marginalne znaczenie.

Bez tego dziedzictwa nie można byłoby osądzać ani Slobodana Miloszevicia, ani Saddama Husajna. Choć w obu tych przypadkach zastosowano inne metody. W tym drugim Amerykanie (to oni stali za tym procesem) pokazali światu moralność Kalego. Z jednej strony szczycą się wolnościami, systemem opartym na prawie, czego przejawem są m.in. daleko idące gwarancje procesowe dla oskarżonych. Jednak gdy przyszło osądzić zbrodnie ludobójstwa, wybrali drogę na skróty: zrezygnowali z miary, jaką stosują wobec siebie. Byle tylko szybko zakończyć proces.

Zrobili tak po doświadczeniach ze sprawą Slobodana Miloszevicia. Co by było bowiem, gdyby Miloszevic nie umarł? Prędzej czy później resztę swoich dni spędziłby w stosunkowo wygodnym więzieniu w Holandii czy Luksemburgu. Społeczność międzynarodowa uznałaby, że takie sądy czasem potrzebują czasu, ale potrafią wydać wyrok w sposób niebudzący żadnych wątpliwości (ta sama wizja i scenariusz stoi teraz przed Radko Mladiciem).

Czy polskich żołnierzy można stawiać na jednej szali z tymi dwoma satrapami? Jeśli idzie o skalę zbrodni – nie. Niemniej naszym żołnierzom postawi się ten sam zarzut, co dwóm byłym dyktatorom. Z tą różnicą, że karę będzie im wymierzał sąd narodowy.

Co wiemy o tym, co wydarzyło się 16 sierpnia 2007 roku, kilka tysięcy kilometrów od Polski? To, że na patrolu jeden z transporterów wjechał na minę, Polacy zostali ostrzelani. Rzucili się w pościg i dali wciągnąć do jednej z osad. Talibowie nadal się ostrzeliwali. Polacy użyli moździerza. Gdy padły strzały, talibowie uciekli, a Polacy znaleźli ciała pięciorga cywilów. Wśród nich były matka, jej dwie córki i siostra. Potem z powodu ran zmarły jeszcze trzy osoby.

Sceny, które się wówczas rozegrały, jako żywo przypominają fabułę filmu „Regulamin zabijania”. I choć to tylko zrodzony w głowie scenarzysty pomysł, pokazuje, jak bardzo fikcja nie różni się od rzeczywistości.

Przypomnijmy. W Jemenie dochodzi do zamieszek, wymierzonych przeciwko amerykańskiej obecności na Bliskim Wschodzie, interweniuje oddział marines. Dowodzący nim pułkownik nakazuje ewakuację amerykańskiej ambasady, a w trakcie operacji rozkazuje otwarcie ognia do tłumu. Ginie ponad 80 osób, wybucha ogólnoświatowy skandal. Opinia międzynarodowa domaga się ukarania winnych. Rządzący w Białym Domu starają się sprostać tym oczekiwaniom.

Problem w tym, że pułkownik oskarżany o podobne zbrodnie, co nasi żołnierze, ma swoje racje: działał zgodnie z wojskowym regulaminem, zezwalającym na użycie broni palnej wyłącznie wtedy, gdy wrogo nastawiony tłum pierwszy używa broni palnej, na to, że będąc zaatakowanym, ma się prawo do obrony.

Podobną argumentację popartą podobnymi dylematami z ust naszych żołnierzy, a także ich sympatyków. Bo jeżeli ktoś jest zaatakowany, to czy nie ma prawa się bronić? A jak rozpoznać, czy atakujący był cywilem, czy wojskowym, jeżeli nie nosi umundurowania?

Pułkownik w filmie wybiera na obrońcę emerytowanego adwokata z armii (dawnego przyjaciela z Wietnamu). W początkowej fazie sprawy o zbrodnie w afgańskiej wiosce naszym żołnierzom armia nie jest w stanie nawet zapewnić obrońców w mundurze. W filmie adwokat nie ma zbyt wielu dowodów na uzasadnienie zgodności postępowania oskarżonego z regulaminem (zasadniczy dokument – kaseta video z zarejestrowanym przebiegiem demonstracji przed ambasadą – został zniszczony przez polityków). W afgańskim przypadku prokuratura ma nawet zarejestrowany przez żołnierz film z miejsca tragicznego incydentu. W świecie fikcji specyfika sądu wojskowego polega na tym, że dobrze argumentowane odwołanie się do regulaminu może zdziałać cuda. Czy tak samo będzie w polskiej rzeczywistości?

Nie ulega bowiem wątpliwości, że tak, jak w filmie, tak przed naszym wymiarem sprawiedliwości dramat sądowy będzie jedynie pretekstem do innych rozważań. Jak zauważa Konrad J. Zarębski w recenzji filmu, proces przebiega wprawdzie zgodnie z procedurą i hollywoodzkim schematem, ma jednak budzące wątpliwości kulisy. Chociażby to, dlaczego amerykański ambasador, który w Jemenie okazał się tchórzem zaniedbującym podstawowe obowiązki reprezentanta Stanów Zjednoczonych, nie znalazł w sobie dość siły, by zrehabilitować się przed sądem? I dlaczego doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego niszczy wspomnianą kasetę, będącą dla sądu dowodem niewinności pułkownika, zaś dla światowej opinii publicznej – jawnym dowodem słuszności decyzji amerykańskiego oficera?

Gdy wybuchła sprawa Nangar Khel, podobne pytania stawiano w polskiej sprawie. Dlaczego przez tydzień wojskowe władze ukrywały prawdę o tym, co stało się 16 sierpnia? Zaledwie dwa dni po śmierci pierwszego polskiego żołnierza w Afganistanie. I czy teraz każdy żołnierz, który ma być wysłany na misję, powinien napisać odmowę ze względu na to, że się boi, że zostanie oskarżony o zbrodnie wojenne w przypadku, kiedy zostanie zaatakowany i w obronie zabije cywili, którzy – jak to zawsze bywa – sprzyjają partyzantom? A tak jest w przypadku Iraku i Afganistanu. I czy uzasadnione jest mówienie o pacyfikacji? A w końcu, dlaczego polskie prawo nie przewiduje ochrony swego żołnierza w podobnych sytuacjach?!

Już trzy lata temu było jasne, że proces przed warszawskim sądem będzie musiał odpowiedzieć nie tylko będzie na te pytania. Przede wszystkim, będzie moralną oceną polskiej polityki. Czym jest interes narodowy i nasze bezpieczeństwo? I czy musimy podejmować się misji, które z niego nie wynikają?

Postawienie tak ciężkich zarzutów raz na zawsze przekreśla retorykę o misjach stabilizacyjnych w Azji. Tam toczy się prawdziwa wojna lub też – i to pojęcie bardziej odzwierciedla nam stan faktyczny – konflikt zbrojny. Mówienie, że jest inaczej, to po prostu zaklinanie rzeczywistości.

Przez lata w mawiano nam  nam, że jedziemy do Iraku i Afganistanu, by spełnić nasze zobowiązania sojusznicze. W pierwszym przypadku wobec Amerykanów, w drugim – NATO. Po cichu, lecz z wielką nadzieją czekano, zwłaszcza na irackim odcinku, na korzyści gospodarcze. Swoje miało zyskać też wojsko. Nie tylko pod względem arsenału militarnego, ale też po raz pierwszy od 1945 roku bojowego sprawdzenia się. – Jeśli chcemy być wojskiem z górnej NATO-wskiej półki, to teraz mamy się wykazać – mówił w maju w rozmowie z „Porannym” były minister obrony narodowej, a obecny szef naszej dyplomacji, Radosław Sikorski. Ale mimochodem tak się złożyło, że to, o co politycy różnej maści nie spytali społeczeństwa, zostanie poddane społecznemu osądowi. Przez los żołnierzy walczących o swą niewinność, i armii starającej odzyskać swój prestiż.

I podobnie jak w filmie – o czym pisze w swojej recenzji Konrad J. Zarębski – proces będzie opowieścią o roli armii w polityce zagranicznej. Bo armia jest jedyną instytucją, która w określonych regulaminem sytuacjach ma prawo, a nawet powinność, zabijania.

Czy w sentencji dzisiejszego wyroku pada odpowiedź na powyższe pytania, zaprszam do dyskusji.

 

Białostocki Little Breaver w finale „Must be the music. Tylko muzyka”.

Dominika Śliżewska  gra na gitarze elektrycznej i śpiewa, Maja Gęgotek – na gitarze basowej, Adrian Rzymski na gitarze elektrycznej,  Jan Kulik – perkusista. Razem mają 38 lat.

Grają ze sobą od stycznia w białostockiej Akademii Rock&Rolla, a 7 maja wystąpią w finale polsatowskiego programu „Must be the music. Tylko muzyka”. Czy wygrają w finale, zadecydują głosy telewidzów. A nasi grają, że fest.

Symboliczna droga w centrum

Rocznice, święta, wydarzenia białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę ( np. 19 lutego, 9 marca, 2 maja, 16 sierpnia, 10 września),  Jedno z nich dzisiaj. Za kilka godzin Rynkiem Kościuszki przejdzie, jak co roku, Droga Krzyżowa.

Niby jedna z wielu, jakie są w tych dniach w kraju, ale ma już własną tradycję. A przemarsz od Fary do białego kościoła na wzgórzu nadaje jej niepowtarzalnego charakteru. Nawet dla niepodzielających tej samej wiary, co maszerujący.

W swoim czasie w białostocki filozof Mirosław Miniszewski tak pisał w Porannym o symbolu krzyża: ”Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać”.

Dziś to przesłanie przez znaczną cześć białostoczan będzie prezentowane publicznie.

Myślę, że Europa w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?.

Dylemat: Muzeum Sybiru za każdą cenę

Władze Białegostoku, Muzeum Wojska, podlascy parlamentarzyści promowali wczoraj w Sejmie idę powstania Muzeum Sybiru. Jednak nadzieje na jej wsparcie z budżetu państwa mogą być złudne. Nie tylko  z powodu trudności budżetowych.

W styczniu rząd przyjął wieloletni program „Budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”. Zakłada ona przeznaczenie z budżetu państwa na ten cel prawie 360 mln zł. Program będzie realizowany w latach 2011-2014 pod nadzorem ministra kultury.

– Warto zauważyć, że chociaż od wybuchu wojny minęło ponad 70 lat, to na świecie nie powstało muzeum całościowo ukazujące przebieg największego w XX wieku konfliktu zbrojnego, który przyniósł ludzkości niewyobrażalne cierpienia. Należy podkreślić, że za granicą życzliwie przyjęto pomysł utworzenia muzeum w Polsce, w kraju, który pierwszy stawił zbrojny opór Hitlerowi, i usytuowania go w Gdańsku, w symbolicznym miejscu rozpoczęcia działań wojennych – napisano w komunikacie po styczniowym posiedzeniu Rady Ministrów.

Przy takiej ontologii (niektórzy obserwatorzy widzą w tym jeszcze polityczne tło – gdańskie muzeum ma być dla PO tym, czym dla PiS jest muzeum Powstania Warszawskiego), trudno sobie wyobrazić, aby w gdańskiej placówce nie było ekspozycji poświeconej deportacjom na wschód. Przecież bez przedstawienia tego fragmentu historii II wojny światowej, owe muzeum byłoby niekompletne. A to wyklucza wsparcie rządowe dla idei innego muzeum, w gruncie rzeczy dublującego pewien fragment historii. A takim byłoby białostockie muzeum.

I tu przed Białymstokiem pojawia się dylemat, który jest fundamentalny dla idei Muzeum Sybiru:  czy bez wsparcia powinien wznosić go za wszelką/każdą cenę? Czy to jest ten rodzaj obowiązku, którego wypełnienie nie powinna być rozpatrywane przez pryzmat kosztów?

Prawo talionu dla zwyrodnialców. Epilog

Gdy półtora roku temu okazało się, że dwaj zwyrodnialcy porąbali siekierą i spalili 21-letnią Anię w podzambrowskich Sędziwujach , znowu zadawaliśmy  sobie pytanie: jak coś tak potwornego mogło się wydarzyć, ile trzeba mieć w sobie zła, by coś takiego zrobić. W końcu jak na przyszłość zapobiec takim czynom. I po każdej odrażającej zbrodni łudzimy się, że już nic równie potwornego człowiek nie może zgotować bliźniemu. Zapominany, że tak samo myśleliśmy, gdy wrzucono 4-letniego Michałka do Wisły. I gdy dwóch młodych ludzi wyrzuciło z pociągu dziewczynę jadącą z Kołobrzegu do Łodzi na egzamin. I gdy trener karate w Boguszowie-Gorcach zamordował w lesie 9-letniego Sebastian, swojego ucznia. A przecież od czasów bestialskiego mordu w Sędziwujach tyle zła wykiełkowało i czyniono.
Każda kolejny taki mord odgrzewa dyskusję o karze śmierci, ale też obala sztandarową tezę współczesnej cywilizacji, że życie jest najwyższą wartością. Bo jeżeli jest, to, dlaczego ludzie tak często się na nią targają? Może dlatego, że wiedzą, iż za naruszenie tej świętości nie spotka ich sprawiedliwa kara. Czyż popełniający to świętokradztwo nie powinien odkupić je tym samym. Skoro w tym przypadku tej sprawiedliwości nie może stać się zadość, to mówienie, że życie jest największą wartości brzmi równie barbarzyńsko, jak czyn popełniony przez trenera karate.
Stąd zamiar tłumu do linczu na zabójcy Sebastiana. Tyle, że nie byłby to sprawiedliwości, a zemsty. Prawa talionu, proporcjonalności w wymierzeniu kary, nie można jednak stosować w każdym przypadku. Są różne zabójstwa, jak na przykład na skutek wypadku drogowego (ale nie dla sprawców pod jadacych po pijanemu) czy innych zdarzeń losowych. Co zatem jest tą nieodwracalną granicą?  – Chcieliśmy tego dnia koniecznie kogoś zabić – mówili przed sądem oprawcy maturzystki z Kołobrzegu. A zatem tą granicą jest zło czynione dla samego zła, realizowane bez żadnych hamulców.
Kiełkuje ono, gdy nie odróżnia się dobra i zła. I nie ma intencji czynienia dobra. Tego, co polski filozof Henryk Elzenberg, określił istotą człowieczeństwa. I którego zabrakło nie tylko w pociągu jadącym do Łodzi czy w Gorcach, ale i w Auschwitz, Katyniu, w Kambodży, na Bałkanach. I zapewne jeszcze nieraz  zabraknie.
Dlatego, wbrew deklaracjom wszystkich świętych w naszym kraju, życie w Polsce nie jest wartością największą. A byłoby nią, gdyby oprawcy Ani ponieśli karę sprawiedliwą: za zabranie wartości najwyższej zapłacili taką samą wartością. Najwyższą dla siebie. Swoim życiem.
I to jest powinność i obowiązek polskiego systemu prawnego. A resztę zostawmy ofierze i jej rodzinie. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczać swoim winowajcom. Amen.

PS. Kara jak zapadła w wczoraj w  Łomży na oprawców Ani była maksymalna w granicach obecnego systemu prawa. Ale jakże  odmienna od filozofii ”hańby marnych wyroków”.

Frankowski, Arboleda i polskie korzenie futbolistów

Po ostatniej kolejce ligowej w tle pierwszego na wiosnę zwycięstwa odniesionego przez Jagiellonię gdzieś tam w podsumowaniach szybowała wypowiedź Tomasz Frankowskiego. Kapitan Jegiellonii odnosił się w niej m.in. do incydentu między Euzebiuszem Smolarkiem i Manuelą Arboledą, a także nawiązał do pojawiających się planów gry Kolumbijczyka   w biało-czerwonych barwach. – Co do jego gry w reprezentacji Polski, to wolałbym, by grali w niej dobrzy i utalentowani Polacy. A Arboleda nie ma polskich korzeni – zakończył Tomasz Frankowski.

Do incydentu boiskowego nie będę się odnosił, parę słów o drugiej części wypowiedzi kapitana żółto-czerwonych.

Od lat setki Brazylijczyków, Argentyńczyków, Urugwajczyków, w ostatnich dekadach  także Afrykańczyków, szuka lepszej przyszłości na Starym Kontynencie. Ten przepływ kapitału to nic nowego. Już w latach trzydziestych ubiegłego wieku „oriundi” zasilali kluby włoskie, francuskie czy hiszpańskie. Niektórym gwiazdom nadawano też obywatelstwo.

Monti, Orsi to najlepsze przykłady Podobnie było w latach pięćdziesiątych. Ferenc Puskas grał w reprezentacji Węgier i Hiszpanii. Jego klubowy partner Alfredo Di Stefano zanim zagrał dla tej ostatniej, zakładał koszulkę w barwach narodowych Kolumbii i Argentyny. Ale skala i rozmiar współczesnych transferów są nieporównywalne. Europa próbowała z początku temu przeciwstawić, wprowadzając bariery protekcjonistyczne. W końcu uległa. Ligi europejskie przypominają dziś Legię Cudzoziemską, w której szkoda czasu na pracę z młodzieżą. Po co się trudzić tyle lat, skoro tak łatwo kupić towar. I nadać im obywatelstwo.

Dla przybyszów z innych kontynentów, to prawdziwa przepustka do raju. Nie muszą się bać, że dotkną ich limity ograniczające ilość obcokrajowców w klubie. Wszak jako obywateli kraju należącego do Unii Europejskiej chroni ich tzw. prawo Bosmana. Dlatego dla nich ubity interes z nową ojczyzną wydaje się oczywisty. A jaki ma z nich zysk nowa ojczyzna?

Nic innego jak złudne wrażenia, że taki nowy obywatel zapełni nam lukę w reprezentacji. Jak bardzo złudne dowodzi z jednej strony przykład Olisadebe i Rogera. Z drugiej fakt, że łaska bycia Polakiem powinna spłynąć na innych cudzoziemców grających w naszej ligi. Skoro naszym graczom dają łupnia na każdym froncie, naturalizowani oriundi znad Wisły mieliby  o wiele większe szanse niż rdzenni futboliści znad Wisły, odnieść sukces  na boiskach Polski i Ukrainy.  Już słyszę głosy, że trzon naszej kadry to zawodnicy grający w ligach zagranicznych.  Czy ktoś słyszał, by jakaś inna federacja występowała o nadanie im obywatelstwa? 

Ewentualnym nadaniem kolejnego obywatelstwa, tym razem dla Arboledy, nasz polski świat piłkarski nie odkupi swoich win. Ale też jego naturalizowanie byłoby kolejnym dowodem jak szybko, z wątpliwie pojętą racją stanu – w tym wypadku – piłkarską, prawem się żongluje. Podobnie było w 2008 roku. W tym samym czasie gdy Polskę obiegała wiadomość, że Roger założy koszulkę z Orłem na piersi, jedna ze stacji telewizyjnych pokazała reportaż, o Polakach z Kazachstanu, którzy od ośmiu lat starają się o nadanie obywatelstwa. Tyle, że oni nie kopią piłki. Są tylko potomkami naszych rodaków wywiezionych przez Sowietów daleko od kraju.

Dlatego zgadzam się z Tomaszem Frankowskim, choć zupełnie z innych powodów, że obywatelstwo dla Arboledy będzie wątpliwe. Na dodatek niczego, jak pokazały poprzednie przypadki z Olisadebe i Rogerem, niczego polskiej piłce nie da. Zgadzam się też z tą częścią wypowiedzi Tomasza Frankowskiego, w której wyraża nadzieję, by w reprezentacji grali młodzi i utalentowani Polacy. Problem tylko w tym, że może i młodych futbolistów to i mamy, ale zupełnie nieutalentowanych. Do tego stopnia , że EURO 2012 może zakończyć się dla nas katastrofą futbolową.

Radni pod pręgierzem publicznym

 Dziś zapowiada się bardzo emocjonująca sesja rady miejskiej. Być może pierwsza od czasów, gdy na obradach radnych zjawili się rozwścieczeni podwyżką opłat za czynsze lokatorzy mieszkań komunalnych. Teraz złość ogarnia białostoczan, którzy będą musieli korzystać z nowego nabytku Białostockiej Komunikacji Miejskiej ­– e-kart.

Ujawnione w ubiegłym tygodniu przez „Poranny” zasady korzystania z biletu elektronicznego rozpętały prawdziwą burzę na forach internetowych. Białostoczanie nie szczędzili ostrych słów krytyki autorom nowych przepisów. Bo też propozycja logowania przy wejściu i wyjściu jawiła się jako  absurd absurdalny. Do tego stopnia, że radni z komisji infrastruktury dość szybko się zreflektowali ( tu trzeba im to oddać) i wprowadzili zmiany do proponowanych przez magistrat uchwał. Czy zyskają poparcie pozostałych radnych, przekonamy się dzisiaj.

Na dodatek radni mają jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia: podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej. O jej niefortunnym terminie wejścia w życie(ale też drakońskim wymiarze) w kontekście operacji e-karta, pisałem kilka tygodni temu.

 W zasadzie wydaje się, że – zważywszy na układ sił w radzie – magistrat nie powinien mieć kłopotów z przepchnięciem swoich propozycji (nawet bez wspomnianych wyżej poprawkach). Tyle że opozycją w tym wypadku nie są kluby PiS i SLD, a białostoczanie jeżdżący komunikacją miejską. Niektórzy z nich zapowiadali, że będą oglądać sesję w Internecie, inni – że wybiorą się na nią (choć z tymi alterantywami może być pewien problem, bo sesja wyjatkowo nie w urzędzie wojewódzkim, a miejskim). Ale i tak  pod takim pręgierzem oczekiwań opinii publicznej, wszystko może się zdarzyć. Tak, jak podczas tamtej sesji z lokatorami komunalnymi. Władze miasta zapowiedzi tamtego protestu nie doceniły, być może myślały, że jak to już bywało  poprzednio, nie dopuszczą na sesji białostoczan do głosu. Radni, jak i władza wykonawcza nie tylko była zaskoczona skalą odwiedzin lokatorów, ale tak na dobrą sprawę nie miała pomysłu na wyjście z zaistniałej sytuacji.

Powtórka z tamtej sytuacji bynajmniej nie będzie rozrywką. Poślizg we wprowadzeniu e-biletu może słono kosztować. Ale jeszcze bardziej kosztowne może być poślizgnięcie na przepisach, które zamiast ułatwić życie mieszkańcom, skomplikują je. A wtedy jazda bekemaką do najprzyjemniejszych nie będzie należeć. Nawet wtedy, gdy autobusy będą mieć już nawet klimatyzację.

Katastrofa w Smoleńsku. Rok po nazajutrz – demony zła

Gdy szukam w pamięci obrazów, które najbardziej mi utknęły przed rokiem, od razu przypominają mi się dwa. Pierwszy, który do tamtej chwili mogliśmy jedynie w takiej skali doświadczyć tylko na ekranie taśmy filmowej. Ostatnia scena filmu „Demony wojny” Władysława Pasikowskiego rozgrywa się na pokładzie wojskowego samolotu transportowego. Wraca nim z Bośni  (oprócz załogi) major Keller. Siedzi sam, a wokół niego ustawionych jest bodajże osiem trumien żołnierzy poległych podczas dowodzonej przez niego akcji. To robiło na widzach porażające wrażenie.
Tyle, że to był film, w rzeczywistości nigdy takiego transportu do kraju poległych nie było. Do 14 kwietnia 2010. Tego dnia z Moskwy do Warszawy przetransportowano 30 trumien z ciałami ofiar smoleńskiej katastrofy. Ich widok wynoszonych z samolotu na Okęciu, przewożonych karawanem za karawanem ulicami Warszawy i w końcu ustawionych na Torwarze zostawił na wszystkich Polakach piętno. A przecież jeszcze do kraju miało wrócić 64 trumny. Zaiste, jaźń tego nie była  w stanie ogarnąć. I chyba nie jest w stanie do dzisiaj.

I druga scena, choć o trzy dni wcześniejsza. 11 kwietnia 2010 roku. Obserwując na ekranie redakcyjnego telewizora przejazd żałobnego konduktu ulicami Warszawy i te nieprzerwane tłumy, które żegnały prezydenta Polski, przez głowę przemykały obrazy zapamiętane z filmów. Bo te niedzielne sceny przypominały dwa podobne wydarzenia z historii Polskie. Jedno sprzed wieków, drugie sprzed 75 lat.

Tak, bowiem w maju 1935 roku Polacy żegnali marszałka Józefa Piłsudskiego. Wtedy też na trasie konduktu ustawiły się tłumy warszawiaków. Widać to na przedwojennych filmach dokumentalnych.  I drugi obraz nakreślony dzięki filmom fabularnym i kronikom pisanym, to kondukt żałobny ciągnący z Tykocina do Krakowa po śmierci Zygmunta Augusta.

I te analogie nasuwały się same. Ale też obserwując tamte sceny z 11 kwietnia, miałem nieodparte wrażenie, że tłumy pogrążone w smutku przywróciły zbiorowej świadomości, a może i nawet bardziej nadały nowe znaczenie majestatowi urzędu prezydenta RP. Bez względu, kto go pełni.  

Trzeba mieć nadzieję, że obudzony w trakcie tego smutnego weekendu szacunek do polityków w ogóle, szczególnie zaś do tych, którzy nie cieszyli się, na co dzień powszechnym uwielbieniem Polaków, pozostawi trwały ślad w kulturze politycznej naszego narodu. Jakże paradoksalne jest, że dopiero teraz, 20 lat po odzyskaniu pełnej suwerenności, zaczęliśmy mówić o politykach: elita. Ci, z których czasami drwiliśmy, wytykając różne mniejsze bądź większe słabości, musieli zginąć, aby zasłużyć na uznanie i miano bohaterów – pisał przed rokiem Radosław Oryszczyszyn. –  Jako naród zdaliśmy egzamin, przed którym postawiła nas zbrodnia katyńska. Zdołaliśmy odtworzyć elity, zbudować silne, rozwijające się państwo i gospodarkę odporną na ogólnoświatowe kryzysy. W tej chwili przed nami kolejna próba, z którą razem musimy uporać się po sobotniej katastrofie. Czy obronimy wspólnotę i staniemy się lepszymi obywatelami, zależy tylko od nas samych?.

Niestety, po roku mogę napisać, tylko o straconych złudzeniach.
Jeśli za 50, 100 lat Polska przetrwa jako państwo,to nam potomni będą
 podkreślać,że po 10 kwietnia ich przodkowie
stracili szansę na zbudowanie
swojej nowej państwowości. W zamian tego obudzili
demony zła, zła narodowego.

Katastrofa w Smoleńsku. Czy prezydent Komorowski też będzie w cieniu Sikorskiego?

Podmiana w nocy przez Rosjan tablicy w Smoleńsku. Tuż przed 1. rocznicą katastrofy. Tablicy, która była od 13 listopada. I choć – jak dziś twierdzą Rosjanie nie zgadzali się z napisem – to jednak nie zdecydowali się na żaden gest. Dopiero teraz. Na kilka godzin przed rocznicą. Pod osłona nocy, w skryciu. Ile w tym działaniu symboliki NKWD-owskiej, której byliśmy świadkami wielokrotnie w historii (a najczarniejszym jej symbolem jest strzał w głowę polskich oficerów przed 71 laty), a ostatnio chociażby podczas słów szefowej MAK-u o alkoholu wykrytym w organizmie polskiego generała. NKWD-wskiej, ale też imperialnej tradycji rosyjskiej, bo Rosjanie dobrze wiedzieli, że podmieniając tablicę ingerują w wewnętrzne sprawy Polski.

Współczuję rodziną, które przybyły na dzisiejsze uroczystości w Smoleńsku. Bo w gruncie rzeczy demonstracja Rosjan była dla nich jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ileż w sobie musiały mieć siły, by po takiej prowokacji ze strony Rosjan wytrzymać w tej straszliwej zawierusze? I nie zrobić zwrotu w tył. Nic dziwnego, że w ich wypowiedziach słowo „skandal” łamie im głos.

To, czego nie mogły zrobić dziś rodziny, mogą zrobić władze państwa. Nie przyjmuję do wiadomości argumentacji, że nieobecni nie mają racji. Tak samo jak nie przyjmowałem logiki zawartej w  styczniowych słowach premiera Tuska. Powiedział on wtedy, że: „w ostatnich latach udało się osiągnąć poprawę stosunków polsko-rosyjskich. Nie można więc dopuścić do sytuacji, w której jakiekolwiek zaniechanie mogłoby doprowadzić do zakłócenia budowy dobrych stosunków. – Dla dobrych relacji między Polską a Rosją nie ma alternatywy – powiedział premier podkreślając, że relacje te muszą być oparte na prawdzie”

Po tej wypowiedzi napisałem tekst „Tusk w cieniu Sikorskiego”. Nie Radosława, ale Władysława Sikorskiego. Pisałem w nim, że jest alternatywa, którą zresztą wskazuje sam premier: prawda. Za wszelką cenę, także wtedy, gdyby okazało się, że ze wschodu powieje Syberią na wiele lat. Prawdy nie można składać na ołtarzu obawy o przyszłość ledwie, co ocieplonych relacji.

Zresztą już kiedyś rząd Polski był w podobnej sytuacji, choć jakże geopolitycznie i militarnie nieporównywalnej . W 1941 roku na mocy układu Sikorki-Majski znormalizowano stosunki rządu londyńskiego z Moskwą. Półtora roku później odkryto groby katyńskie.  Rząd generała Sikorskiego niezależnie zwrócił się 17 kwietnia do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie sprawy. MCK (ograniczony przez hitlerowców) po sześciu dniach oświadczył, że gotowy jest współdziałać w ustaleniu prawdy pod warunkiem, że zwrócą się o to wszystkie zainteresowane strony, a więc też ZSRR. De facto dało to wolną rękę Stalinowi do zablokowania działań pod egidą MCK. 26 kwietnia 1943 Związek Radziecki zerwał stosunki dyplomatyczne (iskrzyło w nich od jakiegoś czasu) z rządem polskim na uchodźstwie. Czy wyobrażacie sobie Państwo, by w trosce o nie zrywanie tych stosunków, generał Sikorki mógł zaniechać oddania sprawy do MCK, a w konsekwencji walki o prawdę?

Zdaniem prezydenckiego ministra Sławomira Nowaka podmiana tablic na miejscu katastrofy w Smoleńsku nastręcza pewne kłopoty przed wizytą prezydenta Bronisława Komorowskiego w Smoleńsku. Otóż,  żadnych kłopotów. Tu nie ma żadnego wyjścia awaryjnego, tu wyjście jest nadzwyczaj proste. Prezydent nie powinien się spotykać w Smoleńsku z prezydentem Rosji. Jeśli Rosjanie tego nie przyjmą do wiadomości, prezydent nie powinien leć do Smoleńska. W trosce o prawdę, na wzór Władysława Sikorskiego.

Cisza o podlaskich drogach

 W styczniu w Pałacyku  Gościnnym w Białymstoku zebrał się okrągły stół podlaskich parlamentarzystów i samorządowców  w obronie naszych dróg. Wszyscy podkreślali, że nie było przy owym stole opozycji, koalicji. Nie ważne są różnice polityczne, że w tej sprawie wszyscy są razem. Samorządowcy i posłowie. Ci ostatni (perspektywa wyborów zmusza do nadzwyczajnej aktywności) zapewniali, że zamierzają walczyć o pieniądze na budowę i przyspieszenie remontu S-8.

Pokłosiem tej biesiady miało być podpisanie nazajutrz deklaracji, wspólnego stanowisko w sprawie szybszej budowy S-8, które miało zostać zostanie przekazane premierowi. Jak to często bywa słowa nie zawsze zostają przenoszone na papier i owa deklaracja pozostała już tylko w zapomnianych sferach deklaratywnych. Później wszyscy jeszcze zadowoli się inną deklaracja, ministra infrastruktury. Podczas otwarcia obwodnicy Wasilkowa Cezary Grabarczyk zadeklarował, że jego życzeniem jest, by pieniądze zaoszczędzone na przetargu przy budowie obwodnicy Augustowi, zostały na Podlasiu na inne nasze drogi. W sumie to miało być jakieś 400 mln złotych.

Po tej deklaracji Drogowy Front Jedności Regionu pełny ukontentowania gdzieś się zawieruszył. A wspominanym o tym właśnie teraz nie bez kozery. Kilka dni temu „Puls Biznesu” zastanawiała się czy Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zaoszczędziła środki przeznaczone na budowę dróg w realu, czy na  papierze. – Jednocześnie resort zaprzecza, aby GDDKiA kiedykolwiek takie wiadomości podawała. Jednak takowe komunikaty były i zapowiadały wykorzystanie nadwyżek finansowych przy innych inwestycjach. Jak więc należy rozumieć określenie „oszczędności”, skoro jeszcze 14 lutego Minister Cezary Grabarczyk deklarował wykorzystanie oszczędności w kwocie 400 mln zł przy przetargu mającym wyłonić wykonawcę obwodnicy Augustowa, na modernizację dróg w Podlaskiem – zastanawia się „Puls Biznesu”.

 I odpowiedź na to pytanie, to robota dla naszego Drogowego Frontu Jedności Dróg. Ale jakoś nikt za szable nie chwyta, na koń nie wsiada, by sprawę wyjaśnić. Cisza. Czyżby dlatego, że nasze lobby nie tylko uśpione, ale też – i wielokrotnie to pokazało- pręży muskuły na papierze.

 I Wy drodzy lobbyści chcielibyście, by mieszkańcy regionu nad Wami łzy poronili, bo nagle zasiądzie Was w Sejmie o jednego mniej. Ale chyba po raz pierwszy w historii pozostali mieszkańcy Podlaskiego nie zamierzają z powodu straty, którą poniesie region, uronić łez. Wszak nie ilość, a jakoś reprezentacji decyduje o skuteczności danego lobby. Cichosza, jednym słowem.

PS. Może się mylę, może nasi przedstawiciele zainteresowali się tym, o czym pisze Puls Biznesu. Tak, chciałby się pomylić. Z drugiej strony, gdybybyło inaczej, czyż sami by się nie pochwalili. Przed wyborami w cv ten punkt, to byłoby coś..

 

Afera hazardowa. Oczyszczeni czy nadal trędowaci?

Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie afery hazardowej. Po jej wybuchu napisałem tak:

Prawo nakazuje rozwikłać aferę hazardową. Co jakiś czas na jednorękich bandytach wykładają się kolejni posłowie (i to z różnych opcji).  Politycznie, nie prawnie. Bo te ostatnie sprawy są umarzane, jako konsekwencja postępowań organów państwa. Nie z woli premiera, ministra,  ale prokuratury, i w ostateczności sądów. Bo tak stanowi prawo. I tak powinno być tym razem.   Ktoś może powiedzieć: zaraz, zaraz, ale wymiar sprawiedliwości nadzoruje minister Czuma. I bardzo dobrze, bo ma najlepszą okazję udowodnić, że rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, które tak forsował, miało sens.
W sprawie posła Chlebowskiego uderza coś innego: język, jaki bucha z ujawnionych rozmów. Czy za taką samą grypserę  i slang szef klubu PO nie zostawiał suchej nitki na bohaterach podsłuchów w sprawie zwiedzania ostatniego piętra hotelu Marriott i tych, którzy ich usadawiali na stanowiskach państwowych? W niedzielnej audycji w radiu Zet, kiedy gościł w niej jeszcze poseł Chlebowski, jako szef klubu PO często odpierał zarzuty swoich adwersarzy w taki mniej więcej sposób: – No, nie Panie pośle, tak nie można mówić. Takie mówienie jest nieuprawnione.
No właśnie panie pośle Chlebowski, tak nie można mówić. I za to powinien pan zniknąć ze sceny politycznej. A resztę to już domena państwowych organów prawnych. Bo tak stanowi prawo.”

W oparciu o prawo prokuratura umorzyła dziś, 8 kwietnia 2010 roku,  sprawę. A co nie jest prawnie zabronione, jest dozwolone (zasada ta stała się jednym z kanonów ostatnich dwóch dekad). Czy to oznacza, że jej bohaterowie powrócą na salony najbliższego sezonu politycznego? Zależy to od tego, jak dalece spauperyzowało się w świadomości społecznej znaczenie etyki i wszystkich jej pochodnych. Albo nadal jest imperatywem, albo nic nieznaczącym frazesem.

Trawka dla śpiewaka. Jeszcze raz

Opera podlaska  i stadion miejski. Dwie sztandarowe inwestycje w Białymstoku. Dla mas i koneserów albo, jak  kto woli, dla koneserów i mas. Sedno tej logiki widać najlepiej w polskiej komedii „Mąż swojej żony” –  kompozytor muzyki współczesnej zawsze był w cieniu swojej żony, słynnej lekkoatletki. Aż tu nagle nastał niespodziewany finał. Jak to w przyjemnej, lekkiej komedii z plejadą, już niestety, nieżyjących polskich gwiazd filmowych.

Wracając do naszych inwestycji, czyżby stadion miejski miałby czekać podobny los, jaki był udziałem opery? O tych operowych przetargowych perturbacjach w swoim czasie media  pisały bez liku. Te stadionowe też jakoś nie miały szczęścia. Do tego stopnia, że podsumowując pierwszą kadencję prezydent właśnie sprawy związane ze stadionowymi przypadkami przetargowymi uznał za te, które wyszły nie tak, jak na początku zakładano.  Ale pewnie w najczarniejszych snach nie przypuszczał tego, o czym pisze dziś „GW”. A z nim kibice, w perspektywie nadchodzącego sezonu.

Zapewne stadion i operę  jakimś nadbiałostockim i nadpodlaskim wysiłkiem dokończymy (nie mamy wyjścia, choćby z tego powodu, że są finansowane z funduszy unijnych). Ale w przypadku obu tych inwestycji o wiele ważniejsze jest coś innego: Co dalej?  Za co je utrzymać?. Czy będą taką kotwicą ciągnącą na dno budżety innych miejskich i wojewódzkich instytucji? Co będzie, jeśli Jagiellonia (odpukać, ale w piłce różnie to bywa) nie będzie grać w ekstraklasie? A prawdę powiedziawszy to raz na jakiś czas powinna i o szczebel wyżej, – czyli w europejskich pucharach. I co zrobić, by ubiegłoroczna przygoda z Arisem nie była tą pierwszą-ostatnią.
Te dylematy wydają się dzisiaj jeszcze mgliste, ale od nich nie uciekniemy. Wcześniej czy później  pytanie o przyszłość stadionu się pojawi.

Podobnie jest  z operą. Nie będę przytaczał dowodów na poparcie tej tezy, bo w ostatnich tygodniach o tym, co dzieje się, gdy muzyka nie łagodzi obyczajów, pisałem na blogu wielokrotnie. Dla władz województwa dzisiejsza decyzja w sprawie szefa opery nie jest bynajmniej końcem sprawy, a tak na dobrą sprawę nowym jej początkiem.

Rozpocząłem powyższy wpis filmowym miszmaszem sportu i kultury z górnej półki, pora zakończyć tym samym. „Aria dla atlety”, z wybitną rolą Krzysztofa Majchrzaka, rozpoczyna się sceną, w której stary mistrz zapasów wręcza miejscowej operzekolekcję atlasów – statuetek zdobytych w walkach.  Operze, drugiej miłości po zapasach. Udowodniając, że można połączyć te dwie, wydawałoby się takich przeciwległych krańców, dziedziny sztuki.

Czy podobnie będzie w Białymstoku? Oby, bo w przeciwnym razie będzie to trawka dla śpiewka. Zielona jak ściany opery.

Nowa forma totalitaryzmu

Miałem kiedyś nauczyciela od po (dla młodszych czytelników należy się wyjaśnienie: skrót bynajmniej nie od partii, ale przysposobienia obronnego),  który – jak to wojskowy i to rodem z kresów – mówił, że dać ludziom wódki i samochody, a od razu w kraju będzie spokój i porządek. Iście to totalitarna była wizja w kraju, w którym co prawda wódka była, ale samochodów za cholerę. Ale po latach wizja ta, niestety, się powoli spełnia. Jednak nie za sprawą podstępnej władzy, a ludzkiej głupoty. Nastały czasy, gdy sięgnięcie równoczesne po kieliszek i samochód nie sprawia większej trudności (z natury ekonomicznej).

Czyż to nie jest forma totalitaryzmu w stosunku do innych obywateli? I dlaczego państwo nie broni tych obywateli, którzy przez ten totalitaryzm zagrożeni są eksterminacją drogową?

Marszałek za jeden uśmiech

Ten charakterystyczny zwrot przez lewę ramię (uwieczniony tym razem przez Wojciecha Wojtkielewicza)  jest już tradycją sesji sejmikowych, na których głosowany jest wniosek nad odwołaniem marszałka Jarosława Dworzańskiego. Podobnie było dwa lata temu. Jakże wówczas uśmiech ten kontestował z innym obliczem, które tamtego dnia na zawsze wryło się w pamięć. Paradoksalnie tamtego dnia napisałem komentarz,  wbrew pozorom nie tak odległy od  materii, która legła u podstaw dzisiejszego uśmiechu marszałka.

A ten na  awersie, ma nie tyle upokorzony swoją słabością podlaski PiS , ale to, co obala mit społeczeństwa w Białymstoku (na Podlasiu).

Jarosław Kaczyński, PJN i film Wernera Herzoga

Dla dobra Polski i dobra życia publicznego Jarosław Kaczyński musi odejść. Nie można dopuścić, żeby rządził w PiS do wieku stu lat – mówiła  wczoraj w Lublinie liderka PJN Joanna Kluzik- Rostkowska.
Tak się jednak dziwnie składa, że to pani poseł przyłożyła się do tego, i to bardzo, by Jarosław Kaczyński, w tej polityce trwał. Albowiem nie miał on żadnych szans na wygranie wyborów prezydenckich. Co więcej, w ogóle nie powinien w nich stratować. Dla swojego dobra,  prawicy polskiej (nie pisze tu o PiS, bo ten poległ w katastrofie smoleńskiej – w sensie jakościowym; całe zaplecze kancelarii prezydenckiej  i to jest fakt niepodważalny), dla dobra Polski.  I zamiast namawiać go do startu, jego najbliżsi stronnicy (a wtedy do nich zaliczała się także dzisiejsza liderka PJN) powinni zrobić wszystko, by go odwieźć od startu. Co oznacza, że nie powinni w nim widzieć tylko tego jedynego kandydata. Alternatywą było nie wystawianię żadnego kandydata. I to jest największy grzech Joanny Kluzik-Rostkowskiej jako polityka. Nie potrafiła realnie ocenić sytuacji po 10 kwietnia, naiwnie wierząc w sukces kierując kampanią prezydencką.

 I  dlatego jeśli dziś Jarosław Kaczyński jawi się niczym Aguiree, gniew Boży (bohater filmu  Wernera Herzoga), to także zasługa obecnych polityków PJN.

Jeszcze nie czas

Pod koniec swego pontyfikatu Jan Paweł II zwrócił się z zapytaniem zatroskanego ojca do Polaków: „Co wyście zrobili z tą wolnością ?” Pytanie to boli do dziś. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie wizytę Ojca Świętego z 1991 roku. Wówczas papieska katecheza oparta na Dziesięciorgu Przykazaniach dotyczyła pułapek i zagrożeń jakie owa wolność przynosi (dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich był Białystok). Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II. Część mediów i społeczeństwa zarzucała Papieżowi, że nie rozumie liberalnej demokracji oraz ingeruje – jako osoba duchowna – w strefę działalności politycznej. Ale papież niezłomnie powtarzał: Demokracja zapewnia udział obywateli w decyzjach politycznych i kontrolę rządzących, wolna ekonomia pozwala na rozwój inwencji gospodarczej człowieka.
I zastrzegał: Ale taka demokracja, która ma oparcie na gruncie stałych wartości i tylko taka wolna ekonomia, która służy człowiekowi, służy kształtowaniu świata bardziej ludzkiego i sprawiedliwego.

Zastanawia, że po tylu latach wśród tak wielu wartości dostrzeganych przez młodych ludzi w nauczaniu Jana Pawła II nie znalazło się pojęcie wolności. Czy dlatego, że młodzi nie zrozumieli jeszcze koncepcji wolności prezentowanej w nauczaniu Papieża, czy też się z nią nie zgadzają, ale przez szacunek dla Jego osoby nie dotykali w ogóle tego zagadnienia. A może nie mają kompleksu wolności, bo odkąd pamiętają cieszą się wolnością, którą zawdzięczają Janowi Pawłowi II?

Jeśli jednak wydarzenia z kwietnia 2005 roku nie były grą pozorów, to na zewnętrzne efekty wewnętrznej przemiany będziemy musieli poczekać kilkanaście lat, jeśli nie dekad. Być może dopiero wtedy depozytariusze papieskiego  nauczania wezmą to, co niego najważniejsze – kierunkowskazy prowadzące wierzących do Boga, niewierzących do drugiego człowieka, a wszystkich do „odmiany oblicza ziemi”. Tej ziemi.

Być może, my współcześni Papieżowi nie jesteśmy w stanie tego dziś jeszcze pojąć. Bo podchodzimy uczuciowo i czcimy rocznicę żalu. Jesteśmy bardziej emocjonalni niż racjonalni. W godzinę 21.37

I być może dlatego bardziej w pamięci mamy dzień śmierci Papieża niż dzień jego wyboru.  Ale w badaniach prowadzonych w latach ubiegłych ponad połowa Polaków chciała by 2 kwietnia  został uznany za święto narodowe lub państwowe i był dniem wolnym. Przepraszam, ale mamy świętować że zmarł nam Papież? Czy też sposób jaki przeżywaliśmy jego odejście?
A 16 października miałby inną wymowę. Podwójną – jak powiedział kiedyś prof.Jerzy Kopania. Po pierwsze, symbolizowałby dzień, w którym Polska osiągnęła najwyższą godność w naszej cywilizacji. Po drugie, przypominałby, że ten rozwój cywilizacyjny i przynależność do krajów Zachodu zawdzięcza chrześcijaństwu.

I wcale nie musiałby być dniem wolnym od pracy. Wystarczy, że świętem państwowym (dzień flagi, dzień żołnierzy wyklętych), a w sumieniu doznaniem religijnym lub metafizycznym. By tak się stało, musi jeszcze wiele wody w Wiśle upłynąć. Być może przez kilka pokoleń.

Polski paszport dla króla kasiarzy

Nie po to rząd przesunął miliardy z OFE do ZUS, by teraz jakąś ich cześć tracić na zmniejszeniu akcyzy zawartej w cenie benzyny. Ale już w lipcu pisałem (przypominam tę cezurę czasowa, bo dziś pogoda na dowcipy), że najlepszym sposobem zmniejszenia ryzyka związanego z tym, co dzieje się na świecie  będzie nadanie polskiego obywatelstwa Franciszkowi S. W końcu lepiej tego drania mieć bowiem po swojej stronie niż miałby działać przeciwko obywatelom Polski.  

Zresztą wielu znawców półświatka mówi, że tak na dobrą sprawę nie mamy szans obronić się przed jego niecnymi pokusami. A skoro tak, to lepiej przekabacić go na naszą stronę. Taki mały azyl nad Wisłą. Historia pokazuje, że możemy na tym całkiem nieźle zarobić. Znacznie lepiej niż byśmy tak samo postąpili z Aurelią O. Bo ta może np. bez przyczyny doprowadzić Cię do ruiny. W końcu nie nadaremnie są do niej przyczepione epitety: to sekutnica, to hetera, to jędza , zmora, ectera

Przeto już z dwojga złego lepiej zaopiekować się Franciszkiem Sz. Najlepszą formą takiej adopcji, będzie nadanie mu polskiego obywatelstwo. Skoro dorobili się jego i Olisadebe, i Roger, o których teraz słuch zaginął, to i dla Franciszka Sz. znajdzie się pewnie polski paszport. Zwłaszcza, że lobby za takim rozwiązaniem będzie znacznie szersze niż to było w przypadku futbolistów. W końcu nie bez powodów ciągnie sie za nim na świecie mit króla kasiarzy.

Krótkie spojrzenie w przeszłość

Zadziwiło mnie do granic, nie tyle przyznanie przez zarząd województwa odznak honorowych Tadeuszowi Truskolaskiemu i Donatowi Kuczyńskiemu, szefowi departamentu architektury białostockiego magistratu, co uzasadnienie do odznaczenia. Czytam je po raz enty i nadal nie mogę uwierzyć w owe laudacje. Przeto przytoczę je w całości.

Tadeuszowi Truskolaskiemu – za zaangażowanie w działania na rzecz rozwoju Miasta Białegostoku przy jednoczesnym poszanowaniu dziedzictwa kulturowego i historycznego oraz szczególną dbałość o promowanie Województwa Podlaskiego na terenie kraju i całej Unii Europejskiej. Wniosek o odznaczenie złożyło Polskie Towarzystwo Mieszkaniowe Lublin – współorganizator międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę – na najlepszą inwestycję budowlaną po obu stronach wschodniej granicy Unii Europejskiej”.

Tadeusz Truskolaski – Prezydent Miasta Białegostoku od 2006 r. jest współorganizatorem i patronem międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę”. Jego zaangażowanie w prace nad rozwojem stolicy Podlaskiego przyczynia się do poprawy jakości i estetyki budowli a także służy przywracaniu miastu należnej mu świetności z jednoczesnym poszanowaniem dziedzictwa historycznego i kulturowego. Jest inicjatorem wielu przedsięwzięć międzyregionalnych. Podejmuje działania  na rzecz intensyfikacji innowacyjności w regionie, przyczynia się do tworzenia warunków rozwoju transgranicznej współpracy regionów na europejskim Szlaku Słońca i Śniegu.

 

Donatowi Kuczyńskiemu – za zaangażowanie w działania na rzecz rozwoju Miasta Białegostoku oraz dbałość o promowanie Województwa Podlaskiego na terenie kraju i całej Unii Europejskiej. Wniosek o odznaczenie złożyło Polskie Towarzystwo Mieszkaniowe Lublin – współorganizator międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę – na najlepszą inwestycję budowlaną po obu stronach wschodniej granicy Unii Europejskiej”.

Pan Donat Kuczyński od 2006 r. jest członkiem kapituły międzynarodowego konkursu

„O Kryształową Cegłę” obejmującego swoim zasięgiem Polskę Wschodnią oraz przygraniczne regiony Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy i Słowacji.  Działa na rzecz intensyfikacji innowacyjności w regionie, przyczynia się do tworzenia warunków rozwoju transgranicznej współpracy regionów na europejskim Szlaku Słońca i Śniegu.  Jego zaangażowanie w prace nad rozwojem urbanistycznym Miasta Białegostoku przyczyniają się do poprawy jakości i estetyki układu przestrzennego miasta a także służą przywracaniu miastu jego świetności z poszanowaniem dziedzictwa kulturowego.

 

Już nie chodzi o to, że o odznaczenie wnioskowało towarzystwo, z którym odznaczeni mają ścisłe związki. Ani o ten Szlak Słońca i Śniegu, slogany o innowacyjności czy transgranicznej współpracy. Kuriozum tej laudacji polega na tym, że zarząd województwa przyjął argumentację lubelskiego towarzystwa, która nijak ma się do białostockiej rzeczywistości. Zwłaszcza w wymiarze, który określa frazes „do poprawy jakości i estetyki budowli a także służy przywracaniu miastu należnej mu świetności z jednoczesnym poszanowaniem dziedzictwa historycznego i kulturowego”. Mogę domniemywać, że wnioskodawcy mieli na myśli Rynek Kościuszki. To prawda, za rynek prezydenta ma prawo do dumy, ale takie samo ma jego projektant Zenon Zabagło i jego zespół.

Ale nie samym rynkiem Białystok żyje. Tego być może nie widać w Lublinie. Bo jak się ma troska o dziedzictwo wyrażona w zaakceptowanej laudacji do niechęci powołania miejskiego konserwatora zabytków zadeklarowanej przez prezydenta na ostatniej sesji rady miejskiej (pisaliśmy o tym w środę, i jutro w Obserwatorze). Jak się ma estetyka z laudacji do zeszpecenia charakteru ulicy Warszawskiej poprzez przyzwolenie na budynek zupełnie niepasujący wysokością do innych? Jak owa laudacja ma się do przypadku rozbiórki budynku przy Grunwaldzkiej zamiast przeniesienia go do skansenu w Osowiczach? 

Problem z zachowaniem wizualnego dziedzictwa Białegostoku to nie są tylko ostatnie lata. I to trzeba jasno powiedzieć. Ale także to, że dbałość o owe dziedzictwo przejawia się w zaiste dziwny sposób. Nie tylko ze strony wojewódzkich służb konserwatorskich. Powtórzę to jeszcze raz: z Lublina można tego nie widzieć, z budynku przy ul. Wyszyńskiego w Białymstoku – nie.

Ale ponieważ jutro jest prima aprilis to przekornie zażartuję: po takim odznaczeniu  nie wypada już chyba, by odkryte niedawno sekrety podziemnego centrum Białegostoku (piszemy o nich jutro w Porannym) nie ujrzały  na stałe światła dziennego.  Podobnie jak miejski konserwator zabytków.

Może zawrzemy układ

Tradycyjnie już 30 marca,  ani słowa o białostockiej polityce, ani tym bardziej o krajowej. Ale o artystce, o której stuknęło dzisiaj … Kobiecie wieku co prawda sie nie wypomina, ale nic w tym zdrożnego, że buntowniczka z Ohia, jak okrzyknięto ja ponad dwie dekady temu, kończy 47 lat. Dzisiaj  już nie tak wojownicza, ale nadal wierna swoim tekstom i muzyce.

Moje spotkanie z Tracy Chapman zaczęło się dwie dekady temu. Nikomu nie znana dziewczyna wychodzi z pudłem na londyński Wembley i zaczyna grać. Śpiewa słowa, które tu nad Wisłą, wydawały się wówczas abstrakcją.

Pamiętam jak dziś tłumaczenia jej tekstów, które prezentował w radiowej Trójce niezapomniany Tomasz Beksiński. Gdzieś jeszcze na starym magnetofonie szpulowym mam to nagrane. “Masz szybki samochód, a ja bym chciała uciec dokądkolwiek. Może zawrzemy układ”. Tak śpiewała w utworze “Fast car”.

1. Talkin’ ‘Bout a Revolution
2.Fast Car
3.Across the Lines
4.Behind the Wall
5.Baby Can I Hold You
6.Mountains O’ Things
7.She’s Got Her Ticket
8.Why?
9.For My Lover
10.If Not Now
11.For You

Kolejność utworów z tej płyty trudno zapomnieć. Bo też ten pierwszy krążek Tracy Chapman jest dla mnie płytą skończoną, absolutną.

Niemoc w operze

Konflikt w podlaskiej operze i filharmonii nie jest czymś wyjątkowym. Podobny rozgrywa(ł) się w Olsztynie. Tam ponoć zaczęło się od tego, kto kogo nie zaprosił na uroczystość zawieszenia wiechy nad gmachem nowo budowanej filharmonii. Później doszły sprawy pracownicze. Dyrektor zwolnił z pracy związkowca z orkiestry, bo puzonista nagle stracił talent. Muzyk odwołał się do sądu. W końcu i innyi muzycy też zbuntowali się przeciwko dyrekcji. Ale też znaleźli się pracownicy, którzy ją popierali. Ta, w odróżnieniu od białostockiej, składała się z dyrektora zarządzającego i dyrektora artystycznego, który był jednocześnie dyrygentem. Eskalacja konfliktu sięgnęła zenitu i 19 marca musiano odwołać uroczyste otwarcie filharmonii (na 500 miejsc) wybudowanej za 68 milionów złotych (większość stanowiła dotację z programu unijnego, swoim kosztem miasto zbudowało drogi wokół filharmonii). W całym tym galimatiasie marszałek województwa warmińsko-mazurskiego przedłużył – nielubianemu przez muzyków dyrektorowi zarządzającemu – umowę na trzy miesiące (kontrakt kończył mu się w połowie marca), by mógł dokończyć wszelkie formalności związane z nowo otwartym gmachem. Ten jednak nie wyklucza, że wystartuje w ponownym konkursie. Z kolei dyrygent, a razem dyrektor artystyczny podał się do dymisji. To z kolei pozwoliło, że bez żadnych przeszkód i skandalu odbył w ostatnią sobotę koncert amerykańskiej gwiazdy Gwendolyn Bradley. A tego występu, zakontraktowanego dużo wcześniej, nie można było odwołać. Nawet z powodu konfliktu w filharmonii. Koncert poprowadził inny dyrygent.

W tej krótkiej historii rodem z Olsztyna aż roi się od bliźniaczych sytuacji z Białegostoku. Ale też widać wiele różnic. Każdy sam może je wyłuskać. Ja chciałbym jedynie uzupełnić tekst, który napisałem miesiąc temu pod tytułem „Marszałek-dyrygent. Con amore”. Zacznę od wątku, który wówczas w nim się nie znalazł. Bo też nadal podtrzymuję, że nie jest on w tym sporze najważniejszy. Jednak pod wpływem wielu komentarzy tym razem o nim wspominam..

Wymiar pracowniczy. Cóż, bowiem mają powiedzieć białostoczanie, którzy są w podobnej sytuacji pracowniczej  jak muzycy lub znacznie gorszej(albo mogą się znaleźć lada chwila). Oni też są nieraz postawieni przed ultimatum. Tyle że nikt za nimi się nie ujmie, oni nie są artystami, nie pracują w instytucji, w której jest instancja odwoławcza działająca pod pręgierzem publicznym, czyli marszałek i zarząd województwa. Oni nie wywieszą transparentu „Chcemy dyrektora, a nie terrorysty”. Bo na kim miałoby to zrobić wrażenie?
Z kolei dyrektor opery wiedząc, że też jest pod pręgierzem publicznym, ale z zupełnie innego powodu, nie powinien przeciągać struny w sporze pracowniczym. Bo musiał mieć świadomość, że decydują się na taki wist w sprawach kadrowych, spotka się z reakcją będącego w trudnej, ale nie bez wyjścia, sytuacji marszałka i zarządu województwa.

W duchu kompromisu sam mógłby wyjść na przykład z inicjatywą, że do czasu otwarcia nowego gmachu zajmie się pracami właśnie z tym związanymi (ma nad czym myśleć), a bieżące kierowanie pracami artystycznymi powierzy komuś innemu. Oczywiście w uzgodnieniu, ale niepozorowanym, z radą artystyczną. Być może to kulawe rozwiązanie, ale na pewno lepsze niż brnięcie z każdym dniem w absurd. Poza tym  filharmonia w praktyce przećwiczyłaby scenariusz, do którego skłania się zarząd województwa, by rozdzielić funkcje menedżera i dyrektora artystycznego. Co nie oznacza, że i w takich dualizmie zarządzającym nie dojdzie do konfliktu. Przykład Olsztyna pokazuje, jak bardzo nadzieje mogą być złudne.  

I dlatego – kończąc wymiar socjalny sporu – jeśli już władze województwa (być może stare, być może nowe) i szef filharmoników (być może stary, być może nowy) będą otwierać gmach nowej opery, to niech przynajmniej pierwszy takt w ich wykonaniu oraz muzyków (być może nowych, być może starych) będzie dla tych, którzy „jak niegdyś przy saturatorach, tak teraz przy kasach” mogą tylko pomarzyć, że ktoś za nimi się ujmie. I że nie będzie to requiem.

Wymiar artystyczny. Podlaska opera i filharmonia ma swoją markę. Świadczą o tym też chociażby listy poparcia ze świata artystycznego dla obu stron konfliktu pracowniczego. Oczywiście można licytować się, kto ma większe zasługi, ale posłużę się porównaniem ze świata sportu. Czy polscy siatkarze zdobyliby złoty medal olimpijski w Montrealu, gdy nie katorżnicza praca i wymogi, które im zaserwował Hubert Wagner (stąd wziął się jego przydomek „Kat”). Ale czy nawet najbardziej rygorystyczny reżim dałby efekt, gdy Wagner nie trafił tak na dobrą sprawę na zawodników wybitnych, których talent graniczył na boisku z geniuszem?

Tyle że w życiu, sporcie, działalności artystycznej, edukacji nic nie trwa wiecznie. Po jakimś czasie przychodzi naturalne zmęczenie materiału. Gra nie układa się tak jak dawniej. Pojawiają się nieporozumienia, próby wyjścia przed szereg, dbania o własne interesy. Indywidualizm bierze górę nad grą zespołową. Ważne, by rozstać się w chwili, gdy emocje nie wybuchną z wielką siłą. Czasami stronom trudno zauważyć ów moment, po którym za chwilę przekroczą Rubikon. Dlatego tak bardzo ważne, by dostrzegła to owa instancja nadrzędna. Tymczasem ze strony władz województwa obserwujemy kolejny odcinek serialu „ Niemoc w operze” Trwa to już od blisko dwóch lat. Ontologię tej inercji opisałem w tekście „Białystok w drodze do Manaus”. Z kolei we wspomnianym na początku artykule ”Marszałek-dyrygent. Con amore” wskazałem, dlaczego ten związek zaiste z dziwną czułością podtrzymywany przez co najmniej półtora roku, ma nagle zakończyć się rozwodem. Tyle, że na razie przybrał stan separacji, która – w przeciwieństwie do Olsztyna – może się zakończyć się znacznie większym skandalem.

Rozumiem, że władze województwa nie umiały od czerwca 2009 roku rozwiązać kwestii zarządzania operą (godząc się chociażby na dziwny kontrakt dyrektora w Seulu), ale zaprawdę nie rozumiem dlaczego nie są w stanie zrobić tego teraz. Marszałek zadeklarował, że do czasu 11 kwietnia, gdy odbędzie się nadzwyczajna sesja sejmiku w jego sprawie (teraz już 4 kwietnia), nie będzie podejmować żadnych decyzji odnośnie opery. Niby dlaczego? Przecież nie został zawieszony w wykonywaniu swoich obowiązków. Co więcej, wykonuje je w innych sprawach, też znaczącej wagi. Co stoi zatem na przeszkodzie, by i w tej sprawie podejmować decyzje, a nie tylko pozorowane próby mediacji. Bo mediacja w osobie członka zarządu województwa Jacka Piorunka, działa na niekorzyść marszałka. Wszak od razu rodzi się pytanie: dlaczego to nie marszałek mediuje, skoro członek zarządu województwa jest w takiej samej sytuacji, z powodu, której marszałek nie mediuje? Tu nie ma już czasu na takie zabawy. Potrzebne są szybkie decyzje.

Jakie? Kilka wariantów wbrew pozorom zarząd ma, i to nawet w skrajnym wydaniu. Ale darujcie Państwo, to nie mi Podlasianie płacą kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie za zarządzanie województwem i właściwy nadzór nad jego instytucjami (w tym kulturalnymi), bym na tacy podsuwał gotowe rozwiązania. No może poza jednym: puścić mimo uszu wszelkie głosy artykułowane z pozycji politycznych.

Bo to nie polityka, sprawy socjalne, artystyczne, ambicjonalne są solą Opery i Filharmonii Podlaskiej. Na kanwie owych wątków wszystkim stronom sporu, a jest ich już więcej niż kierunków świata, umyka coś bardziej ważniejszego. To że Białystok naprawdę jest w drodze do Manaus:

Kto widział film Wernera Herzoga “Fitzcarraldo”, ten wie, do czego jest zdolny maniak ogarnięty ideą bez reszty (w filmie – tytułowy bohater). Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru. I choć to film, opera na końcu świata naprawdę powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli amazońskiej.

W podobnej sytuacji jest nasza opera. Jej budowa, początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Na razie brakuje 50 mln złotych: na rzeźby, instrumenty, multimedia. Urząd marszałkowski liczy na wsparcie z resortu kultury, ale mogą być to nadzieje płonne (ach te oszczędności na wszystkim). Przeto zostają marzenia, że do 2012 roku budynek uda się wykończyć. Ale czyż marzenia, tak jak w Manaus, nie mogą być warte opery? I nie tylko za trzy grosze.

Powstający gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów. Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, ponieważ koszty związane z działalnością opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych. Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. A  wtedy te mniejsze instytucje mogą czuć się zagrożone.

Jeśli jednak opera ma być traktowana, jako dobro wspólne, to warto, aby strony sporu przedstawiły taką argumentację, która przekonałaby już dziś zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jak i tych z Łap i Hajnówki, że powinni oni łożyć na jej utrzymanie. Także wówczas, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my, w odróżnieniu od szaleńców z Manaus, kauczuku lub innego złotego runa nie mamy”.

Miejcie to na uwadze, szanowni akolici wszystkich stron – tego z każdym dniem coraz bardziej żenującego – sporu.

Premiera ślepa miłość

Majstersztyk, by przydusić Polskę? Bardzo prosty: przyznać jej organizację EURO 2012. A Polacy w myśl swojej starej maksymy „Zastaw się, a postaw się” podejmą gościnie Europejczyków.

I to robimy. Przyznał to otwarcie podczas debaty z artystami premier Donald Tusk. – Wiecie, jak kocham piłkę nożną, ale gdybym miał na to wpływ, powiedziałbym: nie organizujmy Euro 2012. Nie stać nas – przyznał w rozmowie z artystami premier.  

Otóż Panie premierze, miał Pan wyjście. Zadzwonić do Platiniego i powiedzieć mu: Sorry, ale nie stać nas. Przerosło nas. Może za trzydzieści lat, jak dobrze pójdzie.  

A tak pańskie słowa przypominają historię z filmu „Chile potrafi”. Opowiada ona o planach  Patricio, ekscentrycznego biznesmena z Chile, który postanawia zrealizować pierwszą w dziejach Ameryki Łacińskiej samodzielną, przygotowaną bez pomocy wielkich mocarstw, załogową misję kosmiczną. I w końcu udaje mu się wysłać na orbitę Chilijczyka, prostego nauczyciela wybranego w castingu.  Wkrótce, z powodu kłopotów finansowych, centrum kontroli lotu zostaje zamknięte. I kosmonautę nie ma kto ściągnąć. Podczas gdy Guillermo samotnie podróżuje po kosmosie, Amerykanie przekonani o ataku wroga, mobilizują swoje wojsko. Reżyser filmu obnaża przywary, zamiary, wybujałe ambicje, chęć porwania się z motyką na Księżyc. I pokazuje, do czego może prowadzić chore pojęcie manii i wielkości. Z morałem, że łatwiej wysłać człowieka w Kosmos niż sprowadzić go na Ziemię. Jednak to, co od sierpnia działo się na pustyni, zaprzeczyło tezie filmu. Bo jednak Chile potrafiło sprowadzić na Ziemię uwięzionych ponad 600 metrów pod ziemią górników.

Polska też potrafi i zapewne jakimś nadmiernym wysiłkiem, zupełnie irracjonalnym, uda się nam się dokończyć stadiony (i niektóre priorytetowe drogi). Tylko żeby później nie było tak, jak w piosence kwitującej zakończoną niedawno epokę spłacania długów:  

Płynęła kiedyś rzeka zielona,

I złote miały być karpie

A teraz naród i głodny

I cała partia się szarpie.

Ale to nie z powodów organizacyjnych, ale czysto sportowych,  powinniśmy oddać EURO. My po prostu nie zasługujemy, by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy. Ba, nawet nie zasługujemy, by im buty nosić. Piątkowy mecz z Litwą udowodnił to po raz kolejny. Pisałem o tym na blogu wielokrotnie (chociażby po klęsce Wisły z mistrzem Estonii).

Jeśli nie stać Pana na rezygnację z EURO, to może stać na defutbolizację Polski. Właśnie dla dobra piłki, którą – jak sam przyznał w sobotniej debacie – kocha.  

 

Aktor Walicki i aktor Szot w BTL-u

Wielką frajdę, nie tylko najmłodszym, sprawili dzisiaj po południu aktorzy Białostockiego Teatru Lalek. Jak co roku raz do roku uchyli przed białostoczanami sekrety swojej sceny. A ponieważ publiczność tłumnie odpowiedziała na  to zaproszenie, nic dziwnego, że w teatrze działo się, oj działo. Nie tylko w magicznej piwnicy lalek, na dużej scenie, scenie przy kominku, w pracowniach teatralnych czy choćby po zapadnią. 

Samo już przejście wąskimi korytarzami pod parterem było niezłą frajdą. Podobnie jak narracja zwiedzania opowiadana przez aktorów. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do czasów opowieści teatru nie tylko dziecięcego, który odzwierciedlali w dawno zapomnianym filmie aktor Walicki i aktor Szot.

Garstka białostoczan solidaryzowała się z wolną Białorusią

Smutna to kontestacja, ale tak można tylko ocenić demonstrację na Rynku Kościuszki. Miała być wyrazem solidarności naszego miasta w ramach prowadzonej od 2006 r. akcji „Solidarni z Białorusią”. Jak co roku jest ona organizowana w rocznicę proklamowania w marcu 1918 r. Białoruskiej Republiki Ludowej. I w ramach tej akcji  miał  przejść „Marsz Wolności”.  Ale zaiste nie był to marsz, a spacerek kilkunastu osób Rynkiem Kościuszki, Spółdzielczą, Malmeda do Loftu. Tam zagrały w ramach solidarności z wolną Białorusią białostockie zespoły.

W wymiarze publicznym Białystok udowodnił, że w idei solidarności z Białorusią daleko nam do innych miast. Nie tylko do stolicy, ale i tych z zachodniej części kraju. Dziwne to, zważywszy na naturalne predyspozycje Białegostoku do bycia takim centrum wschodnim. Wiem, organizujemy wiele akcji charytatywnych dla naszych rodaków zza wschodniej granicy, wspieramy też opozycjonistów, ale jakże ciężko przychodzi nam publicznie zademonstrowanie, chociażby w tym symbolicznym dniu, sprzeciwu wobec tego, co dzieje się po drugiej stronie granicy. Jak mamy do tego przekonać innych Europejczyków, skoro sami tego nie czynimy? To taki rykoszet do cyklu tekstów, który pisałem od początku roku pod wspólnym hasłem: „Komu jaśmin cudnie pachnie, komu odór z celi się roztacza”.

 Rok temu rozmawiałem z podlaskim posłem Robertem Tyszkiewiczem (wiceszefem sejmowej komisji spraw zagranicznych) na temat polskiej polityki wschodniej. W pewnym momencie zadałem takie pytanie: Czy Białystok ma szansę stać się ośrodkiem wsparcia dla Partnerstwa Wschodniego? Z racji położenie geograficznego, historii i kultury wydaje się, że tak. Ale nadal koncepcje polityki wschodniej rodzą się gdzie indziej.

Powoli to się zmienia. Z inicjatywy prof. Mironowicza powstaje na Uniwersytecie w Białymstoku Instytut Wschodni, który w szczególny sposób ma zajmować się stosunkami z Białorusią. Wiem, że profesorowi udało się przyciągnąć wiele znaczących nazwisk. Jest to mały, ale jednak krok w kierunku, by w Białymstoku powstało zaplecze polskiej myśli wschodniej – mówił wtedy wiceszef sejmowej komisji spraw zagranicznych.

 Były to chyba zbyt płonne nadzieje posła, skądinąd bardzo zaangażowanego w obronę polskiej mniejszości na Białorusi i wspieranie opozycji Białoruskiej. Bo w przeciwnym razie to, o czym mówił Robert Tyszkiewicz, miałoby przełożenie na skalę dzisiejszej demonstracji. I dlatego nadal, niestety, muszę po raz kolejny napisać Na wschodzie bez zmian.    

Nadal zbyteczna Godzina dla Ziemi, wciąż potrzebna minuta dla miasta

Jagiellonia gra jutro po południu przy ulicy Słonecznej z Piastem Gliwice. Wyobraźmy sobie, że mecz ten rozgrywany jest dzisiaj o godz. 19.15. Do końca gry pozostaje pięć minut  i nagle gaśnie na stadionie światło. Nie z powodu awarii, ale „Godziny dla ziemi”. Bo właśnie w sobotę o godz. 21 w Białymstoku w ramach ogólnoświatowej akcji zgaśnie iluminacja na publicznych budynkach. A czyż stadion nie jest takim obiektem?

 W praktyce trudno sobie wyobrazić, by zgasło światło z tego powodu podczas meczu. Bo transmisja telewizyjna, bo kontrakty reklamowe.  Tak samo jak trudno sobie wyobrazić, by prądu nie było podczas premierowego spektaklu After Party, który inauguruje dziś właśnie o godz. 21. sezon na Węglowej. By po omacku rozdawano laury na wieczornej gali Podlaskiej Marki Roku czy bez prądu grano podczas licznych koncertów, które w tym czasie są w mieście.

 Opisane sytuacje sie nie wydarzą jutro z jeszcze jednego powodu: Piast Gliwice nie gra w Ekstraklasie, Jagiellonia ma przerwę w rozgrywkach ligowych ze względu na mecze reprezentacji, nie ma jutro finału Podlaskiej Marki Roku, ani premierowego spektaklu After Party. Ale wszystkie te wydarzenia miały miejsce dokładnie rok temu, w ostatnią sobotę marca. I podczas żadnej z nich nie sposób było wyobrazić sobie, by zgasły światła. Podobnie jak podczas wielu innych imprez w mieście. I tak samo  będzie i w tym roku w ostatnią sobotę marca, gdy wybija o godz. 20.30. Godzina dla Ziemi.

 Odnoszę wrażenie (po roku nadal to podtrzymuję), że jesteśmy poprawni na siłę. Łatwiej przychodzi nam pstryknąć przycisk (bo takie są trendy światowe) niż wyrzucić śmieci tam, gdzie ich miejsce lub nie przechodzić obok nich obojętnie. A przecież wysypisk czy śmietnisk w mieście i wokół niego, nie tylko z racji tego, że już po zimie, jest bez liku. Tak jak zaśmiecony teren między Artyleryjską, Ploretariacką i Poleską.

Zamiast wciąż sztucznej Godziny dla Ziemi, nadal pora na prawdziwą minutę dla miasta. A ziemi w nim będzie lżej. Znacznie dłużej niż przez godzinę..

 PS. Jeśli już gdzieś w wymiarze miejscowym ten globalny slogan Godzina dla Ziemi ma sens, to Japonia zdewastowana po trzęsieniu i kataklizmie.

Władza z opozycją wyżywią się same

„Robiłem dzisiaj zakupy w osiedlowym, mięsnym sklepie, potocznie zwanym budą. Bynajmniej nie jest to jakaś tam jatka z poprzedniej epoki, ale porządny mały “rzeźnik” z klimatyzacją. W zeszłym tygodniu kupowałem w nim salceson, za 9 zł/kg z małym kawałkiem. Zwykły, włoski salceson. Dzisiaj płaciłem już za kilogram prawie jedenaście złotych. Wtedy wziąłem cztery plastry, teraz tylko trzy. Na szczęście kaszanka gryczana nie zmieniła ceny. Tak jak przed tygodniem nadal kosztuje 7, 40 za kilogram. Tylko jak długo jeszcze?”

Powyższy tekst napisałem ponad trzy lata temu. Gdzie wtedy byli ci, którzy dzisiaj w świetle kamer chodzą po dyskontach i ci, którzy w  ramach retorsji polityczno-werbalnych odpowiadają, ze chodzą po dyskontach całymi rodzinami?

 I odpowiadam cytując dalszą cześć tekstu sprzed trzech lat:

Zwolennicy wolnego rynku powiedzą zaraz, że władza nie może regulować cen. Ale też zapowiedź szefa Gazpromu, że za baryłkę ropy trzeba będzie zapłacić 250 dolarów brzmi nie tylko, jako szantaż czy zachęta do dalszych spekulacji, ale swoiste wyzwanie dla rządu i opozycji, by Polska nie obudziła, jak zwykle wtedy, gdy będzie za późno”.

 No, panowie premierzy  obecny i byli, rozglądający się dziś po dyskontach: czyżbyście jednak coś przespali? Chyba, że jak to powiedział klasyk poprzedniego systemu z lekką parafrazą współczesną “władza i opozycja wyżywią się same”. Nawet, gdy salceson będzie kosztował 50 złotych.

 

PS. W tekście sprzed trzech lat wspomniałem też o bezalternatywności . Po 36 miesiącach nic się nie zmieniło.

Warto zapytać o kulturę. W Białymstoku

Andrzej Strumiłło, Tomasz Gilewicz, Miłka Malzahn, Edwin Bendyk, Ilona Karpiuk, Paweł Chomczyk, Krystyna Konecka, Joanna Tomalska, Paweł Cichocki, Małgorzata Dmitruk, Magdalena Godlewska, Anna Jakubas, Stanisław Woś, Paweł Winiarski, Wiesław Szumiński, Oiko Petersen, Jerzy Szerszunowicz, Marzanna Morozewicz. 18 nazwisk, niektóre z nich wręcz instytucje podlaskiej kultury. Nie tylko przez pryzmat wieku, ale też dokonań. Odzwierciedlają generacje, których wspólnym mianownikiem jest pytanie o kulturę. A że warto o nią pytać przekonują nas w kolejnej publikacji z cyklu „Warto zapytać o kulturę”. To plon sympozjum (od kilku lat wspólnie co roku organizuje je urząd marszałkowski i sejneński Ośrodek Pogranicze), które w listopadzie w 2009 roku miało miejsce w muzeum Kluka w Ciechanowcu. Tamto spotkanie, które teraz zaowocowało publikacją, poświecono dialogowi multikulturowemu.  Na jego awersie było pokazanie roli kultury i sztuki w budowaniu mostów pomiędzy ludźmi, zróżnicowanymi grupami społecznymi, narodowymi, religijnymi, etnicznymi. Na rewersie sztuka współczesna, nowe media, nowoczesne sposoby komunikowania.

Warto zapytać o kulturę sięgając po ten zbiór szkiców. Nie tylko ze względu na ową multikulturowość, ale chociażby dla tego, by zrozumieć jak przestrzeń miejsca ustępuje – jak pisze w swoim eseju antropologicznym Edwin Bendyk – przestrzeni przepływu (za sprawą społeczności internetowych). W praktyce szczególnie widać to na przykładzie miastotwórczej roli kultury. Zwłaszcza tego jej filaru, który potocznie zwie się kulturą studencką, a który w Białymstoku praktycznie nie istnieje.

Wspominam o tym nie bez kozery. Niedawno Radosław Oryszczyszyn, w felietonie na portalu Made in Białystok, zadał pytanie: Gdzie są studenci? Zadał je na kanwie procesu, który dotknął Kopiluwak. To zdaniem autora miejsce na mapie knajpiano-klubowej było jeszcze do niedawna wyjątkowe. Wręcz stworzone (za sprawą Damiana Kudzinowskiego, który już z nim się rozstał), by stać się kultową oazą młodej, białostockiej bohemy intelektualnej.

Gdybyśmy spojrzeli na niezbyt odległą przeszłość, to w gruncie rzeczy w Kopiluwaku kształtowała się też szeroko pojęta podlaska lewa strona społeczna. Nie w sensie partyjnym, zinstycjonalizowanym, ale poglądu na świat, miejsca pewnego dyskursu, podejmowania tematów, często mających znamiona trędowatości dla  zwłaszcza lewej strony systemowo-politycznej.

Szkoda, że – pisze swoim felietonie Radosław Oryszczyszyn – po odejściu Damiana Kudzinowskiego Kopiluwak nie pełni już tak aktywnej opiniotwórczej roli w mieście. Dorzuca też parę gorzkich ocen natury estetycznej. Do tych ostatnich zastrzeżeń nie odniosę się, w myśl zasady, że o gustach się nie dyskutuje. A także dlatego, że wywodzę się z czasów, w których estetyka nie miała wielkiego priorytetu. Co do zaniku roli opiniotwórczego miejsca, to powiem w myśl innego powiedzenia: życie nie znosi próżni. To zupełnie inne miejsce stało się już ostoją owego dyskursu. Będąc zarazem dowodem, że kulturalne inicjatywy bez mezaliansu (minimalna opcja) lub instytucjonalnego wsparcia (maksymalna opcja) ze strony mecenatu nie tyle prywatnego, co samorządowego, są skazane w gruncie rzeczy na zarabianie ową sprzedażą kawy i piwa, o której pisze Radosław Oryszczyszyn w odniesieniu do Kopiluwaku.

Ale na koniec swojego tekstu, który jest poszukiwanie utraconego miejsca i czasu (dominacja licealistów i gimnazjalistów) socjolog stawia pytanie, które jest w gruncie rzeczy jez też i odpowiedzią o ducha tego miejsca: Gdzie są studenci?

Ponieważ jak już napisałem na początku warto zapytać o kulturę, ale też warto odpowiadać na zapytania o kulturę, przeto odpowiem tak: studentów nie ma, bo w Białymstoku nie ma kultury akademickiej.

Teza ta może dziwić, zważywszy na liczbę szkół wyższych w Białymstoku, w tym uczelni artystycznych.  Ale wystarczy spojrzeć na trzy wyznaczniki białostockiej akademickość kulturalnej: juwenalia, Podlaski Festiwal Nauki i Sztuki oraz regionalny przegląd twórczości młodzieży akademickiej. Oczywiście w ciągu roku nie brak innych imprez, ale to te trzy wiosenne wydarzenia są wyznacznikami miastotwórczej roli kultury studenckiej i jej zakotwiczenia w przestrzeni miejskiej. Dość słabego zakotwiczenia (Odsyłam do tekstu, który napisałem, rok temu. Myślę, że w tym, nadal istotnej zmiany nie będzie).  

Festiwal nauki i sztuki, juwenalia i przegląd dokonań artystycznych studentów tworzą tzw. kulturalny wierzchołek białostockiego trójkąta akademickiego (dwoma pozostałymi są prestiż ośrodka naukowego oraz zdolność wykorzystania potencjału intelektualnego, głównie przez białostocki rynek pracy) . Przestrzeń miejska zawarta między tymi punktami odniesienia przypomina naturę tego bermudzkiego: niby jest, a jakby jej nie było. I to jest odpowiedź na pytanie: Gdzie się podzieli studenci? Nie ma kultury akademickiej, bo nie ma studentów. Nie ma studentów, bo nie ma kultury akademickiej.

Swoje piętno odcisnęły także procesy zmniejszenia roli miejsca na rzecz przestrzeni przepływów.  Niegdyś kultura studencka była trampoliną do karier artystycznych. Na scenach wielu festiwali akademickich swe pierwsze kroki stawiały gwiazdy polskiej kultury. Studencka estrada była swoistym azylem. Dziś mamy zupełne inne kanały przepływu w stronę karier, rybku estrady, sztuki, kultury. I być może dlatego także uzbrojony w internet i komórkę cyfroobywatel nie potrzebuje – jak pisze Edwin Bendyk w swoim eseju – przestrzeni miejskiej jako stałego punktu zachowań koordynacji (w tym kulturalnej).

Mimo wszystko warto czasami zapytać o kulturę, tak jak to zrobił w swoim felietonie Radosław Oryszczyszyn. A wcześniej na sympozjum 18 artystów i osób związanych z działalnością kulturalną. W czwartek  (24 marca) ku temu nadarza sięjeszcze jedna  okazja – spotkanie „Bardzo kulturalny człowiek” w Centrum Zamenhofa (początek o godz. 18). Bardzo kulturalni ludzie też zapytają o kulturę. Bo warto o nią pytać..  

Seks nieczysty na szczytach władzy

Mosze Kacaw, były prezydent Izraela, pójdzie za kratki. Na siedem lat Musi odpokutować za gwałt, który dopuścił się piastując także najwyższy urząd Izraela. Do samego końca utrzymywał, że jest niewinny.

Seks skandale na szczytach władzy (każdej, bez względu na jej szczebel) nie są niczym nadzwyczajnym i dobrze znane pod każdą szerokością geograficzną. O bohaterach tej najsłynniejszej, sprzed 13 lat niewielu dziś już pamięta. No, może poza samym Billem Clintonem, który w zaciszu gabinetu już nie owalnego może na wspomnienie tajemnic Owalnego Gabinetu, przygrywa na saksofonie jakieś Love Story, czyli „O Moniko, Moniko”. Miała swoją aferę rozporkową Ameryką (zresztą niepierwszą), mieli i w swoim czasie Anglicy, Finowie. Z tą różnicą, że były one wątpliwie moralnie, ale nie kryminalnie.

Zupełnie odwrotnie niż u nas nad Wisłą. A i u nas na Wisłą też. Mając chociażby w pamięci seks aferę w Samoobronie (i słynne zdanie byłego wicepremiera: Jak można zgwałcić prostytutkę) czy atmosferę olsztyńskiego Ratusza.

To, co Kacaw ma za sobą, czeka za dwa tygodnie Silvio Berlusconiego. Jeśli w przypadku Izraela proces byłego prezydenta był dramatem dla tak bądź co bądź religijnego narodu, to w przypadku włoskiego premiera zapowiada się na niezły kabaret. Bo w gruncie rzeczy jego sprawa  będzie tak naprawdę sądem na współczesnymi Włochami.

Lepszy pech niż NEP

Po serii nieudanych przetargów, znaleźli się w końcu chętni na działki w białostockiej podstrefie Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Zagospodarowanie tej ziemi obiecanej deklarowali w kampanii wyborczej wszyscy kandydaci na prezydenta Białegostoku. Bo też przyciąganie inwestorów jawiło się do tej pory jak beckettowskie czekanie na Godota.

I dzisiaj już dobrze widać, że on nie przyjdzie. Powinniśmy porzucić nadzieje, że zjawi się ten, który z miejsca odmieni sytuacja na rynku pracy. Pora chyba też porzucić złudzenia o Podlaskiej Dolinie Krzemowej.

Po dzisiejszym przetargu widać, że siła białostockiej gospodarki będą rodzime firmy, średnie i drobne. I to im miasto powinno stwarzać warunki do przetrwania. I to im powinniśmy kibicować. Bo to od ich kondycji zależy przetrwanie Białegostoku.

Tak pisałem w grudniu ubiegłego roku. Teraz okazuje się, że przetargi trzeba będzie powtórzyć. Zdecydował tak zarząd Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w porozumieniu z władzami Białegostoku. Wyjaśniła, że na etapie przygotowywania specyfikacji przetargowej popełniono „błąd natury formalno-prawnej”, który wykryto jednak dopiero po rozstrzygnięciu przetargu.

Co prawda ani władze strefy, ani władze Białegostoku nie ujawniają, na czym ów błąd polegał. Ale musiał być wyjątkowy, skoro skutkuje nowym przetargiem (biorąc poprzednie doświadczenia z zagospodarowaniem ziemi w sterfie, można uznać to za pech). Oby z takim samym finałem jak w grudniu. Bo w przeciwnym razie będą to pierwsze skutki białostockiego NEP-u, Nowej Ekonomicznej Polityki, której istotę w niedawnej rozmowie z Porannym zdefiniował nowy wiceprezydent odpowiedzialny za mienie komunalne Andrzej Meyer. W skrócie polega ona na tym, że: Białystok nie będzie szukał inwestorów.

Chcesz mieć pokój, szykuj się do wojny

Tak mówi stara rzymska maksyma. Parafrazując je na współczesność można powiedzieć tak: chcesz być rozgrzeszony, to spiesz się z bombami na Kadafiego. Bo choć od strony prawnej z interwencją w Libii wszystko jest w porządku, to nie sposób nie wskazać na pewne niuanse natury okołopolitycznej.

Po pierwsze: wreszcie prezydent Francji mógł się spełnić w roli Napoleona. W końcu czymś dowodził, bo nie ulega wątpliwości, że to Francja parła do uderzenia na siły Kadafiego. Tak jakby chciała zatrzeć niedobre wrażenie z dobrych kont(r)aktów jakie miała z reżimem w Trypolisie w ostatnich latach (czyż oprócz starych rosyjskich Migów Kadafi nie ma Mirage). I nie tylko ona. Ale czyż w ten sposób nie spełnia się też iluzoryczny sen o mocarstwowości Francji, ale zarazem Wielkiej Brytanii (a zarazem Unii Europejskiej). Śmieszny spór jakie jeszcze kilka godzin temu toczyły Londyn i Paryż o to, kto ma dowodzić operacją, odzwierciedla nostalgię do odgrywania znacznie większej roli w świecie arabskim przez te dwa państwa. Roli, którą Paryż i Londyn utraciły w czasie wojny o Kanał Sueski. Wtedy dały się ograć Amerykanom i Sowietom, którzy na długie lata na stałe zadomowili się ze swoimi interesami w tym rejonie świata. Po upadku bloku wschodniego Amerykanie zostali w roli hegemona.

I właśnie ta nadzwyczajna aktywność Francji i Wielkiej Brytanii, które były monterami koalicji przeciwko Kadafiemu kontrastuje ze wstrzemięźliwością Amerykanów. Wydawało się, że to oni  z mocy prestiżu w systemie zachodnim (logistycznym, wojskowym, politycznym) będą odgrywać od samego początku pierwsze skrzypce w operacji libijskiej. Tym bardziej, że mają jeszcze jeden powód: wreszcie po latach mają okazję do rewanżu na Kadafim za zamach na samolot Panamu nad Lockerbie w 1988 roku. Takiej zbrodni się nie zapomina, mimo wcześniejszych ataków na Trypolis. I można czekać bardzo długie lata w nadziei na zemstę.

Z biegiem czasu Amerykanie przejęli ster w operacji Świt Odysei. Nic dziwnego, bo gdy dalszy spór Londynu i Paryża, mógł wpłynąć na jej sprawność. Zupełnie jak w kabaretowej piosence: Allez, allez – krzyknęła francuska jazda. – No, no – odkrzyknął Wellington).

Nie ulega wątpliwości, ze gdyby nie operacja Kadafi, zwany w swoim czasie rzeźnikiem z Trypolisu, wyrżnąłby całe zbuntowane Bengazi. Ale czyż trzeba było widma tej masakry by Zachód zaczął odkupować swoje winy?.  

Koniec pierwszej krucjaty krzyżowej po 800 latach

Trwała 17 miesięcy. Rozpoczęła się werdyktem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przyznający Włoszce fińskiego pochodzenia odszkodowania za straty moralne poniesione na widok krzyża powieszonego w szkole. Od tamtej decyzji odwołało się kilkanaście państw, w tym Włochy i Polska. Wczoraj ten sam trybunał wydał werdykt wsteczny. Uznał, ze nie ma  żadnych dowodów, że eksponowanie tego symbolu na ścianach klas może mieć jakiś wpływ na uczniów. Orzeczenie obowiązuje wszystkich krajach należących do Rady Europy, czyli jedynie Białoruś nie musi się do niego stosować.

 

 Gdy półtora roku temu sędziowie trybunału uznał straty moralne Włoszki fińskiego pochodzenia napisałem, że historia zatoczyła koło. I Europa zafundowała sobie pierwszą po 800 latach krucjatę krzyżową. Tyle że w Europie. Wczorajszym werdyktem owa krucjata się zakończyła.

 

Przy tych prawnych potyczkach, ale także podczas dyskusji towarzyszących treści preambuły konstytucji europejskiej,  nie sposób było odnieść wrażenia, że Europa w pogoni za poprawnością wszelakiej maści zapominała na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartości chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?

Lepiej być oskarżonym prawnikiem na wolności niż ściganym menelem

Decyzja sądu lubelskiego sądu w sprawie Macieja T. nie dziwi. Jest wprost proporcjonalna do tego, co pisałem przez ostatni rok. W końcu lepiej być podejrzanym  prawnikiem niż ściganym menelem. To tytuł jednego z moich tekstów poświęconych tej sprawie. Z kolei w innym „Czas sędziego, czas podejrzanego” prognozowałem, że ten czas działa na korzyść podejrzanego, a przeciw wymiarowi sprawiedliwości.

Białostockiemu, bo nie widziałem żadnego logicznego powodu uzasadniające tak masowe i jednogłośne wyłączenie się białostockich sędziów od sądzenie Macieja T. Tym unikiem białostocka Temida utraciła swoja niewinnością, którą decyzja lubelskiego sądu uwiarygadnia.

Paradoks w Trybunale, paradokos w Sejmie

Niezwykle dwa ważne wydarzenia miały miejsce wczoraj  w kraju. Jedne w wymiarze prawnym, drugie polityczno-ekomicznym. Oba też odnosiły się do historii.

Trybunał Konstytucyjny orzekł dziś, że dekrety grudniowe, na mocy, których w 1981 roku został wprowadzony stan wojenny, były niezgodne z konstytucją. Brak takiego rozstrzygnięcia skutkował często tym, że osoby pokrzywdzone działaniami przedstawicieli ówczesnych władz, miały utrudnioną, a niekiedy zamkniętą drogę do otrzymania odszkodowania.

 I przez ten pryzmat patrząc wyrok trybunału jest niezwykle ważny. Te odszkodowania to dla wielu być może jedyne zadośćuczynienie po latach i ratunek być może w obecnie trudnej sytuacji. Ale przy okazji werdykt sędziów rykoszetem tworzy paradoks w myśl, którego ówczesne władze PRL słusznie krzywdziły ludzi. A byli agenci SB mogą odetchnąć z ulgą, bo katowali i donosili, bo byli obrońcami legalnego państwa. Albowiem trybunał uznał legalność konstytucji PRL, a więc Polski Ludowej jako takiej. W takiej sytuacji – logicznie – Instytut uznał prawomocność nie tylko komunizmu w Polsce, ale także działalność wszystkich organów, którego tegoż PRL broniły. Zaiste kuriozalne to, ale co wtedy, jeśli może okazać się, że na zdrowy rozum logiczne.

Bo czyż instytucja państwowa wydaje werdykt w postępowaniu o podeptanie konstytucji PRL, to tym samym uznaje ją za legalną. Czyż swoim wyrokiem trybunał nie uznał właśnie legalność i prawomocność konstytucji z 22 VII 1952 roku, której projekt osobiście poprawiał Stalin. Chichot historii, ale może polegający na tym, że – jak pisał Adam Wielomski – autorów stanu wojennego i ludzi dawnego reżimu nie da się osadzić dziś na podstawie na podstawie obowiązującego w dawnym reżimie prawa.

– Jedynym logicznym aktem oskarżenia w tej sprawie byłoby postawienie Jaruzelskiego i spółki przed sądem za nielegalne przejęcie i sprawowanie władzy od 1944 roku. Uznanie za legalny rządu w Londynie jest, co prawda trudne – biorąc pod uwagę stan rozkładu tego obozu po 1945 roku – ale przynajmniej jest logiczne. Całą Polskę Ludową uznajemy wtedy za nielegalną, a wszystkich jej przywódców traktujemy jako uzurpatorów. Jaruzelskiego nie sądzimy więc za stan wojenny, ale za samo sprawowanie władzy. Teza ta jest karkołomna, ale przynajmniej jest logiczna, gdyż wtedy nielegalny jest i PRL i jego konstytucja, i SB i agentura. Karkołomność tej teorii polega na tym, że w Polsce w latach 80-tych prawomocność rządu londyńskiego uznawało może ze 200 osób, a 35 milionów nie miało pojęcia, że na emigracji istnieje jakiś wirtualny rząd stojący na fundamencie konstytucji z 1935 roku – pisał Adam Wielomski.

 Myślę jednak, że w kraju było znacznie więcej osób, które cokolwiek wiedziało o rządzie londyńskim. Rozum staje za Wielomskim, serce przeciw. Bo w gruncie rzeczy pucz z 1981 roku niczym się nie różnił od innych puczów chociażby tak dobrze znanych z Ameryki Lacińskiej.

I drugie ważne wydarzenie z dnia wczorajszego, ale w gruncie rzeczy też na zdrowy rozum (choć bez kontekstu prawnego, a z politycznym na planie pierwszym) też pachnące tym samym paradoksem. Chodzi mi o dzisiejszą debatę sejmową w sprawie ofe i podniebiosa zachwalające paradygmat tego, co państwowe (czyż nie był to fundament dawnego systemu). Że lepsze od tego, co podane prawo wolnego rynku. Chyba nigdy podczas ostatniego 20-lecia takiej gloryfikacji własności państwowej ze strony rządzących nie było.

Rozumiem, że autorzy reformy ofe mają prawo do stosowania w obronie swoich pomysłów retorykę wszelaką. Ale i zdrowy rozum podpowiada trochę rozsądku. Bo za chwilę pojawi się pytanie: skoro tak bardzo wychwalacie, to dlaczego – zamiast prywatyzować – nie nacjonalizujecie?

Ot i dwa paradoksy dnia dzisiejszego trudne do ogarnięcia. Zapraszam do dyskusji.  

Ostatni brzeg

Po japońskim kataklizmie świat ogarnęła psychoza atomowa przejawiająca się w dwóch skrajnościach. Z jednej strony zmiękczające z każdym dniem niemieckie stanowisko wobec rozwoju energetyki jądrowej z kulminacją, jaką były słowa kanclerz Merkel o wyłączeniu do odwołania siedmiu elektrowni zbudowanych przed 80 rokiem. To wprost proporcjonalnie do tego, o czym pisałem w niedzielnym tekście: ”A jeśli nie da się wyłączyć strachu przed promieniowaniem”. Z drugiej strony mamy hardą, niemalże z ostrogami w butach, deklarację prezydentów Rosji i Białorusi o wspólnych przygotowaniach do budowy białoruskiej siłowni jądrowej przy granicy Litwą. Obaj prezydenci zadeklarowali to z taką pewnością, jakby chcieli powiedzieć: „Japonia? To przecież 10 tysięcy kilometrów stąd”. Słuchając tej tonacji, pomyślałem: cudze odpychacie, swego zapomnieliście.

Obok wspomnianej psychozy, nieśmiało przebijają się do opinii publicznej informacje, że kolejni producenci wycofują filmy lub gry komputerowe, w których dominują sceny katastroficzne. Nic dziwnego, skoro fikcja, wirtualna czy filmowa, stała się rzeczywistością. I to taką, która nie przyśniłaby się najbardziej wybujałym fantastom.

Ja jednak chciałby powrócić do jednej fikcji filmowej, która pośrednio wiąże się z ostatnimi wydarzeniami. Zarazem jest dla mnie najbardziej katastroficzną sceną w dziejach kina, choć nie  tam żadnego wybuchu wulkanu, tsunami, trzęsienia ziemi, tornad, zlodowacenia. Mam na myśli  remake filmu „Ostatni brzeg”. Jest tam scena, w której na łóżku kładą się z płaczem żona i mąż. A pośrodku ich kilkuletnia córeczka. Za chwilę z rodzice podadzą jej truciznę, którą z płaczem sami też zażyją. Bo za kilka godzin nad ich dom na australijskiej prowincji dotrze radioaktywna chmura. Obłok, który powstał na skutek wymiany uderzeń nuklearnych. Australia była ostatnim miejscem na ziemi, do której jeszcze nie dotarła radioaktywna chmura. Ostatnim brzegiem, na którym tliło się jeszcze życie. Ale ten czas się kończył. Wielu mieszkańców, by uniknąć męczarni decydowało się na samobójstwo. Choć, tak jak w przypadku tej rodziny, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie mają wyjścia. Zrozumieć, dlaczego do tego doszło.

To tylko fikcja. Ale wczorajsze fikcje, dziś stają się realnością, jutro być może ostatnim brzegiem. A wtedy nie będzie miało najmniejszego znaczenia, co legło u podstaw tej zmiany.

To nie żart. Znowu gramy z Lechią.

Tym razem rewanż w Pucharze Polski. Oby tylko nie było tak jak w sobotę w lidze. A i za remis to  ja dziękuję, nawet ten tzw. zwycięski remis.  Ale nawet jeśli nasi wygrają w normalnym czasie, to też dziękuję za ewentualne komentarze: nie liczy się gra, a wynik. Albowiem o żadnym wymęczonym zwycięstwie nie może być jutro mowy.

Po stracie posła niewielu uroni łzy

Blady strach padł na podlaskich polityków. Zwłaszcza tych, którzy wybierają się na jesieni do poselskich ław. Na skutek niekorzystnych zmian demograficznych w Podlaskiem (odpływ ludności) mamy mieć o jednego posła mniej: zamiast piętnastu czternastu. Ale chyba po raz pierwszy w historii pozostali mieszkańcy Podlaskiego nie zamierzają z powodu straty, którą poniesie region, uronić łez. Wszak nie ilość, a jakoś reprezentacji decyduje o skuteczności danego lobby.

I dlatego może liderzy podlaskich ugrupowań zamiast wylewać krokodyle łzy i wystawiać pełną, podwójną obsadę na listach wyborczych na zasadzie mierny, ale wierny, pokuszą się o kandydatów dających szansę na stworzenie bardzo mocnej reprezentacji parlamentarnej regionu. Na przekór dążeniom dającym upust poszczególnym, partykularnym regionalizmom i oczekiwan central partyjnych.  Tylko gdzie ich szukać w Podlaskiem?

A jeśli strachu nie da się wyłączyć

Rok temu rozmawiałem z prof. Ludwikiem Dobrzyńskim, zWydziału Fizyki Uniwersytetu w Białymstoku oraz Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku, o perspektywach rozwoju energii jądrowej w naszej części świata. Bo i Rosjanie w Kaliningradzie planują siłownię atomową, Białorusini w Ostrowcu, Litwini marzą o następcy reaktora w Ignalinie, a i w Polsce rząd  rozpoczął wtedy akcję, której finałem były tegoroczne styczniowe decyzje w sprawie polskiej energetyki jądrowej. Zapraszam do przeczytania tamtej rozmowy, którą zakończyłem pytaniem: Czy uda nam się zaprzyjaźnić z atomem. Profesor Ludwik Dobrzyński tak odpowiedział: – „Musimy wiedzieć, w którym momencie wyłączyć strach. Z reguły jesteśmy narażeni na małe dawki promieniowania i nie ma dowodów, że są szkodliwe. Strach przed promieniowaniem jest czynnikiem, który hamuje poddawanie się przez wielu pacjentów badaniom ratującym im życie. A przecież oprócz bomby atomowej mamy miliony ludzi uratowanych dzięki promieniowaniu. I to wysokim jego dawkom. Tak jak powinna być w społeczeństwie edukacja ekonomiczna, tak samo powinna być edukacja o energetyce atomowej. Ponieważ przekłada się ona na zdrowie ludności. Bo im więcej zużywa się energii, tym ludzie dłużej żyją. Zastanówmy się, czy zależy nam na redukcji w oszczędzaniu energii i jakie są jej granice.”

Po wstrząsie w Japonii, która przez dziesięciolecia uważana była za przykład kraju i społeczeństwa, który wyłączył strach przed atomem (13 siłowni w bardzo sejsmicznym środowisku, oparte o przekonanie, że nauka i technika pozwoliła na takie gwarancje bezpieczeństwa, które opanują siły natury), ten strach powrócił. – Jeżeli przez kilkadziesiąt lat robiło się antypropagandę wszystkiemu, co jądrowe, to nie da rady zrobić czegoś w drugą stronę w ciągu roku, dwóch czy pięciu lat – mówił rok temu prof. Ludwik Dobrzyński.

Kataklizm japoński na wiele lat, jeśli nie na zawsze, może pogrzebać energetykę jądrową. Bo będzie najczystszym dowodem na słuszność antyjądrowej propagandy. I co jeśłi tego strachu nie da się wyłączyć?

I na koniec trochę futurystki alternatywnej. A jeśli po otwarciu elektrowni jądrowej w obwodzie kaliningradzkim powtórzy się wstrząs, i to znacznie silniejszy, który kilka lat temu zakołysał północno-wschodnią częścią Polski. Jego epicentrum też było w obwodzie kaliningradzki. Trudno sobie wyobrazić sobie tsunami na Bałtyku, ale do piątku Japończycy też nie wyobrażali sobie takie tsunami.

Wstrząs, który zmieni świat

Wstrząsające relacje z Japonii jakże kontrastują z wypowiedziami , które dobę po kataklizmie wciąż uwypuklają, jak to Japończycy od dziecka są przygotowywani na nadejście kataklizmu i umieją sobie radzić w takich chwilach. Że w miarę szybko w stanie się pozbierać, że to, co wczoraj wydarzyło się 130 km na wschód od miasta Sendai nie przełoży się na resztę świata.

 Być może ofiar będzie mniej (choć dzisiaj trudno to prognozować) niż na Haiti, ale ono dla nauki, technologii, gospodarki świata jest niczym. Japonia zaś jest wszystkim. O energetyce jądrowej nie wspominając. Naprawdę nie trzeba być wybitnym znawcą świata, by to w mig zrozumieć.

Otóż piątkowy kataklizm jest z tych wydarzeń w dziejach świat, które na trwale zmieniają jego oblicze.

Wojna polska-polska pod flagą OFE

Janczarzy obu stron na włóczniach mają wypisaną troskę o przyszłość polskiego emeryta. Tak jakby całkowicie zapomnieli, ile wyniosła pierwsza emerytura wypłacona z OFE. To tak dla przypomnienia – 23 złote. Od razu wtedy zaczęły się dywagacje dlaczego tak mało. Autorzy reformy sprzed 10 lat bronili swoich racji.

Dwa lata temu pisałem tak: „Ale też pamiętam jak dekadę temu indoktrynowano nas, że w końcu polskich emerytów będzie na starość stać na taki styl życia jak emerytowanych Japończyków czy Europejczyków zachodnich: podróżowanie. Niekoniecznie na Antypody, ale przynajmniej do tych najbliższych sąsiadów. Aż strach pomyśleć, na co biedna emerytka może wydać taką kwotę. Prawdziwe szaleństwo. Żyć, nie umierać. A raczej nie żyć, a umierać.

Jakiekolwiek by nie były przyczyny tak niskiej emerytury, 23 złote na zawsze pozostanie symbolem drugiego filaru. Jednym słowem, parafrazując szlagier  kabaretu Koń Polski, już nie tylko ZUS, a także  OFE Ci zabiera, OFE  Ci oddaje.”

Tak pisałem ponad dwa lata temu. Dzisiaj słuchając wzajemnych utarczek z obu stron wojny polsko-polskiej pod flagą OFE, zastanawia mnie coś jeszcze: wszyscy troszczą się o zasady gry, niezmienianie umowy, o wysokość emerytur, dobro budżetu, los emerytów, nie szczędząc przy tym sobie wzajemnych – lekko powiedziawszy- uszczypliwości. Zapowiadają debaty publiczne w obronie swoich racji.

Ale przecież, żeby mieć jakąkolwiek emeryturę, nawet te 23 złote, trzeba mieć robotę. A większość może jej nie doczekać. Nie tylko przez to, co dzieje się w służbie zdrowia, ale po prostu może nie wypracować okresów składkowych z powodu bardzo prozaicznego: braku roboty. A jak jej nie będzie i perspektyw na nią też, to powyższa debata za lat 5, 10, 20 będzie jawić się jako bezprzedmiotowa. Jakoś strony tej debatencji tego nie dostrzegają. Czyżby dlatego, że bez względu, po której dziś stoją stronie, im brak składkowych okresów nie grozi?.

A pozostali? Pozostałym zostanie prawdziwe szaleństwo na emeryturze: nie żyć, a umierać.

Słynny wiec sprzed Pałacu Branickich po jedenastu latach rozbudza do czerwoności warszawskie salony medialno-polityczne

Wczorajsza „Kropka nad i”. Prowadząca pyta posła Ryszarda Kalisza o jego rzekome ułaskawienie przez Aleksandra Kwaśniewskiego, o którym dzień wcześniej w tym samym studio mówiła posłanka PiS Beta Kempa. Poseł Kalisz jak to poseł Kalisz, w stylu takim lekko rubaszno-zagłobowskim opowiada, że ułaskawienia żadnego nie było, przy okazji trochę marginalizują zajście, które legło u podstaw tego, że w ogóle był ciągany po sądach. Coś tam mówi o siedmiu ludziach, nie wymieniając miejsca, gdzie ów incydent się wydarzył, nie wspominając, kto go przez cztery czołgał po sadach. Dziennikarka sprawiała wrażenie, ze niby coś też  o tym incydencie słyszała, ale nie za bardzo była zainteresowana pytaniami szczegółowymi. W ogóle można było odnieść wrażenie, że ten odgrzewany po 11 latach incydent to w gruncie rzeczy niby był, a jakoby go nie było, i że to poseł Kalisz był wtedy ofiarą.

Szkoda, bo opinia publiczna dowiedziałaby się, że owym ówczesnym adwersarzem posła Kalisza jest dzisiejszy jego kolega sejmowy, z centralnych ław poselskich. A i słuchając rozmowy redaktor Olejnik z posłem Kaliszem zapewne wielu nurtowało pytanie: no dobra, ale gdzie to było.

I dlatego co by pamięć ludzka o tamtym wydarzeniu była po wsze czasy właściwie zachowana, zważywszy, że teraz do czerwoności rozpala warszawkę, krótki powrót do przeszłości.  

Wszystko zaczęło się na przedwyborczym wiecu we wrześniu września 2000 roku. Przed Pałacem Branickim w Białymstoku doszło wówczas do przepychanek między zwolennikami a przeciwnikami Aleksandra Kwaśniewskiego. Był tam i radny Jacek Żalek (wtedy szef wojewódzkiego sztabu wyborczego Mariana Krzaklewskiego), został zatrzymany przez policję. Według Jacka Żalka, następnego dnia w wywiadzie dla radia Zet Ryszard Kalisz oskarżył go o kierowanie grupą, uzbrojoną w noże i gazy obezwładniające, która zakłóciła wiec Aleksandra Kwaśniewskiego. Radny uznał, że te słowa poniżyły go w oczach opinii publicznej i naraziły na utratę zaufania niezbędnego do działalności politycznej i społecznej.

Oj, gorąco było na tym wiecu, gorąco. Później sprawy potoczyły się w tempie klasycznym, czyli ślimakowatym, jak to w sądach z takimi sprawami bywa.  Radny  Żalek skierował do sądu prywatny akt oskarżenia, bo uznał, że Ryszard Kalisz naruszył jego dobre imię. Ostatecznie Jacek Żalek wygrał w sądzie połowicznie – wprawdzie minister miał zapłacić mu 8 tys. zł zadośćuczynienie, ale już przepraszać go nie musiał. A na tym radnemu zależało najbardziej.

Wyrok zapadł po piecu latach 28 października 2005, a u schyłku swojej prezydentury (kończyła się niespełna 2 miesiące później) Aleksander Kwaśniewski poprosił o akta tamtej sprawy. – Ale ułaskawienia żadnego nie było. Prezydent był na wiecu, widział jak było naprawdę, był zaskoczony wyrokiem, poprosił o akta – mówił dla portalu TVN 24 poseł Ryszard Kalisz.

Gwoli sprawiedliwości portal wspomina o miejscu i głównym bohaterze tamtego incydentu, ale zarówno on, jak i redaktor Monika Olejnik nie zadali sobie trudu wspomnieć, że adwersarz sprzed 11 lat posła Kalisza jest czynnym politykiem, obecnym posłem (PO  i od razu zastrzegam, że obecna  przynależność partyjna w tym temacie nie ma żadnego znaczenia, przed 11 latu ówczesny radny Jacek Żalek był stronnikiem opcji chyba już dziś zapomnianej). Bo można było odnieść wrażenie, że jakiś tam nie wydarzony, dawno już zapomniany radny  porwał się na jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków lewicy. A tu proszę niespodzianka, bo nie pierwszy z brzegu, dawno zapomniany, a czynny i to bardzo polityk, poseł.

Ba, można było go nawet zaprosić do studia, by opowiedział jak gorąco było wówczas przed Pałacem Branickich i co go pchnęło do takiego czynu wobec ministra Kalisza. Naprawdę jego refleksje mogłyby rzucić inne światło na sprawę.  A może by i nawet pokusił się o wyjaśnienie obecnych słów posła Kalisza: – Prezydent był na wiecu, widział jak było naprawdę, był zaskoczony wyrokiem, poprosił o akta.

A tak Polska usłyszał historię niepełną. I dlatego to przypomnienie, by sprawiedliwości stało się zadość. W końcu chcąc nie chcąc to zapomniany bohater akcji sprzed jedenastu

O stadionie bez owijania w bawełnę

 ”Informacje, z których wynika, że nic się nie dzieje, uważam za bardziej interesujące, ponieważ wiemy, że – jak wiadomo – są rzeczy, o których wiemy, że o nich wiemy. Wiemy też, że są znane niewiadome, to znaczy,  że są rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome – takie, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy.”

Słowa powyższe (wypowiedziane ogniś przed Donalda Rumsfelda) przytoczyłem, bo chyba najpełniej oddaje politykę informacyjną białostockiego magistratu w sprawie pogłosek i spekulacji jakie ostatnio  się pojawiają odnośnie potencjalnych zawirowań przy budowie stadionu miejskiego niewynikających bynajmniej z niekorzystnych warunków klimatycznych utrzymujących się od czterech miesięcy. Jeśli faktycznie jest coś na rzeczy lub też nie, to prezydent powinien jasno to wyartykułować. Milczenie w tym wypadku nie jest złotem. Tym bardziej, że to milczenie rodzi kolejne domysły, z drugiej strony swoistą spychologię, którą można zauważyć w wypowiedzi osób nieodpowiedzialnych za miejski inwestycje.

Skutki są takie, że radni zwołują konferencję prasową (kuriozalną w gruncie rzeczy, bo pokazująca ich słabość), by uwiarygodnić publicznie spekulacje. W Polskę idzie wiadomość, że coś w tym Białymstoku się dzieje, a kibice martwią się, że przed nowym kłopotem mogą być kłopoty. Spekulacja goni spekulację, pogłoska pogłoskę. Tymczasem prezydent powinien przerwać milczenie i jasno sprawę postawić. Nawet jeśli prawda byłaby bolesna i w konsekwencji oznaczałaby bardzo poważny poślizg bynajmniej nie atmosferyczny. Prezydent powinien być tu bardzo stanowczy i konsekwentny, zważywszy na to, jaką legitymizacją wśród kibiców cieszy się w sprawie stadionu.

Zabawa miejska

Białostoczanie zawsze potrafili się bawić. A  zwłaszcza elity. I to na balach. Do legendy przeszły te z lat międzywojennych w hotelu Ritz i w Pałacu Branickich. Przeto nie dziwmy się, że ich „spadkobiercy” też nie stronią od zabaw, bankietów i przyjęć. Pod warunkiem, ze mają mocną legitymizację.

Dziś po raz pierwszy w późnozimowym krajobrazie miasta będzie publiczna zabawa miejska. Na Rynku Kościuszki po południ rozpocznie się żegnanie karnawału. Czy impreza ostatkowa ma szanse stać się nową, świecką tradycją w Białymstoku.?

Kobiety w białostockiej polityce

Sześć pań  radnych w radzie miejskiej Białegostoku, w sejmiku jeszcze mniej – tylko trzy ( w tyj jedna z pań objęła mandat po rezygnacji wiceprezydenta Białegostoku). W obu tych instytucjach żadnej  z pań nie ma w ciałach decyzyjnych. Prezydent Białegostoku ma czterech zastępców, tyle samo marszałek członków zarządu. I żadnej z pań.

Może to wina procesu wyborczego, określającego typ osób, a więc i kobiet, które mają zasiąść w radzie – głównymi czynnikami są lojalność wobec partii i hierarchii politycznej. Bez miejsca na samodzielność.

Kobieta niezależna w polityce. Nie z mocy parytetów. Zapraszam do dyskusji.

Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem

Ignacy Karpowicz i Jan Leończuk otrzymali tegoroczną nagrodę literacką prezydenta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego. Obaj panowie już wcześniej byli dwukrotnymi laureatami. W tym roku Ignacy Karpowicz wyróżnienie otrzymał za surrealistyczną, utopijną opowieść „Balladyny i romanse”. Jan Leończuk otrzymał nagrodę za poezję definiującą naszą tożsamość w tomiku wierszy „Zadziwienia”. W ten sposób poetę wyróżniono także za całokształt twórczości.

Na awersie tych laudacji widać godzenie teraźniejszości z przeszłością. Zwłaszcza w 20. lecie istnienia nagrody (szkoda, że wręczanej nie przez prezydenta, a jego zastępcę) .  Nie jest to zła wykładnia pod warunkiem, że obie nagrodzone dzieła są rzeczywiście najlepsze. Póki, co nie mam na razie przesłanek twierdzić, że jest inaczej.

Przeto nie zgadzam się z tygodniowym felietonistą „Gazety Wyborczej”, który wylewa lament, że znowu nagrodzono starszych i kolekcjonerów nagród, że młodzi nie mają szans na nagrody w tym mieście.

Po pierwsze: takie żale można było wylewać, ale w chwili ogłoszenia nominacji do nagrody. Nie półtora miesiąca później. Nominacje pojawiły się 13 stycznia. Podobnie jak laureaci, pozostali dwaj nominowani do młodzieniaszków nie należą.

Po drugie: warto zajrzeć do historii nagrody. Jedną z jej laureatek była Katarzyna Ewa Zdanowicz, bardzo młoda poetka.

Po trzecie: czy to oznacza, że nie należy nagradzać dobrych dzieł tylko dlatego, że wyszły spod ręki osób mających już znaczący dorobek?  Albo zaczynają dopiero tworzyć na emeryturze? Bo wydaje mi się, że przesłanką do wyróżnienia powinna być wartość dzieła, a nie wiek jego twórcy. Gdyby było inaczej, to prawie wszyscy laureaci Nobla (poza nagrodą pokojową) nie otrzymaliby tej nagrody.

 Na kanwie tegorocznej nagrody im. Kazaneckiego zastanawia co innego, o wiele bardziej z mojego punktu widzenia ważniejsza kwestia dla postrzegania tej nagrody przez pryzmat jej miastotwórczej roli.  Jan Leończuk w rozmowie z „Porannym” powiedział, że cieszy się, że ta nagroda istnieje i ma takiego patrona, ale za mało mówi się o Wiesławie Kazaneckim, jego twórczości, nadziejach, pragnieniach, bólach.

Zastanawiające to słowa. W końcu dwa lata temu obchodzono w Białymstoku Rok Kazaneckiego.  

Pisałem na blogu o nim wielokrotnie, a także o tym, że inicjatywa radnych, by właśnie w ten sposób upamiętnić jego twórczość i przywrócić go do pamięci białostoczan, być może jest najlepszym z ich dokonań w zakończonej w listopadzie ubiegłego roku kadencji.

 – Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem – słynne zdanie poety brzmi jak swoiste zobowiązanie dla nas potomnych. Tak pisałem dwa lata temu. I by z tego zobowiązania się wywiązać, potrzeba było czegoś niebanalnego, co zapadnie w pamięć współczesnych białostoczan i wzbudzi zainteresowanie Wiesłąwem Kazaneckim jako poetą. Ale też, jako białostoczaninem, który nie tylko swą sylwetką wpisał się na trwale w krajobraz Białegostoku.

I tu chapeux bas przed naszymi instytucjami kulturalnymi. Można powiedzieć, że podjęły to zobowiązanie z  gniazda i starały się go w niebanalny sposób spełnić. I spełniły. Ale czyżby naprawdę nic z tego po dwóch latach w przestrzeni miejskiej nie zostało, skoro tegoroczny laureat nagrody waży takie słowa.   Czyżby to było chwilowe tylko przywrócenie do pamięci, tak od wielkiego dzwonu właśnie związane z obchodami ogłoszonego przez radnych Roku Kazaneckiego?

No właśnie, czy jeszcze większa pamięć o poecie ( patronowi nie tylko nagrody, ale jednej ze szkół) jest potrzebna Białemustokowi, dzisiejszemu, jakże młodemu Białemustokowi? Dwa lata temu odbyła się na ten temat debata. Przed tą debatą dziennikarz „Radia Białystok” wybrał się na wydział filologii polskiej naszego uniwersytetu i zapytał studentów: Kto to był Wiesław Kazanecki?. A oni zrobili wielkie oczy. Studenci filologii, którzy historię literatury powinni mieć w jednym palcu, nie znają nazwiska Kazanecki. Jeszcze gorsze było usprawiedliwienie, które przytoczyli na swoją obronę: „Bo nie jest w mediach popularny, bo się o nim nie mówi”.

Napisałem wtedy tak: Mógłbym się zgodzić z tą tezą, gdyby wypowiadał ją kto inny (chociaż nie do końca, bo nie tylko w mediach o Kazaneckim jest w tym roku akurat dużo). Ale studentom filologii polskiej takie tłumaczenie nie tylko nie przystoi, ale każe postawić pytanie: jak bardzo ułatwiony dostęp do szkolnictwa wyższego spowodował jego pauperyzację?

Ale też wtedy zadałem inne pytanie: czy w białostockim systemie oświaty jest miejsce na historię miasta, ludzi z nim związanych, ich twórczość, na lokalność. Bo nie mam wątpliwości, że gdyby studentów historii naszego wydziału  zapytać, co łączy prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, Icchaka Szamira, Maksyma Litwinowa, też byłby problem.

I pisałem dalej tak: ”W tym kontekście słowa Wiesława Kazaneckiego: „Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem”, zobowiązują do czegoś więcej. By za kilkadziesiąt lat nam potomni patrzyli na dzisiejszy Białystok także przez pryzmat mieszkańców, a nie tylko pozostałości epoki sakralno-galeriowej”.

Tak dwa lata temu zakończyłem tekst „Wędrówki z Kazaneckim albo miasto zatracenia”. Po dwudziestu czterech miesiącach zapraszam do dyskusji o aktualności powyższego stwierdzenia. Nie tylko na kanwie spuścizny po Roku Kazaneckiego, ale przede wszystkim dlatego, że od dwóch lat, Białystok nie poświęcił roku nikomu. Wiem, w skali kraju mieliśmy rok Chopina, teraz rok Miłosza i Skłodowskiej-Curie. Ale czyż nie powinniśmy poświęcać każdego nowego roku tym, którzy mogliby zacząć od słów „„Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem”.

Czekając na pierwsze mgnienie wiosny

Rycerze wiosny – tak określano onegdaj piłkarzy łódzkiego ŁKS. Zwłaszcza w czasach gdy trenował ich śp. Leszek Jezierski. Jego podopieczni mieli taką przypadłość, że nie wiadomo czemu, właśnie w rundzie rewanżowej, wznosili się na wyżyny swoich umiejętności  i grali jak z nut. Z czasem wszystkie ekipy grające lepiej po przerwie zimowej mianowano rycerzami wiosny. Czy będą nimi w tym roku piłkarze Jagiellonii?

Mimo tych dwóch pierwszych bezbramkowych remisów trzeba mieć nadzieje, że tak będzie. I że za kilka dni w bramce Śląska siatka zatrzepocze o jeden raz więcej niż we własnej. I że nie będzie to tylko jedno mgnienie wiosny.

Bronisław Komorowski jak Aleksander Kwaśniewski wiosną 1998 roku

Prezydent Bronisław Komorowski  prowadzi konsultacje w sprawie terminów wyborów. I jest w podobnej sytuacji jak Aleksander Kwaśniewski wiosną  1998 roku. Na kilka godzin przed upływem ostatecznego terminu prezydent Kwaśniewski podpisał decyzję umożliwiającą przesunięcie wyborów samorządowych na jesień. Podpisanie ustawy otwierało drogę do równoczesnego wyłaniania rad gmin, powiatów i województw  .

Decyzję tę poprzedziły burzliwe negocjacje. Lewica, środowisko w końcu prezydenckie, chciała by wybory municypalne odbyły się na wiosnę, wtedy gdy dobiega końca kadencja wybranych w 1994 roku rad. Rządząca koalicja AWS-UW postulowała by, przełożyć głosowanie na jesień. Miała ważny powód: zapowiadane reformy administracyjne kraju. Posłowie Akcji Wyborczej Solidarność przerwali nawet obrady klubu, by w telewizji w sejmowych kuluarach wysłuchać decyzji prezydenta. Relacja z Pałacu była na żywo i słowa Kwaśniewskiego „podpisuję tę ustawę” przyjęto brawami.

Prezydent stwierdził, że decyzję podjął z trudem, bo kosztuje go ona przyjaźń ludzi, których zna i ceni. – Proszono mnie, aby dać szansę. Podpisuję tę ustawę – mówił wtedy prezydent Kwaśniewski.  – Byłem pewny, że argumenty merytoryczne potrafią przekonać każdego, nawet prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, do słusznych racji — oceniał wtedy wicepremier Janusz Tomaszewski (AWS).

Temat historia jako żywo przypomina położenie, w którym znalazł się obecnie prezydent Bronisława Komorowski. Czy w wystąpieniu telewizyjnym też powie: „Poproszono, mnie by dać szansę”.I mimo że słowa te będą być może kosztować go przyjaźni ludzi, których zna i ceni,   podejmie decyzję wbrew oczekiwaniom przyjaciół, że wybory będą jednodniowe.

Oczywiście nie 30 października, jak postuluje PiS, bo ten termin jest wzięty z  „tamtego świata”.

26 marca. Order Orła Białego dla Adama Małysza.

I stało sało się to, co wisiało nad polskimi skokami od dawna jak przysłowiowy miecz Damoklesa na polskim sportem zimowym: Adam Małysz ogłosił zakończenie kariery. Po pierwszym tegorocznym konkursie skoków w Zakopanem, który Pan Adam wygrał, napisałem, że skoczek z Wisły powinien dostać Order Orła Białego. Nie był to nowy pomysł, bo już wcześniej się pojawił, ale wtedy jako pokłosie dyskusji wokół polityki przyznawania tego najwyższego odznaczenia polskiego przez głowę państwa. W przypadku Adama Małysza żadnej polityki nie ma, za to jest wspaniała, złota dekada jego sukcesów. 

Po sukcesie w Zakopanem napisałem tak: „Myślę, że Polska, Zakopane i opinia publiczna powinna wyrazić nadzieje, by prezydent RP udekorował naszego mistrza najwyższym odznaczeniem państwowym. Ale nie za trzydzieści lat, u schyłku życia, ale właśnie teraz, u schyłku kariery (oczywiście życzę Panu Adamowi, by skakał jak najdłużej)”.

W ciągu tego miesiąca Adam dorzucił brąz na mistrzostwach świata. Orzeł Biały powinien być natychmiast. Najbliższa i jedyna aksjologicznie data na jego wręczenie to 26 marca, gdy Adam Małysz po raz ostatni wyląduje pod Wielką Krokwią.

Kto jest za, niech się wpsiuje.

Pączek zaporowy

Dzisiaj w cukierniach i w wielu domach zacznie się ostre smażenie. W końcu jutro tłusty czwartek. Przed rokiem pisałem tak:

„Jak każda tradycja, także i tłustoczwartkowa, musi stawić czoła współczesności. Bo też sednem dzisiejszego dnia nie jest pytanie: ile, a za ile. Albowiem cena staje się powoli barierą, która za jakiś czas może sprawić, że tradycja zaginie. W moim sklepie osiedlowym dziś rano najdroższy pączek kosztował 2,40 zł. Z adwokatem. Dla kierowcy nie do posmakowania. A nuż, widelec na dmuchaniu wyjdą promile. Zapewne w innych sklepach niektóre pączki są jeszcze droższe. Oczywiście, są i tańsze. U mnie kosztował 0,95 złotego. Czyż jednak tego dnia nie powinien być to zarazem najdroższy pączek?”

Minął rok i patrząc choćby na cenę cukru, która w ciągu tych 12 miesięcy dosłownie poszybowała, a strach pomyśleć, ile jutro rano będzie kosztował najtańszy pączek, który zarazem powinien być tym najdroższym. Jaka powinna być jego cena. Zapraszam do dyskusji.

Dwie rocznice, dwa uroczyste spotkania okolicznościowe. O jedno za dużo

Rocznice białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czas, logikę. Pierwsza z nich w corocznym kalendarzu wypadła 19 lutego. Dla białostoczan powinna być ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma taką samą wymowę, jak dla poznaniaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązaków ich trzy powstania. A wszystkie łączy to samo: powrót do macierzy. – Dzień 19 lutego 1919 roku winien być uznawany po wsze czasy za moment przełomowy w dziejach Białegostoku – pisał  w ubiegłym roku w Obserwatorze prof. Adam Dobroński.

Z kolei podczas tegorocznych obchodów prezydent Białegostoku przypominał: – Białystok musiał na swoją wolność czekać trzy miesiące dłużej niż cały kraj. Tym bardziej dzień 19 lutego powinien być dla nas ważny.

Tym bardziej szkoda, że tegoroczna rocznica w przestrzeni publicznej była obchodzona skromniej niż zwykle. Może ze względu na bardzo mroźną pogodę białostoczanie nie stawili się tak licznie, jak dwa lata temu, gdy świętowano okrągłą rocznicę. Ale wtedy – i to trzeba przyznać bez dwóch zdań – władze miasta miały pomysł na obchody. Może warto iść tym śladem i sprawić (np. przez rekonstrukcję historyczną, wieczornicę), by faktycznie 19 lutego był dla białostoczan bardziej uroczysty niż 11 listopada. 

Władze miasta, jako depozytariusze wolności odzyskanej w 1919 mają też prawo  do organizowania uroczystego spotkania okolicznościowego (może najważniejszego w ciągu roku rautu – bankietu). Mamy przecież powód do dumy, coś radosnego, wyjątkowego zdarzyło się bowiem w historii miasta.

 Za 9 dni kolejna rocznica w panteonie tych białostockich. 22 lata temu na torach przy Poleskiej wykoleił się pociąg z chlorem. Gdy 9 marca 1989 roku eszelon wypadał z szyn, Białystok był dla mnie czymś bardzo odległym. Los jednak tak sprawił, że kilka lat później zamieszkałem niedaleko krzyża upamiętniającego katastrofę. Na krzyż (na szczęście nikt pod nim nie śpi) spoglądam  klika razy dziennie, mijam raz dziennie. To sąsiedztwo na zawsze wryło się w moją białostockość.

 Białystok, miasto wtedy cudownie ocalone? Może Opatrzność, za stawiennictwem ks. Sopoćki (katastrofa wydarzyła się nie opodal jego kaplicy), czuwała nad miastem. Może białostoczanie zawdzięczają to ratownikom, którzy przy całej ówczesnej mizerii wyposażenia, jakim dysponowali, dokonali rzeczy niemożliwej. A może materiałowi, z którego wykonane były cysterny. Bo w końcu okazał sie bardziej niezłomny niż Związek Radziecki.

Co przeważyło tamtej nocy? A może wszystkie te czynniki zadziałały synchronicznie?
Jedno jest pewne: Los pomógł wrócić białostoczanom z podróży w jedną stronę (mi pozwolił zamieszkać w mieście).

Białostoczanie pamiętają o tamtym dniu, jak co roku tłumnie gromadzą się przed krzyżem. By w skupieniu, modlitwie, w zadumie ruszyć potem w procesji do sanktuarium na Białostoczku.  Nawet ci, którzy nie podzielają wiary w żadnego Boga. Ten symboliczny marsz pamięci ma swoją wymowę. Wystarczającą. Nie potrzeba żadnego, dodatkowego uroczystego spotkania okolicznościowego.

Gdy pierwszy raz natknąłem się w Biuletynie Informacji Publicznej na zamówienie w formie przetargu na usługi cateringowe w dniu 19 lutego i 9 marca, przecierałem oczy ze zdumienia. O ile tego pierwszego dnia taki raut ma uzasadnienie (napisałem to na początku tego artykułu), to zupełnie nie widzę powodów do takiego spotkania w dniu 9 marca. Rozumiem toast wznoszony 19 lutego, nie wyobrażam sobie rozmów o katastrofie z kelnerami w tle. Nie widzę ontologii leżącej u podstaw wydawania przez miasto owego uroczystego spotkania okolicznościowego. Bez względu na to, gdzie ono się odbywa: w Pałacyku Gościnnym, Pałacu Branickich, w wynajętej sali bankietowej czy – jak to ma miejsce obecnie – w salach katechetycznych plebanii Miłosierdzia Bożego w Białymstoku.

Gdy czytałem wyniki przetargu miałem nadzieje, że po uroczystościach 19 lutego (jeszcze raz się podkreślę ze wszech miar uzasadnionych) w Biuletynie Informacji Publicznej w zakładce POSTĘPOWANIA » Zamówienia Publiczne » Zamówienia publiczne powyżej 14 tys. EUR » Szczegóły zamówienia nr DPM-I.271.1.2.2011, pojawi się informacja unieważniającą drugą cześć zamówienia odnosząca się do uroczystości 9 marca.

Zaglądałem na stronę miejskiego BIP-u przez 9 dni z nadzieją na rozwiązanie tego dysonansu. Że to jakieś niedopatrzenie, że ktoś o czymś zapomniał, że w końcu się z reflektują. Z tego też powodu wstrzymywałem się z pisaniem na powyższy temat.

Do uroczystości 9 marca pozostało dziewięć dni. Dziś na oficjalnym portalu miejskim pojawił się ich program z zaproszeniem białostoczan do udziału. Jest też prośba o przybycie pocztów sztandarowych. Tego dnia w godzinach południowych będzie uroczyste nabożeństwo w cerkwi przy ul. Lipowej. O 16. 30 przy krzyżu przy ul. Poleskiej nie zabraknie przemówień, zostaną złożone kwiaty, przewidziano modlitwę ekumeniczną, następnie tradycyjną drogę krzyżową ulicami Poleską, al. 1000-lecia PP, Radzymińską do sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Tam zostanie odprawiona uroczysta msza święta.

I tyle w oficjalnym zaproszeniu. Z nadzieję znów zajrzałem do zakładki przetargi, by znaleźć informację o unieważnieniu drugiej części zamówienia nr DPM-I.271.1.2.2011. Skoro nie ma go na oficjalnym banerze zapowiadającym uroczystości, to pewnie przetarg został odwołany. A skoro tak, to informacja pojawić się w zakładce z zamówienia publicznymi z adnotacją unieważnione. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nic się nie zmieniło. Pomyślałem: może zaspali, może jutro się pojawi. W końcu do uroczystości jest jeszcze 9 dni. Wystarczająco dużo czasu, by wszystko odkręcić. Bo w powtórzę jeszcze raz: spotkania okolicznościowego tego dnia (ani nigdy wcześniej, ani teraz, ani nigdy potem) z tej okazji miasto nie powinno organizować. I nie jest istotne, czy zaplanowano je w Pałacyku Gościnnym, Pałacu Branickich czy salach katechetycznych plebanii przy Radzymińskiej. Ontologicznie nie ma ono uzasadnienia. Ta rocznica wymaga innej refleksji. Poza szwedzkostołowej.

Pisze to z troski o właściwy wymiar rocznic białostockich. Uznaję je za wartości i doceniam ich symbolikę w dziejach Białegostoku. To uwaga jest skierowana do tych, którzy zapewne po przeczytaniu tego komentarza będą mnie odsądzać od czci i wiary (mieliby prawo, gdybym podał planowane menu i inne szczegóły oraz gdybym przez lata nie pisał o wartości tych obu rocznic). Ale jest też skierowana do tych, którzy po przeczytaniu tego artykułu będą zupełnie niepotrzebnie, zaglądając w specyfikację przetargową, starali się przenieść środek ciężkości na inny wątek. I podniosą larum, że miasto wydaje przyjęcie na plebanii w Popielec.

Nadal pozostaje wiara, że przez te dziewięć dni, zakładce przetargi pojawi się końcu adnotacja: unieważnione.

Podwyżka biletów nie musi być tak drakońska

Na wstępie mały powrót do przeszłości. Cofnijmy się o 36 miesięcy:

„To nie prima aprilis. Od pierwszego kwietnia ceny biletów miesięcznych w Białymstoku pójdą w górę. I jak każda taka podwyżka, także i ta nie przypadnie zapewne mieszkańcom do gustu. Nic dziwnego, skoro jazda miejskimi empekami nie należy do przyjemności.

Ale co mają zrobić ludzie? Do pracy muszą jakoś dojechać. I jeśli przyjdzie im przełknąć, że będą musieli wydać nawet miesięcznie 20 złotych więcej, to zapewne kością w gardle stanie im jeden z argumentów z uzasadnienia wygłoszonego przez zwolenników droższych biletów. Dowodzili oni, że podwyżka jest niezbędna, bo bilety w Białymstoku są najtańsze w kraju.

Zgodnie z tą logiką wszyscy zatrudnieni białostoczanie powinni udać się do swoich szefów i zażądać podwyżek płac, bo pod tym względem jesteśmy na końcu w kraju. Ciekawe, ilu prezesów, dyrektorów i menedżerów argument ten uznałoby za wystarczający?” 

Tak pisałem trzy lata temu. Od tamtej pory trochę się zmieniło, chociażby cena litra benzyny, przybyło nam autobusów (w większości bez klimatyzacji, ale mają się pojawić w końcu i te z klimą), empeki zastąpiła bekamka. Statystycznie też wzrosło wynagrodzenie w Białymstoku, ale nie na tyle by wyjść z krajowego ogona (przybyło też bezrobotnych).  Zgodnie z logiką  wszyscy zatrudnieni białostoczanie powinni udać się do swoich szefów i zażądać podwyżek płac, bo pod tym względem jesteśmy na końcu w kraju (w międzyczasie ceny innych artykułów i usług poszły w górę). Ciekawe, ilu prezesów, dyrektorów i menedżerów argument ten uznałoby za wystarczający?” 

Dlatego mam do władz naszej komunikacji prośbę: tłumaczcie podwyżki  cen biletów  planowanymi inwestycjami (choć część z nich jest współfinansowana z programów unijnych) czy wzrostem cen paliwa (choć nie wiem czy wzrosły one na tyle, by bilety poszły w górę o 40 groszy), ale nie próbujcie – jeśli mielibyście taki zamiar- używać argumentów o równaniu do innych (że inni już to zrobili, że u nas nadal najtaniej w kraju). Tym bardziej że w innych miastach od dawna można kupić bilet u kierowców, a w Białymstoku nie. Mimo że obowiązuje uchwała rady miejskiej.

Taka możliwość ma być teraz wprowadzona przy okazji planowanej podwyżki cen biletów (nie bardzo rozumiem, jaka jest tu korelacja). Z zapowiedzi władz miasta wynika jednak, że zamiast ludziom życie ułatwić, to planowane warunki  kupowania biletów u kierowców będą tak rygorystyczne, że w gruncie rzeczy zniechęcą do tego białostoczan.
– Nie ukrywam, że chodzi o to, żeby bilety nie były kupowane u kierowców zbyt często – mówił w sobotnim “Porannym”  wiceprezydent Adam Poliński.
Bo okazje się, że bilet u kierowcy w autobusie będzie można kupić pod kilkoma warunkami. Pasażer będzie musiał mieć wyliczoną dokładną kwotę za przejazd, bez reszty. I, co ważne, kierowca sprzeda nam bilet, jeśli autobus nie będzie miał spóźnienia. W przeciwnym razie może odmówić.

Jeśli tak władze miasta widzą w tym względzie swoją misję publiczną od strony użyteczności dla białostoczan, to lepiej nie wprowadzajmy tego pomysłu w życie. Po co denerwować ludzi, niepokoić pasażerów.

Zapowiadana podwyżka cen biletów zbiegnie się z czasem z nowym produktem Białostockiej Komunikacji Miejskiej – elektroniczną kartą miejską, która ma zastąpić papierowe bilety okresowe. Nie wprowadza się nowego produktu przy jednoczesnym podnoszeniu cen biletów. Nawet jeśli w tym przypadku korelacja czasowa jest zupełnie przypadkowa, to wizerunkowo nietrafiona. Może warto poczekać z podwyżką do jesieni.

Ma ona przynieść budżetowi miasta około 4-5 milionów złotych. W sumie w tym roku na sprzedaży biletów miasto zarobi około 60 milionów złotych.

 W tegorocznym budżecie na promocję miasta zapisano około 8 milionów. Lwia część poszła na promocję przez sport.  Ile zysku przyniese tzw. resztówka?

I dlatego może zamiast tak drastycznej dla białostoczan podwyżki cen biletów, pieniędzy warto poszukać gdzie indziej. Może jak się pogrzebie trochę w tych miejskich zaskórniakach, to podwyżka cen biletów wyniesie 10, 20 groszy, a nie 40. I proszę nie odbijać piłeczki pinpongowej w stylu: tego nie da się zrobić, bo to inne szuflady. Wystarczy dobrze porachować na sesji. Do tego nie trzeba laptopów. Wystarczy liczydło, od biedy kalkulator. I aktywności radnych.

A spiker cedził ostre słowa

Tak się złożyło, że w miejscu publicznym dane było mi oglądać dzisiejszy konkurs drużynowy w skokach podczas mistrzostwa świata.I nie tylko mnie, ale i stojących obok mnie kibiców, złość zalewała, gdy prowadzący komentator próbował od samego początku transmisji w mawiać wszem i wobec do okoła, że Polacy mają szanse na medal.

Gdy tak cedził i cedził, przypomniały mi się słowa wielkiego przeboju Lombardu: „A spiker cedził ostre słowa, od których nagła zbierała złość. Aż zaczął w tobie gniew kiełkować, i pomyślałeś milczenia dość”.
I ja miałem dość komentatorów telewizyjnych po dzisiejszej transmisji.

Marszałek–dyrygent. Con amore

Muzyka podobno łagodzi obyczaje, ale jak widać nie do końca. Bo zaiste z dziwną czułością owy związek był podtrzymywany przez co najmniej półtora roku. Dlatego dziwi zapowiedź nagłego rozwodu. Władze województwa miały aż nadto czasu, by rozwiązać kompromitującą dla regionu sytuację, jaką było zamieszenia w różnych aspektach (artystycznym, pracowniczym, menadżerskim) w najbardziej prestiżowej dla regionu instytucji dla regionu, jaką jest opera podlaska. Z kolei jej szef miał tyle samo, by ze swej strony znaleźć rozwiązanie sporu toczył się po równi pochyłej. Czy to, aby nie odstanie wydarzenia związane z aferą marszałkowską nie dały obu stronom sporu (zarządowi i dyrektorowi) do decydującego starcia? I niech władze województwa nie tłumaczą swoją nadzwyczajną aktywność w tej sprawie ostatnimi posunięciami kadrowymi dyrektora. Z kolei dyrektor musiał mieć świadomość, że decydują się na taki wist spotka się z reakcją będącego w trudnej sytuacji politycznej zarządu województwa.

Na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych umyka coś innego. Opisałem to w tekście „Białystok w drodze do Manaus”. Przypomnę go w całości.

Kto widział film Wernera Herzoga “Fitzcarraldo”, ten wie, do czego jest zdolny maniak ogarnięty ideą bez reszty (w filmie – tytułowy bohater). Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru. I choć to film, opera na końcu świata naprawdę powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli amazońskiej.

W podobnej sytuacji jest nasza opera. Jej budowa, początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Na razie brakuje 50 mln złotych: na rzeźby, instrumenty, multimedia. Urząd marszałkowski liczy na wsparcie z resortu kultury, ale mogą być to nadzieje płonne. Z powodu skutków powodzi, obietnic prezydenckich, reformy finansów publicznych. Przeto zostają marzenia, że do 2012 roku budynek uda się wykończyć. Ale czyż marzenia, tak jak w Manaus, nie mogą być warte opery? I nie tylko za trzy grosze.

Od strony artystycznej też, trwający od czerwca 2009 roku, stan niepewności. Jego konsekwencją jest to, że Marcin Nałęcz-Niesiołowski ma dwa kontrakty. Do końca 2011 roku zarządza operą w Białymstoku, natomiast do czerwca 2014 roku prowadzi katedrę dyrygentury w Narodowym Koreańskim Uniwersytecie Muzycznym. Nie wiadomo, którą pracę wybierze. Na dodatek przed nami jeszcze wybory samorządowe, czyli nowe władze województwa, stary dyrektor albo stare władze, nowy dyrektor.

Ale na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych umyka coś innego. Powstający gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów. Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, ponieważ koszty związane z działalnością opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych. Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. A  wtedy te mniejsze instytucje mogą czuć się zagrożone.

Jeśli jednak opera ma być traktowana, jako dobro wspólne, to warto, aby obie strony sporu przedstawiły taką argumentację, która przekonałaby już dziś zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jak i tych z Łap i Hajnówki, że powinni oni łożyć na jej utrzymanie. Także wówczas, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my, w odróżnieniu od szaleńców z Manaus, kauczuku lub innego złotego runa nie mamy”

No właśnie, nie mamy złotego runa. Być może będzie tak, że marszałek odejdzie, szef filharmoników też. I pozostawią po sobie niby dobro wspólne ze skazą. I wizję tego, że orkiestra nie wyjdzie na najbliższy wspólny koncert, jeśli batutę będzie dzierżył Marcin Nałęcz-Niesiołowski lub tego, że gdy nie będzie jej trzymał na najbliższym koncercie, orkiestra zagra dla pustej sali. W jednym i drugim przypadku jest to cena obustronnego grzechu zaniechania, o którym pisałem na początku.

Upadek gabinetu marszałka

Tak, jak wczoraj obiecałem, dziś o grzechu pierworodnym afery marszałkowskiej. Ale wcześniej przypomnę i pokażę tekst, który napisałem niemal dokładnie dwa lata temu, bo 23 marca 2009 roku. Zacząłem go nietypowo, bo od zdjęć.

 Pisałem wtedy tak: „Dwa obrazy, dwa oblicza, oddające najpełniej obecne podlaskie klimaty. Z jednego emanuje radość, ulga, zwycięstwo. Z drugiego zatroskanie, trwoga, niepewność.”

Na pierwszym  Jarosław Dworzański (zdjęcie Anatola Chomicza) w czasie sesji, na której zachował fotel marszałka. Na drugim robotnik w otoczeniu kolegów (zdjęcie Wojciecha Wojtkielewicz) na spotkaniu w łapskim kinie poświęconym przyszłości ZNTK.”

 By oddać intencję powyższych słów podaję link, by obejrzeć owe zdjęcia.

 Wtedy pisałem też tak:

„Marszałek zachował posadę, ale straci gabinet. Ten polityczny. Bo Platforma przyciśnięta przez koalicjanta spod szyldu zielonej koniczynki, zaproponowała likwidację wszystkich gabinetów politycznych w samorządach (do dziś nie potrafię zrozumieć logiki, która stała za ich utworzeniem). Ale nie sądzę, by ludziom z gabinetów stała się krzywda. Pewnie w mniejszym lub większym stopniu, formalnym lub mniej formalnym, pozostaną w odwodach tych, którzy ich powołali.  

Robotnicy z Łap też tracą pracę. Ale ich raczej nikt nie zatrudni. Kto by chciał kogoś, kto klepie wagony? Chociaż to znacznie więcej niż doradzania w gabinecie politycznym lub poza nim. Bo klepanie wagonu  wymaga w końcu  umiejętności, doradzanie nie zawsze.”

Od tamtego czasu stało się tak jak prognozowałem. Po ZNTK zostało już tylko wspomnienie, po gabinecie politycznym marszałka też. Dwa lata temu pisałem, że nie ma znaczenia czy gabinet jest spod szyldu PO, SLD, PiS czy jeszcze tam kogoś innego. W samorządach jest on zupełnie zbędny. Podobnie jak komisarzowi na Podlasiu zbędny był doradca (radny miejski jego macierzystej partii).

Gabinetów politycznych nie ma. Pozostał gabinet (bez żadnego przymiotnika). Ci, którzy tworzyli gabinet polityczny w mniejszym lub większym stopniu, formalnym lub mniej formalnym, pozostali  – tak jak wtedy prognozowałem  – w odwodach tych, którzy ich powoływali. Jeśli w czytamy się w komunikaty olsztyńskiej prokuratury wzniesiemy się ponad płaszczyznę, która dominuje w komentarzach w sprawie (pamiętając o tym, że jej bohaterowie mają prawo do obrony i o zasadzie domniemania niewinności), to dostrzeżemy zaiste bankructwo filozofii gabinetów politycznych ze wszystkimi ich skutkami ubocznymi. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak one powstawały ( i też krótki niezmiernie  powrót do historii

I na tym kończę serial, o tygodniu, który może wstrząśnie podlaską sceną polityczną. A jutro o jedynym w swoim rodzaju con amore zarządu województwa i szefa podlaskich filharmoników.

Żelazna Dama wstrząśnie podlaską Platformą

Niedawno pisałem, że na rok przed elekcją krajową położenie podlaskiej Platformy najpełniej odzwierciedla porównanie z gimnastyki sportowej: po mocnym odbiciu znajduje się w fazie lotu przez konia. Tym koniem są przyszłoroczne wybory parlamentarne. Zeskokiem – ostateczne pokonanie PiS na Podlasiu. Jeśli PO skoryguje nieliczne błędy w zakończonej 21 listopada fazie (wybory samorządowe) i uniknie zawirowań w kolejnej (jest ich sporo), za rok zeskok wyjdzie jej a la Blanik.

 Eskalacją stanu dwuwładzy (niesnaski przy propozycjach pierwszej piątki kandydatów do Sejmu – pominiecie przedstawicieli łomżyńskiego i Suwalszczyzny), brak szybkiej i zdecydowanej reakcji na aferę marszałkowską, jasno pokazują, że Platforma trwa w stanie zawieszenia metr nad ziemią. By nie zakończyło się to bardzo bolesnym upadkiem, potrzebny jej nagłe sprowadzenie na ziemi. Dziewięć miesięcy wojenki podjazdowej wystarczy. Pół biedy, jeśli rozgrywa się ona w zaciszach lokali partyjnych. Znacznie gorzej, gdy  przenosi się na instytucje i wizerunek regionu.

Dziś wydaje się, że jedynym rozwiązaniem, by zakończyć stan wojenny w Platformie, jest wybranie nowego przywództwa, które nie tyle pogodzi zwaśnione strony, co odeśle je na aut politycznej aktywności. Ale nie tylko ( o tym poniżej).

Wydaje się, że jedynym politykiem, który mógłby podjąć się nowego otwarcia w podlaskiej Platformie jest minister Barbara Kudrycka. Chyba nie ma w tym ugrupowaniu bardziej rozpoznawalnego polityka, także z punktu widzenia potencjalnego wyniku wyborczego. Jej pierwsze miejsce na liście kandydatów do Sejmu nie było kwestionowane przez nikogo. Ale to wymagałoby przez panią minister redefinicji jej obecności w podlaskiej polityce. Niby jest w niej od lat, ale trochę na miękkich zasadach. Bardziej ekspert niż polityk. Taką w gruncie rzeczy dobrą ciocią łagodzącą obyczaje (jak choćby podczas słynnego zjazdu majowego), ale nie do końca samodzielną.

Tymczasem pani minister musiałaby się wcielić w rolę Żelaznej Damy, która mocną ręką będzie kierować Platformą i dosłownie weźmie za baty chłopców z piaskownicy. Bez żadnych sentymentów. Nie będzie to łatwe, bo pani minister musiałaby jeszcze bardziej godzić Warszawę z Białymstokiem, reformę edukacji z regionalną polityką. Tu jednak miejsca na jakiekolwiek pośrednictwo lub pełnomocnika nie ma. Ale nieraz w historii polityki było tak, że skazywane na początku na porażkę kobiety, wychodziły z niej obronną, twardą ręką.

 Być może też to ostatni sposób, by uniknąć bardziej zdecydowanej interwencji centrali. Niewykluczone, że i tak owym rozjemcą byłaby pani minister (jako komisarz). Ale wtedy jej mandat miałby inny charakter i chyba mniej przyjemny dla podlaskiej Platformy. A niektórym jej członkom pokrzyżował plany życiowe. Bo też jeśliby miała być prawdziwa odnowa, to trudno sobie wyobrazić by dotychczasowi akolici zwaśnionych frakcji startowali do Sejmu.

Póki, co minister Kudrycka w Polskim Radio ostrzegając swoich kolegów mówiła, że nie przymierza się  do roli Żelaznej Damy. Ale jeśli premier poprosi dla dobra partii, to pewnie nie odmówi. Zwłaszcza, gdy będzie to konieczne. Musi jednak zacząć bardziej mocno i samodzielnie stąpać po kruchym lodzie polityki. Niedawne doświadczenia pokazują, że pani minister nie za bardzo to wychodzi. Ale w końcu w wielkiej polityce jest już ponad siedem lat. W tym wieku dzieci rozpoczynają edukacją (w przyszłym roku jeszcze wcześniej), przeto czas terminowania dla pani minister się skończył.

 Bez względu, od kogo wyjdzie inicjatywa zmian przywództwa ( z samej podlaskiej PO) czy od samego premiera, to nie może być tylko w tonacji „Platforma tak, wypaczenia nie”. Bo za chwilę skończy się nowymi wypaczeniami. Zmiana 2011 powinna polegać nie tylko na gruntownej zmianie personalnej, ale redefinicji Platformy w podlaskim krajobrazie polityczno-samorządowym i oparciu jej na zupełnie nowych wartościach. Ich katalog jest znany co najmniej od majowego zjazdu Platformy (Transparentność, dyskusja, otwartość, zdolność krytyki zamiast umizgów, nagradzanie miejscami na listach partyjnych za osiągnięcia, oponowanie przeciwko decyzjom partyjnych central sprzecznym z interesami miasta i regionu, przyznawanie się do błędów i porażek, zdolność odnawiania partyjnych elit, co cztery lata).

Prosty, szczery i jasny sygnał. Oparty nie tylko na werbalnych sloganach, pozwoli Platformie zminimalizować straty wywołane  aferą marszałkowską i być może  pokonać PiS w wyborach na Podlasiu.

Z taką legitymizacją jest szansa, że podlaskie lobby spod szyldu PO ma szanse coś znaczyć w stolicy. Dzięki temu i region ma szansę przestać być marginalizowany. Nie dzięki znajomości z tym, czy innym ministrem czy kolegą mającym wpływ na kogoś tam lub chowaniem się za czyjeś plecy, ale mocnej legitymizacji opartej na prawych przesłankach i aksjologii.  

Jeśli zmiana będzie pozorowana, wyborcy jej nie kupią i odwrócą się. A wtedy wstyd po porażce z PiS w wyborach będzie znacznie większy niż dzisiejszy wstyd po akcji prokuratury.

PS.
Słuchając słów minister Kudryckiej w radio pojawiła się iskiereczka nadziei. Po pierwsze: była jedynym politykiem Platformy, który do tej pory tak otwarcie zareagował na aferę.  Bez owijania w bawełnę. Trochę późno, ale jednak. Bo inni liderzy podlaskiej PO zapadali w dziwny sen u kresu zimy. Może z Warszawy lepiej widać z partyjnej orbity pewne rzeczy niż w Białymstoku?. A może ważne jest, co innego: kto patrzy?.  

Niemniej faktem jest, że inni liderzy nadal milczą. Jak napisał jeden z interanutów, nikt z nich nie znalazł w sobie odwagi żeby w tym trudnym dla partii momencie zachować się z klasa i powiedzieć cokolwiek z sensem. Bynajmniej nie rozdzielam z tego powodu szat i nad nimi nie płaczę, stwierdzam tylko fakt. Milczenie w tym wypadku nie jest złotem. Ale też zbyt długo obserwuję nie tylko podlaską scenę polityczną, by w tym milczeniu nie dostrzec tonacji z piosenki „Gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt ma się wilczy”. Tym razem jednak milczący mogą obejść się ze smakiem. Gorzkim smakiem.

I na koniec jeszcze jedno: w tej samej rozmowie w Radio Białystok minister Kudrycka użyła słowa dwuwładza. Do tej pory tym terminem posługiwali się niektórzy dziennikarze, opisując to, co dzieje się w podlaskiej PO. Jej liderzy stronili od niego jak diabeł od święconej wody i zapewniali, że tak naprawdę żadnej dwuwładzy nie ma. Używając go po raz pierwszy, minister potwierdziła, gdzie tkwi grzech pierworodny partii w Podlaskiem.

A jutro, kończąc tygodniowy serial z aferą marszałkowską, o grzechu pierworodnym tej afery. Czyli o tym, o czym się do tej pory nie mówiło.

Marszałek kontratakuje samobójem

Marszałek zawiesił dziś wieczorem członkostwo w partii (podobnie zrobili to inni bohaterowie tej afery). – Dla dobra partii – tak argumentował swoją decyzję Jarosław Dworzański.

Na logikę oznacza to, że marszałek nie jest już też marszałkiem. Umowa koalicyjna przewidywała, i tak to zaprezentowano podlaskiej opinii publicznej, że fotel marszałka przypada Platformie Obywatelskiej. A skoro na skutek samozawieszenia marszałek przestał być de facto tymczasowo członkiem PO, przeto nie będąc w całości w Platformie, nie może być jednocześnie marszałkiem. Analogiczny wywód można wyprowadzić wobec członka zarządu Jacka Piorunka. A to oznacza, że koalicja w sejmiku i sama PO ma na głowie łamigłówkę nie do rozwiązania (pisałem o tym w poniedziałek)

Na zdrowy rozum i logikę tak to wygląda. Ale zaraz odezwą się zapewne niepodzielający tego rozumowania. Zapraszam przeto do dyskusji, chociaż tak naprawdę spór ten będzie jałowy, bo uważam i to też napisałem przedwczoraj, że dla swojego dobra PO powinna zmienić marszałka w poniedziałek. Z powodów politycznych i wizerunkowych. 

Dziś na konferencji prasowej o godzinie 13 marszałek powiedział takie zdanie:   Nie przyznaję się do zarzutów. Polska jest praworządnym krajem. Każdy ma prawo do obrony, do oczyszczenia się z zarzutów.

To prawda. Nikt tego nie neguje, nikt nie odbiera marszałkowi prawa do obrony. Co więcej, napisałem wczoraj, że teraz czas mają śledczy, adwokaci, obrońcy, może sąd. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy.

Rozumiem też, że w takiej sytuacji marszałkowi trudno powstrzymać na wodzy nerwy, a co dopiero język. Te czynniki oraz przeżyty stres mogą tłumaczyć (ale nie muszą i mnie nie przekonują) słowa, które marszałek wypowiedział na tej samej konferencji prasowej: – Wielokrotnie, szukając pracowników, musieliśmy namawiać ludzi do udziału w konkursach. Ciężko jest znaleźć dobrego pracownika za takie wynagrodzenie, jakie można uzyskać w urzędzie marszałkowskim – mówił Jarosław Dworzański.

Godz. 16. 30, rozmowa z marszałkiem w Polskim Radio Białystok. Prowadząca pyta: Czy konkursy wygrywa ten, kto ma wygrać?.  

Marszałek podkreślając złośliwość pytania odpowiada tak:  „Odsyłam tych wszystkich, którzy to krytykują, by rozejrzeli się wokół siebie. Popatrzyli na swoje żony, rodziny, dzieci. Jak to w naszym kraju ogólnie wygląda. Ile o tym się pisze”.

Przyszedłem do domu, popatrzyłem na żonę, rodzinę, dzieci. I nie wiem, jak to w naszym kraju wygląda. Ale wiem jak to powinno wyglądać: to nie szczelność systemu władzy powoduje, że nic niepożądanego nie może się z niego wydostać. Ale dlatego, że ów system wraz ze swoimi pochodnymi (prawość, równość, także szans ) jest tak krystaliczny, że widać jak na dłoni wszystko to, co się w nim dzieje.

Wiem też jedno: po słowach o żonach, rodzinie, dzieciach marszałek strzelił samobója Platformie. Samozawieszenie tego nie zbilansuje.

Między prawem a polityką

Prokuratura postawiła zarzuty samorządowcom zamieszanym w tzw. aferę marszałkowską. Teraz czas mają śledczy, adwokaci, obrońcy, może sąd. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy.

 Gdy czyta się komunikat prokuratury nie sposób odnieść wrażenia, że niektóre opisy z w nim zawarte przypominają sceny spod szyldu filmów Barei. Ale też olsztyńska prokuratura Ameryki nie odkryła, bo konkursy z dziwnie zakrzywioną optyką to zaćma każdej niemal opcji rządzącej. Niestety. Marne to jednak pocieszenie dla tych, którzy z wiarą w równość i prawość startują w takich przedbiegach.

 Od strony politycznej powinno być już po sprawie. Pisałem o tym wczoraj. Tymczasem z niektórych dzisiejszych wypowiedzi liderów regionalnej PO pobrzmiewa znana nuta „Nic się stało, spokojnie, nic się nie stało”.

I teraz refleksja niby na kanwie tej afery, ale jednak trochę obok. W maju, po słynnym zjeździe w Platformie, wymieniłem wartości, na których powinna opierać się miejska scena partyjna (bez względu, kto jest jej aktorem zbiorowym): „Transparentność, dyskusja, otwartość, zdolność krytyki zamiast umizgów, nagradzanie miejscami na listach partyjnych za osiągnięcia, oponowanie przeciwko decyzjom partyjnych central sprzecznym z interesami miasta, przyznawanie się do błędów i porażek, zdolność odnawiania partyjnych elit, co cztery lata.  Jeśli uda się je zaszczepić na białostockim gruncie, mają szansę wykiełkować też na podlaskim polu politycznym – w samorządzie wojewódzkim”.

 Okres wegetacji jest zazwyczaj na Podlasiu dłuższy. Zanosi się, że ten polityczny będzie jeszcze dłuższy. Ale czy może być inaczej, skoro wzorce postępowania odziedziczone przez ostatnie lata tak bardzo wyjałowiły glebę, że zamiast bardzo prostych, jasnych, naturalnych rozwiązań szuka się tych modyfikowanych?.

 PS. Zaiście kolumbowski jest styl, w jaki śledczy wyłożyli samorządowcom zarzuty. Dosłownie na tacy. Zaiste, chyba to niespotykana praktyka.

Podlaska Platforma. Suma wszystkich strachów

Liderzy regionalnych struktur partyjnych powoli zaczynają kroić listy wyborcze. A kroją – wbrew powiedzeniu – nie tylko jak im materiału staje. Muszę spełnić też niekiedy sprzeczne z interesami regionu warunki narzucone przez centrale partyjne. Największy galimatias, jak dotychczas, towarzyszy temu, co dzieje się w podlaskiej Platformie.

Podlaskie ma swoją wyborczą specyfikę: jak ukształtować listę wyborczą, by z jednej strony maksymalnie zyskać, a z drugiej, by odzwierciedlała cały region? A to oznacza kolejną rozterkę: czy zadośćuczynienie takiemu regionalizmowi nie spowoduje rozproszenia głosów? I może zamiast decydować się na pełną trzydziestkę, lepiej postawić na krótką ławkę kandydatów, ale sprawdzonych w swoich społecznościach??

Z tymi dylematami musiał zderzyć się szef podlaskich struktur PO Damian Raczkowski. W Łomży i Suwałkach podniósł się larum, że w pierwszej piątce kandydatów na listę wyborczą podlaskiego PO nie ma nikogo z Łomży i Suwałk. Faktycznie, wśród tzw. szpicy są Barbara Kudrycka, Damian Raczkowski, Robert Tyszkiewicz,  Józef Klim, Daria Sapińska. Z jednej strony jest to grono zgodne z oczekiwaniami centrali PO: na czołowych miejscach muszą znaleźć się ministrowie rządu, dotychczasowi posłowie, a ponadto jeszcze należy ustawowo zachować parytet. I jeśli spojrzymy na pierwszą piątkę, to w pełni odzwierciedla ona powyższe imperatywy (choć oznacza, że poza nią są inni posłowie Jacek Żalek i Leszek Cieślik). I to jest argument, który Damianowi Raczkowskiemu może pozwolić wytrącić amunicję partyjnym oponentom. Drugim, przytaczanym przez przewodniczącego, jest przykład jego samego. W 2007 roku startował z ostatniego miejsca i zdobył mandat. Jest to przykład prawdziwy, ale  bez komentarza wiodący na manowce.

Warto bowiem przypomnieć, że 30 miejsce na liście, z którego w 2007 roku startował do Sejmu Damian Raczkowski, to skutek interwencji władz centrali. Pierwotnie wogóle dla posła nie było miejsca na liście wyborczej. A i tamta jego kampania, jako żywo odzwierciedlała hasło „Wygrana albo śmierć” (oczywiście polityczna). Nic dziwnego, że w gruncie rzeczy Damian Raczkowski osiągnął wtedy wynik znacznie lepszy jakościowo niż lider jego listy. Ktoś może zapytać: skoro ostatnie miejsce było tak szczęśliwe dla Damiana Raczkowskiego, dlaczego teraz nie wystartuje z niego ponownie? Odpowiedź jest prosta: w polityce nic dwa razy się nie zdarza (zwłaszcza, że zmieniły się zasady gry wyborczej), a ponadto to Damian Raczkowski, jako przewodniczący regionu odpowiada i desygnuje kandydatów do czołowej piątki. Odpowiada za to przed Donaldem Tuskiem i historią. Czy kandydatury owe odzwierciedlają jednak aspiracje przyszłościowe regionu i wyborców wywodzących się spoza tradycyjnego, twardego  aktywu i elektoratu PO?    

Po sejmikowych wyborach napisałem, że największym zagrożeniem dla Platformy na drodze do pokonania na Podlasiu w wyborach parlamentarnych PiS, jest sama Platforma. Walki frakcyjne i kłótnie, które zamiast maleć od pamiętnego zjazdu majowego narastają jeszcze bardziej. Doszło do tego, że faktycznie mamy w podlaskiej PO dwuwładzę (najdobitniejszym przykładem tego są dwa ośrodki partyjne mieszczące się przy tej samej ulicy, inne symbole tej dychotomii można w ostatnim czasie też odnaleźć w sferze publicznej). Tak na dobrą sprawę część partii, mimo retoryki o jedności i pozorowanego formalizmu, nigdy nie pogodziła się ze zmianą, które dokonała się podczas majowego zjazdu. Z drugiej strony Damian Raczkowski nie okazał się na tyle silnym i zręcznym politykiem, by stać się liderem z prawdziwego zdarzenia (nie tylko w partii). Cena za tę dwuwładzę może być bardzo słona.

I dziś Platforma ją płaci. Bo jest niezdolna do reakcji, która w każdej dobrze funkcjonującej demokracji  i transparentnie działającej partii byłaby wyjściem nie tyle awaryjnym, co błyskawicznym, z trudnej sytuacji politycznej, w której znalazła się  po ujawnieniu takiej sprawy jaką jest afera w urzędzie marszałkowskim. Po prostu: dzisiaj wybrany powinien zostać nowy marszałek, na drodze konstruktywnego votum nieufności ( chociaż  najbardziej optymalym wariantem z punktu widzenia istoty demokacji byłoby rozwiązanie sejmiku). Była sesja, potrzebne były bardzo szybkie rozmowy koalicyjne, ale też z opozycyją (do odwołania marsząłka potrzeba 18 głosów- prawdę powiedziawszy to marszalek sam powinien zrezygnować z funkcji, by nie wiązać rąk koalicji). 

Problem w tym jednak, że PO nie ma kogo wskazać na marszałka, bo nie tylko z ludowcami, ale sama z sobą nie może się dogadać. Udowodniła to dobitnie podczas niedawnych, grudniowych  prób wyłonienia  marszałka. Do tego stopnia, że bez cienia wątpliwości podporządkowała się imperatywowi marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny, że to, co stało się 10 stycznia jest najlepsze dla regionu. Gdyby ktoś wtedy zachował odrobinę honoru, afera marszałkowska nie byłaby dla Platformy tak bolesna.  Ale to już historia na inna opowieść.

Jarosław Kaczyński-Donald Tusk. Moment pędu.

W życiu bywa tak, że  moment, nieraz minuta decyduje o losach polityka. Pod warunkiem, że ma on odwagę  wykorzystać szansę, która da mu  możliwość kształtowania swojej wizji przywództwa przez wiele lat. Zarazem zapewniając miejsce w historii swojego  miasta, kraju, a niekiedy i świata. 

Najbardziej klasycznym przykładem potwierdzającym tę tezę jest Borys Jelcyn i jego wejście na czołg w proteście przeciwko puczowi Janajewa. To zdecydowało, że później raz zdobytej władzy, nic nie było w stanie mu jej odebrać. Oddał ja sam Putinowi.  Gdyby Jelcyn nie stanął na tamtej tankietce, kto wie, jak by się potoczyły jego losy. A także Rosji.

 W sytuacjach rewolucyjnych, gdy sedno polityki kształtuje się na ulicy, o takie postawy dość łatwo. W monotonnej polityce dnia codziennego, której nie zagrażają gwałtowne wstrząsy, dostrzeżenie przez sprawujących władzę owego momentu pędu jest niezmiernie trudne. Ale nie niemożliwe. Zaprzepaszczenie tej szansy jest wspólnym mianownikiem łączącym Jaroslawa Kaczyńskiego i Donalda Tuska.

W przypadku Jarosława Kaczyńskiego takim utraconym momentem pędu była nie afera gruntowa, sprawa Sawickiej, koalicja z Samoobroną. Tych zawirowań mogłoby nie być, gdyby Lech Kaczyński (razem z Jarosławem Kaczyńskim)zdecydował się na przełomie 2005/2006 na rozwiązanie ledwo co wybranego Sejmu. Na fali zdobytej wówczas popularności, przy całkowicie zdołowanej Platformie, bez możliwości sprawowania samodzielnej władzy, takie autogolpe (termin z politologii latynoamerykańskiej oznaczający swoisty konstytucyjny zamach stanu w celu umocnienie władzy konstytucyjnej jego autorów) bardzo łatwo byłoby do zalegitymizowania przez opinię publiczną. I był nawet powód: dyskusje o tym, czy projekt budżetu przygotowany przez rząd odchodzącego premiera Marka Belki został złożony do Sejmu w terminie.  Część prawników od razu podnioła larum, że takie rozwiązanie  nie zgodne jest z konstytucją. Od razu znalaźli się też ci, którzy twierdzili coś innego.

Ale w gruncie rzeczy to tym sędziom ostatecznym byliby wyborcy. A ponowne głosowanie byłoby swoistą dogrywką, która jednoznacznie wskazałaby, kto powinien rządzić ( w tamtej atmosferze wiele czynników przemawiało, że PiS zdobędzie w dogrywce większość). Takie rozwiązanie jest praktykowane w zachodnich demokracjach. Tylko trzeba mieć odwagę się na nie zdecydować. Zabrakło jej Jarosławowi Kaczyńskiemu. Czyżby ze strachu przed oddaniem władzy przez partię? Co dziwne, nie zabrakło mu jej półtora roku później. Tylko, że na takie autogolpe było już za późno. Polacy nie zamierzali legitymizować działań spod szyldu afery gruntowej, koalicji z Samoobroną, afery ze śmiercią posłanki Blidy, czy afery z posłanką Sawicką. Po prostu: wyborcy mieli tego dość.

Jeśli zawahanie się przed dogrywką zaraz po wyborach prezydenckich w 2005 roku było dla Jarosława Kaczyńskiego takim właśnie utraconym momentem pędu, do w przypadku premiera Donalda Tuska jest nim sprawa senatora Misiaka. Zamiast wówczas zmuszać posłów do wyboru między Sejmem a biznesem, powinien im podziękować. Być może przez ten krok straciłby dużo przyjaciół, partię, koalicję i premierostwo. Ale już wtedy prezydenturę miałby w kieszeni. By ją dobrze wypełniać,  nie potrzebował  230 głosów plus jeden. Wystarczyła góra 50 ludzi. Tylu, w 38 milionowym kraju, spoza orbit partyjnych chyba by się znalazło. Dostrzeżenie tego namaszczało Donalda Tuska na męża stanu.

I gdyby premier wtedy to dostrzegł, nie musiałby wypowiadać potem słów o żyrandolu w pałacu, ani tym bardziej teraz patrzeć na to, jak jego partia się szarpie i traci(byc może szansę na samodzielne rządzenie). Podobnie jak wcześniej Jarosław Kaczyński przegapił swój moment pędu.

Dzień Niepodleglości

Rocznice białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czas, logikę. Pierwsza z nich dzisiaj.

Dla białostoczan ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma taką samą wymowę jak dla poznaniaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązaków ich trzy powstania. A wszystkie łączy to samo: powrót do macierzy.

– Dzień 19 lutego 1919 roku winien być uznawany po wsze czasy za moment przełomowy w dziejach Białegostoku – pisał  w Obserwatorze prof. Adam Dobroński.

Kolonia karna

Wasyl Parfienkou. Białoruski opozycjonista. 28 lat. Wczoraj  została skazany na cztery lata odsiadki w kolonii karnej. Powód: uczestnictwo antyprezydenckiej manifestacji po reelekcji Aleksandra Łukaszenki w grudniu ubiegłego roku.

A jeszcze niedawno Europa widziała w Aleksandrze Łukaszence nie tyle uzurpatora, co wręcz nawet pewnego rodzaju wyzwoliciela. I jeśli dziś akolici tamtego relatywizmu dzisiaj przybierają bardziej srogie pozy, to za tym postanowieniem poprawy musi pójść rachunek sumienia i żal za grzechy. Bo to dzisiaj Aleksander Łukaszenka jest nad Europą pochylony i śmieje jej się w twarz. Utraconą twarz. Bardzo dawno temu.

Karin Stanek. Malowana lala

Kucyki, dżinsy i śląskie zaciągania. Gdy wychodziła na scenę dziewczyna z Bytomia budziła skrajne emocje. Ale dla pokolenia lat 60. to były te lepsze emocje. Zwłaszcza, gdy śpiewała takie hity jak „Chłopiec z gitarą”, „Malowana lala” czy „Wala twist”. Następnym generacjom pozostały pocztówki dźwiękowe i nieliczne, zachowane nagrania z koncertów. Bo od polowy lat 70 Karin Stanek mieszkała w RFN. Ale pozostawiła w spadku chyba tak naprawdę coś jeszcze nieoficjalny hymn podróżników „Jedziemy autostopem”:…. W ten sposób możesz bracie przejechać Europę…

Karin Stanek dotarła do mety swej podróży. Zmarła dwa dni temu w niemieckim szpitalu, w którym leczyła się na zapalenie płuc.

Anna Rogowska wygrała Pedro’s Cup, a w Białymstoku posucha

Tytuł ten wziąłem na zaczepkę, by na kanwie bydgoskiego mityngu lekkoatletycznego, skreślić trochę odniesień do obiektu, którego w Białymstoku brakuje. Ale też dlatego, że lada dzień może zostać rozebrana hala, swoisty symbol imprez masowych w mieście nad Białą.

To na Włókniarzu koszykarki rozgrywały mecze w europejskich pucharach, śpiewał chór Aleksandrowa, pokazywali się wystawcy z różnych branż. O imprezach politycznych nie wspominając. Z tymi najsłynniejszymi, a  zarazem kuriozalnymi. Jak wtedy, gdy telewizja przerwała transmisję meczu ligowego, by nadać z Białegostoku relację z konwencji PiS. I wtedy, gdy tak dobrowolnie, zupełnie bez przymusu jak jeden mąż stawili się na zaproszenie ministra środowiska Jana Szyszki (PiS) leśni z podlaskiego i warmińsko–mazurskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że za chwilę miały być wybory parlamentarne. Sala Włókniarza jako żywo odzwierciedla wtedy słowa z niezbyt pożądanej dziś piosenki „Szumi dokoła PiS”.

I takich chwil zabawnych, ale i pełnych goryczy, hala przy Świętokrzyskiej w swoich dwóch dekadach miała wiele. Teraz ma zostać wyburzona.

W oczekiwaniu na zbudowanie nowej, a idzie to w Białymstoku od lat znacznie gorzej niż ślimakowi pokonanie równika, zostaje nam zazdrościć innym miastom takich obiektów jak ten w Bydgoszczy. I takich zawodów sportowych jak Pedro’s Cup.

Apophis. Czyżby Armagedon?

Po ko(s)micznych obrazkach, które miały miejsce podczas wczorajszego otwarcia obwodnicy Wasilkowa, pora zejść na ziemię. Kilka miesięcy temu napisałem, opisując różne przypadłości dotykające współczesny świat, że brakuje jeszcze tego, by ktoś odkrył zbliżającą się w stronę ziemi asteroidę. I wykrakałem.

W kierunku ziemi ponoć mknie Apophis. Porusza się z prędkością 30 tysięcy kilometrów na godzinę i jak oceniają naukowcy, może się zderzyć z naszą planetą 13 kwietnia 2036 roku. Czy tak będzie okaże się siedem lat wcześniej, gdy asteroida znajdzie się najbliżej Ziemi i pod wpływem jej siły grawitacji, ma zmienić tor lotu na kolizyjny z trzecią planetą od słońca. A wtedy kataklizm rodem z „Argamedona” czy „Dnia zagłady” będzie iluzją tego, co nas czeka.

Coś czuje, że zaraz znajdą się akolici spod szyldu „Obrona ziemi albo śmierć”, którzy podobnie, jak to miało miejsce w przypadku klimatu, zaczną swoje proroctwa. Tymczasem natura nie potrzebuje żadnych adwokatów,  a już na pewno adwokatów diabła. Od milionów lat przyroda  sama  z organizmami żywymi wyrównuje rachunki. Z nami też to uczyni.

Zabezpieczony: Janka

Ta treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, podaj hasło poniżej: