Zawsze, gdy opozycja składa wniosek o odwołanie jakiegoś ministra, to zazwyczaj jest to dowód jej niemocy. Bo koalicja i tak zazwyczaj go obroni. Chyba że zarzuty dotyczyłyby zbrodni, gwałtu czy szpiegostwa. Inaczej jest z wotum nieufności dla premiera. To działanie jest wyższą szkołą demokracji i ma głębszy sens Ale tylko wtedy, gdy opozycja od razu zgłasza swojego kandydata na szefa rządu i jest w stanie go wybrać. Takim właśnie majstersztykiem było w 1982 roku odwołanie Helmuta Schmidta i powołanie na urząd kanclerski Helmuta Kohla przy jednoczesnym utworzeniu nowej koalicji. Ale takie rzeczy zdarzają się w ugruntowanych demokracjach. A do ich standardom polskim dość daleko.
Załóżmy, że koalicja PO i PSL obroni ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. O jego odwołanie, za fermet z lekami refundacyjnymi, wnioskuje PIS. Załóżmy, że i tym razem opozycja nie zgromadzi dla swojego wniosku większości. To czy wówczas, zaraz po głosowaniu i skutecznej obronie minister zdrowia otrzyma kwiaty?
Dodano: 2012-01-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
Nie po to, podpisuje się umowy, by ich potem nie ratyfikować. Zwłaszcza, jeśli ma się w parlamencie większość. Tak można podsumować zapewnienia niektórych ministrów, że na etapie ratyfikacji można jeszcze coś zmienić. Nie, nie można i każdy student prawa międzynarodowego oblałby egzamin, gdyby twierdził inaczej. Umowę podpisaną można ratyfikować lub nie. Jeśli się na nią ratyfikuje, to zgodnie z zasadą pacta Sund servanta - umowy zawartej należy dotrzymywać. Ale nawet od tej świętej zasady istnieje klauzula rebus sic stantibus. Można się na nią powoływać uzasadniając nie możność stosowania umowy. By państwa czy inne podmioty gremialnie nie korzystało z tej klauzuli prawo międzynarodowe zawiera ściśle określony katalog, na który można się powoływać: błąd, oszustwo, szantaż, przekupstwo, nie posiadania pełnomocnictwa do podpisania takiej umowy lub nadzwyczajne okoliczności, o których sygnatariusz nie widział w momencie podpisania umowy, a które zmieniają jego wymowę w momencie. I jeśli pojawiłaby się taka okoliczność, a z niektórych informacji europejskich instytucji są do tego przesłanki, można odstąpić od ACTA. Tylko czy jeśli nawet prawo, by na to pozwalało, wystarczyłoby woli politycznej? W końcu to porozumienie chętnych
Dodano: 2012-01-26. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Białostoczanie zawsze potrafili się bawić na balach, zwłaszcza elity miasta. Do legendy przeszły te z lat międzywojennych w hotelu Ritz i w Pałacu Branickich. Przeto nie dziwmy się, że ich spadkobiercy też nie stronią od bankietów i przyjęć. Pod warunkiem, że mają mocną legitymizację.
Dziś w Pałacu Branickich prezydent Białegostoku wydaje doroczne przyjęcie noworoczne. Zaproszeni zostali przedstawiciele środowisk gospodarczych, naukowych, kulturalnych, samorządowych. W odróżnieniu od bankietu, który organizowany jest podczas Dni Miasta, to dzisiejsze spotkanie, ma legitymizację wynikającą choćby z natury administracyjnej czy wspomnianej wyżej tradycji. W szerszym rozumieniu jego umocowanie powinno być wypadkową wyzwań, przed którymi stoi miasto. Nie tylko do końca tej kadencji. Zwłaszcza, że wizja Białegostoku przyjęta w strategii rozwoju 2020 plus z wolna rozmija się z tą, której hołdują władze kraju.
Co zatem jest lepiszczem Białegostoku, gdzie tkwi i czy w ogóle jest swoisty reaktor, który będzie zasilał w energię nasze miasto? Czy bardziej należy postawić bardziej na niepewny realizm peryferyjny czy zadowolić się współzależnością, choć ona będzie pod każdym względem imperfecta (niedoskonałą).
To ważne także dla tych, którym nigdy nie będzie dane być na noworocznym spotkaniu, a którzy też dają miastu swoją przyszłość i wynikające z niej wartości. By było komu za sto lat wspominać dzisiejsze bale, tak jak współczesny Białystok wspomina te przedwojenne.
Dodano: 2012-01-21. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Nie tylko Białystok trudno sobie dzisiaj wyobrazić bez organizacji pozarządowych. Zastępują państwo i samorząd tam, gdzie służby publiczne są zazwyczaj systemowo niewydolne. Kwesty, akcje i koncerty charytatywne to stały punkt wielu weekendów. Pierwszy w tym roku już w niedzielę. Po raz 20. zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I zapewne, jak co roku, białostoczanie nie pozostaną obojętni na to granie, choć nie będzie tradycyjnego światełka do nieba w centrum miasta.
Można się licytować, kto w tym roku zawinił bardziej strona miejska czy społecznościowa. Każda z nich ma własne doświadczenia ze współpracy z drugą (wystarczy wspomnieć chociażby słynny koncert grupy KAT czy powstanie dwóch sztabów w ubiegłym roku). Prawda jest taka, że pierwsza szansa w tym roku na wypromowanie Białegostoku w kraju przeszła nam koło nosa. I to za znacznie mniejsze pieniądze niż te, o które kłócono się chociażby w kontekście Pozytywnych Wibracji.
I dlatego zaraz po zakończeniu tegorocznego finału warto zasiąść do stołu i zrobić wszystko, by za rok światełko z Rynku Kościuszki ponownie wzbiło się do nieba. Nie wierzę, by obu stronom naprawdę trudno było się dogadać. W końcu w Białymstoku działa centrum organizacji pozarządowych, miasto remontuje im budynek i wspiera dotacjami, a także pełnomocnikiem. Niech silniejszy będzie też mądrzejszy i zaprosi słabszych do stołu. Naprawdę nie dzieli was nic.
Dodano: 2012-01-07. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
Rok temu po raz pierwszy od pół wieku 6 stycznia był dniem wolnym od pracy. Na Białostocczyźnie wolne 6 stycznia ma jeszcze jeden, ekumeniczny wymiar. Wypada w wigilię prawosławnych świąt Bożego Narodzenia. Świąt, które ich obchodzący uczniowie musieli przez lata odrobić. Bo państwo polskie nie potrafiło zaradzić temu. Rok temu dzięki czerwonej kartce w kalendarzu 6 stycznia otrzymało narzędzia do zadośćuczynienia.
Dwanaście miesięcy później w Trybunale Konstytucyjnym miano rozpatrywać skargę pracodawców, którzy domagali się sprawdzenia zgodności nowego święta z konstytucją. Argumentowali też , że nie stać Polski na dodatkowy dzień wolny ( swoją skargę złoży organizacje związkowe, bo choć wprowadzono wolne, to zlikwidowano zmienne dni wolne przyznawane w zamian za święta przypadające w soboty). Trybunał jednak w ogóle nie zajął się skargą pracodawców.
Gdy po raz pierwszy w Polsce rozgorzała batalia o wolne 6 stycznia wydawało się, że będzie kolejna czerwona karta w zamian za czarną 1 maja. Dzień te wydawał się naturalny – święto proletariatu odziedziczone po poprzedniej epoce. Ale okazało się, że Polacy tak bardzo posmakowali w długim majowym weekendzie, że nie bardzo skorzy byli pozbawiać się tej przyjemności. Poza tym trafiło się kalendarzowe i świąteczne usprawiedliwienie wolnego 1 maja – jako dnia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Zresztą, gdyby zlikwidowano wolne w 1 maja to jakby wyglądała tegoroczna wielka majówka?. Wszak szykuje się nie tyle długi weekend, co dekada wolnego. Może też pora, by 2 maja święto flagi, które jest państwowym stało się też dniem wolnym. Wtedy przynajmniej skończy się żonglowanie urlopami. Większość podczas dekady z majówką i tak nie będzie pracowała (także z innych względów). Po co ta fikcja w majestacie prawa. I Polskę stać na kolejny dzień wolny. Zwłaszcza, gdy stać ją na wiele innych, zbędnych rzeczy.
Wracając do Trzech Króli, wiele miast ma swoje korowody. Białystok też może powinien podążyć tym śladem. W rolę trzech mędrców ze Wschodu mogliby wcielić się na przykład wojewoda, prezydent i marszałek. Korowód mógłby być jednym z elementów miejskiej publicznej zabawy choinkowej czy innej akcji charytatywnej. A jeśli jest Trzech Króli, to powinna być i Befana, u której, jak głosi tradycja,zatrzymali się Trzej Królowie. Czarownica, która obdarowuje (nawet jeśli u nas miałoby być to symboliczne) dzieci prezentami. Ta rola mogłaby być przechodnia, co roku piastowana przez inną osobę. Zaprawdę dam do jej pełnienia w Białymstoku nie brakuje.
Dopiero wtedy Trzech Króli znalazłoby się w katalogu białostockich świąt. Niekiedy pokrywają się one z tymi państwowymi i ogólnokrajowymi rocznicami, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę. Tak jak lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, kwietniowa droga krzyżowa, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.
Dodano: 2012-01-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Z Białegostoku wyruszyło do Kazachstanu trzech podlaskich filmowców. W Astanie zaprezentują regionalne produkcje z dwóch konkursów przeglądu Filmowe Podlasie Atakuje!. - Zależy nam także na promocji naszej działalności w tej części świata – mówi Krzysztof Sienkiewicz związany z białostockim przeglądem filmowym. Podczas wyprawy na Wschód nasi twórcy będą zrealizować nagrania do filmu “Pamięć”, opowiadającego o zesłańcach na Sybir i Polakach żyjących w Kazachstanie.
Ileż w tej podróży , oprócz filmowych, symbolicznych pierwiastków?. Podobnie było pod koniec czerwca, gdy do Pawłodaru pociągiem wybrali się kibice Jagiellonii. Nie wiem, czy wtedy zdawali sobie sprawę z symboliki tej kilkudniowej wyprawy. Bo też w naszej historii pociąg do Kazachstanu miał jakże inne piętno. Tam sowieci wywozili nim z Kresów polskie rodziny. Męczeńska droga deportowanych zaczynała się już w momencie najścia NKWD na ich domy, gdy dawano im kilkanaście minut na spakowanie się. Potem był trwający kilkadziesiąt dni transport na Syberię, w bydlęcych wagonach przy mrozie sięgającym pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Tak zsyłkę wspomina 38-letniej Polki zesłanej w kwietniu 1940 roku z Białegostoku do Pawłodaru:
„Sytuacja w wagonach była straszna. Na pryczach, pakunkach, walizkach, leżały lub siedziały w kuczki kobiety przez kilka dni nie zdejmując sukien. To też momentalnie pojawiły się wszy. Dzieci ułożone w wygodniejszych miejscach, ale bez dobrego powietrza, ruchu i należytego pożywienia zaczęły gorączkować. Nerwy ludzi, zmęczone zaduchem, brakiem snu, dobrej wody i gotowanego jadła, a nawet dostatecznej ilości wody do mycia, wytwarzały atmosferę nie do zniesienia. Żołnierze NKWD stali się ordynarni, grozili kolbami, ubliżali lub czasem kokietowali prostacko dziewczęta. „Eszelony” wlokły się powoli. Drzwi otwierano tylko przed większymi stacjami, gdzie kilkakrotnie tylko w ciągu 18. koszmarnych dni pozwalano ludziom przejść się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Robiliśmy widocznie koszmarne wrażenie, bo ludzie tamtejsi patrzyli na nas z trwogą, a często z odrazą, jak na zbrodniarzy”.
W lipcu, gdy kibice Jagiellonii po trudach pięciodniowej podróży weszli na stadion Irtysza, nie byli zapewne jedynymi (niektórzy lecieli też samolotem) dopingującymi po polsku. Wszak w poprzedniej dekadzie język polski był nauczany w jednej ze szkół pawłodarskich. Zapewne dla mieszkającej tam niewielkiej polskiej Polonii mecz Irtysz-Jagiellonia był bardzo ważnym wydarzeniem. Choć nie da się ukryć, że pod względem sportowym zakończonym dla nas bardzo smutno.
Gdy kibice ruszali w podróż do Pawłodaru napisałem, że nie powinno tam też zabraknąć władz Białegostoku. Skoro stać było tych pięciu śmiałków pojechać koleją, to tym bardziej powinno stać nie tyle władze Białegostoku, co klubu, na wyczarterowanie samolotu. Koszty takiej wyprawy nijak się miały do pieniędzy, które lada dzień miało przekazać miasto Jagiellonii na promocjęw rozgrywkach ligowych do końca grudnia 2011. W ostateczności o koszty wyprawy kazachskiej można byłoby pomniejszyć wyniki przetargu.
Wspominałem o tym wtedy nie bez kozery. Już chyba nigdy władze Białegostoku nie będą miały takiej okazji, by odwiedzić Białystok na Syberii. Wszak lot z Pawłodaru do Tomska to rzut beretem. W czasie, gdy piłkarze jeden dzień przeznaczyliby na trening, białostocka delegacja mogłaby go wykorzystać na przelot do Tomska. Stamtąd tylko 200 kilometrów jazdy samochodem (tyle co z Warszawy do stolicy Podlasia) i już jest Białystok na Syberii.Szkoda, że naszym władzom (a były już w niejednym miejscu na świecie i to bardzo odległym) zabrakło trochę refleksji i refleksu. I pojechać tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Ale tam gdzie prezydent Białegostoku powinien zawitać. Do Białegostoku na Syberii. I myślę, że akurat w tym przypadku po wylądowaniu na Okęciu i podróży samochodowej do domu nikt nie wypomniałby władzom naszego miasta kosztów tak dalekiej podróży.
Nie wiem, czy władze miasta czytały tamten komentarz, ale półtora miesiąca później prezydent Białegostoku odbył swoją podróż na Wschód goszcząc w Białymstoku na Syberii. Tak fundamentalną dla ontologii chociażby pomysłu Muzeum Sybiru, ale przede wszystkim pamięci, tożsamości miasta i powinności. Pojechał tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu, a potencjalny zysk z wizyty żaden. Był tam gdzie prezydent Białegostoku, być powinien. To jeden z nielicznych blasków, a może i najwięszy, pierwszego roku drugiej prezydentury Tadeusza Truskolaskiego.
Tegoroczna wyprawa podlaskich filmowców do Kazachstanu jest symbolicznym domknięciem opisanej powyżej podróży na Wschód: przez Pawłodar, Białystok syberyjski i Astanę. Do Białegostoku.
Dodano: 2012-01-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Czy w Białymstoku jest bohema? A jeśli tak – co ją wyróżnia i czy dzieli ją (jeśli tak, to jak wielka) przepaść od poprzedników?
Przed wojną krąg artystów skupionych chociażby wokół Piotra Sawickiego ( a i inne środowiska – także narodowościowe czy religijne miały zapewne swoją cyganerię). W PRL-u krąg skupiony wokół …. A dzisiaj?
Może era postmodernizacji spowodowała, że bohemiści znaleźli całkiem inne kanały dające możliwość wyartykułowania swoich wizji?. A może tak na dobrą sprawę już dawno dokonała się symbioza między bohemistami a władzą. To znaczy, że od niej zależne są wszelkie formy działalności artystycznej. Także tej spod szyldu cyganerii. I że nastąpiła jej instytucjonalizacja, w której od potakiwań bolą karki niepozwalając dostrzec, że niekiedy król też bywa nagi.
Dodano: 2012-01-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
Tuż przed końcem ubiegłego roku został ogłoszony konkurs architektoniczny na modernizację starej elektrowni i przystosowanie jej do potrzeb Galerii Arsenał.
Na inne konkursy, zwłaszcza te w roku 2010, zgłaszały się pracownie projektowe z całej Polski. Niektóre z pomysłów były ideowymi, inne z powodu braku pieniędzy muszą jeszcze poczekać (bulwary nad Białą). Z kolei dopiero po prawie trzech latach znajdzie finał konkurs na zagospodarowanie odnowionych baszt w ogrodzeniu Pałacu Branickich. Gdy w 2009 roku miasto wybrało jego zwycięzcę zastrzegło, że nie oznacza to, że najlepszy pomysł w ogóle będzie realizowany. Oby podobne półkownikowanie nie stało się udziałem pomysłu, który zmieni industrialną przestrzeń starej elektrowni na potrzeby galerii sztuki współczesnej.
I dlatego dobrze, że laureat konkursu będzie miał prawo negocjacji przy realizacji koncepcji. To wzmacnia gwarancje, że powstanie galeria inna niż wszystkie. Bo tego, że Arsenał potrafi doskonale wkomponować sztukę współczesną w industrialny klimat starej elektrowni nie trzeba udowadniać. Wystarczy przypomnieć Protoplazmę z 2010 roku czy niektóre ekspozycje z ubiegłorocznej Podróży na Wschód.
Dodano: 2012-01-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Walczyli w sylwestra ze szklanką, która zrobiła się na ulicach. Zupełnie inaczej niż w Wigilię, gdy nagły mrozik ściął zalegającą wodę. Wtedy próżno było szukać kogokolwiek, kto sypał piach, sól czy coś jeszcze nie tylko na ulicach, ale na chodnikach. W sylwestra na jezdni było inaczej, na obwodówce, bo tam spotkałem piaskarkę.
Z kolei inne służby porządkowe błyskawicznie uporały się z pozostałościami zabawy sylwestrowej. I to tak skutecznie, że w dzisiejsze popołudnie trudno było dojrzeć cokolwiek, co świadczyło, że białostoczanie przywitali nowy rok. Z obserwacji zabawy na rynku nasuwa się wniosek, że trzeba jeszcze popracować nad logistyką bezpieczeństwa osób się tam bawiących.
Dodano: 2012-01-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Po ko(s)micznych obrazkach, które miały miejsce podczas wczorajszego otwarcia obwodnicy Wasilkowa, pora zejść na ziemię. Kilka miesięcy temu napisałem, opisując różne przypadłości dotykające współczesny świat, że brakuje jeszcze tego, by ktoś odkrył zbliżającą się w stronę ziemi asteroidę. I wykrakałem.
W kierunku ziemi ponoć mknie Apophis. Porusza się z prędkością 30 tysięcy kilometrów na godzinę i jak oceniają naukowcy, może się zderzyć z naszą planetą 13 kwietnia 2036 roku. Czy tak będzie okaże się siedem lat wcześniej, gdy asteroida znajdzie się najbliżej Ziemi i pod wpływem jej siły grawitacji, ma zmienić tor lotu na kolizyjny z trzecią planetą od słońca. A wtedy kataklizm rodem z „Argamedona” czy „Dnia zagłady” będzie iluzją tego, co nas czeka.
Coś czuje, że zaraz znajdą się akolici spod szyldu „Obrona ziemi albo śmierć”, którzy podobnie, jak to miało miejsce w przypadku klimatu, zaczną swoje proroctwa. Tymczasem natura nie potrzebuje żadnych adwokatów, a już na pewno adwokatów diabła. Od milionów lat przyroda sama z organizmami żywymi wyrównuje rachunki. Z nami też to uczyni.
Dodano: 2011-02-15. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tytuł ten wziąłem na zaczepkę, by na kanwie bydgoskiego mityngu lekkoatletycznego, skreślić trochę odniesień do obiektu, którego w Białymstoku brakuje. Ale też dlatego, że lada dzień może zostać rozebrana hala, swoisty symbol imprez masowych w mieście nad Białą.
To na Włókniarzu koszykarki rozgrywały mecze w europejskich pucharach, śpiewał chór Aleksandrowa, pokazywali się wystawcy z różnych branż. O imprezach politycznych nie wspominając. Z tymi najsłynniejszymi, a zarazem kuriozalnymi. Jak wtedy, gdy telewizja przerwała transmisję meczu ligowego, by nadać z Białegostoku relację z konwencji PiS. I wtedy, gdy tak dobrowolnie, zupełnie bez przymusu jak jeden mąż stawili się na zaproszenie ministra środowiska Jana Szyszki (PiS) leśni z podlaskiego i warmińsko–mazurskiego. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że za chwilę miały być wybory parlamentarne. Sala Włókniarza jako żywo odzwierciedla wtedy słowa z niezbyt pożądanej dziś piosenki „Szumi dokoła PiS”.
I takich chwil zabawnych, ale i pełnych goryczy, hala przy Świętokrzyskiej w swoich dwóch dekadach miała wiele. Teraz ma zostać wyburzona.
W oczekiwaniu na zbudowanie nowej, a idzie to w Białymstoku od lat znacznie gorzej niż ślimakowi pokonanie równika, zostaje nam zazdrościć innym miastom takich obiektów jak ten w Bydgoszczy. I takich zawodów sportowych jak Pedro’s Cup.
Dodano: 2011-02-16. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: bialystok
Kucyki, dżinsy i śląskie zaciągania. Gdy wychodziła na scenę dziewczyna z Bytomia budziła skrajne emocje. Ale dla pokolenia lat 60. to były te lepsze emocje. Zwłaszcza, gdy śpiewała takie hity jak “Chłopiec z gitarą”, “Malowana lala” czy “Wala twist”. Następnym generacjom pozostały pocztówki dźwiękowe i nieliczne, zachowane nagrania z koncertów. Bo od polowy lat 70 Karin Stanek mieszkała w RFN. Ale pozostawiła w spadku chyba tak naprawdę coś jeszcze nieoficjalny hymn podróżników “Jedziemy autostopem”:…. W ten sposób możesz bracie przejechać Europę…
Karin Stanek dotarła do mety swej podróży. Zmarła dwa dni temu w niemieckim szpitalu, w którym leczyła się na zapalenie płuc.
Dodano: 2011-02-17. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Wasyl Parfienkou. Białoruski opozycjonista. 28 lat. Wczoraj została skazany na cztery lata odsiadki w kolonii karnej. Powód: uczestnictwo antyprezydenckiej manifestacji po reelekcji Aleksandra Łukaszenki w grudniu ubiegłego roku.
A jeszcze niedawno Europa widziała w Aleksandrze Łukaszence nie tyle uzurpatora, co wręcz nawet pewnego rodzaju wyzwoliciela. I jeśli dziś akolici tamtego relatywizmu dzisiaj przybierają bardziej srogie pozy, to za tym postanowieniem poprawy musi pójść rachunek sumienia i żal za grzechy. Bo to dzisiaj Aleksander Łukaszenka jest nad Europą pochylony i śmieje jej się w twarz. Utraconą twarz. Bardzo dawno temu.
Dodano: 2011-02-18. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Rocznice białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czas, logikę. Pierwsza z nich dzisiaj.
Dla białostoczan ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma taką samą wymowę jak dla poznaniaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązaków ich trzy powstania. A wszystkie łączy to samo: powrót do macierzy.
- Dzień 19 lutego 1919 roku winien być uznawany po wsze czasy za moment przełomowy w dziejach Białegostoku – pisał w Obserwatorze prof. Adam Dobroński.
Dodano: 2011-02-19. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
W życiu bywa tak, że moment, nieraz minuta decyduje o losach polityka. Pod warunkiem, że ma on odwagę wykorzystać szansę, która da mu możliwość kształtowania swojej wizji przywództwa przez wiele lat. Zarazem zapewniając miejsce w historii swojego miasta, kraju, a niekiedy i świata.
Najbardziej klasycznym przykładem potwierdzającym tę tezę jest Borys Jelcyn i jego wejście na czołg w proteście przeciwko puczowi Janajewa. To zdecydowało, że później raz zdobytej władzy, nic nie było w stanie mu jej odebrać. Oddał ja sam Putinowi. Gdyby Jelcyn nie stanął na tamtej tankietce, kto wie, jak by się potoczyły jego losy. A także Rosji.
W sytuacjach rewolucyjnych, gdy sedno polityki kształtuje się na ulicy, o takie postawy dość łatwo. W monotonnej polityce dnia codziennego, której nie zagrażają gwałtowne wstrząsy, dostrzeżenie przez sprawujących władzę owego momentu pędu jest niezmiernie trudne. Ale nie niemożliwe. Zaprzepaszczenie tej szansy jest wspólnym mianownikiem łączącym Jaroslawa Kaczyńskiego i Donalda Tuska.
W przypadku Jarosława Kaczyńskiego takim utraconym momentem pędu była nie afera gruntowa, sprawa Sawickiej, koalicja z Samoobroną. Tych zawirowań mogłoby nie być, gdyby Lech Kaczyński (razem z Jarosławem Kaczyńskim)zdecydował się na przełomie 2005/2006 na rozwiązanie ledwo co wybranego Sejmu. Na fali zdobytej wówczas popularności, przy całkowicie zdołowanej Platformie, bez możliwości sprawowania samodzielnej władzy, takie autogolpe (termin z politologii latynoamerykańskiej oznaczający swoisty konstytucyjny zamach stanu w celu umocnienie władzy konstytucyjnej jego autorów) bardzo łatwo byłoby do zalegitymizowania przez opinię publiczną. I był nawet powód: dyskusje o tym, czy projekt budżetu przygotowany przez rząd odchodzącego premiera Marka Belki został złożony do Sejmu w terminie. Część prawników od razu podnioła larum, że takie rozwiązanie nie zgodne jest z konstytucją. Od razu znalaźli się też ci, którzy twierdzili coś innego.
Ale w gruncie rzeczy to tym sędziom ostatecznym byliby wyborcy. A ponowne głosowanie byłoby swoistą dogrywką, która jednoznacznie wskazałaby, kto powinien rządzić ( w tamtej atmosferze wiele czynników przemawiało, że PiS zdobędzie w dogrywce większość). Takie rozwiązanie jest praktykowane w zachodnich demokracjach. Tylko trzeba mieć odwagę się na nie zdecydować. Zabrakło jej Jarosławowi Kaczyńskiemu. Czyżby ze strachu przed oddaniem władzy przez partię? Co dziwne, nie zabrakło mu jej półtora roku później. Tylko, że na takie autogolpe było już za późno. Polacy nie zamierzali legitymizować działań spod szyldu afery gruntowej, koalicji z Samoobroną, afery ze śmiercią posłanki Blidy, czy afery z posłanką Sawicką. Po prostu: wyborcy mieli tego dość.
Jeśli zawahanie się przed dogrywką zaraz po wyborach prezydenckich w 2005 roku było dla Jarosława Kaczyńskiego takim właśnie utraconym momentem pędu, do w przypadku premiera Donalda Tuska jest nim sprawa senatora Misiaka. Zamiast wówczas zmuszać posłów do wyboru między Sejmem a biznesem, powinien im podziękować. Być może przez ten krok straciłby dużo przyjaciół, partię, koalicję i premierostwo. Ale już wtedy prezydenturę miałby w kieszeni. By ją dobrze wypełniać, nie potrzebował 230 głosów plus jeden. Wystarczyła góra 50 ludzi. Tylu, w 38 milionowym kraju, spoza orbit partyjnych chyba by się znalazło. Dostrzeżenie tego namaszczało Donalda Tuska na męża stanu.
I gdyby premier wtedy to dostrzegł, nie musiałby wypowiadać potem słów o żyrandolu w pałacu, ani tym bardziej teraz patrzeć na to, jak jego partia się szarpie i traci(byc może szansę na samodzielne rządzenie). Podobnie jak wcześniej Jarosław Kaczyński przegapił swój moment pędu.
Dodano: 2011-02-20. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Liderzy regionalnych struktur partyjnych powoli zaczynają kroić listy wyborcze. A kroją – wbrew powiedzeniu – nie tylko jak im materiału staje. Muszę spełnić też niekiedy sprzeczne z interesami regionu warunki narzucone przez centrale partyjne. Największy galimatias, jak dotychczas, towarzyszy temu, co dzieje się w podlaskiej Platformie.
Podlaskie ma swoją wyborczą specyfikę: jak ukształtować listę wyborczą, by z jednej strony maksymalnie zyskać, a z drugiej, by odzwierciedlała cały region? A to oznacza kolejną rozterkę: czy zadośćuczynienie takiemu regionalizmowi nie spowoduje rozproszenia głosów? I może zamiast decydować się na pełną trzydziestkę, lepiej postawić na krótką ławkę kandydatów, ale sprawdzonych w swoich społecznościach??
Z tymi dylematami musiał zderzyć się szef podlaskich struktur PO Damian Raczkowski. W Łomży i Suwałkach podniósł się larum, że w pierwszej piątce kandydatów na listę wyborczą podlaskiego PO nie ma nikogo z Łomży i Suwałk. Faktycznie, wśród tzw. szpicy są Barbara Kudrycka, Damian Raczkowski, Robert Tyszkiewicz, Józef Klim, Daria Sapińska. Z jednej strony jest to grono zgodne z oczekiwaniami centrali PO: na czołowych miejscach muszą znaleźć się ministrowie rządu, dotychczasowi posłowie, a ponadto jeszcze należy ustawowo zachować parytet. I jeśli spojrzymy na pierwszą piątkę, to w pełni odzwierciedla ona powyższe imperatywy (choć oznacza, że poza nią są inni posłowie Jacek Żalek i Leszek Cieślik). I to jest argument, który Damianowi Raczkowskiemu może pozwolić wytrącić amunicję partyjnym oponentom. Drugim, przytaczanym przez przewodniczącego, jest przykład jego samego. W 2007 roku startował z ostatniego miejsca i zdobył mandat. Jest to przykład prawdziwy, ale bez komentarza wiodący na manowce.
Warto bowiem przypomnieć, że 30 miejsce na liście, z którego w 2007 roku startował do Sejmu Damian Raczkowski, to skutek interwencji władz centrali. Pierwotnie wogóle dla posła nie było miejsca na liście wyborczej. A i tamta jego kampania, jako żywo odzwierciedlała hasło „Wygrana albo śmierć” (oczywiście polityczna). Nic dziwnego, że w gruncie rzeczy Damian Raczkowski osiągnął wtedy wynik znacznie lepszy jakościowo niż lider jego listy. Ktoś może zapytać: skoro ostatnie miejsce było tak szczęśliwe dla Damiana Raczkowskiego, dlaczego teraz nie wystartuje z niego ponownie? Odpowiedź jest prosta: w polityce nic dwa razy się nie zdarza (zwłaszcza, że zmieniły się zasady gry wyborczej), a ponadto to Damian Raczkowski, jako przewodniczący regionu odpowiada i desygnuje kandydatów do czołowej piątki. Odpowiada za to przed Donaldem Tuskiem i historią. Czy kandydatury owe odzwierciedlają jednak aspiracje przyszłościowe regionu i wyborców wywodzących się spoza tradycyjnego, twardego aktywu i elektoratu PO?
Po sejmikowych wyborach napisałem, że największym zagrożeniem dla Platformy na drodze do pokonania na Podlasiu w wyborach parlamentarnych PiS, jest sama Platforma. Walki frakcyjne i kłótnie, które zamiast maleć od pamiętnego zjazdu majowego narastają jeszcze bardziej. Doszło do tego, że faktycznie mamy w podlaskiej PO dwuwładzę (najdobitniejszym przykładem tego są dwa ośrodki partyjne mieszczące się przy tej samej ulicy, inne symbole tej dychotomii można w ostatnim czasie też odnaleźć w sferze publicznej). Tak na dobrą sprawę część partii, mimo retoryki o jedności i pozorowanego formalizmu, nigdy nie pogodziła się ze zmianą, które dokonała się podczas majowego zjazdu. Z drugiej strony Damian Raczkowski nie okazał się na tyle silnym i zręcznym politykiem, by stać się liderem z prawdziwego zdarzenia (nie tylko w partii). Cena za tę dwuwładzę może być bardzo słona.
I dziś Platforma ją płaci. Bo jest niezdolna do reakcji, która w każdej dobrze funkcjonującej demokracji i transparentnie działającej partii byłaby wyjściem nie tyle awaryjnym, co błyskawicznym, z trudnej sytuacji politycznej, w której znalazła się po ujawnieniu takiej sprawy jaką jest afera w urzędzie marszałkowskim. Po prostu: dzisiaj wybrany powinien zostać nowy marszałek, na drodze konstruktywnego votum nieufności ( chociaż najbardziej optymalym wariantem z punktu widzenia istoty demokacji byłoby rozwiązanie sejmiku). Była sesja, potrzebne były bardzo szybkie rozmowy koalicyjne, ale też z opozycyją (do odwołania marsząłka potrzeba 18 głosów- prawdę powiedziawszy to marszalek sam powinien zrezygnować z funkcji, by nie wiązać rąk koalicji).
Problem w tym jednak, że PO nie ma kogo wskazać na marszałka, bo nie tylko z ludowcami, ale sama z sobą nie może się dogadać. Udowodniła to dobitnie podczas niedawnych, grudniowych prób wyłonienia marszałka. Do tego stopnia, że bez cienia wątpliwości podporządkowała się imperatywowi marszałka Sejmu Grzegorza Schetyny, że to, co stało się 10 stycznia jest najlepsze dla regionu. Gdyby ktoś wtedy zachował odrobinę honoru, afera marszałkowska nie byłaby dla Platformy tak bolesna. Ale to już historia na inna opowieść.
Dodano: 2011-02-21. Autor: bezzmian. Komentarzy: (6)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: Polityka
Prokuratura postawiła zarzuty samorządowcom zamieszanym w tzw. aferę marszałkowską. Teraz czas mają śledczy, adwokaci, obrońcy, może sąd. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy.
Gdy czyta się komunikat prokuratury nie sposób odnieść wrażenia, że niektóre opisy z w nim zawarte przypominają sceny spod szyldu filmów Barei. Ale też olsztyńska prokuratura Ameryki nie odkryła, bo konkursy z dziwnie zakrzywioną optyką to zaćma każdej niemal opcji rządzącej. Niestety. Marne to jednak pocieszenie dla tych, którzy z wiarą w równość i prawość startują w takich przedbiegach.
Od strony politycznej powinno być już po sprawie. Pisałem o tym wczoraj. Tymczasem z niektórych dzisiejszych wypowiedzi liderów regionalnej PO pobrzmiewa znana nuta „Nic się stało, spokojnie, nic się nie stało”.
I teraz refleksja niby na kanwie tej afery, ale jednak trochę obok. W maju, po słynnym zjeździe w Platformie, wymieniłem wartości, na których powinna opierać się miejska scena partyjna (bez względu, kto jest jej aktorem zbiorowym): „Transparentność, dyskusja, otwartość, zdolność krytyki zamiast umizgów, nagradzanie miejscami na listach partyjnych za osiągnięcia, oponowanie przeciwko decyzjom partyjnych central sprzecznym z interesami miasta, przyznawanie się do błędów i porażek, zdolność odnawiania partyjnych elit, co cztery lata. Jeśli uda się je zaszczepić na białostockim gruncie, mają szansę wykiełkować też na podlaskim polu politycznym – w samorządzie wojewódzkim”.
Okres wegetacji jest zazwyczaj na Podlasiu dłuższy. Zanosi się, że ten polityczny będzie jeszcze dłuższy. Ale czy może być inaczej, skoro wzorce postępowania odziedziczone przez ostatnie lata tak bardzo wyjałowiły glebę, że zamiast bardzo prostych, jasnych, naturalnych rozwiązań szuka się tych modyfikowanych?.
PS. Zaiście kolumbowski jest styl, w jaki śledczy wyłożyli samorządowcom zarzuty. Dosłownie na tacy. Zaiste, chyba to niespotykana praktyka.
Dodano: 2011-02-22. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: Polityka
Marszałek zawiesił dziś wieczorem członkostwo w partii (podobnie zrobili to inni bohaterowie tej afery). – Dla dobra partii – tak argumentował swoją decyzję Jarosław Dworzański.
Na logikę oznacza to, że marszałek nie jest już też marszałkiem. Umowa koalicyjna przewidywała, i tak to zaprezentowano podlaskiej opinii publicznej, że fotel marszałka przypada Platformie Obywatelskiej. A skoro na skutek samozawieszenia marszałek przestał być de facto tymczasowo członkiem PO, przeto nie będąc w całości w Platformie, nie może być jednocześnie marszałkiem. Analogiczny wywód można wyprowadzić wobec członka zarządu Jacka Piorunka. A to oznacza, że koalicja w sejmiku i sama PO ma na głowie łamigłówkę nie do rozwiązania (pisałem o tym w poniedziałek)
Na zdrowy rozum i logikę tak to wygląda. Ale zaraz odezwą się zapewne niepodzielający tego rozumowania. Zapraszam przeto do dyskusji, chociaż tak naprawdę spór ten będzie jałowy, bo uważam i to też napisałem przedwczoraj, że dla swojego dobra PO powinna zmienić marszałka w poniedziałek. Z powodów politycznych i wizerunkowych.
Dziś na konferencji prasowej o godzinie 13 marszałek powiedział takie zdanie: Nie przyznaję się do zarzutów. Polska jest praworządnym krajem. Każdy ma prawo do obrony, do oczyszczenia się z zarzutów.
To prawda. Nikt tego nie neguje, nikt nie odbiera marszałkowi prawa do obrony. Co więcej, napisałem wczoraj, że teraz czas mają śledczy, adwokaci, obrońcy, może sąd. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy.
Rozumiem też, że w takiej sytuacji marszałkowi trudno powstrzymać na wodzy nerwy, a co dopiero język. Te czynniki oraz przeżyty stres mogą tłumaczyć (ale nie muszą i mnie nie przekonują) słowa, które marszałek wypowiedział na tej samej konferencji prasowej: – Wielokrotnie, szukając pracowników, musieliśmy namawiać ludzi do udziału w konkursach. Ciężko jest znaleźć dobrego pracownika za takie wynagrodzenie, jakie można uzyskać w urzędzie marszałkowskim – mówił Jarosław Dworzański.
Godz. 16. 30, rozmowa z marszałkiem w Polskim Radio Białystok. Prowadząca pyta: Czy konkursy wygrywa ten, kto ma wygrać?.
Marszałek podkreślając złośliwość pytania odpowiada tak: ”Odsyłam tych wszystkich, którzy to krytykują, by rozejrzeli się wokół siebie. Popatrzyli na swoje żony, rodziny, dzieci. Jak to w naszym kraju ogólnie wygląda. Ile o tym się pisze”.
Przyszedłem do domu, popatrzyłem na żonę, rodzinę, dzieci. I nie wiem, jak to w naszym kraju wygląda. Ale wiem jak to powinno wyglądać: to nie szczelność systemu władzy powoduje, że nic niepożądanego nie może się z niego wydostać. Ale dlatego, że ów system wraz ze swoimi pochodnymi (prawość, równość, także szans ) jest tak krystaliczny, że widać jak na dłoni wszystko to, co się w nim dzieje.
Wiem też jedno: po słowach o żonach, rodzinie, dzieciach marszałek strzelił samobója Platformie. Samozawieszenie tego nie zbilansuje.
Dodano: 2011-02-23. Autor: bezzmian. Komentarzy: (10)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Niedawno pisałem, że na rok przed elekcją krajową położenie podlaskiej Platformy najpełniej odzwierciedla porównanie z gimnastyki sportowej: po mocnym odbiciu znajduje się w fazie lotu przez konia. Tym koniem są przyszłoroczne wybory parlamentarne. Zeskokiem – ostateczne pokonanie PiS na Podlasiu. Jeśli PO skoryguje nieliczne błędy w zakończonej 21 listopada fazie (wybory samorządowe) i uniknie zawirowań w kolejnej (jest ich sporo), za rok zeskok wyjdzie jej a la Blanik.
Eskalacją stanu dwuwładzy (niesnaski przy propozycjach pierwszej piątki kandydatów do Sejmu – pominiecie przedstawicieli łomżyńskiego i Suwalszczyzny), brak szybkiej i zdecydowanej reakcji na aferę marszałkowską, jasno pokazują, że Platforma trwa w stanie zawieszenia metr nad ziemią. By nie zakończyło się to bardzo bolesnym upadkiem, potrzebny jej nagłe sprowadzenie na ziemi. Dziewięć miesięcy wojenki podjazdowej wystarczy. Pół biedy, jeśli rozgrywa się ona w zaciszach lokali partyjnych. Znacznie gorzej, gdy przenosi się na instytucje i wizerunek regionu.
Dziś wydaje się, że jedynym rozwiązaniem, by zakończyć stan wojenny w Platformie, jest wybranie nowego przywództwa, które nie tyle pogodzi zwaśnione strony, co odeśle je na aut politycznej aktywności. Ale nie tylko ( o tym poniżej).
Wydaje się, że jedynym politykiem, który mógłby podjąć się nowego otwarcia w podlaskiej Platformie jest minister Barbara Kudrycka. Chyba nie ma w tym ugrupowaniu bardziej rozpoznawalnego polityka, także z punktu widzenia potencjalnego wyniku wyborczego. Jej pierwsze miejsce na liście kandydatów do Sejmu nie było kwestionowane przez nikogo. Ale to wymagałoby przez panią minister redefinicji jej obecności w podlaskiej polityce. Niby jest w niej od lat, ale trochę na miękkich zasadach. Bardziej ekspert niż polityk. Taką w gruncie rzeczy dobrą ciocią łagodzącą obyczaje (jak choćby podczas słynnego zjazdu majowego), ale nie do końca samodzielną.
Tymczasem pani minister musiałaby się wcielić w rolę Żelaznej Damy, która mocną ręką będzie kierować Platformą i dosłownie weźmie za baty chłopców z piaskownicy. Bez żadnych sentymentów. Nie będzie to łatwe, bo pani minister musiałaby jeszcze bardziej godzić Warszawę z Białymstokiem, reformę edukacji z regionalną polityką. Tu jednak miejsca na jakiekolwiek pośrednictwo lub pełnomocnika nie ma. Ale nieraz w historii polityki było tak, że skazywane na początku na porażkę kobiety, wychodziły z niej obronną, twardą ręką.
Być może też to ostatni sposób, by uniknąć bardziej zdecydowanej interwencji centrali. Niewykluczone, że i tak owym rozjemcą byłaby pani minister (jako komisarz). Ale wtedy jej mandat miałby inny charakter i chyba mniej przyjemny dla podlaskiej Platformy. A niektórym jej członkom pokrzyżował plany życiowe. Bo też jeśliby miała być prawdziwa odnowa, to trudno sobie wyobrazić by dotychczasowi akolici zwaśnionych frakcji startowali do Sejmu.
Póki, co minister Kudrycka w Polskim Radio ostrzegając swoich kolegów mówiła, że nie przymierza się do roli Żelaznej Damy. Ale jeśli premier poprosi dla dobra partii, to pewnie nie odmówi. Zwłaszcza, gdy będzie to konieczne. Musi jednak zacząć bardziej mocno i samodzielnie stąpać po kruchym lodzie polityki. Niedawne doświadczenia pokazują, że pani minister nie za bardzo to wychodzi. Ale w końcu w wielkiej polityce jest już ponad siedem lat. W tym wieku dzieci rozpoczynają edukacją (w przyszłym roku jeszcze wcześniej), przeto czas terminowania dla pani minister się skończył.
Bez względu, od kogo wyjdzie inicjatywa zmian przywództwa ( z samej podlaskiej PO) czy od samego premiera, to nie może być tylko w tonacji „Platforma tak, wypaczenia nie”. Bo za chwilę skończy się nowymi wypaczeniami. Zmiana 2011 powinna polegać nie tylko na gruntownej zmianie personalnej, ale redefinicji Platformy w podlaskim krajobrazie polityczno-samorządowym i oparciu jej na zupełnie nowych wartościach. Ich katalog jest znany co najmniej od majowego zjazdu Platformy (Transparentność, dyskusja, otwartość, zdolność krytyki zamiast umizgów, nagradzanie miejscami na listach partyjnych za osiągnięcia, oponowanie przeciwko decyzjom partyjnych central sprzecznym z interesami miasta i regionu, przyznawanie się do błędów i porażek, zdolność odnawiania partyjnych elit, co cztery lata).
Prosty, szczery i jasny sygnał. Oparty nie tylko na werbalnych sloganach, pozwoli Platformie zminimalizować straty wywołane aferą marszałkowską i być może pokonać PiS w wyborach na Podlasiu.
Z taką legitymizacją jest szansa, że podlaskie lobby spod szyldu PO ma szanse coś znaczyć w stolicy. Dzięki temu i region ma szansę przestać być marginalizowany. Nie dzięki znajomości z tym, czy innym ministrem czy kolegą mającym wpływ na kogoś tam lub chowaniem się za czyjeś plecy, ale mocnej legitymizacji opartej na prawych przesłankach i aksjologii.
Jeśli zmiana będzie pozorowana, wyborcy jej nie kupią i odwrócą się. A wtedy wstyd po porażce z PiS w wyborach będzie znacznie większy niż dzisiejszy wstyd po akcji prokuratury.
PS.
Słuchając słów minister Kudryckiej w radio pojawiła się iskiereczka nadziei. Po pierwsze: była jedynym politykiem Platformy, który do tej pory tak otwarcie zareagował na aferę. Bez owijania w bawełnę. Trochę późno, ale jednak. Bo inni liderzy podlaskiej PO zapadali w dziwny sen u kresu zimy. Może z Warszawy lepiej widać z partyjnej orbity pewne rzeczy niż w Białymstoku?. A może ważne jest, co innego: kto patrzy?.
Niemniej faktem jest, że inni liderzy nadal milczą. Jak napisał jeden z interanutów, nikt z nich nie znalazł w sobie odwagi żeby w tym trudnym dla partii momencie zachować się z klasa i powiedzieć cokolwiek z sensem. Bynajmniej nie rozdzielam z tego powodu szat i nad nimi nie płaczę, stwierdzam tylko fakt. Milczenie w tym wypadku nie jest złotem. Ale też zbyt długo obserwuję nie tylko podlaską scenę polityczną, by w tym milczeniu nie dostrzec tonacji z piosenki „Gdy się milczy, milczy, milczy, to apetyt ma się wilczy”. Tym razem jednak milczący mogą obejść się ze smakiem. Gorzkim smakiem.
I na koniec jeszcze jedno: w tej samej rozmowie w Radio Białystok minister Kudrycka użyła słowa dwuwładza. Do tej pory tym terminem posługiwali się niektórzy dziennikarze, opisując to, co dzieje się w podlaskiej PO. Jej liderzy stronili od niego jak diabeł od święconej wody i zapewniali, że tak naprawdę żadnej dwuwładzy nie ma. Używając go po raz pierwszy, minister potwierdziła, gdzie tkwi grzech pierworodny partii w Podlaskiem.
A jutro, kończąc tygodniowy serial z aferą marszałkowską, o grzechu pierworodnym tej afery. Czyli o tym, o czym się do tej pory nie mówiło.
Dodano: 2011-02-24. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna
Tak, jak wczoraj obiecałem, dziś o grzechu pierworodnym afery marszałkowskiej. Ale wcześniej przypomnę i pokażę tekst, który napisałem niemal dokładnie dwa lata temu, bo 23 marca 2009 roku. Zacząłem go nietypowo, bo od zdjęć.
Pisałem wtedy tak: „Dwa obrazy, dwa oblicza, oddające najpełniej obecne podlaskie klimaty. Z jednego emanuje radość, ulga, zwycięstwo. Z drugiego zatroskanie, trwoga, niepewność.”
Na pierwszym Jarosław Dworzański (zdjęcie Anatola Chomicza) w czasie sesji, na której zachował fotel marszałka. Na drugim robotnik w otoczeniu kolegów (zdjęcie Wojciecha Wojtkielewicz) na spotkaniu w łapskim kinie poświęconym przyszłości ZNTK.”
By oddać intencję powyższych słów podaję link, by obejrzeć owe zdjęcia.
Wtedy pisałem też tak:
„Marszałek zachował posadę, ale straci gabinet. Ten polityczny. Bo Platforma przyciśnięta przez koalicjanta spod szyldu zielonej koniczynki, zaproponowała likwidację wszystkich gabinetów politycznych w samorządach (do dziś nie potrafię zrozumieć logiki, która stała za ich utworzeniem). Ale nie sądzę, by ludziom z gabinetów stała się krzywda. Pewnie w mniejszym lub większym stopniu, formalnym lub mniej formalnym, pozostaną w odwodach tych, którzy ich powołali.
Robotnicy z Łap też tracą pracę. Ale ich raczej nikt nie zatrudni. Kto by chciał kogoś, kto klepie wagony? Chociaż to znacznie więcej niż doradzania w gabinecie politycznym lub poza nim. Bo klepanie wagonu wymaga w końcu umiejętności, doradzanie nie zawsze.”
Od tamtego czasu stało się tak jak prognozowałem. Po ZNTK zostało już tylko wspomnienie, po gabinecie politycznym marszałka też. Dwa lata temu pisałem, że nie ma znaczenia czy gabinet jest spod szyldu PO, SLD, PiS czy jeszcze tam kogoś innego. W samorządach jest on zupełnie zbędny. Podobnie jak komisarzowi na Podlasiu zbędny był doradca (radny miejski jego macierzystej partii).
Gabinetów politycznych nie ma. Pozostał gabinet (bez żadnego przymiotnika). Ci, którzy tworzyli gabinet polityczny w mniejszym lub większym stopniu, formalnym lub mniej formalnym, pozostali - tak jak wtedy prognozowałem - w odwodach tych, którzy ich powoływali. Jeśli w czytamy się w komunikaty olsztyńskiej prokuratury wzniesiemy się ponad płaszczyznę, która dominuje w komentarzach w sprawie (pamiętając o tym, że jej bohaterowie mają prawo do obrony i o zasadzie domniemania niewinności), to dostrzeżemy zaiste bankructwo filozofii gabinetów politycznych ze wszystkimi ich skutkami ubocznymi. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, jak one powstawały ( i też krótki niezmiernie powrót do historii)
I na tym kończę serial, o tygodniu, który może wstrząśnie podlaską sceną polityczną. A jutro o jedynym w swoim rodzaju con amore zarządu województwa i szefa podlaskich filharmoników.
Dodano: 2011-02-25. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: Polityka
Muzyka podobno łagodzi obyczaje, ale jak widać nie do końca. Bo zaiste z dziwną czułością owy związek był podtrzymywany przez co najmniej półtora roku. Dlatego dziwi zapowiedź nagłego rozwodu. Władze województwa miały aż nadto czasu, by rozwiązać kompromitującą dla regionu sytuację, jaką było zamieszenia w różnych aspektach (artystycznym, pracowniczym, menadżerskim) w najbardziej prestiżowej dla regionu instytucji dla regionu, jaką jest opera podlaska. Z kolei jej szef miał tyle samo, by ze swej strony znaleźć rozwiązanie sporu toczył się po równi pochyłej. Czy to, aby nie odstanie wydarzenia związane z aferą marszałkowską nie dały obu stronom sporu (zarządowi i dyrektorowi) do decydującego starcia? I niech władze województwa nie tłumaczą swoją nadzwyczajną aktywność w tej sprawie ostatnimi posunięciami kadrowymi dyrektora. Z kolei dyrektor musiał mieć świadomość, że decydują się na taki wist spotka się z reakcją będącego w trudnej sytuacji politycznej zarządu województwa.
Na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych umyka coś innego. Opisałem to w tekście „Białystok w drodze do Manaus”. Przypomnę go w całości.
„Kto widział film Wernera Herzoga “Fitzcarraldo”, ten wie, do czego jest zdolny maniak ogarnięty ideą bez reszty (w filmie – tytułowy bohater). Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru. I choć to film, opera na końcu świata naprawdę powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli amazońskiej.
W podobnej sytuacji jest nasza opera. Jej budowa, początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Na razie brakuje 50 mln złotych: na rzeźby, instrumenty, multimedia. Urząd marszałkowski liczy na wsparcie z resortu kultury, ale mogą być to nadzieje płonne. Z powodu skutków powodzi, obietnic prezydenckich, reformy finansów publicznych. Przeto zostają marzenia, że do 2012 roku budynek uda się wykończyć. Ale czyż marzenia, tak jak w Manaus, nie mogą być warte opery? I nie tylko za trzy grosze.
Od strony artystycznej też, trwający od czerwca 2009 roku, stan niepewności. Jego konsekwencją jest to, że Marcin Nałęcz-Niesiołowski ma dwa kontrakty. Do końca 2011 roku zarządza operą w Białymstoku, natomiast do czerwca 2014 roku prowadzi katedrę dyrygentury w Narodowym Koreańskim Uniwersytecie Muzycznym. Nie wiadomo, którą pracę wybierze. Na dodatek przed nami jeszcze wybory samorządowe, czyli nowe władze województwa, stary dyrektor albo stare władze, nowy dyrektor.
Ale na kanwie wątków prestiżowych, ambicjonalnych, politycznych umyka coś innego. Powstający gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów. Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, ponieważ koszty związane z działalnością opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych. Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. A wtedy te mniejsze instytucje mogą czuć się zagrożone.
Jeśli jednak opera ma być traktowana, jako dobro wspólne, to warto, aby obie strony sporu przedstawiły taką argumentację, która przekonałaby już dziś zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jak i tych z Łap i Hajnówki, że powinni oni łożyć na jej utrzymanie. Także wówczas, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my, w odróżnieniu od szaleńców z Manaus, kauczuku lub innego złotego runa nie mamy”
No właśnie, nie mamy złotego runa. Być może będzie tak, że marszałek odejdzie, szef filharmoników też. I pozostawią po sobie niby dobro wspólne ze skazą. I wizję tego, że orkiestra nie wyjdzie na najbliższy wspólny koncert, jeśli batutę będzie dzierżył Marcin Nałęcz-Niesiołowski lub tego, że gdy nie będzie jej trzymał na najbliższym koncercie, orkiestra zagra dla pustej sali. W jednym i drugim przypadku jest to cena obustronnego grzechu zaniechania, o którym pisałem na początku.
Dodano: 2011-02-26. Autor: bezzmian. Komentarzy: (8)
Opublikowano w Bez kategorii
Na wstępie mały powrót do przeszłości. Cofnijmy się o 36 miesięcy:
„To nie prima aprilis. Od pierwszego kwietnia ceny biletów miesięcznych w Białymstoku pójdą w górę. I jak każda taka podwyżka, także i ta nie przypadnie zapewne mieszkańcom do gustu. Nic dziwnego, skoro jazda miejskimi empekami nie należy do przyjemności.
Ale co mają zrobić ludzie? Do pracy muszą jakoś dojechać. I jeśli przyjdzie im przełknąć, że będą musieli wydać nawet miesięcznie 20 złotych więcej, to zapewne kością w gardle stanie im jeden z argumentów z uzasadnienia wygłoszonego przez zwolenników droższych biletów. Dowodzili oni, że podwyżka jest niezbędna, bo bilety w Białymstoku są najtańsze w kraju.
Zgodnie z tą logiką wszyscy zatrudnieni białostoczanie powinni udać się do swoich szefów i zażądać podwyżek płac, bo pod tym względem jesteśmy na końcu w kraju. Ciekawe, ilu prezesów, dyrektorów i menedżerów argument ten uznałoby za wystarczający?”
Tak pisałem trzy lata temu. Od tamtej pory trochę się zmieniło, chociażby cena litra benzyny, przybyło nam autobusów (w większości bez klimatyzacji, ale mają się pojawić w końcu i te z klimą), empeki zastąpiła bekamka. Statystycznie też wzrosło wynagrodzenie w Białymstoku, ale nie na tyle by wyjść z krajowego ogona (przybyło też bezrobotnych). Zgodnie z logiką wszyscy zatrudnieni białostoczanie powinni udać się do swoich szefów i zażądać podwyżek płac, bo pod tym względem jesteśmy na końcu w kraju (w międzyczasie ceny innych artykułów i usług poszły w górę). Ciekawe, ilu prezesów, dyrektorów i menedżerów argument ten uznałoby za wystarczający?”
Dlatego mam do władz naszej komunikacji prośbę: tłumaczcie podwyżki cen biletów planowanymi inwestycjami (choć część z nich jest współfinansowana z programów unijnych) czy wzrostem cen paliwa (choć nie wiem czy wzrosły one na tyle, by bilety poszły w górę o 40 groszy), ale nie próbujcie – jeśli mielibyście taki zamiar- używać argumentów o równaniu do innych (że inni już to zrobili, że u nas nadal najtaniej w kraju). Tym bardziej że w innych miastach od dawna można kupić bilet u kierowców, a w Białymstoku nie. Mimo że obowiązuje uchwała rady miejskiej.
Taka możliwość ma być teraz wprowadzona przy okazji planowanej podwyżki cen biletów (nie bardzo rozumiem, jaka jest tu korelacja). Z zapowiedzi władz miasta wynika jednak, że zamiast ludziom życie ułatwić, to planowane warunki kupowania biletów u kierowców będą tak rygorystyczne, że w gruncie rzeczy zniechęcą do tego białostoczan.
– Nie ukrywam, że chodzi o to, żeby bilety nie były kupowane u kierowców zbyt często – mówił w sobotnim “Porannym” wiceprezydent Adam Poliński.
Bo okazje się, że bilet u kierowcy w autobusie będzie można kupić pod kilkoma warunkami. Pasażer będzie musiał mieć wyliczoną dokładną kwotę za przejazd, bez reszty. I, co ważne, kierowca sprzeda nam bilet, jeśli autobus nie będzie miał spóźnienia. W przeciwnym razie może odmówić.
Jeśli tak władze miasta widzą w tym względzie swoją misję publiczną od strony użyteczności dla białostoczan, to lepiej nie wprowadzajmy tego pomysłu w życie. Po co denerwować ludzi, niepokoić pasażerów.
Zapowiadana podwyżka cen biletów zbiegnie się z czasem z nowym produktem Białostockiej Komunikacji Miejskiej – elektroniczną kartą miejską, która ma zastąpić papierowe bilety okresowe. Nie wprowadza się nowego produktu przy jednoczesnym podnoszeniu cen biletów. Nawet jeśli w tym przypadku korelacja czasowa jest zupełnie przypadkowa, to wizerunkowo nietrafiona. Może warto poczekać z podwyżką do jesieni.
Ma ona przynieść budżetowi miasta około 4-5 milionów złotych. W sumie w tym roku na sprzedaży biletów miasto zarobi około 60 milionów złotych.
W tegorocznym budżecie na promocję miasta zapisano około 8 milionów. Lwia część poszła na promocję przez sport. Ile zysku przyniese tzw. resztówka?
I dlatego może zamiast tak drastycznej dla białostoczan podwyżki cen biletów, pieniędzy warto poszukać gdzie indziej. Może jak się pogrzebie trochę w tych miejskich zaskórniakach, to podwyżka cen biletów wyniesie 10, 20 groszy, a nie 40. I proszę nie odbijać piłeczki pinpongowej w stylu: tego nie da się zrobić, bo to inne szuflady. Wystarczy dobrze porachować na sesji. Do tego nie trzeba laptopów. Wystarczy liczydło, od biedy kalkulator. I aktywności radnych.
Dodano: 2011-02-28. Autor: bezzmian. Komentarzy: (31)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Tak się złożyło, że w miejscu publicznym dane było mi oglądać dzisiejszy konkurs drużynowy w skokach podczas mistrzostwa świata.I nie tylko mnie, ale i stojących obok mnie kibiców, złość zalewała, gdy prowadzący komentator próbował od samego początku transmisji w mawiać wszem i wobec do okoła, że Polacy mają szanse na medal.
Gdy tak cedził i cedził, przypomniały mi się słowa wielkiego przeboju Lombardu: „A spiker cedził ostre słowa, od których nagła zbierała złość. Aż zaczął w tobie gniew kiełkować, i pomyślałeś milczenia dość”.
I ja miałem dość komentatorów telewizyjnych po dzisiejszej transmisji.
Dodano: 2011-02-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: Rozum
Rocznice białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czas, logikę. Pierwsza z nich w corocznym kalendarzu wypadła 19 lutego. Dla białostoczan powinna być ważniejsza niż 11 listopada. Bo ma taką samą wymowę, jak dla poznaniaków Powstanie Wielkopolskie czy Ślązaków ich trzy powstania. A wszystkie łączy to samo: powrót do macierzy. – Dzień 19 lutego 1919 roku winien być uznawany po wsze czasy za moment przełomowy w dziejach Białegostoku – pisał w ubiegłym roku w Obserwatorze prof. Adam Dobroński.
Z kolei podczas tegorocznych obchodów prezydent Białegostoku przypominał: – Białystok musiał na swoją wolność czekać trzy miesiące dłużej niż cały kraj. Tym bardziej dzień 19 lutego powinien być dla nas ważny.
Tym bardziej szkoda, że tegoroczna rocznica w przestrzeni publicznej była obchodzona skromniej niż zwykle. Może ze względu na bardzo mroźną pogodę białostoczanie nie stawili się tak licznie, jak dwa lata temu, gdy świętowano okrągłą rocznicę. Ale wtedy – i to trzeba przyznać bez dwóch zdań – władze miasta miały pomysł na obchody. Może warto iść tym śladem i sprawić (np. przez rekonstrukcję historyczną, wieczornicę), by faktycznie 19 lutego był dla białostoczan bardziej uroczysty niż 11 listopada.
Władze miasta, jako depozytariusze wolności odzyskanej w 1919 mają też prawo do organizowania uroczystego spotkania okolicznościowego (może najważniejszego w ciągu roku rautu – bankietu). Mamy przecież powód do dumy, coś radosnego, wyjątkowego zdarzyło się bowiem w historii miasta.
Za 9 dni kolejna rocznica w panteonie tych białostockich. 22 lata temu na torach przy Poleskiej wykoleił się pociąg z chlorem. Gdy 9 marca 1989 roku eszelon wypadał z szyn, Białystok był dla mnie czymś bardzo odległym. Los jednak tak sprawił, że kilka lat później zamieszkałem niedaleko krzyża upamiętniającego katastrofę. Na krzyż (na szczęście nikt pod nim nie śpi) spoglądam klika razy dziennie, mijam raz dziennie. To sąsiedztwo na zawsze wryło się w moją białostockość.
Białystok, miasto wtedy cudownie ocalone? Może Opatrzność, za stawiennictwem ks. Sopoćki (katastrofa wydarzyła się nie opodal jego kaplicy), czuwała nad miastem. Może białostoczanie zawdzięczają to ratownikom, którzy przy całej ówczesnej mizerii wyposażenia, jakim dysponowali, dokonali rzeczy niemożliwej. A może materiałowi, z którego wykonane były cysterny. Bo w końcu okazał sie bardziej niezłomny niż Związek Radziecki.
Co przeważyło tamtej nocy? A może wszystkie te czynniki zadziałały synchronicznie?
Jedno jest pewne: Los pomógł wrócić białostoczanom z podróży w jedną stronę (mi pozwolił zamieszkać w mieście).
Białostoczanie pamiętają o tamtym dniu, jak co roku tłumnie gromadzą się przed krzyżem. By w skupieniu, modlitwie, w zadumie ruszyć potem w procesji do sanktuarium na Białostoczku. Nawet ci, którzy nie podzielają wiary w żadnego Boga. Ten symboliczny marsz pamięci ma swoją wymowę. Wystarczającą. Nie potrzeba żadnego, dodatkowego uroczystego spotkania okolicznościowego.
Gdy pierwszy raz natknąłem się w Biuletynie Informacji Publicznej na zamówienie w formie przetargu na usługi cateringowe w dniu 19 lutego i 9 marca, przecierałem oczy ze zdumienia. O ile tego pierwszego dnia taki raut ma uzasadnienie (napisałem to na początku tego artykułu), to zupełnie nie widzę powodów do takiego spotkania w dniu 9 marca. Rozumiem toast wznoszony 19 lutego, nie wyobrażam sobie rozmów o katastrofie z kelnerami w tle. Nie widzę ontologii leżącej u podstaw wydawania przez miasto owego uroczystego spotkania okolicznościowego. Bez względu na to, gdzie ono się odbywa: w Pałacyku Gościnnym, Pałacu Branickich, w wynajętej sali bankietowej czy – jak to ma miejsce obecnie – w salach katechetycznych plebanii Miłosierdzia Bożego w Białymstoku.
Gdy czytałem wyniki przetargu miałem nadzieje, że po uroczystościach 19 lutego (jeszcze raz się podkreślę ze wszech miar uzasadnionych) w Biuletynie Informacji Publicznej w zakładce POSTĘPOWANIA » Zamówienia Publiczne » Zamówienia publiczne powyżej 14 tys. EUR » Szczegóły zamówienia nr DPM-I.271.1.2.2011, pojawi się informacja unieważniającą drugą cześć zamówienia odnosząca się do uroczystości 9 marca.
Zaglądałem na stronę miejskiego BIP-u przez 9 dni z nadzieją na rozwiązanie tego dysonansu. Że to jakieś niedopatrzenie, że ktoś o czymś zapomniał, że w końcu się z reflektują. Z tego też powodu wstrzymywałem się z pisaniem na powyższy temat.
Do uroczystości 9 marca pozostało dziewięć dni. Dziś na oficjalnym portalu miejskim pojawił się ich program z zaproszeniem białostoczan do udziału. Jest też prośba o przybycie pocztów sztandarowych. Tego dnia w godzinach południowych będzie uroczyste nabożeństwo w cerkwi przy ul. Lipowej. O 16. 30 przy krzyżu przy ul. Poleskiej nie zabraknie przemówień, zostaną złożone kwiaty, przewidziano modlitwę ekumeniczną, następnie tradycyjną drogę krzyżową ulicami Poleską, al. 1000-lecia PP, Radzymińską do sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Tam zostanie odprawiona uroczysta msza święta.
I tyle w oficjalnym zaproszeniu. Z nadzieję znów zajrzałem do zakładki przetargi, by znaleźć informację o unieważnieniu drugiej części zamówienia nr DPM-I.271.1.2.2011. Skoro nie ma go na oficjalnym banerze zapowiadającym uroczystości, to pewnie przetarg został odwołany. A skoro tak, to informacja pojawić się w zakładce z zamówienia publicznymi z adnotacją unieważnione. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że nic się nie zmieniło. Pomyślałem: może zaspali, może jutro się pojawi. W końcu do uroczystości jest jeszcze 9 dni. Wystarczająco dużo czasu, by wszystko odkręcić. Bo w powtórzę jeszcze raz: spotkania okolicznościowego tego dnia (ani nigdy wcześniej, ani teraz, ani nigdy potem) z tej okazji miasto nie powinno organizować. I nie jest istotne, czy zaplanowano je w Pałacyku Gościnnym, Pałacu Branickich czy salach katechetycznych plebanii przy Radzymińskiej. Ontologicznie nie ma ono uzasadnienia. Ta rocznica wymaga innej refleksji. Poza szwedzkostołowej.
Pisze to z troski o właściwy wymiar rocznic białostockich. Uznaję je za wartości i doceniam ich symbolikę w dziejach Białegostoku. To uwaga jest skierowana do tych, którzy zapewne po przeczytaniu tego komentarza będą mnie odsądzać od czci i wiary (mieliby prawo, gdybym podał planowane menu i inne szczegóły oraz gdybym przez lata nie pisał o wartości tych obu rocznic). Ale jest też skierowana do tych, którzy po przeczytaniu tego artykułu będą zupełnie niepotrzebnie, zaglądając w specyfikację przetargową, starali się przenieść środek ciężkości na inny wątek. I podniosą larum, że miasto wydaje przyjęcie na plebanii w Popielec.
Nadal pozostaje wiara, że przez te dziewięć dni, zakładce przetargi pojawi się końcu adnotacja: unieważnione.
Dodano: 2011-03-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Dzisiaj w cukierniach i w wielu domach zacznie się ostre smażenie. W końcu jutro tłusty czwartek. Przed rokiem pisałem tak:
“Jak każda tradycja, także i tłustoczwartkowa, musi stawić czoła współczesności. Bo też sednem dzisiejszego dnia nie jest pytanie: ile, a za ile. Albowiem cena staje się powoli barierą, która za jakiś czas może sprawić, że tradycja zaginie. W moim sklepie osiedlowym dziś rano najdroższy pączek kosztował 2,40 zł. Z adwokatem. Dla kierowcy nie do posmakowania. A nuż, widelec na dmuchaniu wyjdą promile. Zapewne w innych sklepach niektóre pączki są jeszcze droższe. Oczywiście, są i tańsze. U mnie kosztował 0,95 złotego. Czyż jednak tego dnia nie powinien być to zarazem najdroższy pączek?”
Minął rok i patrząc choćby na cenę cukru, która w ciągu tych 12 miesięcy dosłownie poszybowała, a strach pomyśleć, ile jutro rano będzie kosztował najtańszy pączek, który zarazem powinien być tym najdroższym. Jaka powinna być jego cena. Zapraszam do dyskusji.
Dodano: 2011-03-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (11)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
I stało sało się to, co wisiało nad polskimi skokami od dawna jak przysłowiowy miecz Damoklesa na polskim sportem zimowym: Adam Małysz ogłosił zakończenie kariery. Po pierwszym tegorocznym konkursie skoków w Zakopanem, który Pan Adam wygrał, napisałem, że skoczek z Wisły powinien dostać Order Orła Białego. Nie był to nowy pomysł, bo już wcześniej się pojawił, ale wtedy jako pokłosie dyskusji wokół polityki przyznawania tego najwyższego odznaczenia polskiego przez głowę państwa. W przypadku Adama Małysza żadnej polityki nie ma, za to jest wspaniała, złota dekada jego sukcesów.
Po sukcesie w Zakopanem napisałem tak: “Myślę, że Polska, Zakopane i opinia publiczna powinna wyrazić nadzieje, by prezydent RP udekorował naszego mistrza najwyższym odznaczeniem państwowym. Ale nie za trzydzieści lat, u schyłku życia, ale właśnie teraz, u schyłku kariery (oczywiście życzę Panu Adamowi, by skakał jak najdłużej)”.
W ciągu tego miesiąca Adam dorzucił brąz na mistrzostwach świata. Orzeł Biały powinien być natychmiast. Najbliższa i jedyna aksjologicznie data na jego wręczenie to 26 marca, gdy Adam Małysz po raz ostatni wyląduje pod Wielką Krokwią.
Kto jest za, niech się wpsiuje.
Dodano: 2011-03-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: sport
Prezydent Bronisław Komorowski prowadzi konsultacje w sprawie terminów wyborów. I jest w podobnej sytuacji jak Aleksander Kwaśniewski wiosną 1998 roku. Na kilka godzin przed upływem ostatecznego terminu prezydent Kwaśniewski podpisał decyzję umożliwiającą przesunięcie wyborów samorządowych na jesień. Podpisanie ustawy otwierało drogę do równoczesnego wyłaniania rad gmin, powiatów i województw .
Decyzję tę poprzedziły burzliwe negocjacje. Lewica, środowisko w końcu prezydenckie, chciała by wybory municypalne odbyły się na wiosnę, wtedy gdy dobiega końca kadencja wybranych w 1994 roku rad. Rządząca koalicja AWS-UW postulowała by, przełożyć głosowanie na jesień. Miała ważny powód: zapowiadane reformy administracyjne kraju. Posłowie Akcji Wyborczej Solidarność przerwali nawet obrady klubu, by w telewizji w sejmowych kuluarach wysłuchać decyzji prezydenta. Relacja z Pałacu była na żywo i słowa Kwaśniewskiego “podpisuję tę ustawę” przyjęto brawami.
Prezydent stwierdził, że decyzję podjął z trudem, bo kosztuje go ona przyjaźń ludzi, których zna i ceni. – Proszono mnie, aby dać szansę. Podpisuję tę ustawę – mówił wtedy prezydent Kwaśniewski. - Byłem pewny, że argumenty merytoryczne potrafią przekonać każdego, nawet prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, do słusznych racji — oceniał wtedy wicepremier Janusz Tomaszewski (AWS).
Temat historia jako żywo przypomina położenie, w którym znalazł się obecnie prezydent Bronisława Komorowski. Czy w wystąpieniu telewizyjnym też powie: „Poproszono, mnie by dać szansę”.I mimo że słowa te będą być może kosztować go przyjaźni ludzi, których zna i ceni, podejmie decyzję wbrew oczekiwaniom przyjaciół, że wybory będą jednodniowe.
Oczywiście nie 30 października, jak postuluje PiS, bo ten termin jest wzięty z „tamtego świata”.
Dodano: 2011-03-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Polityka
Rycerze wiosny – tak określano onegdaj piłkarzy łódzkiego ŁKS. Zwłaszcza w czasach gdy trenował ich śp. Leszek Jezierski. Jego podopieczni mieli taką przypadłość, że nie wiadomo czemu, właśnie w rundzie rewanżowej, wznosili się na wyżyny swoich umiejętności i grali jak z nut. Z czasem wszystkie ekipy grające lepiej po przerwie zimowej mianowano rycerzami wiosny. Czy będą nimi w tym roku piłkarze Jagiellonii?
Mimo tych dwóch pierwszych bezbramkowych remisów trzeba mieć nadzieje, że tak będzie. I że za kilka dni w bramce Śląska siatka zatrzepocze o jeden raz więcej niż we własnej. I że nie będzie to tylko jedno mgnienie wiosny.
Dodano: 2011-03-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: futbol
Ignacy Karpowicz i Jan Leończuk otrzymali tegoroczną nagrodę literacką prezydenta Białegostoku im. Wiesława Kazaneckiego. Obaj panowie już wcześniej byli dwukrotnymi laureatami. W tym roku Ignacy Karpowicz wyróżnienie otrzymał za surrealistyczną, utopijną opowieść “Balladyny i romanse”. Jan Leończuk otrzymał nagrodę za poezję definiującą naszą tożsamość w tomiku wierszy “Zadziwienia”. W ten sposób poetę wyróżniono także za całokształt twórczości.
Na awersie tych laudacji widać godzenie teraźniejszości z przeszłością. Zwłaszcza w 20. lecie istnienia nagrody (szkoda, że wręczanej nie przez prezydenta, a jego zastępcę) . Nie jest to zła wykładnia pod warunkiem, że obie nagrodzone dzieła są rzeczywiście najlepsze. Póki, co nie mam na razie przesłanek twierdzić, że jest inaczej.
Przeto nie zgadzam się z tygodniowym felietonistą „Gazety Wyborczej”, który wylewa lament, że znowu nagrodzono starszych i kolekcjonerów nagród, że młodzi nie mają szans na nagrody w tym mieście.
Po pierwsze: takie żale można było wylewać, ale w chwili ogłoszenia nominacji do nagrody. Nie półtora miesiąca później. Nominacje pojawiły się 13 stycznia. Podobnie jak laureaci, pozostali dwaj nominowani do młodzieniaszków nie należą.
Po drugie: warto zajrzeć do historii nagrody. Jedną z jej laureatek była Katarzyna Ewa Zdanowicz, bardzo młoda poetka.
Po trzecie: czy to oznacza, że nie należy nagradzać dobrych dzieł tylko dlatego, że wyszły spod ręki osób mających już znaczący dorobek? Albo zaczynają dopiero tworzyć na emeryturze? Bo wydaje mi się, że przesłanką do wyróżnienia powinna być wartość dzieła, a nie wiek jego twórcy. Gdyby było inaczej, to prawie wszyscy laureaci Nobla (poza nagrodą pokojową) nie otrzymaliby tej nagrody.
Na kanwie tegorocznej nagrody im. Kazaneckiego zastanawia co innego, o wiele bardziej z mojego punktu widzenia ważniejsza kwestia dla postrzegania tej nagrody przez pryzmat jej miastotwórczej roli. Jan Leończuk w rozmowie z „Porannym” powiedział, że cieszy się, że ta nagroda istnieje i ma takiego patrona, ale za mało mówi się o Wiesławie Kazaneckim, jego twórczości, nadziejach, pragnieniach, bólach.
Zastanawiające to słowa. W końcu dwa lata temu obchodzono w Białymstoku Rok Kazaneckiego.
Pisałem na blogu o nim wielokrotnie, a także o tym, że inicjatywa radnych, by właśnie w ten sposób upamiętnić jego twórczość i przywrócić go do pamięci białostoczan, być może jest najlepszym z ich dokonań w zakończonej w listopadzie ubiegłego roku kadencji.
– Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem – słynne zdanie poety brzmi jak swoiste zobowiązanie dla nas potomnych. Tak pisałem dwa lata temu. I by z tego zobowiązania się wywiązać, potrzeba było czegoś niebanalnego, co zapadnie w pamięć współczesnych białostoczan i wzbudzi zainteresowanie Wiesłąwem Kazaneckim jako poetą. Ale też, jako białostoczaninem, który nie tylko swą sylwetką wpisał się na trwale w krajobraz Białegostoku.
I tu chapeux bas przed naszymi instytucjami kulturalnymi. Można powiedzieć, że podjęły to zobowiązanie z gniazda i starały się go w niebanalny sposób spełnić. I spełniły. Ale czyżby naprawdę nic z tego po dwóch latach w przestrzeni miejskiej nie zostało, skoro tegoroczny laureat nagrody waży takie słowa. Czyżby to było chwilowe tylko przywrócenie do pamięci, tak od wielkiego dzwonu właśnie związane z obchodami ogłoszonego przez radnych Roku Kazaneckiego?
No właśnie, czy jeszcze większa pamięć o poecie ( patronowi nie tylko nagrody, ale jednej ze szkół) jest potrzebna Białemustokowi, dzisiejszemu, jakże młodemu Białemustokowi? Dwa lata temu odbyła się na ten temat debata. Przed tą debatą dziennikarz „Radia Białystok” wybrał się na wydział filologii polskiej naszego uniwersytetu i zapytał studentów: Kto to był Wiesław Kazanecki?. A oni zrobili wielkie oczy. Studenci filologii, którzy historię literatury powinni mieć w jednym palcu, nie znają nazwiska Kazanecki. Jeszcze gorsze było usprawiedliwienie, które przytoczyli na swoją obronę: „Bo nie jest w mediach popularny, bo się o nim nie mówi”.
Napisałem wtedy tak: Mógłbym się zgodzić z tą tezą, gdyby wypowiadał ją kto inny (chociaż nie do końca, bo nie tylko w mediach o Kazaneckim jest w tym roku akurat dużo). Ale studentom filologii polskiej takie tłumaczenie nie tylko nie przystoi, ale każe postawić pytanie: jak bardzo ułatwiony dostęp do szkolnictwa wyższego spowodował jego pauperyzację?
Ale też wtedy zadałem inne pytanie: czy w białostockim systemie oświaty jest miejsce na historię miasta, ludzi z nim związanych, ich twórczość, na lokalność. Bo nie mam wątpliwości, że gdyby studentów historii naszego wydziału zapytać, co łączy prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, Icchaka Szamira, Maksyma Litwinowa, też byłby problem.
I pisałem dalej tak: ”W tym kontekście słowa Wiesława Kazaneckiego: „Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem”, zobowiązują do czegoś więcej. By za kilkadziesiąt lat nam potomni patrzyli na dzisiejszy Białystok także przez pryzmat mieszkańców, a nie tylko pozostałości epoki sakralno-galeriowej”.
Tak dwa lata temu zakończyłem tekst „Wędrówki z Kazaneckim albo miasto zatracenia”. Po dwudziestu czterech miesiącach zapraszam do dyskusji o aktualności powyższego stwierdzenia. Nie tylko na kanwie spuścizny po Roku Kazaneckiego, ale przede wszystkim dlatego, że od dwóch lat, Białystok nie poświęcił roku nikomu. Wiem, w skali kraju mieliśmy rok Chopina, teraz rok Miłosza i Skłodowskiej-Curie. Ale czyż nie powinniśmy poświęcać każdego nowego roku tym, którzy mogliby zacząć od słów „„Zacznijmy od tego, że Białystok jest moim gniazdem”.
Dodano: 2011-03-06. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Sześć pań radnych w radzie miejskiej Białegostoku, w sejmiku jeszcze mniej – tylko trzy ( w tyj jedna z pań objęła mandat po rezygnacji wiceprezydenta Białegostoku). W obu tych instytucjach żadnej z pań nie ma w ciałach decyzyjnych. Prezydent Białegostoku ma czterech zastępców, tyle samo marszałek członków zarządu. I żadnej z pań.
Może to wina procesu wyborczego, określającego typ osób, a więc i kobiet, które mają zasiąść w radzie – głównymi czynnikami są lojalność wobec partii i hierarchii politycznej. Bez miejsca na samodzielność.
Kobieta niezależna w polityce. Nie z mocy parytetów. Zapraszam do dyskusji.
Dodano: 2011-03-07. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Białostoczanie zawsze potrafili się bawić. A zwłaszcza elity. I to na balach. Do legendy przeszły te z lat międzywojennych w hotelu Ritz i w Pałacu Branickich. Przeto nie dziwmy się, że ich „spadkobiercy” też nie stronią od zabaw, bankietów i przyjęć. Pod warunkiem, ze mają mocną legitymizację.
Dziś po raz pierwszy w późnozimowym krajobrazie miasta będzie publiczna zabawa miejska. Na Rynku Kościuszki po południ rozpocznie się żegnanie karnawału. Czy impreza ostatkowa ma szanse stać się nową, świecką tradycją w Białymstoku.?
Dodano: 2011-03-08. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
”Informacje, z których wynika, że nic się nie dzieje, uważam za bardziej interesujące, ponieważ wiemy, że – jak wiadomo – są rzeczy, o których wiemy, że o nich wiemy. Wiemy też, że są znane niewiadome, to znaczy, że są rzeczy, o których wiemy, że nic o nich nie wiemy. Ale są również nieznane niewiadome – takie, o których nie wiemy, że o nich nie wiemy.”
Słowa powyższe (wypowiedziane ogniś przed Donalda Rumsfelda) przytoczyłem, bo chyba najpełniej oddaje politykę informacyjną białostockiego magistratu w sprawie pogłosek i spekulacji jakie ostatnio się pojawiają odnośnie potencjalnych zawirowań przy budowie stadionu miejskiego niewynikających bynajmniej z niekorzystnych warunków klimatycznych utrzymujących się od czterech miesięcy. Jeśli faktycznie jest coś na rzeczy lub też nie, to prezydent powinien jasno to wyartykułować. Milczenie w tym wypadku nie jest złotem. Tym bardziej, że to milczenie rodzi kolejne domysły, z drugiej strony swoistą spychologię, którą można zauważyć w wypowiedzi osób nieodpowiedzialnych za miejski inwestycje.
Skutki są takie, że radni zwołują konferencję prasową (kuriozalną w gruncie rzeczy, bo pokazująca ich słabość), by uwiarygodnić publicznie spekulacje. W Polskę idzie wiadomość, że coś w tym Białymstoku się dzieje, a kibice martwią się, że przed nowym kłopotem mogą być kłopoty. Spekulacja goni spekulację, pogłoska pogłoskę. Tymczasem prezydent powinien przerwać milczenie i jasno sprawę postawić. Nawet jeśli prawda byłaby bolesna i w konsekwencji oznaczałaby bardzo poważny poślizg bynajmniej nie atmosferyczny. Prezydent powinien być tu bardzo stanowczy i konsekwentny, zważywszy na to, jaką legitymizacją wśród kibiców cieszy się w sprawie stadionu.
Dodano: 2011-03-09. Autor: bezzmian. Komentarzy: (30)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Janczarzy obu stron na włóczniach mają wypisaną troskę o przyszłość polskiego emeryta. Tak jakby całkowicie zapomnieli, ile wyniosła pierwsza emerytura wypłacona z OFE. To tak dla przypomnienia – 23 złote. Od razu wtedy zaczęły się dywagacje dlaczego tak mało. Autorzy reformy sprzed 10 lat bronili swoich racji.
Dwa lata temu pisałem tak: „Ale też pamiętam jak dekadę temu indoktrynowano nas, że w końcu polskich emerytów będzie na starość stać na taki styl życia jak emerytowanych Japończyków czy Europejczyków zachodnich: podróżowanie. Niekoniecznie na Antypody, ale przynajmniej do tych najbliższych sąsiadów. Aż strach pomyśleć, na co biedna emerytka może wydać taką kwotę. Prawdziwe szaleństwo. Żyć, nie umierać. A raczej nie żyć, a umierać.
Jakiekolwiek by nie były przyczyny tak niskiej emerytury, 23 złote na zawsze pozostanie symbolem drugiego filaru. Jednym słowem, parafrazując szlagier kabaretu Koń Polski, już nie tylko ZUS, a także OFE Ci zabiera, OFE Ci oddaje.”
Tak pisałem ponad dwa lata temu. Dzisiaj słuchając wzajemnych utarczek z obu stron wojny polsko-polskiej pod flagą OFE, zastanawia mnie coś jeszcze: wszyscy troszczą się o zasady gry, niezmienianie umowy, o wysokość emerytur, dobro budżetu, los emerytów, nie szczędząc przy tym sobie wzajemnych – lekko powiedziawszy- uszczypliwości. Zapowiadają debaty publiczne w obronie swoich racji.
Ale przecież, żeby mieć jakąkolwiek emeryturę, nawet te 23 złote, trzeba mieć robotę. A większość może jej nie doczekać. Nie tylko przez to, co dzieje się w służbie zdrowia, ale po prostu może nie wypracować okresów składkowych z powodu bardzo prozaicznego: braku roboty. A jak jej nie będzie i perspektyw na nią też, to powyższa debata za lat 5, 10, 20 będzie jawić się jako bezprzedmiotowa. Jakoś strony tej debatencji tego nie dostrzegają. Czyżby dlatego, że bez względu, po której dziś stoją stronie, im brak składkowych okresów nie grozi?.
A pozostali? Pozostałym zostanie prawdziwe szaleństwo na emeryturze: nie żyć, a umierać.
Dodano: 2011-03-11. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: Wiara
Wczorajsza „Kropka nad i”. Prowadząca pyta posła Ryszarda Kalisza o jego rzekome ułaskawienie przez Aleksandra Kwaśniewskiego, o którym dzień wcześniej w tym samym studio mówiła posłanka PiS Beta Kempa. Poseł Kalisz jak to poseł Kalisz, w stylu takim lekko rubaszno-zagłobowskim opowiada, że ułaskawienia żadnego nie było, przy okazji trochę marginalizują zajście, które legło u podstaw tego, że w ogóle był ciągany po sądach. Coś tam mówi o siedmiu ludziach, nie wymieniając miejsca, gdzie ów incydent się wydarzył, nie wspominając, kto go przez cztery czołgał po sadach. Dziennikarka sprawiała wrażenie, ze niby coś też o tym incydencie słyszała, ale nie za bardzo była zainteresowana pytaniami szczegółowymi. W ogóle można było odnieść wrażenie, że ten odgrzewany po 11 latach incydent to w gruncie rzeczy niby był, a jakoby go nie było, i że to poseł Kalisz był wtedy ofiarą.
Szkoda, bo opinia publiczna dowiedziałaby się, że owym ówczesnym adwersarzem posła Kalisza jest dzisiejszy jego kolega sejmowy, z centralnych ław poselskich. A i słuchając rozmowy redaktor Olejnik z posłem Kaliszem zapewne wielu nurtowało pytanie: no dobra, ale gdzie to było.
I dlatego co by pamięć ludzka o tamtym wydarzeniu była po wsze czasy właściwie zachowana, zważywszy, że teraz do czerwoności rozpala warszawkę, krótki powrót do przeszłości.
Wszystko zaczęło się na przedwyborczym wiecu we wrześniu września 2000 roku. Przed Pałacem Branickim w Białymstoku doszło wówczas do przepychanek między zwolennikami a przeciwnikami Aleksandra Kwaśniewskiego. Był tam i radny Jacek Żalek (wtedy szef wojewódzkiego sztabu wyborczego Mariana Krzaklewskiego), został zatrzymany przez policję. Według Jacka Żalka, następnego dnia w wywiadzie dla radia Zet Ryszard Kalisz oskarżył go o kierowanie grupą, uzbrojoną w noże i gazy obezwładniające, która zakłóciła wiec Aleksandra Kwaśniewskiego. Radny uznał, że te słowa poniżyły go w oczach opinii publicznej i naraziły na utratę zaufania niezbędnego do działalności politycznej i społecznej.
Oj, gorąco było na tym wiecu, gorąco. Później sprawy potoczyły się w tempie klasycznym, czyli ślimakowatym, jak to w sądach z takimi sprawami bywa. Radny Żalek skierował do sądu prywatny akt oskarżenia, bo uznał, że Ryszard Kalisz naruszył jego dobre imię. Ostatecznie Jacek Żalek wygrał w sądzie połowicznie – wprawdzie minister miał zapłacić mu 8 tys. zł zadośćuczynienie, ale już przepraszać go nie musiał. A na tym radnemu zależało najbardziej.
Wyrok zapadł po piecu latach 28 października 2005, a u schyłku swojej prezydentury (kończyła się niespełna 2 miesiące później) Aleksander Kwaśniewski poprosił o akta tamtej sprawy. – Ale ułaskawienia żadnego nie było. Prezydent był na wiecu, widział jak było naprawdę, był zaskoczony wyrokiem, poprosił o akta – mówił dla portalu TVN 24 poseł Ryszard Kalisz.
Gwoli sprawiedliwości portal wspomina o miejscu i głównym bohaterze tamtego incydentu, ale zarówno on, jak i redaktor Monika Olejnik nie zadali sobie trudu wspomnieć, że adwersarz sprzed 11 lat posła Kalisza jest czynnym politykiem, obecnym posłem (PO i od razu zastrzegam, że obecna przynależność partyjna w tym temacie nie ma żadnego znaczenia, przed 11 latu ówczesny radny Jacek Żalek był stronnikiem opcji chyba już dziś zapomnianej). Bo można było odnieść wrażenie, że jakiś tam nie wydarzony, dawno już zapomniany radny porwał się na jednego z najbardziej rozpoznawalnych polityków lewicy. A tu proszę niespodzianka, bo nie pierwszy z brzegu, dawno zapomniany, a czynny i to bardzo polityk, poseł.
Ba, można było go nawet zaprosić do studia, by opowiedział jak gorąco było wówczas przed Pałacem Branickich i co go pchnęło do takiego czynu wobec ministra Kalisza. Naprawdę jego refleksje mogłyby rzucić inne światło na sprawę. A może by i nawet pokusił się o wyjaśnienie obecnych słów posła Kalisza: – Prezydent był na wiecu, widział jak było naprawdę, był zaskoczony wyrokiem, poprosił o akta.
A tak Polska usłyszał historię niepełną. I dlatego to przypomnienie, by sprawiedliwości stało się zadość. W końcu chcąc nie chcąc to zapomniany bohater akcji sprzed jedenastu
Dodano: 2011-03-10. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: bialystok
Wstrząsające relacje z Japonii jakże kontrastują z wypowiedziami , które dobę po kataklizmie wciąż uwypuklają, jak to Japończycy od dziecka są przygotowywani na nadejście kataklizmu i umieją sobie radzić w takich chwilach. Że w miarę szybko w stanie się pozbierać, że to, co wczoraj wydarzyło się 130 km na wschód od miasta Sendai nie przełoży się na resztę świata.
Być może ofiar będzie mniej (choć dzisiaj trudno to prognozować) niż na Haiti, ale ono dla nauki, technologii, gospodarki świata jest niczym. Japonia zaś jest wszystkim. O energetyce jądrowej nie wspominając. Naprawdę nie trzeba być wybitnym znawcą świata, by to w mig zrozumieć.
Otóż piątkowy kataklizm jest z tych wydarzeń w dziejach świat, które na trwale zmieniają jego oblicze.
Dodano: 2011-03-12. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Rok temu rozmawiałem z prof. Ludwikiem Dobrzyńskim, zWydziału Fizyki Uniwersytetu w Białymstoku oraz Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku, o perspektywach rozwoju energii jądrowej w naszej części świata. Bo i Rosjanie w Kaliningradzie planują siłownię atomową, Białorusini w Ostrowcu, Litwini marzą o następcy reaktora w Ignalinie, a i w Polsce rząd rozpoczął wtedy akcję, której finałem były tegoroczne styczniowe decyzje w sprawie polskiej energetyki jądrowej. Zapraszam do przeczytania tamtej rozmowy, którą zakończyłem pytaniem: Czy uda nam się zaprzyjaźnić z atomem. Profesor Ludwik Dobrzyński tak odpowiedział: – „Musimy wiedzieć, w którym momencie wyłączyć strach. Z reguły jesteśmy narażeni na małe dawki promieniowania i nie ma dowodów, że są szkodliwe. Strach przed promieniowaniem jest czynnikiem, który hamuje poddawanie się przez wielu pacjentów badaniom ratującym im życie. A przecież oprócz bomby atomowej mamy miliony ludzi uratowanych dzięki promieniowaniu. I to wysokim jego dawkom. Tak jak powinna być w społeczeństwie edukacja ekonomiczna, tak samo powinna być edukacja o energetyce atomowej. Ponieważ przekłada się ona na zdrowie ludności. Bo im więcej zużywa się energii, tym ludzie dłużej żyją. Zastanówmy się, czy zależy nam na redukcji w oszczędzaniu energii i jakie są jej granice.”
Po wstrząsie w Japonii, która przez dziesięciolecia uważana była za przykład kraju i społeczeństwa, który wyłączył strach przed atomem (13 siłowni w bardzo sejsmicznym środowisku, oparte o przekonanie, że nauka i technika pozwoliła na takie gwarancje bezpieczeństwa, które opanują siły natury), ten strach powrócił. – Jeżeli przez kilkadziesiąt lat robiło się antypropagandę wszystkiemu, co jądrowe, to nie da rady zrobić czegoś w drugą stronę w ciągu roku, dwóch czy pięciu lat – mówił rok temu prof. Ludwik Dobrzyński.
Kataklizm japoński na wiele lat, jeśli nie na zawsze, może pogrzebać energetykę jądrową. Bo będzie najczystszym dowodem na słuszność antyjądrowej propagandy. I co jeśłi tego strachu nie da się wyłączyć?
I na koniec trochę futurystki alternatywnej. A jeśli po otwarciu elektrowni jądrowej w obwodzie kaliningradzkim powtórzy się wstrząs, i to znacznie silniejszy, który kilka lat temu zakołysał północno-wschodnią częścią Polski. Jego epicentrum też było w obwodzie kaliningradzki. Trudno sobie wyobrazić sobie tsunami na Bałtyku, ale do piątku Japończycy też nie wyobrażali sobie takie tsunami.
Dodano: 2011-03-13. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Blady strach padł na podlaskich polityków. Zwłaszcza tych, którzy wybierają się na jesieni do poselskich ław. Na skutek niekorzystnych zmian demograficznych w Podlaskiem (odpływ ludności) mamy mieć o jednego posła mniej: zamiast piętnastu czternastu. Ale chyba po raz pierwszy w historii pozostali mieszkańcy Podlaskiego nie zamierzają z powodu straty, którą poniesie region, uronić łez. Wszak nie ilość, a jakoś reprezentacji decyduje o skuteczności danego lobby.
I dlatego może liderzy podlaskich ugrupowań zamiast wylewać krokodyle łzy i wystawiać pełną, podwójną obsadę na listach wyborczych na zasadzie mierny, ale wierny, pokuszą się o kandydatów dających szansę na stworzenie bardzo mocnej reprezentacji parlamentarnej regionu. Na przekór dążeniom dającym upust poszczególnym, partykularnym regionalizmom i oczekiwan central partyjnych. Tylko gdzie ich szukać w Podlaskiem?
Dodano: 2011-03-14. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: Rozum
Tym razem rewanż w Pucharze Polski. Oby tylko nie było tak jak w sobotę w lidze. A i za remis to ja dziękuję, nawet ten tzw. zwycięski remis. Ale nawet jeśli nasi wygrają w normalnym czasie, to też dziękuję za ewentualne komentarze: nie liczy się gra, a wynik. Albowiem o żadnym wymęczonym zwycięstwie nie może być jutro mowy.
Dodano: 2011-03-15. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: futbol
Po japońskim kataklizmie świat ogarnęła psychoza atomowa przejawiająca się w dwóch skrajnościach. Z jednej strony zmiękczające z każdym dniem niemieckie stanowisko wobec rozwoju energetyki jądrowej z kulminacją, jaką były słowa kanclerz Merkel o wyłączeniu do odwołania siedmiu elektrowni zbudowanych przed 80 rokiem. To wprost proporcjonalnie do tego, o czym pisałem w niedzielnym tekście: ”A jeśli nie da się wyłączyć strachu przed promieniowaniem”. Z drugiej strony mamy hardą, niemalże z ostrogami w butach, deklarację prezydentów Rosji i Białorusi o wspólnych przygotowaniach do budowy białoruskiej siłowni jądrowej przy granicy Litwą. Obaj prezydenci zadeklarowali to z taką pewnością, jakby chcieli powiedzieć: “Japonia? To przecież 10 tysięcy kilometrów stąd”. Słuchając tej tonacji, pomyślałem: cudze odpychacie, swego zapomnieliście.
Obok wspomnianej psychozy, nieśmiało przebijają się do opinii publicznej informacje, że kolejni producenci wycofują filmy lub gry komputerowe, w których dominują sceny katastroficzne. Nic dziwnego, skoro fikcja, wirtualna czy filmowa, stała się rzeczywistością. I to taką, która nie przyśniłaby się najbardziej wybujałym fantastom.
Ja jednak chciałby powrócić do jednej fikcji filmowej, która pośrednio wiąże się z ostatnimi wydarzeniami. Zarazem jest dla mnie najbardziej katastroficzną sceną w dziejach kina, choć nie tam żadnego wybuchu wulkanu, tsunami, trzęsienia ziemi, tornad, zlodowacenia. Mam na myśli remake filmu „Ostatni brzeg”. Jest tam scena, w której na łóżku kładą się z płaczem żona i mąż. A pośrodku ich kilkuletnia córeczka. Za chwilę z rodzice podadzą jej truciznę, którą z płaczem sami też zażyją. Bo za kilka godzin nad ich dom na australijskiej prowincji dotrze radioaktywna chmura. Obłok, który powstał na skutek wymiany uderzeń nuklearnych. Australia była ostatnim miejscem na ziemi, do której jeszcze nie dotarła radioaktywna chmura. Ostatnim brzegiem, na którym tliło się jeszcze życie. Ale ten czas się kończył. Wielu mieszkańców, by uniknąć męczarni decydowało się na samobójstwo. Choć, tak jak w przypadku tej rodziny, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie mają wyjścia. Zrozumieć, dlaczego do tego doszło.
To tylko fikcja. Ale wczorajsze fikcje, dziś stają się realnością, jutro być może ostatnim brzegiem. A wtedy nie będzie miało najmniejszego znaczenia, co legło u podstaw tej zmiany.
Dodano: 2011-03-16. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Niezwykle dwa ważne wydarzenia miały miejsce wczoraj w kraju. Jedne w wymiarze prawnym, drugie polityczno-ekomicznym. Oba też odnosiły się do historii.
Trybunał Konstytucyjny orzekł dziś, że dekrety grudniowe, na mocy, których w 1981 roku został wprowadzony stan wojenny, były niezgodne z konstytucją. Brak takiego rozstrzygnięcia skutkował często tym, że osoby pokrzywdzone działaniami przedstawicieli ówczesnych władz, miały utrudnioną, a niekiedy zamkniętą drogę do otrzymania odszkodowania.
I przez ten pryzmat patrząc wyrok trybunału jest niezwykle ważny. Te odszkodowania to dla wielu być może jedyne zadośćuczynienie po latach i ratunek być może w obecnie trudnej sytuacji. Ale przy okazji werdykt sędziów rykoszetem tworzy paradoks w myśl, którego ówczesne władze PRL słusznie krzywdziły ludzi. A byli agenci SB mogą odetchnąć z ulgą, bo katowali i donosili, bo byli obrońcami legalnego państwa. Albowiem trybunał uznał legalność konstytucji PRL, a więc Polski Ludowej jako takiej. W takiej sytuacji – logicznie – Instytut uznał prawomocność nie tylko komunizmu w Polsce, ale także działalność wszystkich organów, którego tegoż PRL broniły. Zaiste kuriozalne to, ale co wtedy, jeśli może okazać się, że na zdrowy rozum logiczne.
Bo czyż instytucja państwowa wydaje werdykt w postępowaniu o podeptanie konstytucji PRL, to tym samym uznaje ją za legalną. Czyż swoim wyrokiem trybunał nie uznał właśnie legalność i prawomocność konstytucji z 22 VII 1952 roku, której projekt osobiście poprawiał Stalin. Chichot historii, ale może polegający na tym, że – jak pisał Adam Wielomski – autorów stanu wojennego i ludzi dawnego reżimu nie da się osadzić dziś na podstawie na podstawie obowiązującego w dawnym reżimie prawa.
- Jedynym logicznym aktem oskarżenia w tej sprawie byłoby postawienie Jaruzelskiego i spółki przed sądem za nielegalne przejęcie i sprawowanie władzy od 1944 roku. Uznanie za legalny rządu w Londynie jest, co prawda trudne – biorąc pod uwagę stan rozkładu tego obozu po 1945 roku – ale przynajmniej jest logiczne. Całą Polskę Ludową uznajemy wtedy za nielegalną, a wszystkich jej przywódców traktujemy jako uzurpatorów. Jaruzelskiego nie sądzimy więc za stan wojenny, ale za samo sprawowanie władzy. Teza ta jest karkołomna, ale przynajmniej jest logiczna, gdyż wtedy nielegalny jest i PRL i jego konstytucja, i SB i agentura. Karkołomność tej teorii polega na tym, że w Polsce w latach 80-tych prawomocność rządu londyńskiego uznawało może ze 200 osób, a 35 milionów nie miało pojęcia, że na emigracji istnieje jakiś wirtualny rząd stojący na fundamencie konstytucji z 1935 roku – pisał Adam Wielomski.
Myślę jednak, że w kraju było znacznie więcej osób, które cokolwiek wiedziało o rządzie londyńskim. Rozum staje za Wielomskim, serce przeciw. Bo w gruncie rzeczy pucz z 1981 roku niczym się nie różnił od innych puczów chociażby tak dobrze znanych z Ameryki Lacińskiej.
I drugie ważne wydarzenie z dnia wczorajszego, ale w gruncie rzeczy też na zdrowy rozum (choć bez kontekstu prawnego, a z politycznym na planie pierwszym) też pachnące tym samym paradoksem. Chodzi mi o dzisiejszą debatę sejmową w sprawie ofe i podniebiosa zachwalające paradygmat tego, co państwowe (czyż nie był to fundament dawnego systemu). Że lepsze od tego, co podane prawo wolnego rynku. Chyba nigdy podczas ostatniego 20-lecia takiej gloryfikacji własności państwowej ze strony rządzących nie było.
Rozumiem, że autorzy reformy ofe mają prawo do stosowania w obronie swoich pomysłów retorykę wszelaką. Ale i zdrowy rozum podpowiada trochę rozsądku. Bo za chwilę pojawi się pytanie: skoro tak bardzo wychwalacie, to dlaczego – zamiast prywatyzować – nie nacjonalizujecie?
Ot i dwa paradoksy dnia dzisiejszego trudne do ogarnięcia. Zapraszam do dyskusji.
Dodano: 2011-03-17. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Decyzja sądu lubelskiego sądu w sprawie Macieja T. nie dziwi. Jest wprost proporcjonalna do tego, co pisałem przez ostatni rok. W końcu lepiej być podejrzanym prawnikiem niż ściganym menelem. To tytuł jednego z moich tekstów poświęconych tej sprawie. Z kolei w innym „Czas sędziego, czas podejrzanego” prognozowałem, że ten czas działa na korzyść podejrzanego, a przeciw wymiarowi sprawiedliwości.
Białostockiemu, bo nie widziałem żadnego logicznego powodu uzasadniające tak masowe i jednogłośne wyłączenie się białostockich sędziów od sądzenie Macieja T. Tym unikiem białostocka Temida utraciła swoja niewinnością, którą decyzja lubelskiego sądu uwiarygadnia.
Dodano: 2011-03-18. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: prawo
Trwała 17 miesięcy. Rozpoczęła się werdyktem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka przyznający Włoszce fińskiego pochodzenia odszkodowania za straty moralne poniesione na widok krzyża powieszonego w szkole. Od tamtej decyzji odwołało się kilkanaście państw, w tym Włochy i Polska. Wczoraj ten sam trybunał wydał werdykt wsteczny. Uznał, ze nie ma żadnych dowodów, że eksponowanie tego symbolu na ścianach klas może mieć jakiś wpływ na uczniów. Orzeczenie obowiązuje wszystkich krajach należących do Rady Europy, czyli jedynie Białoruś nie musi się do niego stosować.
Gdy półtora roku temu sędziowie trybunału uznał straty moralne Włoszki fińskiego pochodzenia napisałem, że historia zatoczyła koło. I Europa zafundowała sobie pierwszą po 800 latach krucjatę krzyżową. Tyle że w Europie. Wczorajszym werdyktem owa krucjata się zakończyła.
Przy tych prawnych potyczkach, ale także podczas dyskusji towarzyszących treści preambuły konstytucji europejskiej, nie sposób było odnieść wrażenia, że Europa w pogoni za poprawnością wszelakiej maści zapominała na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartości chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?
Dodano: 2011-03-19. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum
Tak mówi stara rzymska maksyma. Parafrazując je na współczesność można powiedzieć tak: chcesz być rozgrzeszony, to spiesz się z bombami na Kadafiego. Bo choć od strony prawnej z interwencją w Libii wszystko jest w porządku, to nie sposób nie wskazać na pewne niuanse natury okołopolitycznej.
Po pierwsze: wreszcie prezydent Francji mógł się spełnić w roli Napoleona. W końcu czymś dowodził, bo nie ulega wątpliwości, że to Francja parła do uderzenia na siły Kadafiego. Tak jakby chciała zatrzeć niedobre wrażenie z dobrych kont(r)aktów jakie miała z reżimem w Trypolisie w ostatnich latach (czyż oprócz starych rosyjskich Migów Kadafi nie ma Mirage). I nie tylko ona. Ale czyż w ten sposób nie spełnia się też iluzoryczny sen o mocarstwowości Francji, ale zarazem Wielkiej Brytanii (a zarazem Unii Europejskiej). Śmieszny spór jakie jeszcze kilka godzin temu toczyły Londyn i Paryż o to, kto ma dowodzić operacją, odzwierciedla nostalgię do odgrywania znacznie większej roli w świecie arabskim przez te dwa państwa. Roli, którą Paryż i Londyn utraciły w czasie wojny o Kanał Sueski. Wtedy dały się ograć Amerykanom i Sowietom, którzy na długie lata na stałe zadomowili się ze swoimi interesami w tym rejonie świata. Po upadku bloku wschodniego Amerykanie zostali w roli hegemona.
I właśnie ta nadzwyczajna aktywność Francji i Wielkiej Brytanii, które były monterami koalicji przeciwko Kadafiemu kontrastuje ze wstrzemięźliwością Amerykanów. Wydawało się, że to oni z mocy prestiżu w systemie zachodnim (logistycznym, wojskowym, politycznym) będą odgrywać od samego początku pierwsze skrzypce w operacji libijskiej. Tym bardziej, że mają jeszcze jeden powód: wreszcie po latach mają okazję do rewanżu na Kadafim za zamach na samolot Panamu nad Lockerbie w 1988 roku. Takiej zbrodni się nie zapomina, mimo wcześniejszych ataków na Trypolis. I można czekać bardzo długie lata w nadziei na zemstę.
Z biegiem czasu Amerykanie przejęli ster w operacji Świt Odysei. Nic dziwnego, bo gdy dalszy spór Londynu i Paryża, mógł wpłynąć na jej sprawność. Zupełnie jak w kabaretowej piosence: Allez, allez – krzyknęła francuska jazda. - No, no - odkrzyknął Wellington).
Nie ulega wątpliwości, ze gdyby nie operacja Kadafi, zwany w swoim czasie rzeźnikiem z Trypolisu, wyrżnąłby całe zbuntowane Bengazi. Ale czyż trzeba było widma tej masakry by Zachód zaczął odkupować swoje winy?.
Dodano: 2011-03-20. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Polityka
Po serii nieudanych przetargów, znaleźli się w końcu chętni na działki w białostockiej podstrefie Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Zagospodarowanie tej ziemi obiecanej deklarowali w kampanii wyborczej wszyscy kandydaci na prezydenta Białegostoku. Bo też przyciąganie inwestorów jawiło się do tej pory jak beckettowskie czekanie na Godota.
I dzisiaj już dobrze widać, że on nie przyjdzie. Powinniśmy porzucić nadzieje, że zjawi się ten, który z miejsca odmieni sytuacja na rynku pracy. Pora chyba też porzucić złudzenia o Podlaskiej Dolinie Krzemowej.
Po dzisiejszym przetargu widać, że siła białostockiej gospodarki będą rodzime firmy, średnie i drobne. I to im miasto powinno stwarzać warunki do przetrwania. I to im powinniśmy kibicować. Bo to od ich kondycji zależy przetrwanie Białegostoku.
Tak pisałem w grudniu ubiegłego roku. Teraz okazuje się, że przetargi trzeba będzie powtórzyć. Zdecydował tak zarząd Suwalskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w porozumieniu z władzami Białegostoku. Wyjaśniła, że na etapie przygotowywania specyfikacji przetargowej popełniono “błąd natury formalno-prawnej”, który wykryto jednak dopiero po rozstrzygnięciu przetargu.
Co prawda ani władze strefy, ani władze Białegostoku nie ujawniają, na czym ów błąd polegał. Ale musiał być wyjątkowy, skoro skutkuje nowym przetargiem (biorąc poprzednie doświadczenia z zagospodarowaniem ziemi w sterfie, można uznać to za pech). Oby z takim samym finałem jak w grudniu. Bo w przeciwnym razie będą to pierwsze skutki białostockiego NEP-u, Nowej Ekonomicznej Polityki, której istotę w niedawnej rozmowie z Porannym zdefiniował nowy wiceprezydent odpowiedzialny za mienie komunalne Andrzej Meyer. W skrócie polega ona na tym, że: Białystok nie będzie szukał inwestorów.
Dodano: 2011-03-21. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Mosze Kacaw, były prezydent Izraela, pójdzie za kratki. Na siedem lat Musi odpokutować za gwałt, który dopuścił się piastując także najwyższy urząd Izraela. Do samego końca utrzymywał, że jest niewinny.
Seks skandale na szczytach władzy (każdej, bez względu na jej szczebel) nie są niczym nadzwyczajnym i dobrze znane pod każdą szerokością geograficzną. O bohaterach tej najsłynniejszej, sprzed 13 lat niewielu dziś już pamięta. No, może poza samym Billem Clintonem, który w zaciszu gabinetu już nie owalnego może na wspomnienie tajemnic Owalnego Gabinetu, przygrywa na saksofonie jakieś Love Story, czyli „O Moniko, Moniko”. Miała swoją aferę rozporkową Ameryką (zresztą niepierwszą), mieli i w swoim czasie Anglicy, Finowie. Z tą różnicą, że były one wątpliwie moralnie, ale nie kryminalnie.
Zupełnie odwrotnie niż u nas nad Wisłą. A i u nas na Wisłą też. Mając chociażby w pamięci seks aferę w Samoobronie (i słynne zdanie byłego wicepremiera: Jak można zgwałcić prostytutkę) czy atmosferę olsztyńskiego Ratusza.
To, co Kacaw ma za sobą, czeka za dwa tygodnie Silvio Berlusconiego. Jeśli w przypadku Izraela proces byłego prezydenta był dramatem dla tak bądź co bądź religijnego narodu, to w przypadku włoskiego premiera zapowiada się na niezły kabaret. Bo w gruncie rzeczy jego sprawa będzie tak naprawdę sądem na współczesnymi Włochami.
Dodano: 2011-03-22. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Polityka
Andrzej Strumiłło, Tomasz Gilewicz, Miłka Malzahn, Edwin Bendyk, Ilona Karpiuk, Paweł Chomczyk, Krystyna Konecka, Joanna Tomalska, Paweł Cichocki, Małgorzata Dmitruk, Magdalena Godlewska, Anna Jakubas, Stanisław Woś, Paweł Winiarski, Wiesław Szumiński, Oiko Petersen, Jerzy Szerszunowicz, Marzanna Morozewicz. 18 nazwisk, niektóre z nich wręcz instytucje podlaskiej kultury. Nie tylko przez pryzmat wieku, ale też dokonań. Odzwierciedlają generacje, których wspólnym mianownikiem jest pytanie o kulturę. A że warto o nią pytać przekonują nas w kolejnej publikacji z cyklu „Warto zapytać o kulturę”. To plon sympozjum (od kilku lat wspólnie co roku organizuje je urząd marszałkowski i sejneński Ośrodek Pogranicze), które w listopadzie w 2009 roku miało miejsce w muzeum Kluka w Ciechanowcu. Tamto spotkanie, które teraz zaowocowało publikacją, poświecono dialogowi multikulturowemu. Na jego awersie było pokazanie roli kultury i sztuki w budowaniu mostów pomiędzy ludźmi, zróżnicowanymi grupami społecznymi, narodowymi, religijnymi, etnicznymi. Na rewersie sztuka współczesna, nowe media, nowoczesne sposoby komunikowania.
Warto zapytać o kulturę sięgając po ten zbiór szkiców. Nie tylko ze względu na ową multikulturowość, ale chociażby dla tego, by zrozumieć jak przestrzeń miejsca ustępuje – jak pisze w swoim eseju antropologicznym Edwin Bendyk – przestrzeni przepływu (za sprawą społeczności internetowych). W praktyce szczególnie widać to na przykładzie miastotwórczej roli kultury. Zwłaszcza tego jej filaru, który potocznie zwie się kulturą studencką, a który w Białymstoku praktycznie nie istnieje.
Wspominam o tym nie bez kozery. Niedawno Radosław Oryszczyszyn, w felietonie na portalu Made in Białystok, zadał pytanie: Gdzie są studenci? Zadał je na kanwie procesu, który dotknął Kopiluwak. To zdaniem autora miejsce na mapie knajpiano-klubowej było jeszcze do niedawna wyjątkowe. Wręcz stworzone (za sprawą Damiana Kudzinowskiego, który już z nim się rozstał), by stać się kultową oazą młodej, białostockiej bohemy intelektualnej.
Gdybyśmy spojrzeli na niezbyt odległą przeszłość, to w gruncie rzeczy w Kopiluwaku kształtowała się też szeroko pojęta podlaska lewa strona społeczna. Nie w sensie partyjnym, zinstycjonalizowanym, ale poglądu na świat, miejsca pewnego dyskursu, podejmowania tematów, często mających znamiona trędowatości dla zwłaszcza lewej strony systemowo-politycznej.
Szkoda, że – pisze swoim felietonie Radosław Oryszczyszyn – po odejściu Damiana Kudzinowskiego Kopiluwak nie pełni już tak aktywnej opiniotwórczej roli w mieście. Dorzuca też parę gorzkich ocen natury estetycznej. Do tych ostatnich zastrzeżeń nie odniosę się, w myśl zasady, że o gustach się nie dyskutuje. A także dlatego, że wywodzę się z czasów, w których estetyka nie miała wielkiego priorytetu. Co do zaniku roli opiniotwórczego miejsca, to powiem w myśl innego powiedzenia: życie nie znosi próżni. To zupełnie inne miejsce stało się już ostoją owego dyskursu. Będąc zarazem dowodem, że kulturalne inicjatywy bez mezaliansu (minimalna opcja) lub instytucjonalnego wsparcia (maksymalna opcja) ze strony mecenatu nie tyle prywatnego, co samorządowego, są skazane w gruncie rzeczy na zarabianie ową sprzedażą kawy i piwa, o której pisze Radosław Oryszczyszyn w odniesieniu do Kopiluwaku.
Ale na koniec swojego tekstu, który jest poszukiwanie utraconego miejsca i czasu (dominacja licealistów i gimnazjalistów) socjolog stawia pytanie, które jest w gruncie rzeczy jez też i odpowiedzią o ducha tego miejsca: Gdzie są studenci?
Ponieważ jak już napisałem na początku warto zapytać o kulturę, ale też warto odpowiadać na zapytania o kulturę, przeto odpowiem tak: studentów nie ma, bo w Białymstoku nie ma kultury akademickiej.
Teza ta może dziwić, zważywszy na liczbę szkół wyższych w Białymstoku, w tym uczelni artystycznych. Ale wystarczy spojrzeć na trzy wyznaczniki białostockiej akademickość kulturalnej: juwenalia, Podlaski Festiwal Nauki i Sztuki oraz regionalny przegląd twórczości młodzieży akademickiej. Oczywiście w ciągu roku nie brak innych imprez, ale to te trzy wiosenne wydarzenia są wyznacznikami miastotwórczej roli kultury studenckiej i jej zakotwiczenia w przestrzeni miejskiej. Dość słabego zakotwiczenia (Odsyłam do tekstu, który napisałem, rok temu. Myślę, że w tym, nadal istotnej zmiany nie będzie).
Festiwal nauki i sztuki, juwenalia i przegląd dokonań artystycznych studentów tworzą tzw. kulturalny wierzchołek białostockiego trójkąta akademickiego (dwoma pozostałymi są prestiż ośrodka naukowego oraz zdolność wykorzystania potencjału intelektualnego, głównie przez białostocki rynek pracy) . Przestrzeń miejska zawarta między tymi punktami odniesienia przypomina naturę tego bermudzkiego: niby jest, a jakby jej nie było. I to jest odpowiedź na pytanie: Gdzie się podzieli studenci? Nie ma kultury akademickiej, bo nie ma studentów. Nie ma studentów, bo nie ma kultury akademickiej.
Swoje piętno odcisnęły także procesy zmniejszenia roli miejsca na rzecz przestrzeni przepływów. Niegdyś kultura studencka była trampoliną do karier artystycznych. Na scenach wielu festiwali akademickich swe pierwsze kroki stawiały gwiazdy polskiej kultury. Studencka estrada była swoistym azylem. Dziś mamy zupełne inne kanały przepływu w stronę karier, rybku estrady, sztuki, kultury. I być może dlatego także uzbrojony w internet i komórkę cyfroobywatel nie potrzebuje – jak pisze Edwin Bendyk w swoim eseju – przestrzeni miejskiej jako stałego punktu zachowań koordynacji (w tym kulturalnej).
Mimo wszystko warto czasami zapytać o kulturę, tak jak to zrobił w swoim felietonie Radosław Oryszczyszyn. A wcześniej na sympozjum 18 artystów i osób związanych z działalnością kulturalną. W czwartek (24 marca) ku temu nadarza sięjeszcze jedna okazja – spotkanie „Bardzo kulturalny człowiek” w Centrum Zamenhofa (początek o godz. 18). Bardzo kulturalni ludzie też zapytają o kulturę. Bo warto o nią pytać..
Dodano: 2011-03-23. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
„Robiłem dzisiaj zakupy w osiedlowym, mięsnym sklepie, potocznie zwanym budą. Bynajmniej nie jest to jakaś tam jatka z poprzedniej epoki, ale porządny mały “rzeźnik” z klimatyzacją. W zeszłym tygodniu kupowałem w nim salceson, za 9 zł/kg z małym kawałkiem. Zwykły, włoski salceson. Dzisiaj płaciłem już za kilogram prawie jedenaście złotych. Wtedy wziąłem cztery plastry, teraz tylko trzy. Na szczęście kaszanka gryczana nie zmieniła ceny. Tak jak przed tygodniem nadal kosztuje 7, 40 za kilogram. Tylko jak długo jeszcze?”
Powyższy tekst napisałem ponad trzy lata temu. Gdzie wtedy byli ci, którzy dzisiaj w świetle kamer chodzą po dyskontach i ci, którzy w ramach retorsji polityczno-werbalnych odpowiadają, ze chodzą po dyskontach całymi rodzinami?
I odpowiadam cytując dalszą cześć tekstu sprzed trzech lat:
„Zwolennicy wolnego rynku powiedzą zaraz, że władza nie może regulować cen. Ale też zapowiedź szefa Gazpromu, że za baryłkę ropy trzeba będzie zapłacić 250 dolarów brzmi nie tylko, jako szantaż czy zachęta do dalszych spekulacji, ale swoiste wyzwanie dla rządu i opozycji, by Polska nie obudziła, jak zwykle wtedy, gdy będzie za późno”.
No, panowie premierzy obecny i byli, rozglądający się dziś po dyskontach: czyżbyście jednak coś przespali? Chyba, że jak to powiedział klasyk poprzedniego systemu z lekką parafrazą współczesną “władza i opozycja wyżywią się same”. Nawet, gdy salceson będzie kosztował 50 złotych.
PS. W tekście sprzed trzech lat wspomniałem też o bezalternatywności . Po 36 miesiącach nic się nie zmieniło.
Dodano: 2011-03-24. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum
Jagiellonia gra jutro po południu przy ulicy Słonecznej z Piastem Gliwice. Wyobraźmy sobie, że mecz ten rozgrywany jest dzisiaj o godz. 19.15. Do końca gry pozostaje pięć minut i nagle gaśnie na stadionie światło. Nie z powodu awarii, ale „Godziny dla ziemi”. Bo właśnie w sobotę o godz. 21 w Białymstoku w ramach ogólnoświatowej akcji zgaśnie iluminacja na publicznych budynkach. A czyż stadion nie jest takim obiektem?
W praktyce trudno sobie wyobrazić, by zgasło światło z tego powodu podczas meczu. Bo transmisja telewizyjna, bo kontrakty reklamowe. Tak samo jak trudno sobie wyobrazić, by prądu nie było podczas premierowego spektaklu After Party, który inauguruje dziś właśnie o godz. 21. sezon na Węglowej. By po omacku rozdawano laury na wieczornej gali Podlaskiej Marki Roku czy bez prądu grano podczas licznych koncertów, które w tym czasie są w mieście.
Opisane sytuacje sie nie wydarzą jutro z jeszcze jednego powodu: Piast Gliwice nie gra w Ekstraklasie, Jagiellonia ma przerwę w rozgrywkach ligowych ze względu na mecze reprezentacji, nie ma jutro finału Podlaskiej Marki Roku, ani premierowego spektaklu After Party. Ale wszystkie te wydarzenia miały miejsce dokładnie rok temu, w ostatnią sobotę marca. I podczas żadnej z nich nie sposób było wyobrazić sobie, by zgasły światła. Podobnie jak podczas wielu innych imprez w mieście. I tak samo będzie i w tym roku w ostatnią sobotę marca, gdy wybija o godz. 20.30. Godzina dla Ziemi.
Odnoszę wrażenie (po roku nadal to podtrzymuję), że jesteśmy poprawni na siłę. Łatwiej przychodzi nam pstryknąć przycisk (bo takie są trendy światowe) niż wyrzucić śmieci tam, gdzie ich miejsce lub nie przechodzić obok nich obojętnie. A przecież wysypisk czy śmietnisk w mieście i wokół niego, nie tylko z racji tego, że już po zimie, jest bez liku. Tak jak zaśmiecony teren między Artyleryjską, Ploretariacką i Poleską.
Zamiast wciąż sztucznej Godziny dla Ziemi, nadal pora na prawdziwą minutę dla miasta. A ziemi w nim będzie lżej. Znacznie dłużej niż przez godzinę..
PS. Jeśli już gdzieś w wymiarze miejscowym ten globalny slogan Godzina dla Ziemi ma sens, to Japonia zdewastowana po trzęsieniu i kataklizmie.
Dodano: 2011-03-25. Autor: bezzmian. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok

Smutna to kontestacja, ale tak można tylko ocenić demonstrację na Rynku Kościuszki. Miała być wyrazem solidarności naszego miasta w ramach prowadzonej od 2006 r. akcji “Solidarni z Białorusią”. Jak co roku jest ona organizowana w rocznicę proklamowania w marcu 1918 r. Białoruskiej Republiki Ludowej. I w ramach tej akcji miał przejść “Marsz Wolności”. Ale zaiste nie był to marsz, a spacerek kilkunastu osób Rynkiem Kościuszki, Spółdzielczą, Malmeda do Loftu. Tam zagrały w ramach solidarności z wolną Białorusią białostockie zespoły.
W wymiarze publicznym Białystok udowodnił, że w idei solidarności z Białorusią daleko nam do innych miast. Nie tylko do stolicy, ale i tych z zachodniej części kraju. Dziwne to, zważywszy na naturalne predyspozycje Białegostoku do bycia takim centrum wschodnim. Wiem, organizujemy wiele akcji charytatywnych dla naszych rodaków zza wschodniej granicy, wspieramy też opozycjonistów, ale jakże ciężko przychodzi nam publicznie zademonstrowanie, chociażby w tym symbolicznym dniu, sprzeciwu wobec tego, co dzieje się po drugiej stronie granicy. Jak mamy do tego przekonać innych Europejczyków, skoro sami tego nie czynimy? To taki rykoszet do cyklu tekstów, który pisałem od początku roku pod wspólnym hasłem: „Komu jaśmin cudnie pachnie, komu odór z celi się roztacza”.
Rok temu rozmawiałem z podlaskim posłem Robertem Tyszkiewiczem (wiceszefem sejmowej komisji spraw zagranicznych) na temat polskiej polityki wschodniej. W pewnym momencie zadałem takie pytanie: Czy Białystok ma szansę stać się ośrodkiem wsparcia dla Partnerstwa Wschodniego? Z racji położenie geograficznego, historii i kultury wydaje się, że tak. Ale nadal koncepcje polityki wschodniej rodzą się gdzie indziej.
- Powoli to się zmienia. Z inicjatywy prof. Mironowicza powstaje na Uniwersytecie w Białymstoku Instytut Wschodni, który w szczególny sposób ma zajmować się stosunkami z Białorusią. Wiem, że profesorowi udało się przyciągnąć wiele znaczących nazwisk. Jest to mały, ale jednak krok w kierunku, by w Białymstoku powstało zaplecze polskiej myśli wschodniej – mówił wtedy wiceszef sejmowej komisji spraw zagranicznych.
Były to chyba zbyt płonne nadzieje posła, skądinąd bardzo zaangażowanego w obronę polskiej mniejszości na Białorusi i wspieranie opozycji Białoruskiej. Bo w przeciwnym razie to, o czym mówił Robert Tyszkiewicz, miałoby przełożenie na skalę dzisiejszej demonstracji. I dlatego nadal, niestety, muszę po raz kolejny napisać Na wschodzie bez zmian.
Dodano: 2011-03-26. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: bialystok
Majstersztyk, by przydusić Polskę? Bardzo prosty: przyznać jej organizację EURO 2012. A Polacy w myśl swojej starej maksymy „Zastaw się, a postaw się” podejmą gościnie Europejczyków.
I to robimy. Przyznał to otwarcie podczas debaty z artystami premier Donald Tusk. – Wiecie, jak kocham piłkę nożną, ale gdybym miał na to wpływ, powiedziałbym: nie organizujmy Euro 2012. Nie stać nas – przyznał w rozmowie z artystami premier.
Otóż Panie premierze, miał Pan wyjście. Zadzwonić do Platiniego i powiedzieć mu: Sorry, ale nie stać nas. Przerosło nas. Może za trzydzieści lat, jak dobrze pójdzie.
A tak pańskie słowa przypominają historię z filmu „Chile potrafi”. Opowiada ona o planach Patricio, ekscentrycznego biznesmena z Chile, który postanawia zrealizować pierwszą w dziejach Ameryki Łacińskiej samodzielną, przygotowaną bez pomocy wielkich mocarstw, załogową misję kosmiczną. I w końcu udaje mu się wysłać na orbitę Chilijczyka, prostego nauczyciela wybranego w castingu. Wkrótce, z powodu kłopotów finansowych, centrum kontroli lotu zostaje zamknięte. I kosmonautę nie ma kto ściągnąć. Podczas gdy Guillermo samotnie podróżuje po kosmosie, Amerykanie przekonani o ataku wroga, mobilizują swoje wojsko. Reżyser filmu obnaża przywary, zamiary, wybujałe ambicje, chęć porwania się z motyką na Księżyc. I pokazuje, do czego może prowadzić chore pojęcie manii i wielkości. Z morałem, że łatwiej wysłać człowieka w Kosmos niż sprowadzić go na Ziemię. Jednak to, co od sierpnia działo się na pustyni, zaprzeczyło tezie filmu. Bo jednak Chile potrafiło sprowadzić na Ziemię uwięzionych ponad 600 metrów pod ziemią górników.
Polska też potrafi i zapewne jakimś nadmiernym wysiłkiem, zupełnie irracjonalnym, uda się nam się dokończyć stadiony (i niektóre priorytetowe drogi). Tylko żeby później nie było tak, jak w piosence kwitującej zakończoną niedawno epokę spłacania długów:
Płynęła kiedyś rzeka zielona,
I złote miały być karpie
A teraz naród i głodny
I cała partia się szarpie.
Ale to nie z powodów organizacyjnych, ale czysto sportowych, powinniśmy oddać EURO. My po prostu nie zasługujemy, by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy. Ba, nawet nie zasługujemy, by im buty nosić. Piątkowy mecz z Litwą udowodnił to po raz kolejny. Pisałem o tym na blogu wielokrotnie (chociażby po klęsce Wisły z mistrzem Estonii).
Jeśli nie stać Pana na rezygnację z EURO, to może stać na defutbolizację Polski. Właśnie dla dobra piłki, którą – jak sam przyznał w sobotniej debacie – kocha.
Dodano: 2011-03-28. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Wielką frajdę, nie tylko najmłodszym, sprawili dzisiaj po południu aktorzy Białostockiego Teatru Lalek. Jak co roku raz do roku uchyli przed białostoczanami sekrety swojej sceny. A ponieważ publiczność tłumnie odpowiedziała na to zaproszenie, nic dziwnego, że w teatrze działo się, oj działo. Nie tylko w magicznej piwnicy lalek, na dużej scenie, scenie przy kominku, w pracowniach teatralnych czy choćby po zapadnią.
Samo już przejście wąskimi korytarzami pod parterem było niezłą frajdą. Podobnie jak narracja zwiedzania opowiadana przez aktorów. Miałem wrażenie, że przeniosłem się do czasów opowieści teatru nie tylko dziecięcego, który odzwierciedlali w dawno zapomnianym filmie aktor Walicki i aktor Szot.
Dodano: 2011-03-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Konflikt w podlaskiej operze i filharmonii nie jest czymś wyjątkowym. Podobny rozgrywa(ł) się w Olsztynie. Tam ponoć zaczęło się od tego, kto kogo nie zaprosił na uroczystość zawieszenia wiechy nad gmachem nowo budowanej filharmonii. Później doszły sprawy pracownicze. Dyrektor zwolnił z pracy związkowca z orkiestry, bo puzonista nagle stracił talent. Muzyk odwołał się do sądu. W końcu i innyi muzycy też zbuntowali się przeciwko dyrekcji. Ale też znaleźli się pracownicy, którzy ją popierali. Ta, w odróżnieniu od białostockiej, składała się z dyrektora zarządzającego i dyrektora artystycznego, który był jednocześnie dyrygentem. Eskalacja konfliktu sięgnęła zenitu i 19 marca musiano odwołać uroczyste otwarcie filharmonii (na 500 miejsc) wybudowanej za 68 milionów złotych (większość stanowiła dotację z programu unijnego, swoim kosztem miasto zbudowało drogi wokół filharmonii). W całym tym galimatiasie marszałek województwa warmińsko-mazurskiego przedłużył – nielubianemu przez muzyków dyrektorowi zarządzającemu – umowę na trzy miesiące (kontrakt kończył mu się w połowie marca), by mógł dokończyć wszelkie formalności związane z nowo otwartym gmachem. Ten jednak nie wyklucza, że wystartuje w ponownym konkursie. Z kolei dyrygent, a razem dyrektor artystyczny podał się do dymisji. To z kolei pozwoliło, że bez żadnych przeszkód i skandalu odbył w ostatnią sobotę koncert amerykańskiej gwiazdy Gwendolyn Bradley. A tego występu, zakontraktowanego dużo wcześniej, nie można było odwołać. Nawet z powodu konfliktu w filharmonii. Koncert poprowadził inny dyrygent.
W tej krótkiej historii rodem z Olsztyna aż roi się od bliźniaczych sytuacji z Białegostoku. Ale też widać wiele różnic. Każdy sam może je wyłuskać. Ja chciałbym jedynie uzupełnić tekst, który napisałem miesiąc temu pod tytułem “Marszałek-dyrygent. Con amore”. Zacznę od wątku, który wówczas w nim się nie znalazł. Bo też nadal podtrzymuję, że nie jest on w tym sporze najważniejszy. Jednak pod wpływem wielu komentarzy tym razem o nim wspominam..
Wymiar pracowniczy. Cóż, bowiem mają powiedzieć białostoczanie, którzy są w podobnej sytuacji pracowniczej jak muzycy lub znacznie gorszej(albo mogą się znaleźć lada chwila). Oni też są nieraz postawieni przed ultimatum. Tyle że nikt za nimi się nie ujmie, oni nie są artystami, nie pracują w instytucji, w której jest instancja odwoławcza działająca pod pręgierzem publicznym, czyli marszałek i zarząd województwa. Oni nie wywieszą transparentu „Chcemy dyrektora, a nie terrorysty”. Bo na kim miałoby to zrobić wrażenie?
Z kolei dyrektor opery wiedząc, że też jest pod pręgierzem publicznym, ale z zupełnie innego powodu, nie powinien przeciągać struny w sporze pracowniczym. Bo musiał mieć świadomość, że decydują się na taki wist w sprawach kadrowych, spotka się z reakcją będącego w trudnej, ale nie bez wyjścia, sytuacji marszałka i zarządu województwa.
W duchu kompromisu sam mógłby wyjść na przykład z inicjatywą, że do czasu otwarcia nowego gmachu zajmie się pracami właśnie z tym związanymi (ma nad czym myśleć), a bieżące kierowanie pracami artystycznymi powierzy komuś innemu. Oczywiście w uzgodnieniu, ale niepozorowanym, z radą artystyczną. Być może to kulawe rozwiązanie, ale na pewno lepsze niż brnięcie z każdym dniem w absurd. Poza tym filharmonia w praktyce przećwiczyłaby scenariusz, do którego skłania się zarząd województwa, by rozdzielić funkcje menedżera i dyrektora artystycznego. Co nie oznacza, że i w takich dualizmie zarządzającym nie dojdzie do konfliktu. Przykład Olsztyna pokazuje, jak bardzo nadzieje mogą być złudne.
I dlatego – kończąc wymiar socjalny sporu – jeśli już władze województwa (być może stare, być może nowe) i szef filharmoników (być może stary, być może nowy) będą otwierać gmach nowej opery, to niech przynajmniej pierwszy takt w ich wykonaniu oraz muzyków (być może nowych, być może starych) będzie dla tych, którzy „jak niegdyś przy saturatorach, tak teraz przy kasach” mogą tylko pomarzyć, że ktoś za nimi się ujmie. I że nie będzie to requiem.
Wymiar artystyczny. Podlaska opera i filharmonia ma swoją markę. Świadczą o tym też chociażby listy poparcia ze świata artystycznego dla obu stron konfliktu pracowniczego. Oczywiście można licytować się, kto ma większe zasługi, ale posłużę się porównaniem ze świata sportu. Czy polscy siatkarze zdobyliby złoty medal olimpijski w Montrealu, gdy nie katorżnicza praca i wymogi, które im zaserwował Hubert Wagner (stąd wziął się jego przydomek „Kat”). Ale czy nawet najbardziej rygorystyczny reżim dałby efekt, gdy Wagner nie trafił tak na dobrą sprawę na zawodników wybitnych, których talent graniczył na boisku z geniuszem?
Tyle że w życiu, sporcie, działalności artystycznej, edukacji nic nie trwa wiecznie. Po jakimś czasie przychodzi naturalne zmęczenie materiału. Gra nie układa się tak jak dawniej. Pojawiają się nieporozumienia, próby wyjścia przed szereg, dbania o własne interesy. Indywidualizm bierze górę nad grą zespołową. Ważne, by rozstać się w chwili, gdy emocje nie wybuchną z wielką siłą. Czasami stronom trudno zauważyć ów moment, po którym za chwilę przekroczą Rubikon. Dlatego tak bardzo ważne, by dostrzegła to owa instancja nadrzędna. Tymczasem ze strony władz województwa obserwujemy kolejny odcinek serialu „ Niemoc w operze” Trwa to już od blisko dwóch lat. Ontologię tej inercji opisałem w tekście „Białystok w drodze do Manaus”. Z kolei we wspomnianym na początku artykule ”Marszałek-dyrygent. Con amore” wskazałem, dlaczego ten związek zaiste z dziwną czułością podtrzymywany przez co najmniej półtora roku, ma nagle zakończyć się rozwodem. Tyle, że na razie przybrał stan separacji, która – w przeciwieństwie do Olsztyna – może się zakończyć się znacznie większym skandalem.
Rozumiem, że władze województwa nie umiały od czerwca 2009 roku rozwiązać kwestii zarządzania operą (godząc się chociażby na dziwny kontrakt dyrektora w Seulu), ale zaprawdę nie rozumiem dlaczego nie są w stanie zrobić tego teraz. Marszałek zadeklarował, że do czasu 11 kwietnia, gdy odbędzie się nadzwyczajna sesja sejmiku w jego sprawie (teraz już 4 kwietnia), nie będzie podejmować żadnych decyzji odnośnie opery. Niby dlaczego? Przecież nie został zawieszony w wykonywaniu swoich obowiązków. Co więcej, wykonuje je w innych sprawach, też znaczącej wagi. Co stoi zatem na przeszkodzie, by i w tej sprawie podejmować decyzje, a nie tylko pozorowane próby mediacji. Bo mediacja w osobie członka zarządu województwa Jacka Piorunka, działa na niekorzyść marszałka. Wszak od razu rodzi się pytanie: dlaczego to nie marszałek mediuje, skoro członek zarządu województwa jest w takiej samej sytuacji, z powodu, której marszałek nie mediuje? Tu nie ma już czasu na takie zabawy. Potrzebne są szybkie decyzje.
Jakie? Kilka wariantów wbrew pozorom zarząd ma, i to nawet w skrajnym wydaniu. Ale darujcie Państwo, to nie mi Podlasianie płacą kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie za zarządzanie województwem i właściwy nadzór nad jego instytucjami (w tym kulturalnymi), bym na tacy podsuwał gotowe rozwiązania. No może poza jednym: puścić mimo uszu wszelkie głosy artykułowane z pozycji politycznych.
Bo to nie polityka, sprawy socjalne, artystyczne, ambicjonalne są solą Opery i Filharmonii Podlaskiej. Na kanwie owych wątków wszystkim stronom sporu, a jest ich już więcej niż kierunków świata, umyka coś bardziej ważniejszego. To że Białystok naprawdę jest w drodze do Manaus:
„Kto widział film Wernera Herzoga “Fitzcarraldo”, ten wie, do czego jest zdolny maniak ogarnięty ideą bez reszty (w filmie – tytułowy bohater). Doprowadza do budowy opery w środku brazylijskiego interioru. I choć to film, opera na końcu świata naprawdę powstała. W Manaus u schyłku XIX wieku. Dziś monumentalna budowla jest symbolem świetności ery boomu kauczukowego, który był w stanie sfinansować każdy kaprys, nawet w dżungli amazońskiej.
W podobnej sytuacji jest nasza opera. Jej budowa, początkowo szacowana na 40 milionów, ponoć ma się zamknąć kwotą 230 milionów. Ale dziś tak naprawdę nikt nie da gwarancji, ile jeszcze pochłonie pieniędzy. Na razie brakuje 50 mln złotych: na rzeźby, instrumenty, multimedia. Urząd marszałkowski liczy na wsparcie z resortu kultury, ale mogą być to nadzieje płonne (ach te oszczędności na wszystkim). Przeto zostają marzenia, że do 2012 roku budynek uda się wykończyć. Ale czyż marzenia, tak jak w Manaus, nie mogą być warte opery? I nie tylko za trzy grosze.
Powstający gmach Opery i Filharmonii Podlaskiej stanie się nie tylko symbolem miasta, ale też jego atutem wizerunkowym czy kartą przetargową w konkursach i rankingach. Magnesem przyciągającym artystów, ale też i turystów. Zarazem jednak cieniem rzucanym na kulturalną stronę miasta, ponieważ koszty związane z działalnością opery znacząco mogą ograniczyć budżety innych instytucji kulturalnych. Bo choć jest to inwestycja samorządu wojewódzkiego, to poprzez bardzo mocne zakorzenienie w krajobrazie, nie tylko kulturalnym, najbardziej białostocka z białostockich. I być może wymagająca wspólnego finansowania przez oba samorządy. A wtedy te mniejsze instytucje mogą czuć się zagrożone.
Jeśli jednak opera ma być traktowana, jako dobro wspólne, to warto, aby strony sporu przedstawiły taką argumentację, która przekonałaby już dziś zarówno tych mieszkańców województwa spod Wiżajn i Drohiczyna, jak i tych z Łap i Hajnówki, że powinni oni łożyć na jej utrzymanie. Także wówczas, jeśli nigdy w życiu nie przekroczą jej progu. I że te ich skromne grosze nie zostaną rozdrobnione na marne. Bo my, w odróżnieniu od szaleńców z Manaus, kauczuku lub innego złotego runa nie mamy”.
Miejcie to na uwadze, szanowni akolici wszystkich stron – tego z każdym dniem coraz bardziej żenującego – sporu.
Dodano: 2011-03-29. Autor: bezzmian. Komentarzy: (13)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Tradycyjnie już 30 marca, ani słowa o białostockiej polityce, ani tym bardziej o krajowej. Ale o artystce, o której stuknęło dzisiaj … Kobiecie wieku co prawda sie nie wypomina, ale nic w tym zdrożnego, że buntowniczka z Ohia, jak okrzyknięto ja ponad dwie dekady temu, kończy 47 lat. Dzisiaj już nie tak wojownicza, ale nadal wierna swoim tekstom i muzyce.
Moje spotkanie z Tracy Chapman zaczęło się dwie dekady temu. Nikomu nie znana dziewczyna wychodzi z pudłem na londyński Wembley i zaczyna grać. Śpiewa słowa, które tu nad Wisłą, wydawały się wówczas abstrakcją.
Pamiętam jak dziś tłumaczenia jej tekstów, które prezentował w radiowej Trójce niezapomniany Tomasz Beksiński. Gdzieś jeszcze na starym magnetofonie szpulowym mam to nagrane. “Masz szybki samochód, a ja bym chciała uciec dokądkolwiek. Może zawrzemy układ”. Tak śpiewała w utworze “Fast car”.
1. Talkin’ ‘Bout a Revolution
2.Fast Car
3.Across the Lines
4.Behind the Wall
5.Baby Can I Hold You
6.Mountains O’ Things
7.She’s Got Her Ticket
8.Why?
9.For My Lover
10.If Not Now
11.For You
Kolejność utworów z tej płyty trudno zapomnieć. Bo też ten pierwszy krążek Tracy Chapman jest dla mnie płytą skończoną, absolutną.
Dodano: 2011-03-30. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Zadziwiło mnie do granic, nie tyle przyznanie przez zarząd województwa odznak honorowych Tadeuszowi Truskolaskiemu i Donatowi Kuczyńskiemu, szefowi departamentu architektury białostockiego magistratu, co uzasadnienie do odznaczenia. Czytam je po raz enty i nadal nie mogę uwierzyć w owe laudacje. Przeto przytoczę je w całości.
- Tadeuszowi Truskolaskiemu – za zaangażowanie w działania na rzecz rozwoju Miasta Białegostoku przy jednoczesnym poszanowaniu dziedzictwa kulturowego i historycznego oraz szczególną dbałość o promowanie Województwa Podlaskiego na terenie kraju i całej Unii Europejskiej. Wniosek o odznaczenie złożyło Polskie Towarzystwo Mieszkaniowe Lublin – współorganizator międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę – na najlepszą inwestycję budowlaną po obu stronach wschodniej granicy Unii Europejskiej”.
Tadeusz Truskolaski – Prezydent Miasta Białegostoku od 2006 r. jest współorganizatorem i patronem międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę”. Jego zaangażowanie w prace nad rozwojem stolicy Podlaskiego przyczynia się do poprawy jakości i estetyki budowli a także służy przywracaniu miastu należnej mu świetności z jednoczesnym poszanowaniem dziedzictwa historycznego i kulturowego. Jest inicjatorem wielu przedsięwzięć międzyregionalnych. Podejmuje działania na rzecz intensyfikacji innowacyjności w regionie, przyczynia się do tworzenia warunków rozwoju transgranicznej współpracy regionów na europejskim Szlaku Słońca i Śniegu.
- Donatowi Kuczyńskiemu – za zaangażowanie w działania na rzecz rozwoju Miasta Białegostoku oraz dbałość o promowanie Województwa Podlaskiego na terenie kraju i całej Unii Europejskiej. Wniosek o odznaczenie złożyło Polskie Towarzystwo Mieszkaniowe Lublin – współorganizator międzynarodowego konkursu „O Kryształową Cegłę – na najlepszą inwestycję budowlaną po obu stronach wschodniej granicy Unii Europejskiej”.
Pan Donat Kuczyński od 2006 r. jest członkiem kapituły międzynarodowego konkursu
„O Kryształową Cegłę” obejmującego swoim zasięgiem Polskę Wschodnią oraz przygraniczne regiony Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy i Słowacji. Działa na rzecz intensyfikacji innowacyjności w regionie, przyczynia się do tworzenia warunków rozwoju transgranicznej współpracy regionów na europejskim Szlaku Słońca i Śniegu. Jego zaangażowanie w prace nad rozwojem urbanistycznym Miasta Białegostoku przyczyniają się do poprawy jakości i estetyki układu przestrzennego miasta a także służą przywracaniu miastu jego świetności z poszanowaniem dziedzictwa kulturowego.
Już nie chodzi o to, że o odznaczenie wnioskowało towarzystwo, z którym odznaczeni mają ścisłe związki. Ani o ten Szlak Słońca i Śniegu, slogany o innowacyjności czy transgranicznej współpracy. Kuriozum tej laudacji polega na tym, że zarząd województwa przyjął argumentację lubelskiego towarzystwa, która nijak ma się do białostockiej rzeczywistości. Zwłaszcza w wymiarze, który określa frazes „do poprawy jakości i estetyki budowli a także służy przywracaniu miastu należnej mu świetności z jednoczesnym poszanowaniem dziedzictwa historycznego i kulturowego”. Mogę domniemywać, że wnioskodawcy mieli na myśli Rynek Kościuszki. To prawda, za rynek prezydenta ma prawo do dumy, ale takie samo ma jego projektant Zenon Zabagło i jego zespół.
Ale nie samym rynkiem Białystok żyje. Tego być może nie widać w Lublinie. Bo jak się ma troska o dziedzictwo wyrażona w zaakceptowanej laudacji do niechęci powołania miejskiego konserwatora zabytków zadeklarowanej przez prezydenta na ostatniej sesji rady miejskiej (pisaliśmy o tym w środę, i jutro w Obserwatorze). Jak się ma estetyka z laudacji do zeszpecenia charakteru ulicy Warszawskiej poprzez przyzwolenie na budynek zupełnie niepasujący wysokością do innych? Jak owa laudacja ma się do przypadku rozbiórki budynku przy Grunwaldzkiej zamiast przeniesienia go do skansenu w Osowiczach?
Problem z zachowaniem wizualnego dziedzictwa Białegostoku to nie są tylko ostatnie lata. I to trzeba jasno powiedzieć. Ale także to, że dbałość o owe dziedzictwo przejawia się w zaiste dziwny sposób. Nie tylko ze strony wojewódzkich służb konserwatorskich. Powtórzę to jeszcze raz: z Lublina można tego nie widzieć, z budynku przy ul. Wyszyńskiego w Białymstoku – nie.
Ale ponieważ jutro jest prima aprilis to przekornie zażartuję: po takim odznaczeniu nie wypada już chyba, by odkryte niedawno sekrety podziemnego centrum Białegostoku (piszemy o nich jutro w Porannym) nie ujrzały na stałe światła dziennego. Podobnie jak miejski konserwator zabytków.
Dodano: 2011-03-31. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Nie po to rząd przesunął miliardy z OFE do ZUS, by teraz jakąś ich cześć tracić na zmniejszeniu akcyzy zawartej w cenie benzyny. Ale już w lipcu pisałem (przypominam tę cezurę czasowa, bo dziś pogoda na dowcipy), że najlepszym sposobem zmniejszenia ryzyka związanego z tym, co dzieje się na świecie będzie nadanie polskiego obywatelstwa Franciszkowi S. W końcu lepiej tego drania mieć bowiem po swojej stronie niż miałby działać przeciwko obywatelom Polski.
Zresztą wielu znawców półświatka mówi, że tak na dobrą sprawę nie mamy szans obronić się przed jego niecnymi pokusami. A skoro tak, to lepiej przekabacić go na naszą stronę. Taki mały azyl nad Wisłą. Historia pokazuje, że możemy na tym całkiem nieźle zarobić. Znacznie lepiej niż byśmy tak samo postąpili z Aurelią O. Bo ta może np. bez przyczyny doprowadzić Cię do ruiny. W końcu nie nadaremnie są do niej przyczepione epitety: to sekutnica, to hetera, to jędza , zmora, ectera
Przeto już z dwojga złego lepiej zaopiekować się Franciszkiem Sz. Najlepszą formą takiej adopcji, będzie nadanie mu polskiego obywatelstwo. Skoro dorobili się jego i Olisadebe, i Roger, o których teraz słuch zaginął, to i dla Franciszka Sz. znajdzie się pewnie polski paszport. Zwłaszcza, że lobby za takim rozwiązaniem będzie znacznie szersze niż to było w przypadku futbolistów. W końcu nie bez powodów ciągnie sie za nim na świecie mit króla kasiarzy.
Dodano: 2011-04-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Pod koniec swego pontyfikatu Jan Paweł II zwrócił się z zapytaniem zatroskanego ojca do Polaków: „Co wyście zrobili z tą wolnością ?” Pytanie to boli do dziś. Zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie wizytę Ojca Świętego z 1991 roku. Wówczas papieska katecheza oparta na Dziesięciorgu Przykazaniach dotyczyła pułapek i zagrożeń jakie owa wolność przynosi (dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich był Białystok). Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II. Część mediów i społeczeństwa zarzucała Papieżowi, że nie rozumie liberalnej demokracji oraz ingeruje – jako osoba duchowna – w strefę działalności politycznej. Ale papież niezłomnie powtarzał: Demokracja zapewnia udział obywateli w decyzjach politycznych i kontrolę rządzących, wolna ekonomia pozwala na rozwój inwencji gospodarczej człowieka.
I zastrzegał: Ale taka demokracja, która ma oparcie na gruncie stałych wartości i tylko taka wolna ekonomia, która służy człowiekowi, służy kształtowaniu świata bardziej ludzkiego i sprawiedliwego.
Zastanawia, że po tylu latach wśród tak wielu wartości dostrzeganych przez młodych ludzi w nauczaniu Jana Pawła II nie znalazło się pojęcie wolności. Czy dlatego, że młodzi nie zrozumieli jeszcze koncepcji wolności prezentowanej w nauczaniu Papieża, czy też się z nią nie zgadzają, ale przez szacunek dla Jego osoby nie dotykali w ogóle tego zagadnienia. A może nie mają kompleksu wolności, bo odkąd pamiętają cieszą się wolnością, którą zawdzięczają Janowi Pawłowi II?
Jeśli jednak wydarzenia z kwietnia 2005 roku nie były grą pozorów, to na zewnętrzne efekty wewnętrznej przemiany będziemy musieli poczekać kilkanaście lat, jeśli nie dekad. Być może dopiero wtedy depozytariusze papieskiego nauczania wezmą to, co niego najważniejsze – kierunkowskazy prowadzące wierzących do Boga, niewierzących do drugiego człowieka, a wszystkich do „odmiany oblicza ziemi”. Tej ziemi.
Być może, my współcześni Papieżowi nie jesteśmy w stanie tego dziś jeszcze pojąć. Bo podchodzimy uczuciowo i czcimy rocznicę żalu. Jesteśmy bardziej emocjonalni niż racjonalni. W godzinę 21.37
I być może dlatego bardziej w pamięci mamy dzień śmierci Papieża niż dzień jego wyboru. Ale w badaniach prowadzonych w latach ubiegłych ponad połowa Polaków chciała by 2 kwietnia został uznany za święto narodowe lub państwowe i był dniem wolnym. Przepraszam, ale mamy świętować że zmarł nam Papież? Czy też sposób jaki przeżywaliśmy jego odejście?
A 16 października miałby inną wymowę. Podwójną – jak powiedział kiedyś prof.Jerzy Kopania. Po pierwsze, symbolizowałby dzień, w którym Polska osiągnęła najwyższą godność w naszej cywilizacji. Po drugie, przypominałby, że ten rozwój cywilizacyjny i przynależność do krajów Zachodu zawdzięcza chrześcijaństwu.
I wcale nie musiałby być dniem wolnym od pracy. Wystarczy, że świętem państwowym (dzień flagi, dzień żołnierzy wyklętych), a w sumieniu doznaniem religijnym lub metafizycznym. By tak się stało, musi jeszcze wiele wody w Wiśle upłynąć. Być może przez kilka pokoleń.
Dodano: 2011-04-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum, Wiara
Dla dobra Polski i dobra życia publicznego Jarosław Kaczyński musi odejść. Nie można dopuścić, żeby rządził w PiS do wieku stu lat – mówiła wczoraj w Lublinie liderka PJN Joanna Kluzik- Rostkowska.
Tak się jednak dziwnie składa, że to pani poseł przyłożyła się do tego, i to bardzo, by Jarosław Kaczyński, w tej polityce trwał. Albowiem nie miał on żadnych szans na wygranie wyborów prezydenckich. Co więcej, w ogóle nie powinien w nich stratować. Dla swojego dobra, prawicy polskiej (nie pisze tu o PiS, bo ten poległ w katastrofie smoleńskiej – w sensie jakościowym; całe zaplecze kancelarii prezydenckiej i to jest fakt niepodważalny), dla dobra Polski. I zamiast namawiać go do startu, jego najbliżsi stronnicy (a wtedy do nich zaliczała się także dzisiejsza liderka PJN) powinni zrobić wszystko, by go odwieźć od startu. Co oznacza, że nie powinni w nim widzieć tylko tego jedynego kandydata. Alternatywą było nie wystawianię żadnego kandydata. I to jest największy grzech Joanny Kluzik-Rostkowskiej jako polityka. Nie potrafiła realnie ocenić sytuacji po 10 kwietnia, naiwnie wierząc w sukces kierując kampanią prezydencką.
I dlatego jeśli dziś Jarosław Kaczyński jawi się niczym Aguiree, gniew Boży (bohater filmu Wernera Herzoga), to także zasługa obecnych polityków PJN.
Dodano: 2011-04-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Polityka

Ten charakterystyczny zwrot przez lewę ramię (uwieczniony tym razem przez Wojciecha Wojtkielewicza) jest już tradycją sesji sejmikowych, na których głosowany jest wniosek nad odwołaniem marszałka Jarosława Dworzańskiego. Podobnie było dwa lata temu. Jakże wówczas uśmiech ten kontestował z innym obliczem, które tamtego dnia na zawsze wryło się w pamięć. Paradoksalnie tamtego dnia napisałem komentarz, wbrew pozorom nie tak odległy od materii, która legła u podstaw dzisiejszego uśmiechu marszałka.
A ten na awersie, ma nie tyle upokorzony swoją słabością podlaski PiS , ale to, co obala mit społeczeństwa w Białymstoku (na Podlasiu).
Dodano: 2011-04-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna
Tagi: podlasie
Miałem kiedyś nauczyciela od po (dla młodszych czytelników należy się wyjaśnienie: skrót bynajmniej nie od partii, ale przysposobienia obronnego), który – jak to wojskowy i to rodem z kresów – mówił, że dać ludziom wódki i samochody, a od razu w kraju będzie spokój i porządek. Iście to totalitarna była wizja w kraju, w którym co prawda wódka była, ale samochodów za cholerę. Ale po latach wizja ta, niestety, się powoli spełnia. Jednak nie za sprawą podstępnej władzy, a ludzkiej głupoty. Nastały czasy, gdy sięgnięcie równoczesne po kieliszek i samochód nie sprawia większej trudności (z natury ekonomicznej).
Czyż to nie jest forma totalitaryzmu w stosunku do innych obywateli? I dlaczego państwo nie broni tych obywateli, którzy przez ten totalitaryzm zagrożeni są eksterminacją drogową?
Dodano: 2011-04-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Rozum
Opera podlaska i stadion miejski. Dwie sztandarowe inwestycje w Białymstoku. Dla mas i koneserów albo, jak kto woli, dla koneserów i mas. Sedno tej logiki widać najlepiej w polskiej komedii „Mąż swojej żony” – kompozytor muzyki współczesnej zawsze był w cieniu swojej żony, słynnej lekkoatletki. Aż tu nagle nastał niespodziewany finał. Jak to w przyjemnej, lekkiej komedii z plejadą, już niestety, nieżyjących polskich gwiazd filmowych.
Wracając do naszych inwestycji, czyżby stadion miejski miałby czekać podobny los, jaki był udziałem opery? O tych operowych przetargowych perturbacjach w swoim czasie media pisały bez liku. Te stadionowe też jakoś nie miały szczęścia. Do tego stopnia, że podsumowując pierwszą kadencję prezydent właśnie sprawy związane ze stadionowymi przypadkami przetargowymi uznał za te, które wyszły nie tak, jak na początku zakładano. Ale pewnie w najczarniejszych snach nie przypuszczał tego, o czym pisze dziś „GW”. A z nim kibice, w perspektywie nadchodzącego sezonu.
Zapewne stadion i operę jakimś nadbiałostockim i nadpodlaskim wysiłkiem dokończymy (nie mamy wyjścia, choćby z tego powodu, że są finansowane z funduszy unijnych). Ale w przypadku obu tych inwestycji o wiele ważniejsze jest coś innego: Co dalej? Za co je utrzymać?. Czy będą taką kotwicą ciągnącą na dno budżety innych miejskich i wojewódzkich instytucji? Co będzie, jeśli Jagiellonia (odpukać, ale w piłce różnie to bywa) nie będzie grać w ekstraklasie? A prawdę powiedziawszy to raz na jakiś czas powinna i o szczebel wyżej, – czyli w europejskich pucharach. I co zrobić, by ubiegłoroczna przygoda z Arisem nie była tą pierwszą-ostatnią.
Te dylematy wydają się dzisiaj jeszcze mgliste, ale od nich nie uciekniemy. Wcześniej czy później pytanie o przyszłość stadionu się pojawi.
Podobnie jest z operą. Nie będę przytaczał dowodów na poparcie tej tezy, bo w ostatnich tygodniach o tym, co dzieje się, gdy muzyka nie łagodzi obyczajów, pisałem na blogu wielokrotnie. Dla władz województwa dzisiejsza decyzja w sprawie szefa opery nie jest bynajmniej końcem sprawy, a tak na dobrą sprawę nowym jej początkiem.
Rozpocząłem powyższy wpis filmowym miszmaszem sportu i kultury z górnej półki, pora zakończyć tym samym. „Aria dla atlety”, z wybitną rolą Krzysztofa Majchrzaka, rozpoczyna się sceną, w której stary mistrz zapasów wręcza miejscowej operzekolekcję atlasów – statuetek zdobytych w walkach. Operze, drugiej miłości po zapasach. Udowodniając, że można połączyć te dwie, wydawałoby się takich przeciwległych krańców, dziedziny sztuki.
Czy podobnie będzie w Białymstoku? Oby, bo w przeciwnym razie będzie to trawka dla śpiewka. Zielona jak ściany opery.
Dodano: 2011-04-06. Autor: bezzmian. Komentarzy: (3)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: podlasie
Prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie afery hazardowej. Po jej wybuchu napisałem tak:
“Prawo nakazuje rozwikłać aferę hazardową. Co jakiś czas na jednorękich bandytach wykładają się kolejni posłowie (i to z różnych opcji). Politycznie, nie prawnie. Bo te ostatnie sprawy są umarzane, jako konsekwencja postępowań organów państwa. Nie z woli premiera, ministra, ale prokuratury, i w ostateczności sądów. Bo tak stanowi prawo. I tak powinno być tym razem. Ktoś może powiedzieć: zaraz, zaraz, ale wymiar sprawiedliwości nadzoruje minister Czuma. I bardzo dobrze, bo ma najlepszą okazję udowodnić, że rozdzielenie funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, które tak forsował, miało sens.
W sprawie posła Chlebowskiego uderza coś innego: język, jaki bucha z ujawnionych rozmów. Czy za taką samą grypserę i slang szef klubu PO nie zostawiał suchej nitki na bohaterach podsłuchów w sprawie zwiedzania ostatniego piętra hotelu Marriott i tych, którzy ich usadawiali na stanowiskach państwowych? W niedzielnej audycji w radiu Zet, kiedy gościł w niej jeszcze poseł Chlebowski, jako szef klubu PO często odpierał zarzuty swoich adwersarzy w taki mniej więcej sposób: – No, nie Panie pośle, tak nie można mówić. Takie mówienie jest nieuprawnione.
No właśnie panie pośle Chlebowski, tak nie można mówić. I za to powinien pan zniknąć ze sceny politycznej. A resztę to już domena państwowych organów prawnych. Bo tak stanowi prawo.”
W oparciu o prawo prokuratura umorzyła dziś, 8 kwietnia 2010 roku, sprawę. A co nie jest prawnie zabronione, jest dozwolone (zasada ta stała się jednym z kanonów ostatnich dwóch dekad). Czy to oznacza, że jej bohaterowie powrócą na salony najbliższego sezonu politycznego? Zależy to od tego, jak dalece spauperyzowało się w świadomości społecznej znaczenie etyki i wszystkich jej pochodnych. Albo nadal jest imperatywem, albo nic nieznaczącym frazesem.
Dodano: 2011-04-07. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: prawo
W styczniu w Pałacyku Gościnnym w Białymstoku zebrał się okrągły stół podlaskich parlamentarzystów i samorządowców w obronie naszych dróg. Wszyscy podkreślali, że nie było przy owym stole opozycji, koalicji. Nie ważne są różnice polityczne, że w tej sprawie wszyscy są razem. Samorządowcy i posłowie. Ci ostatni (perspektywa wyborów zmusza do nadzwyczajnej aktywności) zapewniali, że zamierzają walczyć o pieniądze na budowę i przyspieszenie remontu S-8.
Pokłosiem tej biesiady miało być podpisanie nazajutrz deklaracji, wspólnego stanowisko w sprawie szybszej budowy S-8, które miało zostać zostanie przekazane premierowi. Jak to często bywa słowa nie zawsze zostają przenoszone na papier i owa deklaracja pozostała już tylko w zapomnianych sferach deklaratywnych. Później wszyscy jeszcze zadowoli się inną deklaracja, ministra infrastruktury. Podczas otwarcia obwodnicy Wasilkowa Cezary Grabarczyk zadeklarował, że jego życzeniem jest, by pieniądze zaoszczędzone na przetargu przy budowie obwodnicy Augustowi, zostały na Podlasiu na inne nasze drogi. W sumie to miało być jakieś 400 mln złotych.
Po tej deklaracji Drogowy Front Jedności Regionu pełny ukontentowania gdzieś się zawieruszył. A wspominanym o tym właśnie teraz nie bez kozery. Kilka dni temu „Puls Biznesu” zastanawiała się czy Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zaoszczędziła środki przeznaczone na budowę dróg w realu, czy na papierze. – Jednocześnie resort zaprzecza, aby GDDKiA kiedykolwiek takie wiadomości podawała. Jednak takowe komunikaty były i zapowiadały wykorzystanie nadwyżek finansowych przy innych inwestycjach. Jak więc należy rozumieć określenie “oszczędności”, skoro jeszcze 14 lutego Minister Cezary Grabarczyk deklarował wykorzystanie oszczędności w kwocie 400 mln zł przy przetargu mającym wyłonić wykonawcę obwodnicy Augustowa, na modernizację dróg w Podlaskiem – zastanawia się “Puls Biznesu”.
I odpowiedź na to pytanie, to robota dla naszego Drogowego Frontu Jedności Dróg. Ale jakoś nikt za szable nie chwyta, na koń nie wsiada, by sprawę wyjaśnić. Cisza. Czyżby dlatego, że nasze lobby nie tylko uśpione, ale też – i wielokrotnie to pokazało- pręży muskuły na papierze.
I Wy drodzy lobbyści chcielibyście, by mieszkańcy regionu nad Wami łzy poronili, bo nagle zasiądzie Was w Sejmie o jednego mniej. Ale chyba po raz pierwszy w historii pozostali mieszkańcy Podlaskiego nie zamierzają z powodu straty, którą poniesie region, uronić łez. Wszak nie ilość, a jakoś reprezentacji decyduje o skuteczności danego lobby. Cichosza, jednym słowem.
PS. Może się mylę, może nasi przedstawiciele zainteresowali się tym, o czym pisze Puls Biznesu. Tak, chciałby się pomylić. Z drugiej strony, gdybybyło inaczej, czyż sami by się nie pochwalili. Przed wyborami w cv ten punkt, to byłoby coś..
Dodano: 2011-04-08. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: bialystok
Podmiana w nocy przez Rosjan tablicy w Smoleńsku. Tuż przed 1. rocznicą katastrofy. Tablicy, która była od 13 listopada. I choć – jak dziś twierdzą Rosjanie nie zgadzali się z napisem – to jednak nie zdecydowali się na żaden gest. Dopiero teraz. Na kilka godzin przed rocznicą. Pod osłona nocy, w skryciu. Ile w tym działaniu symboliki NKWD-owskiej, której byliśmy świadkami wielokrotnie w historii (a najczarniejszym jej symbolem jest strzał w głowę polskich oficerów przed 71 laty), a ostatnio chociażby podczas słów szefowej MAK-u o alkoholu wykrytym w organizmie polskiego generała. NKWD-wskiej, ale też imperialnej tradycji rosyjskiej, bo Rosjanie dobrze wiedzieli, że podmieniając tablicę ingerują w wewnętrzne sprawy Polski.
Współczuję rodziną, które przybyły na dzisiejsze uroczystości w Smoleńsku. Bo w gruncie rzeczy demonstracja Rosjan była dla nich jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ileż w sobie musiały mieć siły, by po takiej prowokacji ze strony Rosjan wytrzymać w tej straszliwej zawierusze? I nie zrobić zwrotu w tył. Nic dziwnego, że w ich wypowiedziach słowo „skandal” łamie im głos.
To, czego nie mogły zrobić dziś rodziny, mogą zrobić władze państwa. Nie przyjmuję do wiadomości argumentacji, że nieobecni nie mają racji. Tak samo jak nie przyjmowałem logiki zawartej w styczniowych słowach premiera Tuska. Powiedział on wtedy, że: „w ostatnich latach udało się osiągnąć poprawę stosunków polsko-rosyjskich. Nie można więc dopuścić do sytuacji, w której jakiekolwiek zaniechanie mogłoby doprowadzić do zakłócenia budowy dobrych stosunków. – Dla dobrych relacji między Polską a Rosją nie ma alternatywy – powiedział premier podkreślając, że relacje te muszą być oparte na prawdzie”
Po tej wypowiedzi napisałem tekst “Tusk w cieniu Sikorskiego”. Nie Radosława, ale Władysława Sikorskiego. Pisałem w nim, że jest alternatywa, którą zresztą wskazuje sam premier: prawda. Za wszelką cenę, także wtedy, gdyby okazało się, że ze wschodu powieje Syberią na wiele lat. Prawdy nie można składać na ołtarzu obawy o przyszłość ledwie, co ocieplonych relacji.
Zresztą już kiedyś rząd Polski był w podobnej sytuacji, choć jakże geopolitycznie i militarnie nieporównywalnej . W 1941 roku na mocy układu Sikorki-Majski znormalizowano stosunki rządu londyńskiego z Moskwą. Półtora roku później odkryto groby katyńskie. Rząd generała Sikorskiego niezależnie zwrócił się 17 kwietnia do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o zbadanie sprawy. MCK (ograniczony przez hitlerowców) po sześciu dniach oświadczył, że gotowy jest współdziałać w ustaleniu prawdy pod warunkiem, że zwrócą się o to wszystkie zainteresowane strony, a więc też ZSRR. De facto dało to wolną rękę Stalinowi do zablokowania działań pod egidą MCK. 26 kwietnia 1943 Związek Radziecki zerwał stosunki dyplomatyczne (iskrzyło w nich od jakiegoś czasu) z rządem polskim na uchodźstwie. Czy wyobrażacie sobie Państwo, by w trosce o nie zrywanie tych stosunków, generał Sikorki mógł zaniechać oddania sprawy do MCK, a w konsekwencji walki o prawdę?
Zdaniem prezydenckiego ministra Sławomira Nowaka podmiana tablic na miejscu katastrofy w Smoleńsku nastręcza pewne kłopoty przed wizytą prezydenta Bronisława Komorowskiego w Smoleńsku. Otóż, żadnych kłopotów. Tu nie ma żadnego wyjścia awaryjnego, tu wyjście jest nadzwyczaj proste. Prezydent nie powinien się spotykać w Smoleńsku z prezydentem Rosji. Jeśli Rosjanie tego nie przyjmą do wiadomości, prezydent nie powinien leć do Smoleńska. W trosce o prawdę, na wzór Władysława Sikorskiego.
Dodano: 2011-04-09. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Polityka
Gdy szukam w pamięci obrazów, które najbardziej mi utknęły przed rokiem, od razu przypominają mi się dwa. Pierwszy, który do tamtej chwili mogliśmy jedynie w takiej skali doświadczyć tylko na ekranie taśmy filmowej. Ostatnia scena filmu „Demony wojny” Władysława Pasikowskiego rozgrywa się na pokładzie wojskowego samolotu transportowego. Wraca nim z Bośni (oprócz załogi) major Keller. Siedzi sam, a wokół niego ustawionych jest bodajże osiem trumien żołnierzy poległych podczas dowodzonej przez niego akcji. To robiło na widzach porażające wrażenie.
Tyle, że to był film, w rzeczywistości nigdy takiego transportu do kraju poległych nie było. Do 14 kwietnia 2010. Tego dnia z Moskwy do Warszawy przetransportowano 30 trumien z ciałami ofiar smoleńskiej katastrofy. Ich widok wynoszonych z samolotu na Okęciu, przewożonych karawanem za karawanem ulicami Warszawy i w końcu ustawionych na Torwarze zostawił na wszystkich Polakach piętno. A przecież jeszcze do kraju miało wrócić 64 trumny. Zaiste, jaźń tego nie była w stanie ogarnąć. I chyba nie jest w stanie do dzisiaj.
I druga scena, choć o trzy dni wcześniejsza. 11 kwietnia 2010 roku. Obserwując na ekranie redakcyjnego telewizora przejazd żałobnego konduktu ulicami Warszawy i te nieprzerwane tłumy, które żegnały prezydenta Polski, przez głowę przemykały obrazy zapamiętane z filmów. Bo te niedzielne sceny przypominały dwa podobne wydarzenia z historii Polskie. Jedno sprzed wieków, drugie sprzed 75 lat.
Tak, bowiem w maju 1935 roku Polacy żegnali marszałka Józefa Piłsudskiego. Wtedy też na trasie konduktu ustawiły się tłumy warszawiaków. Widać to na przedwojennych filmach dokumentalnych. I drugi obraz nakreślony dzięki filmom fabularnym i kronikom pisanym, to kondukt żałobny ciągnący z Tykocina do Krakowa po śmierci Zygmunta Augusta.
I te analogie nasuwały się same. Ale też obserwując tamte sceny z 11 kwietnia, miałem nieodparte wrażenie, że tłumy pogrążone w smutku przywróciły zbiorowej świadomości, a może i nawet bardziej nadały nowe znaczenie majestatowi urzędu prezydenta RP. Bez względu, kto go pełni.
Trzeba mieć nadzieję, że obudzony w trakcie tego smutnego weekendu szacunek do polityków w ogóle, szczególnie zaś do tych, którzy nie cieszyli się, na co dzień powszechnym uwielbieniem Polaków, pozostawi trwały ślad w kulturze politycznej naszego narodu. Jakże paradoksalne jest, że dopiero teraz, 20 lat po odzyskaniu pełnej suwerenności, zaczęliśmy mówić o politykach: elita. Ci, z których czasami drwiliśmy, wytykając różne mniejsze bądź większe słabości, musieli zginąć, aby zasłużyć na uznanie i miano bohaterów – pisał przed rokiem Radosław Oryszczyszyn. – Jako naród zdaliśmy egzamin, przed którym postawiła nas zbrodnia katyńska. Zdołaliśmy odtworzyć elity, zbudować silne, rozwijające się państwo i gospodarkę odporną na ogólnoświatowe kryzysy. W tej chwili przed nami kolejna próba, z którą razem musimy uporać się po sobotniej katastrofie. Czy obronimy wspólnotę i staniemy się lepszymi obywatelami, zależy tylko od nas samych?.
Niestety, po roku mogę napisać, tylko o straconych złudzeniach.
Jeśli za 50, 100 lat Polska przetrwa jako państwo,to nam potomni będą
podkreślać,że po 10 kwietnia ich przodkowie
stracili szansę na zbudowanie
swojej nowej państwowości. W zamian tego obudzili
demony zła, zła narodowego.
Dodano: 2011-04-10. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum
Dziś zapowiada się bardzo emocjonująca sesja rady miejskiej. Być może pierwsza od czasów, gdy na obradach radnych zjawili się rozwścieczeni podwyżką opłat za czynsze lokatorzy mieszkań komunalnych. Teraz złość ogarnia białostoczan, którzy będą musieli korzystać z nowego nabytku Białostockiej Komunikacji Miejskiej – e-kart.
Ujawnione w ubiegłym tygodniu przez “Poranny” zasady korzystania z biletu elektronicznego rozpętały prawdziwą burzę na forach internetowych. Białostoczanie nie szczędzili ostrych słów krytyki autorom nowych przepisów. Bo też propozycja logowania przy wejściu i wyjściu jawiła się jako absurd absurdalny. Do tego stopnia, że radni z komisji infrastruktury dość szybko się zreflektowali ( tu trzeba im to oddać) i wprowadzili zmiany do proponowanych przez magistrat uchwał. Czy zyskają poparcie pozostałych radnych, przekonamy się dzisiaj.
Na dodatek radni mają jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia: podwyżkę cen biletów komunikacji miejskiej. O jej niefortunnym terminie wejścia w życie(ale też drakońskim wymiarze) w kontekście operacji e-karta, pisałem kilka tygodni temu.
W zasadzie wydaje się, że – zważywszy na układ sił w radzie – magistrat nie powinien mieć kłopotów z przepchnięciem swoich propozycji (nawet bez wspomnianych wyżej poprawkach). Tyle że opozycją w tym wypadku nie są kluby PiS i SLD, a białostoczanie jeżdżący komunikacją miejską. Niektórzy z nich zapowiadali, że będą oglądać sesję w Internecie, inni – że wybiorą się na nią (choć z tymi alterantywami może być pewien problem, bo sesja wyjatkowo nie w urzędzie wojewódzkim, a miejskim). Ale i tak pod takim pręgierzem oczekiwań opinii publicznej, wszystko może się zdarzyć. Tak, jak podczas tamtej sesji z lokatorami komunalnymi. Władze miasta zapowiedzi tamtego protestu nie doceniły, być może myślały, że jak to już bywało poprzednio, nie dopuszczą na sesji białostoczan do głosu. Radni, jak i władza wykonawcza nie tylko była zaskoczona skalą odwiedzin lokatorów, ale tak na dobrą sprawę nie miała pomysłu na wyjście z zaistniałej sytuacji.
Powtórka z tamtej sytuacji bynajmniej nie będzie rozrywką. Poślizg we wprowadzeniu e-biletu może słono kosztować. Ale jeszcze bardziej kosztowne może być poślizgnięcie na przepisach, które zamiast ułatwić życie mieszkańcom, skomplikują je. A wtedy jazda bekemaką do najprzyjemniejszych nie będzie należeć. Nawet wtedy, gdy autobusy będą mieć już nawet klimatyzację.
Dodano: 2011-04-11. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Po ostatniej kolejce ligowej w tle pierwszego na wiosnę zwycięstwa odniesionego przez Jagiellonię gdzieś tam w podsumowaniach szybowała wypowiedź Tomasz Frankowskiego. Kapitan Jegiellonii odnosił się w niej m.in. do incydentu między Euzebiuszem Smolarkiem i Manuelą Arboledą, a także nawiązał do pojawiających się planów gry Kolumbijczyka w biało-czerwonych barwach. – Co do jego gry w reprezentacji Polski, to wolałbym, by grali w niej dobrzy i utalentowani Polacy. A Arboleda nie ma polskich korzeni – zakończył Tomasz Frankowski.
Do incydentu boiskowego nie będę się odnosił, parę słów o drugiej części wypowiedzi kapitana żółto-czerwonych.
Od lat setki Brazylijczyków, Argentyńczyków, Urugwajczyków, w ostatnich dekadach także Afrykańczyków, szuka lepszej przyszłości na Starym Kontynencie. Ten przepływ kapitału to nic nowego. Już w latach trzydziestych ubiegłego wieku „oriundi” zasilali kluby włoskie, francuskie czy hiszpańskie. Niektórym gwiazdom nadawano też obywatelstwo.
Monti, Orsi to najlepsze przykłady Podobnie było w latach pięćdziesiątych. Ferenc Puskas grał w reprezentacji Węgier i Hiszpanii. Jego klubowy partner Alfredo Di Stefano zanim zagrał dla tej ostatniej, zakładał koszulkę w barwach narodowych Kolumbii i Argentyny. Ale skala i rozmiar współczesnych transferów są nieporównywalne. Europa próbowała z początku temu przeciwstawić, wprowadzając bariery protekcjonistyczne. W końcu uległa. Ligi europejskie przypominają dziś Legię Cudzoziemską, w której szkoda czasu na pracę z młodzieżą. Po co się trudzić tyle lat, skoro tak łatwo kupić towar. I nadać im obywatelstwo.
Dla przybyszów z innych kontynentów, to prawdziwa przepustka do raju. Nie muszą się bać, że dotkną ich limity ograniczające ilość obcokrajowców w klubie. Wszak jako obywateli kraju należącego do Unii Europejskiej chroni ich tzw. prawo Bosmana. Dlatego dla nich ubity interes z nową ojczyzną wydaje się oczywisty. A jaki ma z nich zysk nowa ojczyzna?
Nic innego jak złudne wrażenia, że taki nowy obywatel zapełni nam lukę w reprezentacji. Jak bardzo złudne dowodzi z jednej strony przykład Olisadebe i Rogera. Z drugiej fakt, że łaska bycia Polakiem powinna spłynąć na innych cudzoziemców grających w naszej ligi. Skoro naszym graczom dają łupnia na każdym froncie, naturalizowani oriundi znad Wisły mieliby o wiele większe szanse niż rdzenni futboliści znad Wisły, odnieść sukces na boiskach Polski i Ukrainy. Już słyszę głosy, że trzon naszej kadry to zawodnicy grający w ligach zagranicznych. Czy ktoś słyszał, by jakaś inna federacja występowała o nadanie im obywatelstwa?
Ewentualnym nadaniem kolejnego obywatelstwa, tym razem dla Arboledy, nasz polski świat piłkarski nie odkupi swoich win. Ale też jego naturalizowanie byłoby kolejnym dowodem jak szybko, z wątpliwie pojętą racją stanu – w tym wypadku – piłkarską, prawem się żongluje. Podobnie było w 2008 roku. W tym samym czasie gdy Polskę obiegała wiadomość, że Roger założy koszulkę z Orłem na piersi, jedna ze stacji telewizyjnych pokazała reportaż, o Polakach z Kazachstanu, którzy od ośmiu lat starają się o nadanie obywatelstwa. Tyle, że oni nie kopią piłki. Są tylko potomkami naszych rodaków wywiezionych przez Sowietów daleko od kraju.
Dlatego zgadzam się z Tomaszem Frankowskim, choć zupełnie z innych powodów, że obywatelstwo dla Arboledy będzie wątpliwe. Na dodatek niczego, jak pokazały poprzednie przypadki z Olisadebe i Rogerem, niczego polskiej piłce nie da. Zgadzam się też z tą częścią wypowiedzi Tomasza Frankowskiego, w której wyraża nadzieję, by w reprezentacji grali młodzi i utalentowani Polacy. Problem tylko w tym, że może i młodych futbolistów to i mamy, ale zupełnie nieutalentowanych. Do tego stopnia , że EURO 2012 może zakończyć się dla nas katastrofą futbolową.
Dodano: 2011-04-12. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: futbol
Gdy półtora roku temu okazało się, że dwaj zwyrodnialcy porąbali siekierą i spalili 21-letnią Anię w podzambrowskich Sędziwujach , znowu zadawaliśmy sobie pytanie: jak coś tak potwornego mogło się wydarzyć, ile trzeba mieć w sobie zła, by coś takiego zrobić. W końcu jak na przyszłość zapobiec takim czynom. I po każdej odrażającej zbrodni łudzimy się, że już nic równie potwornego człowiek nie może zgotować bliźniemu. Zapominany, że tak samo myśleliśmy, gdy wrzucono 4-letniego Michałka do Wisły. I gdy dwóch młodych ludzi wyrzuciło z pociągu dziewczynę jadącą z Kołobrzegu do Łodzi na egzamin. I gdy trener karate w Boguszowie-Gorcach zamordował w lesie 9-letniego Sebastian, swojego ucznia. A przecież od czasów bestialskiego mordu w Sędziwujach tyle zła wykiełkowało i czyniono.
Każda kolejny taki mord odgrzewa dyskusję o karze śmierci, ale też obala sztandarową tezę współczesnej cywilizacji, że życie jest najwyższą wartością. Bo jeżeli jest, to, dlaczego ludzie tak często się na nią targają? Może dlatego, że wiedzą, iż za naruszenie tej świętości nie spotka ich sprawiedliwa kara. Czyż popełniający to świętokradztwo nie powinien odkupić je tym samym. Skoro w tym przypadku tej sprawiedliwości nie może stać się zadość, to mówienie, że życie jest największą wartości brzmi równie barbarzyńsko, jak czyn popełniony przez trenera karate.
Stąd zamiar tłumu do linczu na zabójcy Sebastiana. Tyle, że nie byłby to sprawiedliwości, a zemsty. Prawa talionu, proporcjonalności w wymierzeniu kary, nie można jednak stosować w każdym przypadku. Są różne zabójstwa, jak na przykład na skutek wypadku drogowego (ale nie dla sprawców pod jadacych po pijanemu) czy innych zdarzeń losowych. Co zatem jest tą nieodwracalną granicą? – Chcieliśmy tego dnia koniecznie kogoś zabić – mówili przed sądem oprawcy maturzystki z Kołobrzegu. A zatem tą granicą jest zło czynione dla samego zła, realizowane bez żadnych hamulców.
Kiełkuje ono, gdy nie odróżnia się dobra i zła. I nie ma intencji czynienia dobra. Tego, co polski filozof Henryk Elzenberg, określił istotą człowieczeństwa. I którego zabrakło nie tylko w pociągu jadącym do Łodzi czy w Gorcach, ale i w Auschwitz, Katyniu, w Kambodży, na Bałkanach. I zapewne jeszcze nieraz zabraknie.
Dlatego, wbrew deklaracjom wszystkich świętych w naszym kraju, życie w Polsce nie jest wartością największą. A byłoby nią, gdyby oprawcy Ani ponieśli karę sprawiedliwą: za zabranie wartości najwyższej zapłacili taką samą wartością. Najwyższą dla siebie. Swoim życiem.
I to jest powinność i obowiązek polskiego systemu prawnego. A resztę zostawmy ofierze i jej rodzinie. Bo tylko oni, jak stoi w pacierzu, mogą wybaczać swoim winowajcom. Amen.
PS. Kara jak zapadła w wczoraj w Łomży na oprawców Ani była maksymalna w granicach obecnego systemu prawa. Ale jakże odmienna od filozofii ”hańby marnych wyroków”.
Dodano: 2011-04-13. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Rocznice, święta, wydarzenia białostockie. Niekiedy pokrywają się z tymi państwowymi, ale przeważnie mają własną historię, czasem logikę ( np. 19 lutego, 9 marca, 2 maja, 16 sierpnia, 10 września), Jedno z nich dzisiaj. Za kilka godzin Rynkiem Kościuszki przejdzie, jak co roku, Droga Krzyżowa.
Niby jedna z wielu, jakie są w tych dniach w kraju, ale ma już własną tradycję. A przemarsz od Fary do białego kościoła na wzgórzu nadaje jej niepowtarzalnego charakteru. Nawet dla niepodzielających tej samej wiary, co maszerujący.
W swoim czasie w białostocki filozof Mirosław Miniszewski tak pisał w Porannym o symbolu krzyża: ”Sam nie jestem chrześcijaninem, nie jestem specjalnie człowiekiem wierzącym ani religijnym, ale dopóki mogę zobaczyć wiszące publicznie krzyże, dopóty mam poczucie względnego bezpieczeństwa, że trwa tradycja, która dla milionów nadal jest nadzieją na lepsze życie, na płynący z wiary sprzeciw wobec praktyk nowoczesnego i bezwzględnie eksploatującego zasoby ludzkie i naturalne systemu. Krzyż daje ludziom wiarę w to, że nie są sami, że ich życie ma jakiś sens. Można się z katolikami spierać o wiele spraw, ale akurat przesłanie płynące z Krzyża ma charakter na tyle uniwersalny, że nawet niewierzącemu lub wierzącemu inaczej warto się w nie uważnie wsłuchać”.
Dziś to przesłanie przez znaczną cześć białostoczan będzie prezentowane publicznie.
Myślę, że Europa w pogoni za poprawnością jakiekolwiek maści zapomina na czym polega wartość chrześcijaństwa. Nie wartości chrześcijańskich, bo podobne można odnaleźć w innym systemach religijnych. Wartość chrześcijaństwa jako syntezy filozofii greckiej, prawa rzymskiego i logosu i etosu zaczerpniętego z judaizmu. To dzięki tej syntezie, która stała się depozytariuszem i trampoliną tamtych starożytnych kategorii, mogły rozwinąć się pojęcia osoby ludzkiej i jej praw, godność, podmiotowość, demokracja. Czyż nie są to wartości, na których przynajmniej werbalnie opiera się współczesna europejskość?.
Dodano: 2011-04-15. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Dominika Śliżewska gra na gitarze elektrycznej i śpiewa, Maja Gęgotek – na gitarze basowej, Adrian Rzymski na gitarze elektrycznej, Jan Kulik – perkusista. Razem mają 38 lat.
Grają ze sobą od stycznia w białostockiej Akademii Rock&Rolla, a 7 maja wystąpią w finale polsatowskiego programu “Must be the music. Tylko muzyka”. Czy wygrają w finale, zadecydują głosy telewidzów. A nasi grają, że fest.
Dodano: 2011-04-16. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: muzyka
Władze Białegostoku, Muzeum Wojska, podlascy parlamentarzyści promowali wczoraj w Sejmie idę powstania Muzeum Sybiru. Jednak nadzieje na jej wsparcie z budżetu państwa mogą być złudne. Nie tylko z powodu trudności budżetowych.
W styczniu rząd przyjął wieloletni program “Budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku”. Zakłada ona przeznaczenie z budżetu państwa na ten cel prawie 360 mln zł. Program będzie realizowany w latach 2011-2014 pod nadzorem ministra kultury.
- Warto zauważyć, że chociaż od wybuchu wojny minęło ponad 70 lat, to na świecie nie powstało muzeum całościowo ukazujące przebieg największego w XX wieku konfliktu zbrojnego, który przyniósł ludzkości niewyobrażalne cierpienia. Należy podkreślić, że za granicą życzliwie przyjęto pomysł utworzenia muzeum w Polsce, w kraju, który pierwszy stawił zbrojny opór Hitlerowi, i usytuowania go w Gdańsku, w symbolicznym miejscu rozpoczęcia działań wojennych – napisano w komunikacie po styczniowym posiedzeniu Rady Ministrów.
Przy takiej ontologii (niektórzy obserwatorzy widzą w tym jeszcze polityczne tło – gdańskie muzeum ma być dla PO tym, czym dla PiS jest muzeum Powstania Warszawskiego), trudno sobie wyobrazić, aby w gdańskiej placówce nie było ekspozycji poświeconej deportacjom na wschód. Przecież bez przedstawienia tego fragmentu historii II wojny światowej, owe muzeum byłoby niekompletne. A to wyklucza wsparcie rządowe dla idei innego muzeum, w gruncie rzeczy dublującego pewien fragment historii. A takim byłoby białostockie muzeum.
I tu przed Białymstokiem pojawia się dylemat, który jest fundamentalny dla idei Muzeum Sybiru: czy bez wsparcia powinien wznosić go za wszelką/każdą cenę? Czy to jest ten rodzaj obowiązku, którego wypełnienie nie powinna być rozpatrywane przez pryzmat kosztów?
Dodano: 2011-04-14. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: bialystok
W przypadku zbrodni wojennych, a takie w istocie postawiono siedmiu polskim żołnierzom z misji w Afganistanie, granica między sukcesem a porażką jest bardzo delikatna. Wystarczy wspomnieć procesy norymberskie. Niewiele brakowało, by odwet wziął górę nad prawem. Gdyby nie sprzeciw Amerykanów, którzy z szacunku dla własnego prawa nalegali na przeprowadzenie procesów, to Rosjanie rozstrzelaliby wszystkich pozostałych przy życiu nazistów. I choć dzisiaj największym dziedzictwem Norymbergii jest osądzenie winnych za zbrodnie przeciwko ludzkości, to wówczas kwestia ta miała marginalne znaczenie.
Bez tego dziedzictwa nie można byłoby osądzać ani Slobodana Miloszevicia, ani Saddama Husajna. Choć w obu tych przypadkach zastosowano inne metody. W tym drugim Amerykanie (to oni stali za tym procesem) pokazali światu moralność Kalego. Z jednej strony szczycą się wolnościami, systemem opartym na prawie, czego przejawem są m.in. daleko idące gwarancje procesowe dla oskarżonych. Jednak gdy przyszło osądzić zbrodnie ludobójstwa, wybrali drogę na skróty: zrezygnowali z miary, jaką stosują wobec siebie. Byle tylko szybko zakończyć proces.
Zrobili tak po doświadczeniach ze sprawą Slobodana Miloszevicia. Co by było bowiem, gdyby Miloszevic nie umarł? Prędzej czy później resztę swoich dni spędziłby w stosunkowo wygodnym więzieniu w Holandii czy Luksemburgu. Społeczność międzynarodowa uznałaby, że takie sądy czasem potrzebują czasu, ale potrafią wydać wyrok w sposób niebudzący żadnych wątpliwości (ta sama wizja i scenariusz stoi teraz przed Radko Mladiciem).
Czy polskich żołnierzy można stawiać na jednej szali z tymi dwoma satrapami? Jeśli idzie o skalę zbrodni – nie. Niemniej naszym żołnierzom postawi się ten sam zarzut, co dwóm byłym dyktatorom. Z tą różnicą, że karę będzie im wymierzał sąd narodowy.
Co wiemy o tym, co wydarzyło się 16 sierpnia 2007 roku, kilka tysięcy kilometrów od Polski? To, że na patrolu jeden z transporterów wjechał na minę, Polacy zostali ostrzelani. Rzucili się w pościg i dali wciągnąć do jednej z osad. Talibowie nadal się ostrzeliwali. Polacy użyli moździerza. Gdy padły strzały, talibowie uciekli, a Polacy znaleźli ciała pięciorga cywilów. Wśród nich były matka, jej dwie córki i siostra. Potem z powodu ran zmarły jeszcze trzy osoby.
Sceny, które się wówczas rozegrały, jako żywo przypominają fabułę filmu “Regulamin zabijania”. I choć to tylko zrodzony w głowie scenarzysty pomysł, pokazuje, jak bardzo fikcja nie różni się od rzeczywistości.
Przypomnijmy. W Jemenie dochodzi do zamieszek, wymierzonych przeciwko amerykańskiej obecności na Bliskim Wschodzie, interweniuje oddział marines. Dowodzący nim pułkownik nakazuje ewakuację amerykańskiej ambasady, a w trakcie operacji rozkazuje otwarcie ognia do tłumu. Ginie ponad 80 osób, wybucha ogólnoświatowy skandal. Opinia międzynarodowa domaga się ukarania winnych. Rządzący w Białym Domu starają się sprostać tym oczekiwaniom.
Problem w tym, że pułkownik oskarżany o podobne zbrodnie, co nasi żołnierze, ma swoje racje: działał zgodnie z wojskowym regulaminem, zezwalającym na użycie broni palnej wyłącznie wtedy, gdy wrogo nastawiony tłum pierwszy używa broni palnej, na to, że będąc zaatakowanym, ma się prawo do obrony.
Podobną argumentację popartą podobnymi dylematami z ust naszych żołnierzy, a także ich sympatyków. Bo jeżeli ktoś jest zaatakowany, to czy nie ma prawa się bronić? A jak rozpoznać, czy atakujący był cywilem, czy wojskowym, jeżeli nie nosi umundurowania?
Pułkownik w filmie wybiera na obrońcę emerytowanego adwokata z armii (dawnego przyjaciela z Wietnamu). W początkowej fazie sprawy o zbrodnie w afgańskiej wiosce naszym żołnierzom armia nie jest w stanie nawet zapewnić obrońców w mundurze. W filmie adwokat nie ma zbyt wielu dowodów na uzasadnienie zgodności postępowania oskarżonego z regulaminem (zasadniczy dokument – kaseta video z zarejestrowanym przebiegiem demonstracji przed ambasadą – został zniszczony przez polityków). W afgańskim przypadku prokuratura ma nawet zarejestrowany przez żołnierz film z miejsca tragicznego incydentu. W świecie fikcji specyfika sądu wojskowego polega na tym, że dobrze argumentowane odwołanie się do regulaminu może zdziałać cuda. Czy tak samo będzie w polskiej rzeczywistości?
Nie ulega bowiem wątpliwości, że tak, jak w filmie, tak przed naszym wymiarem sprawiedliwości dramat sądowy będzie jedynie pretekstem do innych rozważań. Jak zauważa Konrad J. Zarębski w recenzji filmu, proces przebiega wprawdzie zgodnie z procedurą i hollywoodzkim schematem, ma jednak budzące wątpliwości kulisy. Chociażby to, dlaczego amerykański ambasador, który w Jemenie okazał się tchórzem zaniedbującym podstawowe obowiązki reprezentanta Stanów Zjednoczonych, nie znalazł w sobie dość siły, by zrehabilitować się przed sądem? I dlaczego doradca prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego niszczy wspomnianą kasetę, będącą dla sądu dowodem niewinności pułkownika, zaś dla światowej opinii publicznej – jawnym dowodem słuszności decyzji amerykańskiego oficera?
Gdy wybuchła sprawa Nangar Khel, podobne pytania stawiano w polskiej sprawie. Dlaczego przez tydzień wojskowe władze ukrywały prawdę o tym, co stało się 16 sierpnia? Zaledwie dwa dni po śmierci pierwszego polskiego żołnierza w Afganistanie. I czy teraz każdy żołnierz, który ma być wysłany na misję, powinien napisać odmowę ze względu na to, że się boi, że zostanie oskarżony o zbrodnie wojenne w przypadku, kiedy zostanie zaatakowany i w obronie zabije cywili, którzy – jak to zawsze bywa – sprzyjają partyzantom? A tak jest w przypadku Iraku i Afganistanu. I czy uzasadnione jest mówienie o pacyfikacji? A w końcu, dlaczego polskie prawo nie przewiduje ochrony swego żołnierza w podobnych sytuacjach?!
Już trzy lata temu było jasne, że proces przed warszawskim sądem będzie musiał odpowiedzieć nie tylko będzie na te pytania. Przede wszystkim, będzie moralną oceną polskiej polityki. Czym jest interes narodowy i nasze bezpieczeństwo? I czy musimy podejmować się misji, które z niego nie wynikają?
Postawienie tak ciężkich zarzutów raz na zawsze przekreśla retorykę o misjach stabilizacyjnych w Azji. Tam toczy się prawdziwa wojna lub też – i to pojęcie bardziej odzwierciedla nam stan faktyczny – konflikt zbrojny. Mówienie, że jest inaczej, to po prostu zaklinanie rzeczywistości.
Przez lata w mawiano nam nam, że jedziemy do Iraku i Afganistanu, by spełnić nasze zobowiązania sojusznicze. W pierwszym przypadku wobec Amerykanów, w drugim – NATO. Po cichu, lecz z wielką nadzieją czekano, zwłaszcza na irackim odcinku, na korzyści gospodarcze. Swoje miało zyskać też wojsko. Nie tylko pod względem arsenału militarnego, ale też po raz pierwszy od 1945 roku bojowego sprawdzenia się. – Jeśli chcemy być wojskiem z górnej NATO-wskiej półki, to teraz mamy się wykazać – mówił w maju w rozmowie z “Porannym” były minister obrony narodowej, a obecny szef naszej dyplomacji, Radosław Sikorski. Ale mimochodem tak się złożyło, że to, o co politycy różnej maści nie spytali społeczeństwa, zostanie poddane społecznemu osądowi. Przez los żołnierzy walczących o swą niewinność, i armii starającej odzyskać swój prestiż.
I podobnie jak w filmie – o czym pisze w swojej recenzji Konrad J. Zarębski – proces będzie opowieścią o roli armii w polityce zagranicznej. Bo armia jest jedyną instytucją, która w określonych regulaminem sytuacjach ma prawo, a nawet powinność, zabijania.
Czy w sentencji dzisiejszego wyroku pada odpowiedź na powyższe pytania, zaprszam do dyskusji.
Dodano: 2011-06-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Rozciąga się na długości prawie 30 kilometrów i jak – to mówią budowlańcy – ów front robót jest. Tyle że drogowy. Nie da się bowiem ukryć, że skala inwestycji prowadzonej na odcinku Białystok-Jeżewo jest – jak na bliskość Białegostoku – niespotykana. I pomyśleć, że od tej szosy w bok miałoby być lotnisko w Sanikach. Ale czy byśmy do niego drogę zbudowali? Wspominam o tym nie bez kozery. Niedawno pojawiły się Kowalowce jako być może alternatywna lokalizacja, gdyby jednak z Sanikami nie wyszło. Ale czy z owych Kowalowców wybudowalibyśmy szosę do szosy głównej. Szosy głównej, która tak na dobrą sprawę w planach ma być zmodernizowana gdzieś za dwadzieścia lat?.
O historii budowy lotniska i zawirowaniach z nim związanych pisałem wielokrotnie. Marne to pocieszenie, że wychodzi na moje, gdy przez następne lata, by odebrać rodzinę z lotniska, trzeba będzie się tłuc do Warszawy. A podróż na Okęcie i z powrotem będzie trwała sześć godzin dłużej niż lot samolotem do Polski? Alternatywne propozycje: że lepiej potrzebna szybka kolej czy autostrada do Warszawy, są tak samo mało realne, jak budowa lotniska w Podlaskiem. Z tą jednak różnicą, że na nie ma pieniędzy, a na podlaski aerodrom są.
Zapewnienia, że się one nie zmarnują i zostaną ewentualnie przeznaczone na drogi wojewódzkie są brutalnym przerwaniem snu o lataniu lub jak to woli kpiną podszytą szyderstwem. Ciekawe jak ich autorzy wytłumaczą Podlasianom, że zamiast lądować i startować będą mogli do woli w ten i z powrotem się nimi, owymi drogami wojewódzkimi, najeździć. Nawet wtedy, gdy nie będą mieli po co?
Dodano: 2011-06-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna
Prokuratura w Koszalinie postawiła zarzuty europosłowi PO, reprezentującemu w Brukseli region podlaski i warmińsko-mazurski. Sprawa dotyczy turystycznej spółki Campus, której był prezesem. Grozi mu do 10 lat więzienia. Od strony prawnej zapowiada się zapewne długa batalia. Trudno dziś przesądzać, jak się zakończy. Zresztą w polskim prawie istnieje zasada domniemania niewinności. W tym kontekście deputowany nie powinien być traktowany jak trędowaty.
Ale prawda jest też taka, że w ogóle podlaskiego regionu sprawa ta by nie tyczyła, gdyby dwa lata temu tak łatwo wyborcy nie przyjęli oferty przygotowanej dla województwa przez dwóch głównych graczy centralnych. Ofertę szytą nie na podlaską miarę, która odzwierciedlałyby interesy naszego województwa. Z jednej strony otrzymaliśmy spadochroniarza z Wybrzeża (zgoda na to podlaskich działaczy PiS jest krzywdą wyrządzoną przez nich regionowi), z drugiej przeciwległy obóz wystawił kandydatów, którzy dali się ograć bądź, co bądź czwartemu garniturowi warmińsko-mazurskiemu. By nie powiedzieć dosadnie także spadochroniarzowi z Wybrzeża. Być może odzwierciedlało to aspiracje partyjnego aparatu, ale wybory do europarlamentu to zupełnie inna klasa, wymagają czegoś znacznie więcej.
Wspominam dziś o tym z dwóch powodów. Wielokrotnie w tym dwudziestoleciu bywało tak, że najlepiej lobbowanie czy promowanie wychodzi nam wtedy, gdy jest pozbawione całej biurokratycznej machiny. I gdy robią to ludzie, których nazwiska coś znaczą, albo ci, których pomysły nie są jeszcze zakażone urzędnicza mitręgą. Ale prawdą jest też to, że w Brukseli najwięcej dla regionów znaczą europosłowie. To oni są w stanie wydeptać dla swoich mateczników nawet najmniej dostępne ścieżki i otworzyć dla nich nawet te najbardziej oporne drzwi. Problem polega na tym, że Podlaskie, jak już wspomniałem powyżej, nie ma swoich europosłów. Ten lobbing europoselski by się nam teraz przydał, choćby w tak ważnej sprawie jak lotnisko.
Oczywiście, mamy w Brukseli Dom Polski Wschodniej. Nie sądzę, że będzie to skuteczny – za sprawą połączenia sił pięciu województw – lobbing. Wszak mimo podobieństw między nimi, to jednak znacznie więcej je dzieli niż łączy. Zwłaszcza podlaskie i warmińsko-mazurskie. Ciekawe czy w przypadku, gdy będą ważyć się losy przebiegu Rail Baltiki, ten wspólny chór będzie śpiewał jednym głosem. Przykład Via Baltiki jest tu wymowny.
Co najwyżej dom brukselski dowartościuje niektórych polityków samorządowych, którzy w końcu będą mogli spełnić sen o prowadzeniu dyplomacji w choćby małym zakresie. Dobra okazja, by wyrwać się na kilka weekendów do Brukseli, zorganizować parę rautów, bywać na salonach. Jednym słowem łyknąć świata zarezerwowanego dotychczas dla wąskiego szczebla najwyższych władz państwowych.
I powód drugi powrotu do wyborów sprzed dwóch lat: za klika tygodni znowu otrzymamy ofertę. Co po niektórzy już ją przygotowali, inni próbują. Kandydaci w swoim cv zapewne wpiszą walka o drogi, kolej, lotnisko. Ci w starym, znoszonym garniturze będą przekonywali, że się nie poddawali, że zrobili wszystko, co się dało, że w następnej kadencji zrobią, co się da. I że interes regionu to dla nich jak amen w pacierzu. W podobny ton uderzą ci w nowych garniturach, nie zdając sobie nawet sprawy do końca, dlaczego ich w nie przyodziano. Wielu adresatów tych zapewnień uwierzy w ich jeszcze jedno polityczne odrodzenie lub narodzenie. Ale pamiętajmy, że w odróżnieniu od kotary przymierzalni, za kotarą wyborczą wybranego garnituru nie da się zmienić. Dopiero za cztery lata.
I dlatego decydując się na ów garnitur pamiętajmy, że i – to pokazują ostatnie lata - nie wystarczy wypuszczać w niebo baloników czy w eterze przy mandolinie śpiewać: nie róbmy polityki, słuchajmy muzyki. Najpierw trzeba zrobić dobrą politykę, a dopiero potem słuchać muzyki wznosząc się z balonem – jak windą - do nieba. .
Dodano: 2011-06-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna
5 czerwca 1991 roku za zawsze wrył się w pamięć nie tylko Kościoła białostockiego, ale i miasta. Wielka, niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju uroczystość. Być może najważniejszą, jaką doświadczyło miasto nad Białą, choćby też z powodu wizyty Papieża w cerkwi św. Mikołaja.
Po dwudziestu latach Białystok dziękuje za tamtą pielgrzymkę. W centrum miasta, ale też na Krywlanach. Powstał tam kopiec upamiętniający papieską wizytę. Skoro mniejsze miejscowości, a także osoby prywatne (dla przykładu podam kapliczkę w Tobołowie w otulinie parku wigierskiego) dawno już to zrobiły, tym bardziej powinien to uczynić Białystok. Zwłaszcza, że miejsce spotkania z Papieżem przez lata było zapomniane i zdewastowane, a główną jego atrakcją było palenie gumy przez miłośników motoryzacji. I dlatego renowacja wydawała się racjonalnym pomysłem. Mimo nieszczęśliwej nazwy, którą ją określono, lokalizacji kopca ( został zaproponowany zanim jeszcze było wiadomo, że na Krywlanach nie będzie regionalnego portu lotniczego) i przeznaczonych na niego pieniędzy.
Gdy ponad dwa lata temu pojawiła się kwota jaką miasto zamierzało przeznaczyć na ten cel, 600 tys. złotych, od razu odezwały się głosy, że to zbyteczny wydatek, że lepiej przekazać te pieniądze na coś innego. Zważywszy na to ile, w ciągu ostatnich lat miasto przeznaczyło na mniej lub bardziej odlotowe działania promocyjne, owe 600 tys. zł przeznaczone na tak bardzo przyziemną rzecz jaką jest kopiec, nie wydawały się duże. Czy warto jednak było je wydawać? By odpowiedź na to pytanie, cofnijmy się do 1991 roku .
Tamta pielgrzymka poświęcona była przypomnieniu Polakom znaczenia prawa i zasad zawartych w Dekalogu. Dziesięć prawd w dziesięciu miastach, jednym z nich Białystok. Papież przyjechał do Polski wolnej, ale też zachłyśniętej do granic wolnością. Nie tylko polityczną, ekonomiczną, obywatelską, ale też w relacjach z drugim człowiekiem. I właśnie przed manowcami źle pojętej wolności ostrzegał Jan Paweł II.
– Jak bardzo Papież nas już nie rozumie – biły niektóre środowiska i cześć elit politycznych.
Jak bardzo ostra była to polemika, najlepiej pokazuje druga część pielgrzymki w tym samym roku. Papież przyjechał w sierpniu na Światowy Dzień Młodzieży na Jasnej Górze. Potem kilka dni chciał spędzić na wypoczynku w Zakopanem i Tatrach. Jan Paweł II, głęboko dotknięty małodusznymi, zadawanymi przez niechętną mu część centralnych środków masowego przekazu pytaniami: ile to będzie kosztować? Ostatecznie Ojciec Święty zrezygnował. Odwiedził tylko Kraków i rodzinne Wadowice.
Potem Papieża nie było w Polsce przez długich sześć lat (nie licząc jednodniowego pobytu w Skoczowie przy okazji wizyty w Czechach). Ale w końcu do nas powrócił.
Dziś nie tylko wierzący, ale i duża część niepodzielajacych tej wiary, daliby każde pieniądze, by nadal był z nami. Więc nie licytujmy się o te 600 tys. złotych przeznaczonych na kopiec. Ale źle by się stało, by jedyną spuścizną po tamtej wizycie miał wymiar tylko materialny.
Ilu z białostoczan pamięta, wraca bądź sięga do słów wypowiedzianych na Krywlanach przez Jana Pawła II? Papież
przestrzegał polskie społeczeństwo, by nie podążało ślepo drogą wolnego rynku, myśląc tylko o korzyściach materialnych pomijając względy etyczne: – „Dlatego czeka nas wielki wysiłek natury organizacyjnej, ustrojowej, ale równocześnie moralnej. Moralnej! Musimy uczyć się tworzyć sprawiedliwe społeczeństwo przy założeniu wolnego rynku. To wszystko jest powiązane z tym jednym, prostym przykazaniem „Nie kradnij”.
Przypomniałem powyższe słowa wypowiedziane przez Papieża na Krywlanach, by podkreślić, że to one są główną spuścizną spotkania sprzed 20 lat. Warto by zawłaszczyli je ich współcześni adresaci. Być może to, co określa się dzisiaj jakże modnym określeniem społeczna odpowiedzialność biznesu stałoby się rzeczywistością, a nie iluzją. I każda inna odpowiedzialność też.
Dodano: 2011-06-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Ponoć pieniądze leżą na ulicy, ale czasami trzeba być jej dzieckiem, by je nie tyle podnieść, co wyśpiewać. Nie jest to takie proste, świadczy o tym historia Macieja Maleńczuka i Gienka Loski.
Ich wspólnego występu w finale X- Factor nie da się zapomnieć. Chłopaki ponoć nie płaczą. Także ze szczęścia.
Dodano: 2011-06-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Rozum
Wróble warszawskie ćwierkają za parapetem na oknie, że Joanna Kluzik-Rostkowska, po tym jak jej wizja przywództwa partyjnego nie przekonała w sobotę kolegów z PJN, ma zasilić PO. W gruncie rzeczy nie ma czemu się dziwić. Od kiedy PO przejęła wzorce PiS i z niezwykle subtelną lekkością, zaadaptowała onegdaj sieroty z Samoobrony, nic na poletku transferowym polskiej polityki nie może zaskoczyć. A wszystkie rozpady, które do tej pory były na przestrzeni 20 lat w strukturach partii, to w zasadzie rozpady połowiczne
Co do posłanki Kluzik-Rostkowskiej, to gdy odchodziła z PiS napisałem, że ma bilet w jedną stronę. Albowiem po tej stronie sceny politycznej, z którą jesienią wzieła rozwód, łatwiej darować synom marnotrawnym niż przebaczyć “cudzołożnic(k)om partyjnym”. Przykład posła Bielana jest tu najlepszym dowodem. Napisałem też, by tylko wyrzuconym wtedy z PiS posłankom ani przez chwilę nie przyszedł do głowy pomysł szukania pocieszenia u faryzeuszy z innej strony sceny politycznej. Obie mają potencjał, choćby jako senatorki, istnieć samodzielnie na scenie politycznej. Zwłaszcza z taką martyrologią w CV.
I nadal to podtrzymuję, choć nie mogę pojąć dlaczego ci z pierwszego szeregu wielu partii tak bardzo niczym diabeł od święconej wody odpędzają się od walki o mandat senatorski. Z taką legitymizacja, jaką daje tegoroczna ordynacja do Izby Wyższej, miejsce w ławach poselskich jawi się jako gorsze.
Dodano: 2011-06-06. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Polityka
Lament nad stanem przygotowań nad Euro. Z setek komentarzy, które pojawiły w ostatnich godzinach nie brak z pozoru racjonalnych. Słychać w nich ton pojękiwania, ale też nutę tego by nie szukać kozła ofiarnego. Przynajmniej teraz. Bo może być jeszcze gorzej.
W tym momencie przypomina mi się sytuacja z meczu w austriackiej, bodajże drugiej, lidze futbolowej. Niechlubnym bohaterem owego spotkania był obrońca gospodarzy, który strzelił trzy bramki samobójcze.
Na konferencji prasowej dziennikarze pytają się trenera gospodarzy, dlaczego po pierwszej bramce nie zdjął pechowca z boiska.
– Myślałem, że jak to często bywa w podobnych sytuacjach zawodnik się zrehabilituje – odparł selekcjoner.
– No dobrze – dociekają dziennikarze. – To dlaczego nie zdjął go pan po drugim samobójczym golu.
– Myślałem, przyznał z rozbrajającą szczerością trener, że nic gorszego już się zdarzyć nie może.
I to niech będzie puentą i ostrzeżeniem. Po tym, co wydarzyło się na kolei, była nadzieja na rehabilitację. Po raporcie w sprawie dróg wydaje się, że nic gorszego nie może się wydarzyć. Futbolowa historia rodem z Austrii pokazuje, że jednak może. Ma zatem nad czym głowić się premier. Problem jednak w tym, że jednak w tym, że premier Tusk nie umie odwoływać ministrów. Nawet po wybuchu afery hazardowej nie potrafił tego zrobić. Jej bohaterowie odeszli na własną prośbę. Podobnie było z ministrem Ćwiąkalskim.
A wracając do EURO, to wychodzi, że jej przyznanie Polsce było swoistym majstersztykiem. Majstersztyk, by przydusić Polskę. A Polacy w myśl swojej starej maksymy „Zastaw się, a postaw się” podejmą gościnie Europejczyków. I to robimy. Przyznał to otwarcie podczas słynnej debaty z artystami premier Donald Tusk. – Wiecie, jak kocham piłkę nożną, ale gdybym miał na to wpływ, powiedziałbym: nie organizujmy Euro 2012. Nie stać nas – przyznał w rozmowie z artystami premier.
Otóż Panie premierze, miał Pan wyjście. Zadzwonić do Platiniego i powiedzieć mu: Sorry, ale nie stać nas. Przerosło nas. Może za trzydzieści lat, jak dobrze pójdzie.
Ale to nie z powodów organizacyjnych, ale czysto sportowych, powinniśmy oddać EURO. My po prostu nie zasługujemy, by znaleźć się w gronie najlepszych drużyn Europy.
Dodano: 2011-06-07. Autor: bezzmian. Komentarzy: (5)
Opublikowano w Do przerwy 0:1, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Bolesny przykład z białostockim stadionem jeszcze raz dobitnie pokazuje, że o inwestycji przy Słonecznej powinno się mówić bez owijania w bawełnę. Nawet jeśli prawda byłaby bolesna i w konsekwencji oznaczałaby bardzo poważny poślizg bynajmniej nie atmosferyczny. A tak było już na początku marca. Prezydent powinien być już wtedy bardzo stanowczy i konsekwentny. Zważywszy na to, jaką legitymizacją wśród kibiców cieszy się w sprawie stadionu.
Ale zapewne i on nie przypuszczał, że po przypadłościach przetargowych na wykonawcę stadionu, które uznał za minusy swojej pierwszej kadencji, po pół roku drugiej będzie jeszcze gorzej. Że zostanie wykonanych jedynie zaplanowanych 17 proc. prac, a on zerwie umowę z polsko-francuskim konsorcjum.
Najgorsze jednak dopiero nadchodzi, zjawi się tuż po otwarciu stadionu.
Dodano: 2011-06-08. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Plac Inwalidów
Gdy nasi kopacze piłki szmacianej męczą się niemiłosiernie i wygrywają jednym golem, wszyscy wmawiają nam, że nieważny jest styl zwycięstwa. O nim za kilka dni i tak nikt pamiętać nie będzie. To, co istotne, to wynik. On zawsze zostaje w tabeli i annałach. Taka argumentacja zamazuje rzeczywistość, pozwala tolerować fundamentalne braki w wyszkoleniu taktycznym, technicznym, zmyśle boiskowym. I zakrzywiać rzeczywistość po porażce jednym golem.
Dodano: 2011-06-09. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
Zawsze powtarzałam, że znacznie gorsza od telewizji partyjnej jest telewizja koteryjna. Dzisiejszy wieczór na opolskim festiwalu piosenki to potwierdził dobitnie. Ale nie polskiej piosenki, a telewizyjnej piosenki. Albowiem pomysł by w Opolu śpiewać po angielsku nie da się określić inaczej jak tylko koteryjność do kwadratu. Dziwię się wykonawcom, który przecież tak często narzekają, że polskiej piosenki jest tak mało w krajowych środkach audiowizualnych. Kuriozalna rozmowa prowadzącego z jednym z wykonawców po koncercie o angielszczyźnie jeszcze bardziej dowodzi tej koteryjności.
Gdzie to Opole, gdzie tamten świat – ta parafraza przeboju Wojciecha Gąssowskiego przyszła mi na myśl po pierwszej godzinie tegorocznego festiwalu. A przecież przez lata w te dni czerwcowe rodziło się tyle przebojów, które na zawsze stworzyły podwaliny pod legendę polskiej piosenki.
Lata 80. I koncerty rockowe, z początku tej samej dekady kabaretony. Pierwszy triumf Ewy Demarczyk, koncert wspomnieniowy Agnieszki Osieckiej, Krainy Łagodności, Psalm stojących w kolejce i tysiące niezapomnianych chwil, których nie sposób wymienić.
I z tymi dla mnie najważniejszymi utworami w historii polskiej piosenki (tak się składa, że wszystkie były wykonywane dosłownie rok po roku): Jaskółka uwięziona, Zegarmistrz światła, Zaproście mnie do stołu. Kto dziś potrafi tak jeszcze śpiewać? W czasach, gdy nie tylko polska młodzież nie śpiewa polskiej piosenki.
I dlatego zamiast nekrologu i requiem, słowa z wielkiego przeboju Salonu Niezależnych: „Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili”. Bo festiwalowego Opola polskiej piosenki już nie ma od dawna. Wybudowanie nowego amfiteatru tego nie zmieni.
Dodano: 2011-06-10. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Rozum
Co tam Panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno – słynny dialog z Wesela Stanisława Wyspiańskiego po ponad stu latach nic nie stracił ze swej aktualności. I jak ulał pasuje do przekomarzania się rządu z konsorcjum Covec.
Z Chińczykami zawsze wszystkim trudno w negocjacjach, ale w ostateczności możemy sięgnąć po ostatnią deskę ratunku i zadeklarować, że za ten kawałek autostrady ocieplimy – jak to kiedyś w jednym ze skeczy bawił jeden z polskich kabaretów – Wielki Mur. Może to być groźba za nie wykonanie roboty, może to być bonus za wykonanie roboty. Cena nie gra roli. W końcu w obu przypadkach da się zaoszczędzić na przetargach. Choćby wirtualnie.
Dodano: 2011-06-11. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: Rozum
Ten dysonans trudno pojąć. Bo przecież oba powyższe wydarzenia odzwierciedlają paradygmat, który od kilku lat podniesiono w Białymstoku do rangi niemal absolutu: taniec młodych i multikulturowość przez pryzmat tradycji. W gruncie rzeczy oba te wydarzenia powinny mieć takie same audytorium.
Może tak się nie stało, bo nasz Zachor to jeszcze nie tej rangi festiwal jak ten na krakowskim Kazimierzu? Może ta dyfuzja ma znacznie głębsze podłoże i jest emanacją zmian zachodzących w kulturze doby postwizyjnej? Skoro procesyte tak bardzo dają o sobie znać w polityce i oddziaływują na polityczność zachowań (a raczej braku reakcji), to dlaczego w innych sferach miałoby być inaczej? A może jeden z tych paradygmatów jest mitem, tylko trudno publicznie się nam do tego przyznać?
Albo owa dyfuzja jest dowodem, że w centrum Białegostoku spotkały się podobne w gruncie rzeczy formacje duchowe. Z tą różnicą, że jedna należy do utraconej przeszłości, druga do utraconej przyszłości (tak jak śpiewal Jacek Kaczmarski w Kasandrze – bawcie się, pijcie dzieci, tak jak bawić i pić potraficie, są ludy co dojrzały…..?
Przy całej masowości sobotniej imprezy, to niewątpliwy urok tej dzisiejszej i swoista wartość, jako wzór na przyszłość dla idei i miejsca jakim jest Rynek Kościuszki, polegał na tym, że artyści zeszli ze sceny. To, co zrobił rosyjski zespół Opa porywając do wspólnej zabawy białostoczan naprawdę było niesamowite. Ale też całkiem nieźle zakręcona jest ta kapela z Petersburga. Właśnie takich wzorców powinno być na Rynku Kościuszki więcej. Także podczas nadchodzących dni miasta.
I jeszcze jedno: może w sezonie letnim zamiast co rusz stawiać i rozbierać scenę niechże ona zostanie do końca wakacji jako miejsce dostępne dla wszystkich. A zarazem najpełniej odzwierciedlające ideę „Spotkajmy się na Rynku Kościuszki”.
Dodano: 2011-06-12. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Ot i Chińczyki zwijają się z autostrady. Ponieważ pisałem o tym ostatni, więc dziś tak rykoszetem o zadziwieniu. Dziwią się wszyscy wszem i wobec, że Chińczykom nie wyszło. Ponoć budują u siebie po 100 km autostrad dziennie, a u nas ani w ząb. No właśnie, u siebie. Najpełniej istotę sprawy oddaje scena z filmu 2012. Budowę statków-arek powierzono Chińczykom. Bo tylko oni byli w stanie to zrobić w tak krótkim czasie. Ale nie gdzieś na świecie, ale u siebie. U siebie.
A2 w powijakach, narodowy w Warszawie w niemniejszych, ale za to będziemy mieli lanego fulla na stadionie. Jak w piosence, w której aniołowi i diabłu browar wyszedł naprzeciwko, tak kibicom wyjdzie na stadionie. Zwolennicy, jak i przeciwnicy nowego prawa mają swoje argumenty. Ci pierwszy przytaczają przykłady Niemiec i Czech, gdzie coś takiego jest praktykowane. Ci drudzy mówią, że u nas jest inna kultura picia, a takie prawo to jest niczym innym niż rozpijaniem narodu. Swoje racje ma pewnie jeszcze lobby piwowarskie, które w możliwości sprzedaży złocistego napoju widzi niezły biznes.
Na kanwie tej dyskusji przypomniały mi się sytuację sprzed lat. Gdy co prawda alkoholu się na stadionach nie sprzedawało, ale oficjalnie na nie wnosiło. Mi samemu onegdaj na trybunach stadionu w moim mieście rodzinnym przeleciała flaszka nad głową. A słynny mecz z Anglikami na śląskim gigancie w 1973 roku. Przecież po faulu McFarlanda na Lubańskim nie jedna butelka leciała nad trybunami.
W dzisiejszych czasach problem latających butelek można zapewne zlikwidować sprzedając piwo w plastikowych kubkach. Takie rozwiązanie stosuje się przecież na masowych imprezach. Jeśli chodzi o kulturę picia, to każdy chyba wie, że Polak rzadko kiedy zna umiar. Wszystko chyba zależy od indywidualnych predyspozycji.
I jeszcze jeden powrót do przeszłości. 1983 rok. Mecz Juventusu z Widzewem w Łodzi. Kibic rzucił butelką w sędziego bocznego. Kiedy milicja usiłowała znaleźć owego troglodytę, stadion nie śpiewał ”Zostaw kibica…”, tylko zgodnym chórem skandował ”Wydać go!”(czy dzisiaj byłoby tak samo). No i wydali.
Później przez całe boiska milicja ciągnęła zamroczonego, słaniającego się na nogach tego „złego”. Po latach okazało się, że to nie on rzucił w sędziego.
I choć od tamtych wydarzeń minęły lata i inny system mamy w kraju, to czy powinniśmy mieć prawo do piwa na stadionie, w hali, na korcie, basenie, parkurze i tak dalej.
Dodano: 2011-06-13. Autor: bezzmian. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Utarło się potoczne przekonanie, że dla obecnego establishmentu politycznego nie ma alternatywy. Raz jedne, raz drugie partie mogą zwiększać swoją przewagę, ale w gruncie rzeczy nic nie jest w stanie zmieść je ze sceny politycznej. Organizacja i sposób finansowania partii politycznych sprawia, że mamy do czynienia z zakonserwowanym status quo. Ponadto, oprócz strukturalnych uwarunkowań, nasza polityczność w zasadzie ogranicza się do biernego aktu wyborczego. A potem cisza, żadnej aktywności, żadnej presji obywatelskiej, żadnych nowych alternatyw. Niezdolność do odnowienia elit, niechęć do stworzenia alternatyw, poddanie się determinizmowi centralnemu (bezrefleksyjne przejmowanie wzorców krajowych, choć stoją one w sprzeczności z interesami miasta czy regionu), traktowanie inicjatyw oddolnych jak oszołomstwa – TO WSZYSTKO ontologicznie obala mit społeczeństwa obywatelskiego (ilość organizacji pozarządowych tego nie zmieni). Ale czy może być inaczej, skoro wzorce postępowania odziedziczone przez ostatnie lata tak bardzo wyjaławiają demokratyczną glebę i aktywność obywatelską?
Wydaje się zatem, ze po raz kolejny na jesieni nie należy spodziewać się przełomu. W sensie polityczności, a nie partyjności. To nadal będzie ten sam zamknięty krąg, ten sam nurt. Sprawniejszy, bardziej profesjonalny niż poprzednicy. I nadal zazdrośnie strzegący dostępów do zaklętych rewirów społeczeństwa obywatelskiego.
A jednak w tym całym marazmie wybory mogą dokonać czegoś wyjątkowo. Oczywiście nie wymienia elit i ich nie zastąpią, ale w ramach tychże elit mogą dokonać fundamentalnego przesunięcia. To nadal będzie ten sam krąg, ale nie taki sam. Jednak Wybory 2011 – 3xNIE nauczą tych, co przetrwają pokory na przyszłość.
Dodano: 2011-06-14. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór

To zdjęcie zrobiłem dzisiaj przed godz. 21. Strażacy kończyli dogaszanie domu na rogu Ogrodowej i Fabrycznej. Ostatniego domu, który pozostał jako wspomnienie po zabudowie drewnianej w tej części centrum. Pozostałe też spłonęły. Ten się ostał do dzisiaj. I zawsze budził zdziwienie tych, którzy go mijali: jak to się stało, że tak długo stoi. A teraz powiedzą: i znowu kawałek ziemi odzyskany, a może i wyrwany.
Dodano: 2011-06-15. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Umieralnia – tak w czasach, gdy sprowadziłem się do Białegostoku określano szpital miejski. A najgorsze, co mogło spotkać człowieka, to rozchorować się wtedy, gdy szpital przy Sienkiewicza pełnił dyżur. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Budynek został zmodernizowany, dobudowano nowe skrzydło szpital wyspecjalizował się w kardiologii. Mijam go każdego dnia. Termin umieralnia gdzieś pozostał z tyłu głowy, choć już nie w odniesieniu bezpośrednio do tego szpitala, a tego wszystkiego, co dzieje się w po(d)l(a)skiej służbie zdrowia.
W Białymstoku mamy swoistą stratyfikację szpitalną. Zawsze na samej górze był Gigant. Nic dziwnego, skoro to kliniczne zaplecze dawniej akademii, a dzisiaj uniwersytetu. Zaraz zanim szpital MSWiA, potem Śniadecja, zakaźny, wspomniany miejski, może przed nim lub tuż za nim Choroszcz. I w zasadzie tyle. Tylko tyle czy aż tyle?
Większość mieszkańców Białegostoku osobiście bądź przez prymat swoich bliskich zetknęło się z wymienionymi szpitalami. Ja także. Historię tych bliskich spotkań, niekiedy prawie trzeciego stopnia, zostawię dla siebie. I mam uzasadnione podejrzenia, że to nie koniec tych bliskich spotkań trzeciego stopnia. A na jednej z izb przyjęć jakbym ujrzał kostuchę. Bo zanim powiedziałem, co mi dolega, to musiałem najpierw pisemnie oświadczyć, kogo upoważniam do wglądu do dokumentacji medycznej na wypadek śmierci. Człowiek idzie po ratunek, a tu proszę, już na wstępie był jedną nogą na tamtym świecie. To jeden z kolejnych licznych paradoksów nie tylko białostockiej służby zdrowia. O czekaniu 7- miesięcznym na wizytę w poradni specjalistycznej nie wspominając. Z akcentem na doczekanie.
Ten krótki, utajniony opis z mojej karty chorób, przytoczyłem nie bez kozery. Z całą świadomością, że pewnie jeszcze nieraz odwiedzę szpitale. Pod warunkiem, że będą też istnieć. Bo doświadczenie nie tylko białostockiej Śniadecji pokazują, że nadzieja, co prawda ostatnie, ale jednak umiera.
Nieszczęsny przez lata algorytm podziału pieniędzy z NFZ, absurdalny rozrost biurokracji i procedur i setek innych przyczyn, które w obiektywny sposób są w stanie wytłumaczyć niewydolność służby zdrowia. Ale z drugiej strony mamy atut, którego nam mogą zazdrościć inne regiony kraju na wschód od Wisły. Akademicki ośrodek medyczny.
Nie ma tu żadnego znaczenia, że w połowie (USK i MSWIA) jest finansowany przez państwo. Od zarządzających podlaską, publiczną służbą zdrowia mamy prawo oczekiwać wypracowania takiego systemu i mechanizmów, takiej kooperacji miedzy różnymi podmiotami, która w oparciu o ten ośrodek akademicki (druga jego połowa to szpital wojewódzki, miejski, zakaźny, Choroszcz i wszystkie inne publiczne placówki) nie tylko zapewniłaby i zagwarantowałaby bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańcom Białegostoku i regionu, ale także na marce tego ośrodka przyciągałaby pacjentów z innych części kraju.
Nie jest to futurologia, ale konieczność. Notoryczne zwalanie winy na NFZ za brak pieniędzy nie jest żadnym alibi. Bo fundusz ze swej natury jest ontologicznie skąpy. Być może trzeba stworzyć własny system ubezpieczeń regionalnych, może sięgnąć po pieniądze unijne, może zagrać w totolotka, bądź….
I to jest ta subiektywna strona podlaskiej służby zdrowia: zarządzanie i nadzór. Nigdy nie mieliśmy do tego szczęścia. Tym bardziej, że był to swoisty łup polityczny. Jak nie szlachcic, to mechanik , albo radny zawodowiec. Jakie są tego konsekwencje, pisałem w tekście ”Śmierć idzie za nami krok w krok. A na Podlasiu przyspiesza”.
Rzecz dotyczyła suwalskiego szpitala, ale to było małe piwo w porównaniu z tym, co dzieje się w teraz w białostockim szpitalu wojewódzkim. Tyle, że tego piwa nie ma, kto wypić. I jeśli remedium na „abstynencję” ma być redukcja personelu i zamykanie oddziałów, to marny to esperal.
Bo przecież już to kiedyś przerabialiśmy. Poprzedni dyrektor Śniadecji zapowiadał, że po odchudzeniu szpitala, co prawda będzie miał mniej łóżek, ale będzie przyjmował więcej pacjentów.
- Chyba jak się ich wyposaży w niezbędnik: materac, suchy prowiant o przedłużonym terminie ważności i saperkę (zawsze można nią sobie grób wykopać). I tyle zostanie ze szpitalu przemienia, który – jak nie tak dawno jeszcze obwieszczano nam – za kilka lat miał być na Skłodowskiej po opuszczeniu budynków przy Warszawskiej.
Powyższy fragment napisałem prawie półtora roku temu, dziś go przytaczam bez satysfakcji. Ale też w wypowiedziach już nowego dyrektora pobrzmiewa ten sam ton, co jego poprzednika. A uwagi, że rozbudowywanie części administracyjnej to chyba nie jest kierunek działań, który powinien być w szpitalach obserwowany, nie powinniśmy brać za dobrą monetę. Bo do zwolnienia na 215 osób jest 66 pracowników administracyjnych.
Ponadto nowy dyrektor będzie chciał wznowić działalność poradni kardiologicznej, do zamknięcia której doprowadził jej poprzednik. Skoro tak, to gdzie był, gdy jego poprzednik zamykał kardiologię.
Powtórzę jeszcze raz: pora w końcu dostrzec w akademickości ośrodka medycznego kurę mogącą znosić złote jajka, ale też zapewniającą bezpieczeństwo i łatwą dostępność do świadczeń zdrowotnych dla Podlasian. I tym samym przestać go traktować jak zło konieczne.
I dlatego na razie póki co bez widoków na szpital przemienienia.
Dodano: 2011-06-16. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
2017 rok. Wybudowana po wielu bataliach i za 600 milionów zł białostocka spalarnia pracuje. Ale nie pełną parą. Nie ma co palić. Trafia do niej z miasta jedynie połowa tego, co powinno. Resztą śmieci jest wywożona, gdzie się da.
Choćby z tej futurologicznej perspektywy dzisiejsze dociekanie, dlaczego do Hryniewicz trafia nie tyle odpadów, co powinno, jest zasadne. A jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pieniadze białostoczan. I nie tyle w sensie publicznych, co osobistych.
Przy każdej kolejnej podwyżce opłat za wywóz śmieci (bez względu czy ktoś mieszka w spółdzielniach, wspólnotach czy domkach jednorodzinnych i bez względu na to czy produkuje je od metra kwadratowego czy osoby zameldowanej) słyszeliśmy taką argumentację: składowisko w Hryniewiczach podniosło cenę za tonę składowanych odpadów. Jednym słowem opłata za wywóz śmieci jest uzależniona od opłat ustalonych za składowanie w Hryniewiczach. Skoro jednak trafia tam tylko połowa śmieci, to białostoczanie proporcjonalnie mniej powinni płacić za odpady.
Jeśli tego zaczną się domagać od wspólnot, spółdzielni, zarządców i administratorów, a ci od firm odbierających śmieci, to bez wątpienia wysypisko w Hryniewiczach zapełni się jeszcze bardziej. A i wtedy wizja wybudowanej za 600 mln zł spalarni nie mającej co palić nie będzie znowu taka futurystyczna.
Dodano: 2011-06-17. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Plac Inwalidów
W konstelacji Smoka, oddalonej od Ziemi o trudno wyobrażalną nadprzestrzeń (3,8 mld lat świetlnych), czarna dziura pożarła gwiazdę. Jeden z naukowców zapytany przez dziennikarza brytyjskiego czy do tego rodzaju zjawiska mogłoby dojść w naszym sąsiedztwie w Drodze Mlecznej. – To nie jest coś czymś należy się zbytnio martwić – powiedział
Ale nie trzeba sięgać do gwiazd, nie trzeba mieć superteleskopu czy megasondy, by dojrzeć, że czarna dziura zasyca Ziemię. Jak nie świńska grypa, to zmutowana bakteria E.Coli, jak nie trzęsienia ziemi, to inne egipskie plagi, jak wolniejszy wzrost gospodarczy w USA, zaogniony kryzys finansów publicznych w Europie, rosnąca inflacja, mrożenie Franciszka S. zamiast usynowienie. I tak dalej.
Jakkolwiek można doszukiwać się różnych i niezwiązanych ze sobą przyczyn wymienionych powyżej skutków, to nie da się ukryć, że zbiegły się w czasie z uruchomieniem przez naukowców zderzacza Hadronów. Co prawda na początku zakonczyło się falstartem, ale kto wie, czy gdzieś tam jego skutkiem ubocznym nie jest taka właśnie czarna dziura, która pożera coraz więcej.
Dodano: 2011-06-18. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum

Niemal od zawsze oddzielał osiedle Piasta od Pieczurek. Stąd przeprawa z południa na północ Białegostoku i tak musiała biec traktem Sienkiewicza-Wasilkowska. Wyrwa w nasypie i kręcące się tam buldożery to znak, że przedłużenie Piastowskiej coraz bardziej jest widoczne dla przeciętnego białostoczanina. Mimo zawiłości prawnych, które spotkały tę inwestycję. A wydawało się, że akurat w tym przypadku nic takiego się nie przydarzy.
Po zbudowaniu od podstaw tunelu Nila, Białystok miał do zrealizowania trzy strategiczne inwestycje drogowe. Ich powstanie zniwelowałoby wąskie gardła na mapie drogowej miasta i sprawiło, że ruch stałby się bardziej płynny.
Pierwsza z nich: przebicie się z Nowego Miasta na Piasta. I to się udało. Początkowym etapem było zbudowanie nitki łączącej Mickiewicza z Piastowską, czyli dzisiejszej ulicy Miłosza (powstała przy okazji budowy Galerii Białej). Następnie udało się ją połączyć ze Zwierzyniecką, dzięki oddanemu w 2009 roku ostatniemu odcinkowi Trasy Kopernikowskiej.
Kolejną kluczową inwestycją jest właśnie przedłużenie Piastowskiej na Wygodę, Pieczurki, Bagnówkę. Jak bardzo brakuje tego traktu, pokazała awaria gazu w grudniu 2007 roku na skrzyżowaniu Wasilkowskiej z 27 Lipca. Miasto komunikacyjnie zostało sparaliżowane..
I ostatnia droga życia: z centrum przez Białostoczek na Antoniuk (i dalej do obwodówki). Jej powstanie byłoby dywersyfikacją dotychczasowej przeprawy przez wiadukt na Dąbrowskiego. Pierwszy etap, przebicie od Lipowej do Piłsudskiego, zrealizowano po wielkich bólach kilka lat temu. Po równie wielkich bólach wymęczono kolejny odcinek: Częstochowskiej do Poleskiej.
Następnym etapem ma być łącznik od Sitarskiej przez działki do Świętokrzyskiej. Czy i kiedy powstanie zależy…. No właśnie. Pierwszą batalię mieszkańcy sprzeciwiający się wariantowi proponowanemu przez miasto przegrali. Magistrat rozpisał przetarg na przygotowanie dokumentacji. Ale po niespodziewanych zawirowaniach prawnych na przedłużeniu Piastowskiej można się spodziewać, że i na Sitarskiej miastu nie pójdzie tak łatwo
Przy budowie przedłużenia Piastowskiej mieszkańcy nie kwestionowali sensu budowy drogi, a wariantu jej przebiegu, który miasto wybrało w rejonie ul. Skrzatów i Rycerskiej. I tak po cichu zaskarżyli sprawę do sądu. Wojewódzki Sad Administracyjny przyznał im po części rację i uchylił decyzje RDOS. Wojewoda podlaski uznał, że wyrok ten nie jest dla niego imperatywny w nadzorowanej przez niego materii i nie wstrzymał inwestycji. I dlatego m.in. buldożery mogły rozwalić nasyp kolejowy.
Mieszkańcy zapowiedzieli, że to jeszcze nie koniec ich walki. Byłem ostatnio w okolicach spornego przebiegu ulicy i faktycznie droga będzie biegła tuż za parapetem. To, jak ta sprawa w ostateczności się zakończy, ma fundamentalne znaczenie dla przebicia z centrum na Antoniuk. Tutaj sprawa też się rozbija warianty. A mieszkańcy już wcześniej pokazali, że są jeszcze bardziej zdeterminowani niż ci ze Skrzatów.
Te dwie drogi miastu są potrzebne jak płucom powietrze.
Dodano: 2011-06-20. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Były grabie, styliska, sita, misy drewniane, kosy, koguciki na drucikach, blaszane zegraki, wata cukrowa . Kwas chlebowy lany z beczki, tradycyjne jadło z regionu i Litwy. I tłum białostoczan, którzy jak co roku, raz do roku, próbują posmakować tradycji. I jak to na jarmarku bywa targowano się przednio. Można rzec białostockim targiem.
Za rok jubileuszowy Jarmark na Jana. Wypada dokładnie w niedzielę 24 czerwca. Jubileusz zobowiązuje. Także naszą władzę, która może pojawi się na jarmarku. Bo gdziesz będzie miała lepszą okazaję do rozmowy z mieszkańcami, jak nie na targu? Zwłaszcza, że za rok żadnych wyborów nie będzie.
Dodano: 2011-06-19. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
500 tys. złotych, które piłkarze Jagiellonii mają otrzymać od miasta za sukcesy w zakończonym niedawno sezonie, może pójść na zrzutkę na wyprawę do Kazachstanu. Tyle może kosztować podróż na rewanż z Irtyszem Pawłodar. Jak zauważył redaktor Jerzy Kułakowski z Radia Białystok kibice, którym zamarzyłoby się zobaczyć, jak żółto-czerwoni awansują do kolejnej rundy Ligi Europejskiej, musieliby podróżować samochodem sześć dni. A podróż zacząć zanim w Białymstoku zostanie rozegrany pierwszy mecz.
Zapewne na UEFA taka perspektywa nie robi wrażenia. Bo gdyby robiła, to powinna piłkarska centrala zaliczyć powtórkę z geografii. Ale prędzej można przypuszczać, że przyjmą do rozgrywek ekipę Kratera Księżyc i każą Europejczykom rozegrać mecz na Srebrnym Globie. Tylko jak, skoro ostatni raz człowiek po satelicie stąpał prawie czterdzieści lat temu, a na dodatek Amerykanie ostatnio oddali do muzeum promy kosmiczne.
Niemniej 30 czerwca szykuje się w Białymstoku nie lada czwartek. Tego dnia prezydent RP ma wręczać sztandar żołnierzom na Rynku Kościuszki. Nowo wybudowanemu odcinkowi ul. Mazowieckiej zostanie nadane imię Ryszarda Kaczorowskiego, a wieczorem Jagiellonia rozegra mecz z Irtyszem (jeśli Kazachowie przyjadą do Białegostoku). Które z tych wydarzeń jest najważniejsze?
Dodano: 2011-06-21. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Ten fragment recenzji internauty przypomniałem nie bez powodu. Tradycyjna procesja mimo swej uniwersalności, jest w każdym mieście czy parafii, inna. Ma swoją własną specyfikę, klimat, jak choćby w Łowiczu.
Tak jest i w Białymstoku. Przemarsz od kościoła do kościoła główną (do niedawna) ulicą miasta jest w gruncie rzeczy wyjątkowy. I wpisuje się w katalog, który określiłem terminem “Święta białostockie”. Wydarzenia, rocznice, które nas wyróżniają. Lutowy powrót do macierzy, marcowa katastrofa pociągu z chlorem, majowa pielgrzymka do Zwierek, lipcowe wyzwolenie-zniewolenie, sierpniowe powstanie w getcie, wrześniowy Marsz Sybiraków.
Dodano: 2011-06-23. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Nie zdziwiłbym się gdyby Grecy po rozróbach za chwilę się bawili. W myśl zasady wino, kobiety i śpiew. W końcu potomstwo Dionizosa i Zorby zobowiązuje.
Greka nadal udaje też Unia. Bo zamiast pompować miliardy euro na Półwysep Peloponeski powinna każdemu Europejczykowi zafundować wakacje na wyspach grecki. Dla turystów z pożytkiem, i dla samych Greków. Potomkowie mitycznych Bogów próżności mieliby szansę nie zmarnować ciężko zarobionych pieniędzy na obsłudze turystów. Z tymi pożyczonymi już tak różowo nie musi być.
Unia udaje Greka też z innego powodu. Robi dobrą minę do złej, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że eksperyment pod nazwą integracja europejska nie tylko był złudzeniem politycznym, ale co gorsza, ekonomicznym.
No i Greka udaje polski rząd. Chciałbym wiedzieć, jaki ma w zanadrzu arsenał obronny polskiej złotówki. Bo takie mierne i bierne poddanie się przekonaniu „że i tak nie da się nic zrobić” jest marnym alibi.
Dodano: 2011-06-22. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Bez kategorii, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Noc z 23 na 24 czerwca to jeden z symboli europejskich. Święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności, radości i miłości – obchodzone dawniej na obszarach zamieszkiwanych przez ludy słowiańskie, bałtyjskie, germańskie i celtyckie. Także przez część narodów wywodzących się z ludów ugrofinskich np. Finów (w Finlandii noc świętojańska jest jednym z najważniejszych świąt w kalendarzu) i Estończyków. Noc świętojańska – Līgo na Łotwie jest świętem państwowym, a po odzyskaniu niepodległości 23 i 24 czerwca stały się dniami wolnymi od pracy. Również w Republice Litewskiej dzień 24 czerwca jest od 2005 roku wolny od pracy.
Bo też ten dzień był, za nim człowiek nie wymyślił kalendarza i sylwestra, swoistym Nowym Rokiem. Kończył sie stary, zaczynał kolejny. Wszak dni od tego momentu sa coraz krótsze. I za chwilę znowu zapadniemy w jesienno-zimowe ciemności. Nie ma na to rady. Coś znowu uleciało nam z życia.
Dodano: 2011-06-24. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum, Wiara
Dodano: 2011-06-25. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: POLSKA
Wyścig na niej właściwie trwa cały rok, tylko latem nabiera tempa. To dziwne, bo o tej porze roku warunki pogodowe są najlepsze. Dzień długi, zjawiska ekstremalne tylko od czasu do czasu. A jednak …
Podczas pierwszego wakacyjnego weekendu zginęło na polskich drogach 70 osób. Jak wynika z policyjnych statystyk najczęstszymi przyczynami zdarzeń drogowych jest nadmierna prędkość, niedozwolone wyprzedzanie, nieustąpienie pierwszeństwa i alkohol.
Zdjęcia zmiażdżonych samochodów dominują w gazetach, telewizji i Internecie. Powinny przemawiać do wyobraźni. A jednak…
Pierwszy tegoroczny wakacyjny weekend kończył Narodowy Eksperymet Bezpieczeństwa. Jego ukoronowaniem miałbyć właśnie Weekend bez ofiar. A jednak…
Może gdyby pomysłodawcy akcji przesunęli ją bliżej święta patrona kierowców, to bilans weekendu naprawdę byłby inny. A jednak…I i święty Krzysztof nie pomoże, gdy gangsterstwo na drodze.
I tak można pisać co roku. Strach wyjechać na drogi, brakuje sposobów by oszukać na nich przeznaczenie. Już nie tylko na krajowej ósemce czy innych ważniejszych drogach, ale i tych pobocznych.
I będzie tak dopóty politycy na serio nie wezmą się, ża gangsterskie zbójowanie. Tu pobłażliwości nie może być. Pijani kierowcy powodujący wypadek śmiertelny powinni być tak samo karani jak zwyrodnialcy zabijający dla przyjemności. Tu nastał czas na prawo talionu, nawet jeśli poruszona Europa podniesie swój zadek na znak sprzeciwu.
A jednak politycy za te i inne działania się nie wezmą. Nie tylko ze względu na poprawność europejską, ale dlatego, że w przyszłości oni sami mogą być w podobnej sytuacji. Co po niektórych chronić będzie immunitet, ale co potem jak przygoda z władzą się skończy. Skoro tak, jeśli tak bardzo groby kochacie, to leżcie w nich sami.
Dodano: 2011-06-26. Autor: bezzmian. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: Rozum
Maciej Zembaty, legenda piosenki piosenki prawdziwej, sceny satyrycznej, a przede wszystkim tłumacz pieśni Leonarda Cohena. Bez tych polskich wersji twórczość kanadyjskiego barda, podobnie jak bez tłumaczeń Maryli Miklaszewskiej twórczość Karela Kryla, w Polsce byłaby niepoznana. Maciej Zembaty w duecie z Johnem Porterem stworzyli jedną z legend sceny, która w dawnym systemie była poza głównym obiegiem.
- I chociaż wszystko poszło źle, przed Panem pieśni stawię się, na ustach mając Alleluja – to cytat z piosenki Cohena Alleluja (młodszym utwór ten kojarzy się z jedną części Shreka). Ale właśnie Alleluja w wykonaniu Macieja Zembatego było tym najlepszym Alleluja jakie kiedykolwiek słyszałem. Gdy kilka lat temu napisałem o tym na blogu w Wielkanoc, parę miesięcy później pojawił się pod moim tekstem komentarz: Pozdrowienia od Zembatego? Czy to był wpis od Pana Macieja? Nie mam powodów wątpić, że nie. A jeśli tak, to dziękuję. Nie tylko za niego.
I chociaż wszystko poszło źle,
przed Panem pieśni stawię się,
na ustach mając Alleluja

Dodano: 2011-06-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Ferreyra, Cesarini, Peucelle, Minella, Vaghi, Soriano, Labruna, Moreno, Padernera, Munoz, Loustosu, Rossi, Carrizzo, Sivori, Angellino, Matosas, Cubilla i setki innych, którzy w 90 procentach patrząc z tamtego świata nie mogą uwierzyć, że ich ukochany River Plate spadł do ii ligi argentyńskiej. Po raz pierwszy w historii. Najsłynniejszy klub w historii Argentyny. Millionarios. To tak jakby Real Madryt spadł z Primera Division.
Polskie agencje pisząc o spadku River Plate, koncentrują się na ekscesach wywołanych przez kibiców klubu. Tymczasem los drużyny z poprzecznym czerwonym pasem na koszulkach jest najlepszym dowodem na tezę, którą postawiłem kilka lat temu, że pieniądz stworzył piłkę, pieniądz zniszczy piłkę. A także dowodem na upadek argentyńskiej piłki. Od zawsze wypuszczała w świat więcej gracz niż rośnie w lesie po deszczu grzybów. Z każde takiej generacji oriundi można by utworzyć ligę w kilkunastu krajach. A i ci, którzy zostawali w kraju, byli graczami wybitnymi. Nawet River Plate w dekadzie lat 60, w której ani razu nie sięgnęło po mistrzostwo kraju, miało takich tuzów jak Onego, Mas, Cubilla. I grali oni jak z nut. Dziś jest inaczej. Taki Messi mógłby swoim poprzednikom buty nosić, nie wspominając o tych futbolistach, którzy kilka tygodni temu przegrali z Polską.
Za klika dni w Argentynie rozpoczyna się Copa America. Gospodarze nie zdobyli tego trofeum od 18 lat. Spadek River Plate do drugiej ligi zły to dla nich omen. Nawet jeśli z krajowych graczy w kadrze Argentyńczyków jest tylko jeden zawodnik: bramkarz Carrizzo z … River Plate.
Najsmutniejsze w tej historii jest to, że ta klęska w River Plate stała się udziałem dwóch iście żywych legend klubu: Daniela Passarelli i Juana Jose Lopeza. Pierwszy jest prezesem klubu, drugi trenerem drużyny. Szkoda.
Dodano: 2011-06-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Radna Katarzyna Siemieniuk wpadła na pomysł, by po Białymstoku woził turystów stary jelcz. Skoro inne miasta maja swoje tramwaje czy pojazdy konne, to dlaczego nie spróbować z podobną atrakcją w Białymstoku?. Tym bardziej, że jedna ze spółek komunikacyjnych ma na swoim stanie popularnego przed laty ogórka.
Prezydent Tadeusz Truskolaski w białostockim dodatku Gazety Wyborczej jest zachwycony pomysłem i wieszczy, że jeszcze w tym sezonie ogórek wyjedzie na białostockie ulice. Z kolei jego rzeczniczka Urszula Sienkiewicza także zachwycona tym pomysłem, w Radio Białystok i w Kurierze Porannym jasno daje do zrozumienia, że w tym roku autobus nie wyjedzie na trasę. Bo w tegorocznym budżecie nie ma na to pieniędzy. Skąd zatem ten dysonans między prezydentem i jego rzeczniczką?
W uzasadnieniu swojego pomysłu radna Siemieniuk pisze, że „Mimo skoku technologicznego, niejednemu przychodzi ochota pojeździć jelczem. To część naszej historii i kultury technologicznej
Zatem zgodnie z tą logiką na Rynku Kościuszki i nie tylko powinny się pojawić saturatory. Zmęczeni jazdą ogórkiem i spragnieni turyści mieliby od razu możliwość skorzystania ze szklaneczki z czystą lub sokiem. Zwłaszcza w upalne dni. W końcu w poprzedniej epoce technologicznej, do którego dziedzictwa odwołuje się w swoim pomyśle ogórkowym radna, przy tym urządzeniu gasiło pragnienia wielu (ustawiały się przed nim kolejki, bo wiadomo napojów chłodzących było jak na lekarstwo). Zwłaszcza ci, którzy wysiadali z ugotowanych do ukropu ogórków, czyli czerwonych autobusów. Wówczas dla spragnionych jedynym ratunkiem był saturator, przy którym człowiek w białym kitlu serwował szklankę czystej wody lub czystej z sokiem. Później opryskiwał szkło niby dezynfekując, i następny spragniony obywatel mógł łyknąć owego balsamu dla rozgrzanego ciała.
Ciekawe, jak by dziś białostoczanie i turyści, gdyby taki saturator pojawił się dziś (może jest jeszcze w jakiejś piwnicy) na Rynku Kościuszki i innych spektakularnych miejscach? Pewnie na taki eksperyment litości nie miałby sanepid, a przede wszystkim Komisja Europejska. W końcu tak wiele mówią o przestrzeganiu higieny w czasach E. coli? Z drugiej strony wtedy wielu piło i wielu nic się nie stało. Wszak w saturatorach można było zdezynfekować szklankę pod mini prysznicem?
Zresztą są miejsca w kraju, gdzie taką czystą z sokiem sprzedają za dwa złote. I to z naturalnego, źródlanego, saturatora. Pomimo że to woda najczystsza z czystych i najzdrowsza ze zdrowych, to jednak nie umywa się do tej sprzedawanej niegdyś przez ludzi od saturatora.
Zatem wystarczy w Białymstoku szybki przetarg na miejsce (góra 4 metry kwadratowe), na których stanie saturator (podobny przetarg, jak ten na podstawie, którego handluje się w parkach). Z uzyskanych pieniędzy za dzierżawę powierzchni uruchomi się linię dla starego jelcza i nie trzeba będzie nowelizować tegorocznego budżetu.
W końcu mamy sezon ogórkowy.
Dodano: 2011-06-28. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Święta regionalne. W niektórych miastach Europy w tym dniu jest wolne od pracy. Tak jak dziś w Rzymie. Fiesta w św. Piotra i Pawła. Za takim świętowaniem stoi tradycja . Tak jak w Lizbonie podczas czerwcowej Festas dos Santos Populares poświęconej trzem wielkim świętym: Antoniemu (12-13.06), Janowi (23-24.06), Piotrowi (28-29.06). A siła tradycji, wbrew temu, co niekiedy usiłuje się w mówić, to swoisty atut. Nieraz ta tradycja rodzi się w bólach, nieraz jednoznacznie nie da się określić dokładny, co do dnia, jej początek.
Może i u nas warto zapoczątkować nową świecką tradycję i ustanowić takie święto. Oczywiście za chwilę znajdą się adwersarze, którzy powiedzą, że nie stać nas na taka labę. Problem w tym, że na wiele rzeczy nas nie stać, mimo to je robimy. Także w Polsce. Chociażby EURO 2012, co otwarcie przyznał premier Tusk podczas słynnego lunchu z artystami.
Jaka data wiec na to nasze białostockie świętowanie? Fiesta na Jana, na cześć imienin hetmana czy może 19 lutego, na chwałę powrotu Białegostoku do macierzy? A może da się tak zrobić, że i jednego, i drugiego dnia będzie trochę bardziej świątecznie? Nawet jeśli nie będzie wolnego.
Dodano: 2011-06-29. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
O staniu w korkach na białostockich ulicach poświęciłem niejeden wpis na blogu. Wszystkie mają dwa wspólne wątki. Obiektywny rzec można i drugi subiektywny. Ten pierwszy sprowadza się do tego, że ile by magistrat za ciężkie miliony dróg nie pobudował w mieście, to nie będzie miało to żadnego znaczenia, jeśli nie powstanie druga przeprawa przez tory. Futurystyczna wizja wiaduktu na dworcem PKP lub pod nim, jest tak samo realna, jak to że w rewanżu za zawalenie przez Chińczyków budowy A-2 ocieplimy im mur chiński. Zostaje więc przebicie przez Sitarską. Dla magistratu zanosi się na drogę przez mękę, znacznie większa niż przy przedłużaniu Piastowskiej. I dlatego, choć nie tylko, co kwartał władze miasta publicznie powinny oznajmiać, jaki jest stan przebicia z Białostoczku na Antoniuk.
I druga, subiektywna strona, białostockich remontów. Są dwie szkoły drogowych inwestycji w mieście. Jedna nakazuje prowadzić je stopniowo, rozłożyć na kilka lat, by były jak najmniej uciążliwe dla mieszkańców. Druga każe je robić od razu, jeśli się da to jak najwięcej. W myśl tej zasady lepiej raz się przemęczyć, by później mieć święty spokój. I zdaje się, że nasze władze tej drugiej szkole hołdują. Ale w formie skrajnej i ortodoksyjnej. W ostatnich latach byliśmy świadkami tego wielokrotnie. Być może lepiej było najpierw zmodernizować Legionową, a dopiero później robić deptak z Rynku Kościuszki? Jaki sens było rozpocząć remont ulicy Sienkiewicza cztery dni przed wielkim, także pod względem logistycznym, wydarzeniem, jakim były uroczystości beatyfikacyjne ks. Sopocki.
To są przykłady z poprzednich lat. Pamiętając o nich, nie dziwi to, co sod poniedziałku dzieje na wiadukcie Dąbrowskiego. Zresztą, czy może dziwić, skoro w innej części miasta rozkopano na wakacje jedyny dojazd na plażę. Na plaże do korzystania, z której tak bardzo władze miasta zachęcają. Można by rzec, że po raz kolejny ktoś coś nie zgrał, nie zsynchronizował. Ale to tłumaczenie byłoby zbyt proste. Tu, jak w pryzmacie odbija się skutek uboczny dylematu administrowania czy reprezentowania miasta.
A wracając do wiaduktu na Dąbrowskiego. Białostoczanie zastanawiają się, ile razy ten wiadukt będą jeszcze remontować. Bo mają nieodparte wrażenie, ze remontowany jest on nieustająco. T o z kolei rodzi teorie spiskowe, typu: coś pewnie spartolili i muszą teraz poprawiać. I dlatego, aby z jednej strony uciąć takie spekulacje, a z drugiej by nie wyszło tak jak ze stadionem, władze miasta powinny publicznie oznajmić (najlepiej byłoby na sesji, ale radni rozjechali się na wakacje), co z tym wiaduktem. Bo perspektywa, że po wakacjach białostoczanie będą stali w takim samym korku, tyle, że z drugiej strony, jest mało zachęcająca..
PS. Na pocieszenie dziś zapowiadają się jeszcze większe korki. Po południu zamknięta będzie nowa Mazowiecka. Kierowcom zostaje 11 Listopada, Kalinowskiego-Wyszyńskiego, Młynowa. A jeszcze przecież trzeba zrobić wolny i bezpieczny przejazd dla kolumny prezydenckiej. Na dodatek wieczorem kibice na mecz się wybierają. Oj, zapowiada się sądny czwartek na białostockich ulicach.
Dodano: 2011-06-30. Autor: bezzmian. Komentarzy: (3)
Opublikowano w Bez kategorii
Z prezydencją jest jak z królowa brytyjską, mniej znaczy niż się wszystkim wydaje – mówi w dzisiejszym Obserwatorze w rozmowie z Tomaszem Mikuliczem dr. hab. Maciej Perkowski. I trochę sprawadza na ziemię nadzieje związane z polską prezydencją. A ponieważ jest także jednym z czołowych polityków PO w naszym regionie, tym bardziej warto zajrzeć do tego wywiadu. Zapraszam do lektury Obserwatora.
U progu naszej prezydencji zaintrygowało mnie coś innego. Komisja Europejska rozpoczęła starania o wyłonienie miasta, które 2014 roku zostanie Zieloną Stolicą Europy. O nagrodę „Zielonej Stolicy Europy” mogą ubiegać się miasta, których mieszkańcy przodują w najbardziej przyjaznym dla środowiska stylu życia – stanowiąc wzór do naśladowania dla wszystkich miast. Celem corocznego przyznawania tego tytułu jest wspieranie miast europejskich, by stały się bardziej atrakcyjnymi i zdrowymi miejscami, gdzie żyje się zdrowo, przyjemnie i zgodnie z naturą. Od 2010 r. do 2013 r. zaszczyt ten przypadł w udziale kolejno: Sztokholmowi, Hamburgowi, hiszpańskiemu miastu Vitoria-Gasteiz i francuskiemu Nantes.
I tak sobie pomyślałem, że skoro tytuł otrzymały wspomnienie powyżej miasta, to, czemu nie Białystok?. W końcu chyba nie nadaremnie ukuto powiedzenie o nas stolica regionu Zielonych Płuc Polski. Ponadto nie wyszło nam z Europejską Stolicą Kultury, to może wyjdzie z Zieloną Stolicą Europy. Zresztą kilka miesięcy temu, był już pomysł, by starać się o ten tytuł w 2012 lub w 2013.
Przeto zacząłem szukać argumentów bardziej przyziemnych, które uprawdopodobniałyby nasze szanse? I tak: nie mamy lotniska, autostrad też. Wokół nas Natura 2000, Puszcza Knyszyńska, spalarni jeszcze nie ma. I jeszcze w dodatku posiada piękne parki i ogrody, i to na wyciągnięcie ręki, bo niemal w samym centrum. Akcję Czysty Białystok (choć ze skutkami różnie bywa) i naturalny ugór zarastający wart ze 30 milionów albo lepiej.
Ale nadal nie mamy jednak kultury zachowań, instytucjonalnych i takich zwyczajnych, ludzkich zgodnych z naturą. A to przez ich pryzmat można postrzegać Białystok, jako zielone miasto na miarę Europy.
Instytucjonalnych, bo zimą zapytani strażnicy miejscy przez jednego z białostoczan, dlaczego nie dokarmiają ptaków przy siarczystych mrozach (a inne miasto to robią), odpowiedzieli: że gdyby mieli takie polecenie, to z chęcią by je wykonali.
Czysto ludzkich, bo operatorowi koparki nie przyszłoby do głowy nigdy wybrać ziemię, z miejsca gdzie gniazda mają jaskółki i brzegówki, ptaki pod ochroną. A tak było w czwartek w pobliżu ulicy Kuronia. Z kilkunastu gniazd, gdzie były złożone jaja, ocalało jedno.
Patrząc na zimowy i letni los ptaków, Białystok za Zieloną Stolicą Europy może tylko zatęsknić. Może kiedyś.
Dodano: 2011-07-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Walka stulecia – tak określa się pojedynek Kliczko-Haye. A przecież w historii były pojedynki, które termin ten wyniosły na wyżyny światowego boksu. Choćby Ali-Foreman w Kinszasie czy dwa słynne pojedynki Joe Lewisa i Maxa Schmellinga. A przecież były jeszcze inne słynne pojedynki. Ich niesamowity klimat i atmosferę w swojej książce Słynne pojedynki oddał niemalże w radiowej tonacji Aleksander Reksza, dziennikarz z przedwojennym stażem. Wśród ich pojedynek Jamesa Braddocka z Joe Lewisem.
Walkę tę wspominam nie bez powodów. Ze względu na życiorysy obu sportowców. Po zakończeniu kariery oraz w jej trakcie. Szczególnie w tym drugim przypadku historię Braddocka powinien poznać nie tylko każdy początkujący pięściarz marzący o walce stulecia. Nie trzeba szukać w bibliotekach biografii Braddocka, wystarczy obejrzeć film z Russelem Crowem w roli głównej „Cinderella Man”. Ktoś powie, ze to w zamierzchłych czasach. Tak naprawdę, mimo innych cyfr w oznaczeniu wieku i roku, zasady walki zostały te same.
Dodano: 2011-07-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Pięciu kibiców Jagiellonii wybrało się pociągiem na mecz rewanżowy z Irtyszem. Do Pawłodaru będą jechać pięć dni. Oby po drodze na szynach nie było opóźnień, bo sympatycy Jagi mogą nie zdążyć dojechać na stadion przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Ileż jednak w tej podróży, oprócz sportowych pierwiastków, jest też i tych symbolicznych?. Nawet nie wiem, czy kibice sobie z tego zdają sprawę.
W naszej historii pociąg do Kazachstanu miał jakże inne piętno. Tam sowieci wywozili z Kresów całe polskie rodziny. Męczeńska droga deportowanych zaczynała się już w momencie najścia NKWD na ich domy, gdy dawano im kilkanaście minut na spakowanie się. Potem był trwający kilkadziesiąt dni transport na Syberię, w bydlęcych wagonach przy mrozie sięgającym pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Tak zsyłkę wspomina 38-letniej Polki zesłanej w kwietniu 1940 roku z Białegostoku do Pawłodaru:
„Sytuacja w wagonach była straszna. Na pryczach, pakunkach, walizkach, leżały lub siedziały w kuczki kobiety przez kilka dni nie zdejmując sukien. To też momentalnie pojawiły się wszy. Dzieci ułożone w wygodniejszych miejscach, ale bez dobrego powietrza, ruchu i należytego pożywienia zaczęły gorączkować. Nerwy ludzi, zmęczone zaduchem, brakiem snu, dobrej wody i gotowanego jadła, a nawet dostatecznej ilości wody do mycia, wytwarzały atmosferę nie do zniesienia. Żołnierze NKWD stali się ordynarni, grozili kolbami, ubliżali lub czasem kokietowali prostacko dziewczęta. „Eszelony” wlokły się powoli. Drzwi otwierano tylko przed większymi stacjami, gdzie kilkakrotnie tylko w ciągu 18. koszmarnych dni pozwalano ludziom przejść się, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Robiliśmy widocznie koszmarne wrażenie, bo ludzie tamtejsi patrzyli na nas z trwogą, a często z odrazą, jak na zbrodniarzy”.
W czwartek, gdy kibice Jagiellonii po trudach pięciodniowej podróży wejdą na stadion Irtysza, nie będą zapewne jedynymi (niektórzy lecą też samolotem) dopingującymi po polsku. Wszak w poprzedniej dekadzie język polski był nauczany w jednej ze szkół pawłodarskich. Zapewne dla mieszkających tam niewielkiej polskiej Polonii mecz Irtysz-Jagiellonia będzie bardzo ważnym wydarzeniem. Także symbolicznym.
Myślę, że nie powinno tam też zabraknąć władz Białegostoku (choć wiem, że jest to chyba już niemożliwe). Skoro stać było tych pięciu śmiałków pojechać koleją, to tym bardziej powinno stać władze Białegostoku na wyczarterowanie samolotu dla drużyny i kibiców. Koszty takiej wyprawy nijak się mają do pieniędzy, które w poniedziałek miasto przekaże Jagiellonii na promocję miasta w rozgrywkach ligowych do końca grudnia 2011. W ostateczności o koszty wyprawy kazachskiej można pomniejszyć wyniki przetargu.
Wspominam o tym także z jeszcze jednego powodu. Już chyba nigdy władze Białegostoku nie będą miały takiej okazji, by odwiedzić Białystok na Syberii. Wszak lot z Pawłodaru do Tomska to rzut beretem. Czasie, gdy piłkarze jeden dzień przeznaczyliby na trening, białostocka delegacja mogłaby go wykorzystać na przelot do Tomska. Stamtąd tylko 200 kilometrów jazdy samochodem (tyle co z Warszawy do stolicy Podlasia) i już jest Białystok na Syberii.
Szkoda, że naszym władzom (a były już w niejednym miejscu na świecie i to bardzo odległym) zabrakło trochę refleksji i refleksu. I pojechać tam, gdzie nie ma spotkań na temat inwestycji, promocji, biznesu. A potencjalny zysk z wizyty żaden. Ale tam gdzie prezydent Białegostoku powinien zawitać. Do Białegostoku na Syberii.
A potem przez Pawłodar z Jagiellonią i kibicami wrócić do Białegostoku nad Białą w glorii chwały. Nawet jeśliby nie było do niej powodów sportowych (odpukać). I myślę, że akurat w tym przypadku po wylądowaniu na Okęciu i podróży samochodowej do domu nikt nie wypomniałby władzom naszego miasta kosztów tak dalekiej podróży.
Dodano: 2011-07-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna
Prezydent ogłosił, co prawda nieformalnie, termin wyborów, i to jednodniowych, 9 października. Ani to po myśli byłych kolegów partyjnych, którzy chcieli dwudniowego głosowania. Ale też nie po myśli PiS, które proponował w swoim czasie jeden dzień głosowania 30 października, czyli tuż przed masowym wyjazdem Polaków na groby.
Gdy kilka miesięcy temu prezydent prowadził konsultacje na temat wyborów był w podobnej sytuacji, jak Aleksander Kwaśniewski wiosną 1998 roku. Na kilka godzin przed upływem ostatecznego terminu prezydent Kwaśniewski podpisał decyzję umożliwiającą przesunięcie wyborów samorządowych na jesień. Podpisanie ustawy otwierało drogę do równoczesnego wyłaniania rad gmin, powiatów i województw.
Decyzję tę poprzedziły burzliwe negocjacje. Lewica, środowisko w końcu prezydenckie, chciałaby wybory municypalne odbyły się na wiosnę, wtedy, gdy dobiega końca kadencja wybranych w 1994 roku rad. Rządząca koalicja AWS-UW postulowałaby przełożyć głosowanie na jesień. Miała ważny powód: zapowiadane reformy administracyjne kraju. Posłowie Akcji Wyborczej Solidarność przerwali nawet obrady klubu, by w telewizji w sejmowych kuluarach wysłuchać decyzji prezydenta. Relacja z Pałacu była na żywo i słowa Kwaśniewskiego “podpisuję tę ustawę” przyjęto brawami.
Prezydent stwierdził, że decyzję podjął z trudem, bo kosztuje go ona przyjaźń ludzi, których zna i ceni. – Proszono mnie, aby dać szansę. Podpisuję tę ustawę – mówił wtedy prezydent Kwaśniewski. - Byłem pewny, że argumenty merytoryczne potrafią przekonać każdego, nawet prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, do słusznych racji — oceniał wtedy wicepremier Janusz Tomaszewski (AWS).
Temat historia jako żywo przypomina położenie, w którym znalazł się obecnie prezydent Bronisław Komorowski. – Czy w wystąpieniu telewizyjnym też powie: „Poproszono, mnie by dać szansę”. I mimo że słowa te będą być może kosztować go przyjaźni ludzi, których zna i ceni, podejmie decyzję wbrew oczekiwaniom przyjaciół, że wybory będą jednodniowe. Oczywiście nie 30 października, jak postuluje PiS, bo ten termin jest wzięty z „tamtego świata” – pisałem kilka miesięcy temu.
Przeto dzisiejsza decyzja prezydenta jest w jakimś sensie powtórki z Aleksandra Kwaśniewskiego. Co więcej, zdecydowanie się na pierwszy możliwy termin skraca kampanię wyborczą (co nie jest bez znaczenia dla prezydencji polskiej). Czeka nas prawdziwy, jesienny bliezkrieg.
Ale Bronisław Komorowski zaskoczył mnie czymś innym. Datę wyborów i ich czas trwa ogłosił nieformalnie. Na konferencji prasowej w czasie, której omówił m.in. pierwszy rok swojej prezydentury. – Decyzję formalnie podejmę, zgodnie z ustawą i konstytucją, dopiero na początku sierpnia, bo dzisiaj ogłoszenie decyzji oznaczałoby uruchomienie całej procedury związanej z wejściem Polski w okres kampanii – mówił Bronisław Komorowski.
Wbrew nadzieją prezydenta, jego nieformalna decyzja i tak wprowadzi w nas kampanię (bez względu na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie kodeksu wyborczego). Poza tym mógł z nią poczekać do początku sierpnia, bo to dopiero wtedy mija pierwszy rok jego prezydentury. Czas biegnie od chwili złożenia przysięgi. A decyzja, i to jeszcze taka decyzja, podjęta w pierwszą rocznicę jej złożenia miałoby wymiar także symboliczny.
Dodano: 2011-07-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Dwa sądy, dwa wyroki, na dwóch krańcach Europy. W Hadze holenderski sąd uznał, że państwo holenderskie jest odpowiedzialne za śmierć trzech muzułmanów w masakrze dokonanej przez siły serbskie po upadku Srebrenicy podczas wojny bośniackiej (1992-95). I nakazał wypłacenie odszkodowań ich krewnym. To precedensowy wyrok, który może otworzyć drogę do wypłaty odszkodowań za masakrę ludzi, którzy w Srebrenicy znajdowali się pod ochroną holenderskich żołnierzy ONZ.
Tym sam trzeci akt sprawiedliwości dziejowej za hańbę Europy dopełnia się. Pierwszym było postawienie przed międzynarodowym trybunałem haskim Slobodana Miloszevica (zmarł w Hadze), drugim Radovana Karadzicia, przywódcy bośniackich Serbów. Drugim – i Radko Mladicia, wojskowego dowódcy bośniackich Serbów. Obaj są już w Hadze, jednak ile czasu i z jakimi oporami przyszło Europie zmazywać tę część hańby. Ale znacznie trudniej przyszło zmywać Europie i samym Holendrom inną część tej samej hańby – za dopuszczenie do masakry ludzi, którzy w Srebrenicy znajdowali się pod ochroną holenderskich żołnierzy ONZ. Dzisiejszy wyrok to czyni. Tu sprawiedliwości stało się zadość.
Nie można tego samego powiedzieć o drugim dzisiejszym wyroku, który zapadł w Mińsku. Andrzej Poczubut uniknął kolonii karnej, ale został skazany na trzy lata w zawieszeniu na dwa lata. Odzyskał wolność, ale zapadł nieprawy wyrok. Bo niesprawiedliwe i nielegalne było uwięzienie Andrzej Poczubuta. A skoro tak to niesprawiedliwe i nielegalne było procedowanie nad sprawą Andrzeja Poczobuta. Mało tego, wyrok w jego sprawie dowodzi ostatecznie, jaką fikcją jest sądownictwo na Białorusi. Jak wymiar sprawiedliwości wydaje wyroki na zamówienie politycznego ośrodka władzy. Albowiem od jakiegoś czasu mówiono, że reżim w Mińsku nie chcąc przeciągać i tak napiętych do granic stosunków z Polską i Europą, nie zdecyduje się na surowy wymiar kary dla Andrzeja Poczobuta. Gdyby było inaczej, to sędzia dziś powinien powiedzieć tak: „Jest pan wolny Panie Poczubut, bez żadnego wyroku, bez żadnej kary. Pana sądzenie było hańbą dla białoruskiego państwa, jego wymiaru sprawiedliwości i dla mnie osobiście”.
Ciesząc się tego, że Andrzej Poczobut jest woln, z bagażem dzisiejszego wyroku nadal tkwi w kajdanach bezprawia i okowach niesprawiedliwości. Tak jak inni, którzy zostali za kratami. Chociażby Wasyl Parfienkou, skazany w lutym na cztery lata kolonii karnej. Powód: uczestnictwo antyprezydenckiej manifestacji po reelekcji Aleksandra Łukaszenki w grudniu ubiegłego roku.
I dość przypomnieć, że jeszcze niedawno Europa widziała w Aleksandrze Łukaszence nie tyle uzurpatora, co wręcz nawet pewnego rodzaju wyzwoliciela. I jeśli dziś akolici tamtego relatywizmu przybierają bardziej srogie pozy, to za tym postanowieniem poprawy musi pójść rachunek sumienia i żal za grzechy. Bo to dzisiaj Aleksander Łukaszenka jest nad Europą pochylony w pozie ostatniego sprawiedlwiego. I śmieje jej się w twarz. Utraconą twarz. Bardzo dawno temu.
Dodano: 2011-07-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (4)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tagi: prawo
Kilka tygodni temu w tekście “Wybory 2011. 3xNIE” napisałem, że przy całym skostnieniu naszej sceny politycznej, wyborcy mogą dokonać czegoś wyjątkowo. Oczywiście nie wymienią elit i ich nie zastąpią, ale w ramach tychże elit mogą dokonać fundamentalnego przesunięcia. To nadal będzie ten sam krąg, ale nie taki sam. Tych, co przetrwają „Wybory 2011 – 3Xnie” nauczą pokory na przyszłość.
Nie spodziewałem się, że jedno z tych NIE, które umownie można określić hasłem „odbierzmy partiom Senat”, tak szybko się zinstytucjonalizuje. Bo w gruncie rzeczy tym jest komitet wyborczy do Senatu prezydentów siedmiu miast. Oczywiście nie należy się spodziewać, że wystartują oni w październiku (oznaczałoby to wybory prezydenckie w tych miastach). Inicjatywa ta nie wyklucza także powstania innych, pozapartyjnych alternatyw do Senatu. Nie wiadomo jeszcze, jaka ordynacja będzie obowiązywała w październiku. Zależy to od przyszłotygodniowej decyzji Trybunału Konstytucyjnego. Ideą tych zmian (oprócz spełnienia obietnicy PO sprzed lat o jednomandatowych okręgach wyborczych) był prymat zasady bliskości wyborcy i niezależność od lokalnych układów partyjnych.
Od samego początku tej noweli Izba Wyższa jawiła się jako azyl dla osób spod szyldu senatora Stokłosy. Tyle że mają oni potencjalnie większe szanse na mandat w wyborach uzupełniających niż tych po upływie pełnej kadencji. To drugie bardziej sprzyjało samotników sceny politycznej (tych nie brakuje: choćby Władysław Frasyniuk czy Jan Rokita, ale też byłby to czyściec dla polityków, którzy odeszli z innych partii). Z drugiej strony dawało szanse na potencjalne przełamanie monopolu partii politycznych w Senacie.
Jeśli wybory odbędą się według starej ordynacji, to inicjatywie prezydentów siedmiu miast i każdej innej może być znacznie trudniej (do tej pory jedynym kandydatem o potencjale pozwalającym zdeklasować konkurentów wyznaczonych przez partie był Włodzimierz Cimoszewicz). Co nie oznacza, że zupełnie nierealnym (zależy też to od jakości wystawionych kandydatów). A wtedy bardzo szybko po wyborach okaże się w Sejmie, że taki zdefragmentowany Senat jest zbędny. I PO, jeśli nie zdobędzie większości sejmowej, wróci do pomysłu jego likwidacji.
Wspólne zobowiązanie prezydentów Wrocławia, Krakowa, Zabrza, Kielc, Gdyni, Rzeszowa, Gliwic (niczym filmowe z „Siedmiu samurajów”) łączy apartyjność i bardzo dobry wynik wyborczy w listopadowej elekcji. Próżno w tym gronie szukać apartyjnego i także z bardzo dobrym w listopadzie wynikiem gospodarza Białegostoku. To rodzi pytanie o polityczność prezydenta Truskolaskiego. Ale to już temat na inną opowieść.
Dodano: 2011-07-06. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Suplement, bo uzupełnienie tego, co jutro z braku miejsca nie znalazło się w papierowym Obserwatorze. Pod takim tytułem piszę o szansach i zagrożeniach podlaskiej PO w nadchodzących wyborach. Pomijam Senat, bo tutaj nadal nie wiadomo w myśl, jakiej ordynacji będzie głosowanie do Izby Wyższej. Po decyzji Trybunału Konstytucyjnego wrócę do tematu.
Koncentruję się na Platformie z kilku powodów. Po pierwsze rządzi w kraju i województwie. Z tego także powodu będą to dla niej prestiżowe wybory. Po drugie: już przedstawiła swoją listę. To samo wprawdzie zrobił PSL, ale po pierwsze nie jest przeciwwagom dla PO w walce o dominację na regionalnej scenie polityczno-partyjno. Poza tym oferta ludowców raczej wydaje się być skrojona na miarę wyborów sejmikowych, ale nie sejmowych. PiS i SLD nie zamknęły swoich list, o innych na razie cisza.
Po trzecie: wyborczą sumą wszystkich strachów PO jest zdobycie więcej mandatów niż PiS w regionie. Początek wiedzie przez optymalny kształt listy wyborczej. Z umiejętnością nie powtarzania błędów z przeszłości.
Zapraszam do Obserwatora.
Dodano: 2011-07-07. Autor: bezzmian. Komentarzy: (12)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Przejechałem wczoraj około godz. 16 nowo otwartymi estakadami (chociaż dość skutecznie krzątali się po nich drogowcy) na ul. Maczka. Luz blues, a już przy wyjeździe ze Świętokrzyskiej puchy niemiłosierne. Jakże odmiennie niż dotychczas o tej samej porze. Od zawsze kolejki tirów zmierzających na Augustów blokowały skutecznie jazdę przez tę część obwodówki. O tym, że w ogóle nie powinno być ich w mieście w czasie przebudowy ul. Maczka, pisałem wielokrotnie. I że Białystok powinien domagać się od rządu partycypacji w utrzymaniu przebudowanej ulicy po okresie gwarancyjnym. Bo alternatywne drogi, czyli obwodnica północno-zachodnia Białegostoku jest tak samo realna jak zdobycie mistrzostwa Europy przez podopiecznych Franciszka Smudy.
Czy raz na zawsze pozbyliśmy się korków na Maczka? Oby, choć można dostrzec niepokojąco wąskie gardło przy zjeździe z pierwszej estakady i skręcie na Augustów (odpukać).
Po wczorajszym zjeździe z estakad wróciłem na Sienkiewicza przez Dziesięciny i Antoniuk. Skręciłem w Narewską i po skraju ogródków działkowych swoim trzynastoletnim kangurem, zupełnie nieprzystosowanym do jazdy terenowej, wyjechałem na Białostoczek. I sobie pomyślałem, że wszystkie nowe drogi, które zostaną wybudowane w mieście, w swej chwale zejdą na plan dalszy jeśli nie powstanie nowa przeprawa przez tory z centrum na Antoniuk i Dziesięciny. Alternatywa dla wiaduktu na Dąbrowskiego.
Co do oficjalnego otwarcia wczoraj trasy na ul. Maczka, powtórzę to, co napisałem dwa lata temu podczas otwarcia ostatniego odcinka Trasy Kopernikowskiej, czyli dzisiejszej ulicy ojca Pio: miarą wielkości polityka, samorządowca, włodarza jest celibat od wszelkich takich pomp, a nie ich celebrowanie. Nawet jak się ma powód do dumy. Ale gwoli sprawiedliwości trzeba też przyznać, że w porównaniu z tym, co było dwa lata temu, wczoraj z ta celebrą było znacznie skromniej.
I na konie jeszcze jedno. Trasa Generalska to dawna Szosa Północno Obwodowa. Może ta druga nazwa odeszła już do lamusa? A może jeszcze znacznie duża część białostoczan nadal nie może przyzwyczaić się do tego pierwszego?
Zapraszam do obejrzenia galerii z otwarcia estakad.
Dodano: 2011-07-08. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Juniorzy Jagiellonii zdobyli mistrzostwo Polski. Jeden z kibiców na forum Porannego użył takiego określenia: to najlepsza odpowiedź na gwiazdorstwo podopiecznych Michala Probierza. Niestety, historia polskiej piłki uczy tego, że za kilka lat od zwycięskich juniorach Jagiellonii powiemy kolejne zmarnowanie pokolenie. A było tych generacji bez liku, nie tylko w białostockiej piłce. W kraju cudowne dzieci warszawskiej Gwardii: Banaszkiewicz, Baran, Dziekanowski. Pamiętacie jeszcze takiego zawodnika jak Dariusz Marciniak. Strzelał bramki w reprezentacji, a teraz gryzie ziemię. Przyczyną śmierci był zawał serca (w następstwie choroby alkoholowej). Był jednym z największych niespełnionych talentów polskiej piłki nożnej lat 80. Gdy był piłkarzem Śląska Wrocław ubiegali się o niego menadżerowie Realu Madryt i Bayernu Monachium.
Srebrna jedenastka z Barcelony Janusza Wójcika? Toż to dopiero niespełniona generacja, nie to było jej pisane. Zwłaszcza patrząc, że największe sukcesy odnosi dziś w Europie ich ówczesny przeciwnik boiskowy – Guardiola. Już na ławce trenerskiej.
A i gdy spojrzymy na cudowne dzieci Jagiellonii z rocznika 1974, to też możemy w gruncie rzeczy powiedzieć o niespełnionym pokoleniu. Citko, Frankowski, Bogusz i inni. Mogli osiągnąć znacznie wiecej, o niebo więcej.
Tak zmarnoanych generacjach to jesteśmy nad Wisłą mistrzami świata. Z powodzeniem moglibyśmy wystawić kilka jedenastek.
Oczywiście gratuluję sukcesu młodym piłkarzom Jagiellonii i życzę, by powyższy scenariusz się nie sprawdził. Ale …
Dodano: 2011-07-09. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Nadal trwa lament nad wyczynem Jagiellonii w Pawłodarze. Ale cóż dopiero ma powiedzieć taka Argentyna czy Brazylia, które lada chwila mogą pożegnać się z Copa Americą. Ich trenerzy próbują racjonalizować wpadki swoich zespołów, nie dostrzegając, że obie te nacje już dawno zeszły poniżej poziomu minimum.
Przeto i my spróbujmy zracjonalizować porażkę Jagi z Irtyszem. I napiszę tak: teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by Jagiellonia wygrała ligę. Do tej pory można byłoby się spodziewać, że ewentualne niepowodzenia w lidze byłyby tłumaczone grami w pucharach europejskich. A tak sprawa jest jasna i prosta jak konstrukcja cepa: nie m żadnych przeszkód natury sportowej, czy innej do wygrania ligi, tej i tak słabej ligi. Ponadto 4 miliony złotych od miasta w ramach promocji w Ekstraklasie do czegoś zobowiązują? Nieprawdaż
No, tak, zapomniałem: jest jeszcze Puchar Polski. W takim razie i z tymi rozgrywkami należy rozstać się jak najszybciej (kto wie, może i oddać walkowerem). Tak by nic, naprawdę nic nie stało na przeszkodzie do sukcesu na miarę tych czterech milionów.
Dodano: 2011-07-10. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Na dzisiaj protest zapowiedzieli pracownicy wymiaru sprawiedliwości, na 22 lipca pracownicy Przewozów Regionalnych. Ci pierwszy protestują pod hasłem: „Pacta sunt servanda” (Umów się dotrzymuje). Nawiązuje ono do niedotrzymywania zobowiązań o sukcesywnym wzroście płac dla sędziów i prokuratorów. Tymczasem zgodnie z decyzją podjętą na wiosnę przez resort sprawiedliwości w przyszłym roku nastąpi zamrożenie płac w wymiarze sprawiedliwości.
Przeciwko w pewnym sensie zamrożeniu płac protestują też kolejarze ze związków zawodowych. Związki zawodowe, działające w spółce, domagają się 280 złotej podwyżki. Tymczasem zarząd firmy zaproponował wzrost wynagrodzeń o 130 zł od października. Taka kwota nie satysfakcjonuje jednak maszynistów. Jak twierdzą, w październiku być może w spółce nie będzie miał już kto pracować, bo maszyniści odejdą do innych spółek.
To prawda, zawartych umów należy dotrzymywać. Chociażby wtedy, gdy podróżny wykupi bilet na przejazd koleją (czyż nie jest to rodzaj umowy z przewoźnikiem, że w zamian dowiezie go tego dnia do celu). I wtedy, gdy świadek przyjechał dzisiaj do sądu w dobrej wierze, wezwany przez ten sam sąd, który np. będzie co rusz ogłaszał 20 minutowe przerwy w czasie rozpraw.
Od każdego pacta sunt servanda jest rebus sic stantibus. Czy taką nadzwyczajną okolicznością może być trudna sytuacja budżetu państwa lub przewoźnika? I co jeśli ta nadzwyczajne okoliczności okazują się okolicznościami permanentnymi? Czy sędziowie i kolejarze będą zmuszeni powiedzieć: „Teraz trzeba zaczekać – rzekną nam. – Zaczekamy na pewno, o tak! Nie spoczniemy czekamy w czekaniu na ów dzień, Gdy nie będzie trzeba rzec: to nie to!”
A w ślad za nimi pasażerowie i świadkowie.
Dodano: 2011-07-11. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Najlepszym sposobem zmniejszenia ryzyka związanego z tym, co dzieje się na świecie będzie nadanie polskiego obywatelstwa Franciszkowi S. W końcu lepiej tego drania mieć bowiem po swojej stronie niż miałby działać przeciwko obywatelom Polski. Zresztą wielu znawców półświatka mówi, że tak na dobrą sprawę nie mamy szans obronić się przed jego niecnymi pokusami. A skoro tak, to lepiej przekabacić go na naszą stronę. Taki mały azyl nad Wisłą.
Przetojuż z dwojga złego lepiej zaopiekować się Franciszkiem S. Najlepszą formą takiej adopcji, będzie nadanie mu polskiego obywatelstwo. Skoro dorobili się jego i Olisadebe, i Roger, o których teraz słuch zaginął, to i dla Franciszka S. znajdzie się pewnie polski paszport. Zwłaszcza, że lobby za takim rozwiązaniem będzie znacznie szersze niż to było w przypadku futbolistów. W końcu nie bez powodów ciągnie sie za nim na świecie mit króla kasiarzy.
Tyle, że na polski paszport dla Franciszka S. chyba jest już za późno. A może się mylę?
Dodano: 2011-07-12. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Po raz pierwszy historii telewizyjnych transmisji flagi uniemożliwiły oglądanie meczu. Łotysze tak machali chorągwiami przed okiem kamery, że zupełnie nie można było dopatrzeć się czegokolwiek na boisku. Najlepiej wychodziły powtórki, ale ileż można oglądać ripley.
Dodano: 2011-07-13. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Augustów, spór od Dom Turka. W kamienicy tej rodowity Turek miał przed wojną cukiernię. Po wkroczeniu sowietów w budynku tym zainstalowało się NKWD i bezpieka. Co było w jego piwnicach i kazamatach, łatwo się domyśleć. Do dzisiaj żyją ludzie, którzy przeszli przez to piekło.
Obecnie dom jest własnością augustowskiego biznesmena, który nabył go od spadkobierców przedwojennych właścicieli (ci o trzymali go na mocy decyzji MSWiA). I ten przedsiębiorca zamierza zrobić w nim galerię handlową (w zgodzie z planem zagospodarowania przestrzennego), czym wprawił w oburzenie wszystkie środowiska patriotyczno-kombatancko-historyczno-samorządowe, które uważają, że miejsce kaźni to nie miejsce na centrum handlowe. Ich zdaniem powinno tu być muzeum.
Czy właściciel aksjologicznie powinien poddać się temu historycznemu rozumowaniu i uznać jego prymat nad swoim prawem własności?
Władze miasta próbują od niego kupić kamienicę, ale na razie na przeszkodzie stanęła cena. A ta jest pretekstem do dalszych rozważań: czy czując za sobą oddech oczekiwań środowisk historycznych nie powinien się odwołać to wartości wyższych i spuścić z ceny za budynek? I z drugiej strony: skoro władze mając za sobą takie poparcie, będąc przekonane o słuszności interesu społecznego w tej sprawie nad prawem jednostki do własności, czyż nie powinny przystać na każdą cenę?
Na razie Dom Turka został zabytkiem. Zdecydował o tym minister kultury. Dzięki temu budynek nie zostanie wyburzony. Władze miasta nadal, chcą odkupić go od właściciela.
I tu pojawia się zasadnicza sprawa: Czy wolno wykorzystywać własność prywatną przeciwko cudzej wolności w tym także wolności, która urzeczywistnia się w interesie społecznym? A jeśli nie, to czyż w istocie nie oznaczałoby to bankructwa przekonania, tak fundamentalnego dla ostatniego dwudziestolecia, że nic nie przekona ludzi do tego, że własność prywatna jest wiele warta, jeśli sami nie zakosztują jej atrakcji. I że jeśli jak najszerzej upowszechnimy własność prywatną wśród polskich obywateli, to wtedy znikną uprzedzenia, zahamowania. A miliony właścicieli bad funkcjonować także inaczej jako obywatele.
Dodano: 2011-07-14. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Krajobraz po trąbie powietrznej, niezależnie od regionu kraju, wygląda mniej więcej tak samo. Tak się jednak składa, że raz na jakiś czas po burzy u poszkodowanych zjawia się polityk. I to z tej najwyższej półki. Tak jak w maju 2007 roku, gdy zniszczoną przez nawałnicę podsuchowolską Chodorówkę odwiedził pierwszy garnitur, nie tylko podlaskich, polityków.
- Nawet premier Kaczyński do Suchowoli przyjechał i obiecał pomoc finansową dla poszkodowanych. To był czas kampanii przed wyborami do sejmiku. Kampania się skończyła, a wraz z nią deklaracje pomocy – mówił rok po kataklizmie Marek Rudziński, sołtys Chodorówki.
Przy odbudowie wsi przydały się pieniądze przekazane m.in. przez wojewodę. Z rezerwy celowej budżetu państwa czy poszczególnych resortów nie dotarła tu ani złotówka. – W końcu wojewoda, który dał nam pieniądze, to przedstawiciel rządu – śmiał się ponad rok po kataklizmie ówczesny burmistrze Suchowoli Jerzy Omielan. Ale po chwili już bardzo poważnie dodawał: - Tyle że to, co dostaliśmy, to nie była rekompensata. Co najwyżej zasiłek.
Powyższa historia przypomniała mi się po wczorajszych relacjach z wizyty premiera Donalda Tuska w zniszczonych przez nawałnicę gminach łódzkiego i mazowieckiego. Premier pocieszał i obiecywał, że rząd ma pieniądze na pomoc. W czasie też w gruncie rzeczy przedwyborczym. I to powie każdy spec od marketingu politycznego.
Chodorówka nie doczekała się spełnienia deklaracji pomocy. Gdy po roku od kataklizmu zarówno burmistrz, jak i sołtys wypowiadali przytoczone powyżej słowa, Jarosław Kaczyński, choć jego partia wygrała wtedy tamte samorządowe wybory, sam od kilku miesięcy nie był już premier, bo oddał władzę w kraju na skutek przegranych wyborów parlamentarnych. Czy to zły omen dla premiera Tuska, a zatem i adresatów jego posttwisterowskich obietnic czasu przedwyborczego?
Dodano: 2011-07-15. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Stowarzyszenie Kibiców Dzieci Białegostoku bojkotuje Jagiellonię . Wstrzymuje się od kupna karnetów i produktów naszego klubu oraz jego sponsorów. Jest to odpowiedź na nałożony zakaz wyjazdowy przez Ekstraklasę, za porozumieniem wszystkich klubów z tej klasy rozgrywkowe. I tu dochodzimy do pewnego paradoksu. Zgodnie z tą logiką kibice ze stowarzyszenia powinni bojkotować też miasto Białystok. Bo od 15 lipca jest ono jednym z głównych sponsorów Jagiellonii. Za promocję przekazało jej 4 miliony złotych. Trudno sobie jednak wyobrazić, by teraz kibice zamiast jeździć bekaemką nagle zaczęli chodzić pieszo czy nie korzystali z wody zimnej lub ciepłej. W końcu to produkty miejskich spółek.
W sprawie protestu kibiców oświadczenie wydała Jagiellonia pisząc m.in.: ‘To nie jest nasza wojna. W dość obszernym komunikacie klub oświadcza, że nie zgodzimy się, aby w Białymstoku były powielane schematy z niektórych polskich stadionów, gdzie osoby podające się za kibiców zastraszają innych uczestników widowisk sportowych i wprowadzając swoje zasady czerpią poważne korzyści finansowe z „kibicowania”, wykorzystując strach i bierność klubów”.
I tutaj uważni obserwatorzy też odnajdą pewną nutę paradoksu związaną ze stronieniem od wcześniejszej legitymizacji
Ponoć muzyka łagodzi obyczaje. I dlatego, ale też w związku w gruncie rzeczy z nie tak dawnym podobnym bojkotem w ostoi podlaskiej muzyki, może warto by dokonać pewnej roszady: melomani na stadion, a kibice na widownię filharmonii. Zaiste, nieoczekiwana byłaby to zmiana miejsc. Zarazem przecząca słowom byłego prezesa Jagiellonii, że stadion to nie filharmonia. To byłby dopiero paradoks i precedens w jednym.
Dodano: 2011-07-16. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bez kategorii
Dodano: 2011-07-17. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Strefa nadgraniczna
Szesnastolatek podejrzewany jest o śmiertelne ranienie nożem właściciela sklepu na Nowym Mieście w Białymstoku. Dwa lata temu siedemnastolatek nożem zabił policjanta w Warszawie. W innym mieście siedemnastolatek zabił nożem piętnastolatkę. W jeszcze innym dwaj bracia (starszy miał 10 lat) tak pokłócili się o komputer, że młodszy rzucił się na starszego z nożem.
Dlaczego dzieci sięgają po ten przedmiot? Dzieci, bo zabójca nastolatki jak pokazano na filmie, to jeszcze tak na dobrą sprawę dziecko. Przynajmniej z wyglądu, bo z litery prawa powinien odpowiadać według mnie jak dorosły. Podobnie jak zabójca policjanta.
Co dzieciakom daje posiadanie w kieszeni noża? Poczucie siły, bezkarności? I dlaczego są w stanie go użyć ze skutkiem śmiertelnym? Czyżby liczyli, że nie zostaną złapani? Dlaczego widmo zmarnowania sobie życia nie powstrzymuje ich o cofnięcia ręki? Dlaczego tak beztrosko robią ostateczny ruch ręką, zabierając inne życie? Dlaczego nie mają strachu przez zabraniem tego życia? Może dlatego, że dziś życie wbrew retoryce, którą słyszymy zewsząd, nie jest w Polsce wartością najwyższą?
A przecież był czas, ze tzw. finka była atrybutem niejednego młodego człowieka. Ale nikomu do głowy nie przyszło, by użyć jej do odebrania innemu człowiekowi życia. A jeśli już zdarzały się takie przypadki to nie na przystanku, w autobusie czy samochodzie. Dziś dzieci nie tylko zabiją dorosłych. Zabiją dzieci. Tak łatwo im to przychodzi.
Dodano: 2011-07-18. Autor: bezzmian. Komentarzy: (5)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Po dzisiejszej decyzji Trybunału Konstytucyjnego gra o mandat senatorski rozpoczęta. Do tej pory wiadomo było na sto procent, że wystartuje Włodzimierz Cimoszewicz, a jego rywalem w tym samym okręgu wyborczym hajnowsko-siemiatycko-bielsko-wysokomazowieckim będzie Mikołaj Janowski z PSL. Gdyby były to wybory uzupełniające, a nie po pełnej kadencji, radny sejmikowy PSL miałby szanse. SLD nie wystawi zapewne kandydata, bo przy całym dystansowaniu się podlaskiego SLD od byłego premiera (i nawzajem) ośmieszyłoby się tylko. Z kolei Platforma Obywatelska już zapowiedziała, że tym okręgu i będzie popierała Włodzimierza Cimoszewicza. W kraju jest to przedstawianie jako poszerzenie oferty PO wobec lewicowego elektoratu. Ale na awersie takiego tłumaczenia jest to, że podlaskiego PO nie ma kandydata, który miałby jakiekolwiek szanse z byłym szefem dyplomacji.
Od lat obecność Włodzimierza Cimoszewicza rodzi asymetrię na podlaskiej sceny politycznej. Start senatora powodował, że tak na dobra sprawę walka toczyła się od dwa mandaty. Po zmianie Kodeksu wyborczego w praktyce oznacza, że walka jest już rozstrzygnięta. Choć i jego samego ordynacja jednomandatowa zmusi do czegoś więcej niż w 2007 roku. Po zdobyciu mandatu w rozmowie z Porannym na pytanie „Co Pan chce zrobić dla Podlasia?”, odpowiedział: „ Co do Podlasia – jego potrzeby, specyfika i interesy będą tłem dla dyskusji budżetowych, o polityce regionalnej, polityce zagranicznej, Unii Europejskiej, sąsiedztwie”. Teraz, takie ogólnikowa deklaracja wydaje się, że już nie wystarczy. Wszak ideą zmian jednomandatowych było (oprócz spełnienia obietnicy PO sprzed lat) prymat zasady bliskości wyborcy i niezależność od lokalnych układów partyjnych.
Z kolei forowanie przez Platformę w okręgu w białostockim Tadeusza Arłukowicza nie jest pozbawione szans. Zwłaszcza jeśli spojrzymy na ostatnie wyniki wyborów do sejmiku. Wiceprezydent z okręgu w gruncie rzeczy tożsamym z dzisiejszym okręgiem senackim zdobył najwięcej głosów (na tej samej liście) po Tadeuszu Truskolaski. Zatem potencjał niby jest. Podobny w tym samym okręgu ma inny radny wojewódzki Dariusz Piontkowski. Jeśli tylko zdecydowałby się na Senat, a nie bardziej prawdopodobny Sejm, wówczas pojedynek między liderami obu tych partii były niezwykle emocjonujący. Jednak to elektorat wielkomiejski Białegostoku może przesądzić o triumfie obecnego wiceprezydenta miasta.
Ale czy senator białostocki musi być partyjny? Na pewno nie będzie też kandydata z inicjatywy senatorskiej prezydentów siedmiu miast. Ale to nie oznacza, że nie pojawi się inna alternatywa. Wystarczy 15 osób, by powołać komitet wyborczy. Potem wybrać pełnomocnik, zebrać podpisy i tak dalej. To wcale nie jest niemożliwe do wykonania. Wśród dziesiątek tysięcy białostoczan dysponujących biernym prawem wyborczym do Senatu, chyba znajdzie się ktoś do tej pory ten całkiem obcy.
Dodano: 2011-07-20. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Strefa nadgraniczna, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Pozytywne Wibracje, Podlaska Oktawa Kultur, Basowiszcza – nie tylko białostoczanie mają w ten weekend, w czym wybierać, A jeśli do tego dorzucimy jeszcze jedną imprezę, co prawa nie w Białymstoku, ale białostocką z krwi i kości – czyli doroczne pływanie na czym się da w Augustowie, to naprawdę zapowiadają się dni i noce jakich mało. Nawet jeśliby pogoda trochę miała inne plany.
A na koniec trochę historii. Tym, co pamiętają, ale nie tęsknią. I tym, którzy krzyczą: na pohybel dawnym czasom. Ale też trochę nostalgicznie. Zwłaszcza dla tych, urodzonych 22 lipca. Dziejom dla niektórych tak odległym, jak dziewczyna z PRL-u w piosence Jana Pietrzaka.
Dodano: 2011-07-22. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Mocne słowa trenera, cała prawda o polskiej piłce – takie padają określenia po wywiadzie trenera Michała Globisza, twórcy sukcesów młodzieżowej piłki, o współczesnym pokoleniu polskich piłkarzy. W rozmowie z dziennikarzami „GW” diagnozuje też, dlaczego jego podopieczni nie odnieśli sukcesów w dorosłej piłce. W wypowiedziach trenera odnajduję wiele wątków, które poruszałem na blogu. Zacytuję jedną z nich: „Jedyna poprawa jest pod względem bazy. Dla trenera, który w Lechii przepracował 27 lat w piachu, błocie, śniegu i lodzie, to wielka różnica, kiedy mogę poprowadzić zajęcia na równej płycie. Ale kiedy dawniej ogłaszałem nabór do drużyny, przychodziły tabuny dzieciaków. A im brudniejszy i palec w nosie, tym lepszy. Przychodzili z Oruni, Nowego Portu, nie musiał być nawet superuzdolniony, ale miał charakter”.
Słowa te potwierdzają tezę, która głoszę od lat, że to nie gładkie jak masło trawniki boisk zrodzą nam talenty. One rodzą się na nierównych klepiskach, połamanych krawężnikach, zniszczonych asfaltach. Ale nie mogą mieć wokół siebie tylu blichtru, lansu i pieniędzy. Bo pradą pieniądz stworzył futbol i pieniądz niszczy futbol. Widać to zwłaszcza po innych krajach. Dzisiejsze pokolenie z faveli Rio czy boisk La Platy o Budapeszcie, Pradze czy Belgradzie niewspominając, to też generacja zmarnowana w porównaniu z tymi sprzed dziesięcioleci. Cały wywiad z trenerem Globiszem to udowodnieni innej, generalnej tezy o polskim futbolu i analfabetyzmie polskich kopaczy. Zapraszam do archiwum bloga kategorii Do przerwy 0:1.
Dodano: 2011-07-25. Autor: bezzmian. Komentarzy: (1)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Tagi: futbol
Gdyby zapytać białostoczan, z czym kojarzy im się ten dzień, wszyscy odpowiedzieliby, że z ulicą o tej nazwie. Gdyby tak jeszcze podrążyć i zapytać, co tego dnia takiego ważnego się wydarzyło, to zapewne niewielu by wiedziało. A to tego dnia właśnie żołnierze sowieccy wyparli hitlerowców z Białegostoku (faktycznie było to wieczorem 26 lipca, a dnia następnego zainstalowali się w Białymstoku delegaci rządu lubelskiego) . Dziś przypada 67. rocznica tamtego wydarzenia. Dzień wyzwolenia, dzień zniewolenia. No, ale taki los nam zgotowali w Jałcie sojusznicy.
To było trzecie wejście sowietów do Białegostoku. Pierwszy raz w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Wtedy to w Pałacu Branickich zainstalował się rząd tymczasowo rewolucyjny z Dzierżyńskim i Marchlewskim na czele. Na krótko.
Drugi raz sowieci weszli do naszego miasta we wrześniu 1939 roku na mocy paktu Mołotow- Ribentrop. Sojusz gwiazdy, sierpa, hakenkreuz i młota przetrwał dwa lata. Niezwycieżony miód Hitlera przeganiał nieprzeliczone dzieci Soso. Trzy lata później sytuacja się odwróciła.
27 lipca 1944 roku Sowieci weszli po raz trzeci do Białegostoku. A raczej wjechali czołgiem, który utknął na pagórku przy obecnym wiadukcie na Sienkiewicza. Stanął, bo się zepsuł. Tak mówiła czerwona legenda. Do tego stopni, że w połowie lat 70. przyjechał do Białegostoku ten, co kierował tym czołgiem (T34 podarowało na uroczystość LWP). Czerwonoarmista odsłonił pamiątkową tablicę, która w 1989 roku znikła z czołgu. Kilka lat temu T34 odjechał do muzeum. Pozostał postument
Kilka lat temu powstał niezły ambaras na wieść, że na rocznicę wjechania czerwonoarmistów czołgiem dwybiera się do Białegostoku ambasador rosyjski. Ostatecznie dyplomata nie przyjechał, ale nasi miejscy urzędnicy wpadli w niezły popłoch. Tym bardziej, ze znikła z obelisku na cmentarzu tablica upamiętniająca poległych żołnierzy.
Ale już niedługo po 27 Lipca nawet i ulica nie zostanie. Przynajmniej na pewnym odcinku. Albowiem będzie ona częścią Trasy Generalskiej. Trudno bowiem przypuszczać, by pośród takich generałów była wyrwa historyczna. Bo jak to miałoby być: Kleeberga, Maczka, Andersa, 27 lipca, Sulika. A tak będzie Kleeberga, Maczka, Andersa, Sulika.
Dodano: 2011-07-27. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tagi: bialystok
Wszyscy czekają na niego jak niegdyś Amerykanie na raport komisji Warrena. Niemal wszyscy podkreślają, że wnioski z niego płynące powinny przyczynić się do tego, by podobna katastrofa już nigdy się nie miała miejsca zdarzyła. Tyle ze ona już się nie powtórzy. Ona mogła przytrafić tylko raz. I tylko Polakom.
Dodano: 2011-07-28. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny, Wisła? Ja Biała! Odbiór
Tłumaczenia szefa rządu, dlaczego Bogdan Klich pożegnał się z resortem obrony jako żywo przypominają komunikaty z dawnej epoki, w których obwieszczano, że jakiś decydent odszedł ze stanowiska ze względu na zły stan zdrowia. Rezygnacja ministra obrony jest także jeszcze jednym dowodem na potwierdzenie tezy, że premier nie potrafi ich zdymisjonować. Tak było przy opuszczaniu resortów po wybuchu afery hazardowej ministrowie odeszli na własną prośbę, zresztą dla dobra partii), tak też i było, gdy rezygnował były minister sprawiedliwości.
Dodano: 2011-07-29. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bez kategorii
67 lat temu, godz. 17. Od pięciu dni w Białymstoku są Sowieci, od czterech delegaci PKWN. 200 kilometrów na południowy-zachód rozpoczyna się zryw wojskowy i cywilny, bodaj czy nie najważniejszy w historii Polski, a już na pewno Warszawy.
Dziś w potoku powracających pytań o sens walki (np. ostatni wpis na Twiterze ministra Sikorskiego i ostrą odpowiedź na niego warszawskich radnych PiS), o postawę aliantów, o cynizm Sowietów, o martyrologię, o ciągłość państwa, o mitologię, o krótkowzroczność dowódców wydających rozkaz do powstania i ich w gruncie rzeczy – jak twierdził zmarły dwa lata temu prof. Jan Wieczorkiewicz – zbrodniczych decyzji, niebywałego bohaterstwa Powstańców i poświecenia ludności cywilnej -w ogóle o wszystko, prostych odpowiedzi nie otrzymamy. I pewnie przyszłe pokolenia też ich nie uzyskają. I jednej wspólnej oceny też.
W serialu “Jan Serce” pada takie zdanie: dla każdego warszawiaka najważniejsze są trzy daty: dzień urodzin, dzień rozgrywania wielkiej warszawskiej i dzień wybuchu Powstania Warszawskiego.
Bez względu na to, jak wielką ingerencję politycy poczynią w kalendarzu świąt państwowych, to i tak nie zmienią istoty tego, że dla warszawiaków dzień ten jest czymś więcej niż dla reszty kraju.
I być może warszawiacy nie potrzebują żadnej prawnej solidarności od reszty kraju. Może powinni sami decydować jak upamiętnić 63 dni walki. Bo – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – tylko ofiary się nie mylą. I tak rozumieć trzeba 1 sierpnia.
Dodano: 2011-08-01. Autor: bezzmian. Komentarzy: (7)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Oglądając wczorajszy mecz Jagiellonii z Podbeskidziem na otwarcie nowego sezonu chyba nie tylko ja przecierałem oczy ze zdumienia. Nie tylko z powodu gry naszych piłkarzy w Bielsko-Białej (od pewnych trzech punktów do ledwie uratowanego remisu), ale tego, co mieli na koszulkach. A raczej czego na nich nie mieli. Jak wiadomo do końca rundy jesiennej klub za promocję Białegostoku ma otrzymać cztery miliony złotych. W zamian m.in. na koszulkach reprezentacyjnych mają się pojawić symbole wizualne miasta. I tak też i było we wczorajszym meczu. Z tyłu koszulki pod numerem widniała literami bijąca po oczach nazwa Białystok. Z przodu zaś było logo Wschodzący Białystok. Szkoda, że nie na piersi, a gdzieś na wysokości pępka. Oczywiście w specyfikacji przetargu miejsce rozmieszczenia musi być uzgodnione z zamawiającym. Ale czyż jednym z powodów jego powtórzenia nie było to, że logo miasta zahacza o znak innego sponsora klubu? Tyle że owego znaku piłkarze Jagiellonii nie mieli wczoraj na koszulkach. Zatem wychodzi na to, że zmniejszając rozmiary swojej reklamy w drugim przetargu miasto ustąpiło miejsca niepotrzebnie.
Dodano: 2011-08-02. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Do przerwy 0:1
Autobus boczny o numerze 303 Białostockiej Komunikacji Miejskiej. Kursował wczoraj na trasie linii nr 3. Przejechałem nim kilka przystanków z centrum na Wyżyny. Na bilecie jednorazowym. Bardzo mnie ciekawiło, czy ktokolwiek z pasażerów przyłoży do czytnika osławioną kartę elektroniczną. Niestety, nie było chętnych. Być może dlatego, że większość pasażerów chyba nadal jeździ na papierowych biletach trzymiesięcznych. Tym bardziej, że na palcach jednej ręki można było policzyć tych, którzy kasowali tradycyjne bilety papierowe.
Obserwując jednak rozmieszczenie czytników zbliżeniowych w autobusie pomyślałem, że chyba najgorsze z kartami jeszcze przed białostoczanami. Wyobrażmy sobie taką sytuację: Początek września, młodzież wróciła do szkół. Uczniowie w drodze na lekcje tłoczą się jak sardynki. Jeśli jednak wsiedli pierwszymi drzwiami (zgodnie z uchwalą rady miejskiej jest to dozwolone), to by przyłożyć kartę do czytnika muszą przeciskać się co najmniej do środkowych drzwi. Bo to na ich wysokości zamontowany jest pierwszy czytnik. W tym samym czasie od tyłu, także w kierunku drzwi środkowych mogą przeciskać się pasażerowie, którzy będą chcieli skasować jednorazówkę. Bo dla nich pierwszy kasownik też jest zamontowany na środku. Jeśli posiadacze kart będą chcieli wykupić dla znajomej osobny bilet, to wtedy zapowiada się niezły korek. Zwłaszcza, że ową kartę do czytnika należy raczej dokładnie przyłożyć, a i operacja z kupnem też chwilę potrwa.
Jednym słowem zapowiada się niezła jazda bez trzymanki. O ile byłaby łatwiejsza, gdyby karta była zalogowywana tylko raz w miesiącu, a nie za każdym razem po wejściu do autobusu. Całe szczęście, że darowano nam tę operację przy każdym wysiadaniu.Wtedy byłby dopiero Meksyk z Sajgonem.
Dodano: 2011-08-03. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Plac Inwalidów
Tagi: bialystok
Prezydent ogłosił datę wyborów, kampania rozpoczęta. Czeka nas dwa miesiące debatencji. Jesteśmy w tym dobrzy, jak mało która z nacji. Zazwyczaj nic z tych dysput nie wynika. I tym razem będzie zapewnie podobnie. W zasadzie jesteśmy tym dziedzicznie, jako naród, obciążeni. Czyż całe liberum veto i niechlubne tradycje wolności szlacheckiej nie były jednym wielkim debatowaniem ze skutkiem śmiertelnym (patrz końcówka XVIII wieku).
Przed wyborami debaty rosną jak grzyby po deszczu. A raczej muchomory. A może jednak tak na rewersie tej debaty, jawi się Sejm bez Kaczyńskiego, Tuska, Napieralskiego, Pawlaka, Poncyljusza, Dorna, Niesiołoskiego, Macierewicza, Millera i innych ich kolegów, mniej lub bardziej zasłużonych dla o owej debatencji. Niemożliwe? Niekoniecznie. Ależ byłoby to trzęsienie ziemi Polsce. Rzecz jasna polityczne.
Dodano: 2011-08-04. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Wisła? Ja Biała! Odbiór
Dojście do władzy zajęło Andrzejowi Lepperowi 15 lat. Jak to się stało, że lider Samoobrony, który wielokrotnie łamał prawo, zdobył tak mocną pozycję w polskiej polityce?.
Najprostszym wytłumaczenie była użyteczność Leppera. Dla Prawa i Sprawiedliwości to liczba głosów jakimi w Sejmie dysponowała w 2006 roku Samoobrona. Podobnie było pięć lat wcześniej, gdy SLD zabiegał o względy Samoobrony w samorządach wojewódzkich. Z kolei Lech Wałęsa, przyjmując Leppera w Belwederze po blokadzie pod Mławą i okupacji Ministerstwa Rolnictwa, próbował rozgrywać swoją partię z rządem Jana Olszewskiego. – Wałęsa przysłał do nas łącznika, zaprosili mnie na spotkanie w kancelarii prezydenta. Byli obecni Wachowski, Falandysz, Drzycimski, Zakrzewski. Twierdzili, że to czego chcemy, czyli obniżenie stóp procentowych, mogą załatwić. I załatwili to w ciągu jednego dnia, już o 17.00 leciało w ,,Teleekspresie” – tak wspominał lider Samoobrony na stronie www.lepper.com.pl. Niektórzy twierdzą, że gdyby nie ten akt polityczny, Samoobrona być może zniknęłaby tak szybko, jak się pojawiła. Nie podlegała też dyskusji użyteczność Leppera dla mediów. Blokada drogi czy mównicy była dla nich łakomym kąskiem.
Przekonanie o utylitaryzmie Leppera to nie jedyny zbiorowy rachunek, który obciąża klasę polityczną. Równolegle, zarówno w wymiarze moralnym, jak i prawnym kiełkowała tzw. miękka postawa. W tym drugim przypadku przejawiała się w pobłażliwości orzekania kary i winy wobec lidera Samoobrony. We wszystkich procesach od 1999 roku do 2006 roku, a miał ich Lepper niemało, otrzymywał wyroki w zawieszeniu. Tylko raz, za nazwanie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego nierobem i znieważenie wicepremierów Leszka Balcerowicza oraz Janusza Tomaszewskiego, został skazany na karę bezwzględnego więzienia. W apelacji gdański sąd zamienił pobyt w celi na karę grzywny. – Poprzedni wyrok został złagodzony, ponieważ karanie więzieniem za wypowiedziane słowa nie jest celem wymiaru sprawiedliwości – tak uzasadniał swoją decyzję sędzia Jerzy Grubba.
Ale już 2005 roku takich oporów nie miał warszawski sąd, który skazał Andrzeja Leppera za pomówienie polityków o związki ze światem przestępczym. Był to pierwszy w Polsce wyrok w sprawie karnej, w którym skazano posła za to, co powiedział z sejmowej trybuny. Szef Samoobrony otrzymał maksymalną karę za pomówienie, ale w zawieszeniu.
Skoro jednak swoim czynem zburzył istniejący porządek, to czy wymierzona mu kara nie powinna przywrócić zachwianej równowagi. Czy mogłaby nią być kara sprawiedliwa, czyli taka, która zniechęcałaby do popełnienia kolejnych przestępstw? Życiorys polityczny Leppera pokazuje, że nie.
Ta bezkarność w dużym stopniu zbudowała popularność szefa Samoobrony. Wyborcy pomyśleli:- Jeśli ten Lepper robi takie rzeczy, które są wyraźnym łamaniem prawa i nic mu się nie dzieje, to zapewne władza rozumie, że on działa słusznie. W przeciwnym razie za czyn bezprawny spotkałaby go sprawiedliwa kara, czyli wyrównanie niesprawiedliwości.
Czy miarą odkupienia nie mogły być wyroki bez zawieszenia, a zarazem pozbawienie praw publicznych? To, że sądy i ustawodawca (poprzez odpowiednie zmiany w prawie) nic w materii nie uczynili, jest przejawem miękkiej filozofii
Konsekwencją takiej postawy jest zmniejszenie moralnych wymagań stawianych sobie. Czy zatem nie jest tak, że pobłaża się innym, aby móc też pobłażać samemu sobie. Toleruje się małe zło u siebie i u innych, wybaczą drobne przewinienie, nie dostrzegając przy tym związku ze złem wielkim i ciężkim?
Spróbujmy porównania te przenieść na grunt polityki. Czy flirt Jarosława Kaczyńskiego z Samoobroną nie był w duchu miękkiej postawy? Ale tym samym był w poprzedniej kadencji układ Leszka Millera z Andrzejem Lepperem. Na jego mocy lider Samoobrony został wicemarszałkiem Sejmu.
- Sojusz Leppera zrobił, a teraz, powiedzmy, dokonuje na nim swego, rodzaju aborcji, aborcji politycznej. My akurat w tej sprawie jesteśmy za aborcją polityczną i to mu ułatwiamy – mówił w listopadzie 2001 roku Ludwik Dorn, poseł PiS. (Słowa te padły przed słynną debatą o odwołanie Leppera z funkcji wicemarszałka. Pretekstem do tego było to, że lider Samoobrony jako wicemarszałek uniemożliwił eksmisję nielegalnego targowiska we Włocławku).
I dlatego Platforma w 2006 roku mogła mówić, że PiS przeprowadza transplantację polityczną. Tylko, że w tej polemice, nie powinna podnosić roszczeń natury moralnej. Dlaczego? Bo żądania etyczne powinny być podnoszone wyłącznie w stosunku do siebie. Zabrakło tego Platformie w 2001 roku, kiedy Donald Tusk bez żadnych wątpliwości zasiadł w prezydium Sejmu obok Leppera (nie zrobiło tego PiS, ale tylko dlatego, że SLD nie zgodziło się, by Lech Kaczyński został wicemarszałkiem). Czy lider PO miał alternatywę? Tak, dowiódł tego swoją postawą Stefan Meller, gdy odmówił zasiadania w rządzie obok Andrzeja Leppera. .
Tej miękkości moralnej Platformie, mimo późniejszej konsekwentnej walki z Samoobroną, nie da się wymazać. Podobnie jak związku PiS-u z Samoobroną, który zrodził się na prawnych i moralnych gruzach III Rzeczpospolitej. A zarazam kalał grzechem pierworodnym IV Rzeczpospolitą. Bez szans na odkupienie. Mówienie, że “nie mieliśmy innego wyjścia, bo Platforma nie chciała samorozwiązania Sejmu” lub “moralnie jesteśmy rozgrzeszeni, bo Samoobrona miała za sobą przecież poparcie wyborców” było tylko uproszczenie godnym szyderczego śmiechu.
Klasa polityczna zrodzona przy Okrągłym Stole, i ta, która to poczęcie traktuje jako największe zło współczesnej Polski, powinny uderzyć się w pierś. Andrzej Lepper u władzy był produktem jej pobłażliwości. W przeciwnym razie nie byłoby Samoobrony i jej lidera u władzy. I tego, co nastąpiło po objęciu przez niego teki wicepremiera.
Dodano: 2011-08-05. Autor: bezzmian. Komentarzy: (2)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Tak tragicznej dnia nie było na białostockich ulicach. Dla motocyklistów. Trzech z nich zginęło w dwóch wypadkach. Ich przyczyny wyjaśni policja, ale na forach internetowyh znów zawrzało. Tak jak dwa lata temu podczas kampanii policyjnej o nazwie „Użyj wyobraźni” nada jest wyrocznią. W jej ramach przy polskich drogach zawisły billboardy z bardzo mocnymi hasłami, skierowanymi do motocyklistów, m.in. “Idzie wiosna. Będą warzywa”.
Z powodu tego hasła na forach internetowych zawrzało. I jest pewnie do dziś, po każdym wypadku. Motocykliści dowodzą, że to nie tylko oni są sprawcami wypadków. Wskazują na kierowców, zły stan dróg. Czują się, że się ich uważa za gorszych uczestników ruchu drogowego, że ich się lekceważy.
Z kolei zwolennicy kampanii nie zostawiali (i nie zostawiają także dziś) na braku wyobraźni i rozwagi motocyklistów suchej nitki (podpierając się statystką). I to w ostrych słowach. Tak jak Zbigniew Głos na portalu redakcja. pl. Pisze tak:” Ja osobiście, wcale nie uważam motocyklistów za gorszych użytkowników dróg, tym bardziej, ani przez myśl mi nie przejdzie, by ich lekceważyć. Co więcej, ja ich niezwykle szanuję, a nawet jestem im, w pewnym sensie, wdzięczny… Chodzi o to, że to właśnie oni, częściej niż inni obywatele, stanowią rezerwuar organów, których używa się do przeszczepów, a tym samym przyczyniają się do ratowania istnień ludzkich, dla których nowa nerka, wątroba czy inny narząd wewnętrzny, stanowi jedyną szansę na przedłużenie życia.”
Każda ze stron sporu okopała się wtedy ( teraz pewnie też okopie się) na swoich pozycjach. A na potwierdzenie swoich racji mogą wskazywać wypadki, które wydarzyły się w ostatnich dziś na białostockich ulicach. Oby takich sytuacji, potwierdzających rację jednej lub drugiej strony, było jak najmniej.
W tym miejscu przypomina mi się mecenas Edward Wende. Na pytanie jednego z dziennikarzy dlaczego jeździ na motorze powiedział: – Jeżdżę dla poczucia wolności i relaksu. Za kierownicą zapominam o wszystkich stresach i to jest wspaniałe.
Robił to w taki sposób, że nie stwarzał zagrożenia ani dla siebie, ani dla innych uczestników ruchu drogowego. A odszedł z tego świata po długiej i ciężkiej chorobie.
Ale przed oczami mam także kolegę z lat młodości. Wtedy, a było to w czasach, gdy ruch na drogach było o wiele mniejszy niż teraz i były znacznie gorsze nie tylko samochody, wyjechał na ulicę jawą. Na dość szerokiej wydawałoby się jak na tamtą epokę arterii wyprzedzał samochód. Niestety, tak tragicznie, że wyjechał wprost na jadącą z przeciwka furgonetkę. Dziś dobiegałby czterdziestki.
Dodano: 2011-08-06. Autor: bezzmian. Komentarzy: (0)
Opublikowano w Bieg wsteczny
Optymalna lista i jasny przekaz z niej płynący to przepustka do historycznego sukcesu PO w Podlaskiem: pokonania PiS wyborach do Sejmu.
Parlamentarne wybory w Podlaskiem mają swoją specyfikę. Nie tylko przez dość konserwatywne, nie tyle w poglądach, co w formie, zachowania elektoratów (brak chęci tworzenia nowych alternatyw). Nasz okręg wyborczy, jako jeden z czterech w kraju, tożsamy jest z administracyjnym obszarem województwa. To dla strategów partyjnych rodzi nie lada wyzwanie: jak ukształtować listę wyborczą, by z jednej strony maksymalnie zyskać, a z drugiej, by reprezentowała cały region? To z kolei oznacza kolejną rozterkę: czy zadośćuczynienie takiemu regionalizmowi nie spowoduje rozproszenia głosów? Może zamiast decydować się na pełną listę zawierającą 28 nazwisk, lepiej postawić na krótką ławkę kandydatów, ale sprawdzonych w swoich społecznościach? W tym roku dylematy te uzupełnia jeszcze jeden: zadośćuczynienie parytetom. A w przypadku Platformy kolejny: miejsce na liście dla ministrów i dotychczasowych posłów. I to odzwierciedla podlaska lista kandydatów Platformy do Sejmu.
Październikowe wybory będą dla niej jednak czymś więcej: rozstrzygnięciem na swoją korzyść prestiżowego pojedynku z PiS. Od dawna region uważany był za matecznik prawicy (PiS, wcześniej też LPR). W ostatnich latach preferencje wyborcze uległy, zwłaszcza wśród elektoratu wielkomiejskiego, zmianom. Potwierdzeniem tego była ubiegłoroczna pierwsza tura wyborów prezydenckich i jesienna elekcja sejmikowa. Głosowanie w drugi weekend października ma być symbolicznym postawieniem “kropki nad i” przez Platformę. I to jest stawką (oprócz osobistych nadziei kandydatów) tegorocznych wyborów. Każdy inny wynik, przy wszystkich atutach rzeczywistych lub deklaratywnych, którymi dysponuje dziś w regionie partia Donalda Tuska, będzie porażką Platformy. Droga do zwycięstwa zaczyna się przez optymalne ułożenie listy wyborczej.
Oferta wyborcza powinna być skierowana znacznie szerzej i odzwierciedlać coś więcej niż tylko oczekiwania partyjnego elektoratu
W 2007 roku podlaska Platforma zdecydowała się na pełną reprezentatywność regionu. To plus błędy popełnione wówczas przy konstruowaniu list wyborczych (Sejm i Senat) przyczyniło się do tego, że zmarnowała już wtedy szansę (przy plebiscytowym charakterze ówczesnych wyborów) ogrania PiS w regionie. Po czterech latach Platforma powtarza swoją strategię opartą na pełnej reprezentatywności.
Pozornie kształt pierwszej piątki wydaje się jasny. Pierwsze miejsce Barbary Kudryckiej odzwierciedla główne kryteria nakreślone przez centralę: bardzo dobra pozycja startowa ministrów rządu Donalda Tuska oraz zadośćuczynienie parytetom. W tym drugim przypadku spełnienie tego kryterium przez podlaską Platformę nie było takie proste. Dosłownie rzutem na taśmę w pierwszej piątce znalazła się Bożena Kamińska, która jeszcze kilka dni temu była kandydatką partii w wyborach do Senatu w okręgu suwalsko-łomżyńskim. Jej awans rykoszetem uderzył w posła Leszka Cieślika, który jako przedstawiciel tej samej części województwa wypadł poza pierwszą piątkę (reprezentatywność województwa dopełnia w niej Marek Borysiewicz z Łomży). Jeśli jednak odsłonilibyśmy parawan parytetowy, to widać gołym okiem, że Platforma nie wyciągnęła wniosków z poprzedniej elekcji w 2007 roku. Wtedy rozproszenie głosów wśród kandydatów suwalskiego elektoratu pozbawiło Cezarego Cieślukowskiego mandatu poselskiego. Zabrakło mu 210 głosów. Podobnie może być i tym razem. Tym bardziej że brak na liście właśnie Cezarego Cieślukowskiego jest znacznie większym zaskoczeniem niż absencja posła Jacka Żalka. Bo – jak pokazały jesienne wybory samorządowe – wydawał się być jednym z murowanych faworytów z północno-wschodniej części województwa do zasiadania na Wiejskiej. Do mandatu, który Platforma mogła uzyskać kosztem PSL (teraz jego lider na Suwalszczyźnie, poseł Jan Kamiński, mimo – lekko mówiąc – niezbyt dobrej passy w tej kadencji, ma otwartą drogę do reelekcji). Nie wydaje się, że w tej roli mogłaby Cezarego Cieślukowskiego zastąpić Bożena Kamińska czy nawet poseł Leszek Cieślik. Jemu tym razem będzie znacznie trudniej dostać się do Sejmu. Bo to, że będzie miał w 2007 roku mandat, było pewne tak samo jak to, że obwodnica Augustowa nie ma szczęścia.
Wspominam o tych paradoksach suwalskich nie bez kozery. Jak pokazały ubiegłoroczne wybory w czerwcu i listopadzie, to właśnie ten region plus Hajnówka są wytrychem do zwycięstwa. Po prostu: zamiast brać się za bary z PiS tam, gdzie nie ma się szans, Platforma powinna skoncentrować się na słabych ogniwach swoich rywali, czyli – oprócz Białegostoku – także na Suwałkach i Hajnówce.
Rok temu obserwatorzy podlaskiej sceny politycznej podkreślali duże poparcie uzyskane przez kandydata PO w wyborach prezydenckich w powiecie hajnowskim. Tradycyjnie tamtejszy elektorat był przywiązany do lewicy. Od kilku lat PO próbowała wkraść się w jego łaski. Ale gdy przychodziło już do wyborów, robiła wszystko, by go zniechęcić do siebie. Choćby cztery lata temu. Nic dziwnego, że wtedy atrakcyjniejszy dla tego elektoratu kolejny raz okazał się Eugeniusz Czykwin z SLD.
Tamte doświadczenia wymagały od Platformy wskazania takiego kandydata, który byłby reprezentantem jak najszerszego środowiska mniejszościowego. Tym bardziej że musi ona zmagać się z tej strony z jeszcze jednym wyzwaniem: dość mocno zakorzenioną na Białostocczyźnie pozycją posła Jarosława Matwiejuka. Uzyskany przez niego w 2007 roku mandat był konsekwencją nie tyle jego lewicowości, a raczej reprezentowania środowiska, o które walczy Platforma. I co ważne, mandat uzyskany głosami zdobytymi nie tylko w powiecie hajnowskim, ale w Białymstoku. I dlatego jeśli teraz Platforma, jako reprezentanta środowiska prawosławnego, zdecydowała się umieścić na liście wiceprezydenta Aleksandra Sosnę, powinna przygotować mu znacznie lepszą kampanię niż w 2007 roku miał Marek Masalski. W przeciwnym razie dla wyborców wywodzących się z tego środowiska nadal atrakcyjniejszy będzie Eugeniusz Czykwin (nie wspominając już o Jarosławie Matwiejuku – obaj posłowie szykują się do reelekcji). Tym bardziej że trudno wskazać osiągnięcia Aleksandra Sosny jako wiceprezydenta Białegostoku, które stanowiłyby jego atut w walce o względy wyborców z innych środowisk.
To ostatnie zastrzeżenia dotyczy także tzw. trzeciego garnituru na liście. Znajdujemy tam kandydatów, którzy w listopadzie 2010 roku zostali wybrani do samorządowców. Cóż jednak w ciągu tych dziewięciu miesięcy takiego istotnego uczynili, by u wyborców spoza partyjnego kręgu starać się o miejsce w ławach poselskich? Rozumiem parytety, reprezentatywność, ale wybory parlamentarne wymagają czegoś więcej. Na dodatek Platforma popełnia ten sam błąd, choć w znacznie mniejszym stopniu, co cztery lata temu. Wówczas wysyp radnych miejskich na liście wyborczej spowodował rozproszenie głosów między białostockimi kandydatami PO. Skutek: pięć tysięcy głosów oddanych na Jacka Chańkę zostało zmarnowanych.
Kiedy patrzy się na kształt tegorocznej listy wyborczej Platformy, tych odniesień do błędów popełnionych w 2007 roku widać znacznie więcej. Nic dziwnego, skoro jest ona tak naprawdę pokłosiem zrodzonego wówczas sporu. Sporu, który ostatnio przerodził się w otwarty konflikt wewnątrz-partyjny. W przestrzeni publicznej wizualnym dowodem tego są dwa ośrodki partyjne mieszczące się przy tej samej białostockiej ulicy. Część partii, mimo retoryki o jedności i pozorowanego formalizmu, nigdy nie pogodziła się ze zmianą, które dokonała się w maju ubiegłego roku na fotelu przewodniczącego w regionie (opuścił go Robert Tyszkiewicz). Z kolei Damian Raczkowski nie okazał się na tyle silnym i zręcznym politykiem, by stać się liderem z prawdziwego zdarzenia. Do tego stopnia, że nie był w stanie przeforsować swojej listy kandydatów. A i sam, jako przewodniczący regionu, znalazł się na drugim miejscu dopiero